Przedstawiam dzieła w cieniu porannego deszczu...


Dwie pozostałe kartki są dla bliźniaczek z lekcji polskiego. W ramach prezentu dostaną po kilka tuszów i pieczątek, razem z odpowiednim papierem, rzecz jasna. Takoż i kartki są proste, żeby dziewczyny mogły odgapić, a że nie mają zbytnio doświadczenia...
Powyżej są przykłady rezultatów. Obserwacje mam takie, że kiedy się te świstki suszy suszarką do włosów, to wybielone plamy bardzo jaśnieją. Suszyć można nawet na własnym brzuchu (inaczej łopoczą bardzo i trudno w nie trafić), ale trzeba do tego ubrać stary podkoszulek, bo wybielacz oczywiście robi plamy.
A skoro mowa o zwykłej bibułce... wyczytałam gdzieś, że można bibułki ułożyć warstwami i spsikać wodą, to się porobią fajne zacieki. Przypomniałam sobie, jak to się człowiek dawniej trząsł, niosąc zakupioną bibułę do domu, żeby czasem nie padał deszcz... a tu się okazuje, że robią jakies wodooodporne bibuły i ani kapeńka koloru nie przenosi się na inne warstwy! Ani w przypadku bibuły gładkiej, ani marszczonej. Przypuszczam, że dało by się uzyskać jakieś wzory za pomocą wybielacza (Clorox itp.), ale ponieważ ten pomysł właśnie wpadł mi do głowy, nie został jeszcze wypróbowany :)
Moje miasto właściwie wcale nie jest moje - przyplątał się znienacka austriacki znaczek, ale ma on w sobie to, co w miastach uwielbiam, czyli domki, kamieniczki. Cieszę się dlatego (między innymi) na nadchodzący urlop, bo będzie szansa na zobaczenie nawet w tym kraju-o-krótkiej-historii trochę starszych budowli, domków w całym tego słowa znaczeniu! Mam nadzieję, że nazbieram natchnienia...
Jeśli zaś chodzi o moje dzisiejsze grzebanie... to natrafiłam na dzieło sztuki recyklingowej w pełnym znaczeniu tego słowa. Chodzi mi o stół zbudowany z wytłoczek po jajkach na tej stronie - ponoć roślinki w nim umieszczone rozkładają mebel wykorzystując go jako glebę, czy też kompost, i stół znika. Na stole się je, a tym razem stół jest zjadany. Ciekawostka.
Szczegóły... nie obyło się bez ulubionego ostatnio narzędzia, czyli nagrzewnicy. Złota akrylówka "na sucho", ModPodge kilkuwarstwowy na obrazku, koraliki.
Stworzyłam też kartkę w zamierzeniu męsko-turystyczną dla faceta-pasjonata gór. To też się liczy na wyzwanie herbaciane, gdyż wmontowałam w nią górę i japońską bramę z herbacianej torebki oraz szczątki bibułki. Oprócz tego mamy niebo z wnętrza bankowych kopert, kawalątek mapy, nici ze sklepu drugiej szansy, siateczkę z czosnku i gazetowe targanki. Hasło „Experience outside the box” odnosi się do zdobywania nietypowych doświadczeń, odkrywania nowości itp., na bazie wyrażenia „think outside the box”.
„Perry Mason” to zapewne bardzo fajny serial, klasyka, zresztą swego czasu był najdłużej produkowanym serialem detektywistycznym (ciekawe, czy Grissom albo Horatio to jego następcy??). Mam jednak problem z jego oglądaniem, bo między 22:30 a 23:30 ciężko mi jest się skupić na dość zawiłej, na dodatej czarno-białej fabule. Ma on jednak specyficzną atmosferkę, no i OCZY Głównego Bohatera. Popatrzcie...
Jak się ma naprawdę dobry sprzęt, to ta część nieba wygląda następująco: [zdjęcie z Wiki]
A tu jest mapa [równiez z Wikipedii]:
Następnie otworzyliśmy teleskop i podglądnęliśmy conieco M-42, czyli Mgławicę Oriona - widać było troszkę jaśniejszej mgiełki wobec świecących punkcików, niewiele, ale zawsze coś :)
To już chyba można planować wyprawę na bardziej poważnie... (tak w ogóle, to wyjazdy dzielą się na wycieczki, wyprawy i ekspedycje. Wycieczki robi się z buta albo po małym przygotowaniu, wyprawy są dalsze, z noclegami i sporą ilością atrakcji, natomiast ekspedycje... ekspedycja to będzie, jak się wyprawimy za koło polarne :) Być może Gwatemala też by podpadała pod kategorię ekspedycji. Ekspedycja kojarzy mi się z tym, że człowiek jest w znacznym stopniu zdany na siebie, bo turla się gdzieś po pustkowiach, najlepiej żwirowymi drogami.)
Nie ma się jednak co ekscytować, że człowiek przyodział się ekologicznie i zielono, bo wystarczy wrzucić „bamboo rayon” w wyszukiwarkę, a posypią się artykuły o tym, że to jednak trochę kit.
Potem się wjeżdża, z pewną taką nieśmiałością, po rampie słuzącej w lecie do spuszczania łodzi na wodę...
Potem się łazi, kopie w lodzie dziury testujące (nie dokopując się do wody, co jest w sumie pozytywnym odkryciem), robi zdjęcia...
...i wspomina, że całkiem podobne widoki były na Wielkim Słonym Jeziorze w Utah. To nie śnieg, to sól :)
W drodze powrotnej nastąpiło niezwykle przyjemne wydarzenie. Zatrzymaliśmy się w sklepie, już którymś z kolei, szukając zimowej kurtki pracowej dla T. Na wyprzedaży znaleźliśmy nie tylko to, czego szukaliśmy – ale również kurteczki alaskowe, nawet lepsze, niż chciałam! Jest nieprzemakalny wierzch, jest odpinalna podpinka, którą dodatkowo można wywracać, jest kaptur, takoż odpinalny, jest zylion kieszonek i schowków. Na wyprzedaży takie kurtki były DWIE, jedna L, druga M. $17.99 od sztuki. Yessss!
Skoro już w dziale odzieżowym tak się nam poszczęściło, to zajrzeliśmy jeszcze do kampingowni i do naszego składu sprzętu dołączyła latarnia i... solniczko-pieprzniczka z klapkami. Już nam się więcej nie będzie wysypywało. Sól jest nadzwyczaj przebiegła, choćbym nie wiem jak zapakowała i ustawiła zwykłą solniczkę, to na wycieczce zawsze się wysypie.