Dużo słów się napisało, przeczytało, porozkminiało... Są też nowości w Alicjowej nauce języków, można powiedzieć, że trochę zadziwiające. Spisze się je w punktach.
1 - mieszanki firmowe. Czasowniki dobierane są całkiem losowo, i pod względem języka, i końcówki.
I'm gonna miesza! [przy robieniu budyniu]
I robi budyń!
Ala wanna myje.
Ala jumping na fotel!
szk: Ala ma małe nogi!
Ala: I don't got małe nogi.
Dwa zdania, które można uznać za bezbłędne:
Babcia robi popcorn.
Ala myje rękę.
2. Mały dialog o kocie. Też część mieszanki firmowej, z próbą powtarzania nowego czasownika.
Ala: I got kot too.
szk: Tak? A jak ma na imie?
Ala: My kot name tylko kot.
szk: Mój kot ma nazywa się Kicia.
Ala: My kot zywa Kicia too.
3. Częściowe wyrazy. Próby powtarzania nowych słów - ale po drodze gdzieś wcina niektóre kawałki.
Ala: You have a necklace!
szk: Tak, mam naszyjnik.
Ala: You got szyjnik!
szk: Co malujesz?
Ala: aluje circle.
4. Ćwiczenie kolorów. Ala rozumie kolory po polsku, ale nie używa. W kuchni mamy ceramiczną żabkę, którą Ala lubi się bawić, więc chciałam ją wykorzystać do poćwiczenia zielonego. Mówię więc:
Żaba, żaba, zielona żaba!
Ala w sobotę powtarza kilka razy:
Żaba, żaba, green żaba!
W niedzielę jednak pojawiło się "zielona" :)
5. Ciekawy przypadek przesłyszenia się - i wpadnięcia w lekki przestrach, że tata... spali bajkę :)
Tata: Tata pali fajkę!
Ala: Tata pali bajkę! Ala nie palisz bajkę!
6. Zmagania z angielskim warm i worm. (Przy oglądaniu bajki. Miałam wrażenie, że Ala słucha tego, co powiedziała i coś jej nie pasuje, więc się poprawia raz - dalej nie to - i wreszcie druga poprawka, wyszło dobrze.)
szk: Kto tam wychodzi? Chyba kret!
Ala: Nooo... chyba warm.... chyba warm... chyba worm!
7. Punkt najciekawszy.
Kurczaczek is chicken.
Fioletowy is purple.
Ponieważ Ala kilka razy wytworzyła podobne zdania, postanowiłam popytać eksperymentalnie, czy ma pojęcie o istnieniu polskiego i angielskiego. Okazuje się, że coś świta - i bardziej chyba, niż w zeszłym tygodniu!
Jakiś czas temu bywały takie dialogi:
Ala: [prośba o coś]
My: A co jeszcze trzeba powiedzieć?
Ala: Please!
My: A po polsku?
Ala: Proszę!
Wyglądało na to, że Ala ma zauczony tylko ten jeden związek i że całe "po polsku" odnosi się tylko do tego jednego słowa.
Wczoraj zadałam jednak ze cztery pytania typu "Noga po angielsku to..." albo "Jak jest po polsku ..." - i zdaje się, że trzy poszły dobrze, choć czasem trzeba było chwilkę poczekać. Może teraz jakoś uda się przyczepić języki do osób i w ten sposób zacznie się powoli sortowanie wyrazów do osobnych pudełek.
8. A little bit. Co tydzień w zasadzie pojawia się jakaś fraza wkręcana w mnóstwo wypowiedzi. Kiedyś było "very, very" z przymiotnikami. Ostatnio mamy "a little bit" przyczepiane na końcu wielu zdań, czasem sensownie, czasem trochę mniej.
9. Z innych nowości... T wyczaił, jak wpuścić w telewizor filmy z Tubki, więc cały weekend leciały polskie bajki :) Od Kolargola poprzez Muminki do Gumisiów itd.
Poza tym - już raczej bez związku z językiem, choć oczywiście mówi się po polsku - odbyło się pierwsze szycie! Trochę z partyzanta, Ala zobaczyła, że ja szyję i zaraz chciała sama też popróbować. Nie mam nawet zdjęcia jej produktu, ale poszło jej całkiem nieźle, nawet przytwierdziła kilka guzików.
Obawiałam się trochę, bo to i ostra igła, i nożyczki - tyle nieszczęść może się wydarzyć... więc uważamy BARDZO. Ale z drugiej strony to chyba bardzo cenna sytuacja, kiedy dostajemy pierwszy kontakt z tematem, więc jest szansa, że uda nam się nagrać kilka nowych polskich słów, zanim pojawią się angielskie.
Uff, to by było na tyle... dla zilustrowania - kilka ostatnich kartek. letnich i słonecznych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maco-babcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maco-babcia. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 24 czerwca 2013
poniedziałek, 17 czerwca 2013
1339. obrazy, słowa, reperacje
Weekend? Weekend? Był jakiś weekend?
Ostatnie dwa dni to jedna wirująca karuzela. Nastąpiły różne reperacje - Pan Sebastian naprawił nam internet i kablówkę (po długiej użerce z dostawcą usług - Sebastian [z Gorzowa] zjawił się w momencie, gdy sprawa stała na ostrzu noża i już-już miałam dzwonić i przenosić nas do innej firmy.) Okazało się, że instalacja od początku była felerna. Teraz w całej chałupie mamy sygnał o jakości EXCELLENT.
P zmienił mi tarcze hamulcowe w aucie - pojazd przestał wydawać na każdym zakręcie niepokojące dźwięki gżżt gżżt. Jak nie ten sam samochód. Poza tym przyszedł zwrot kasy za naprawę sprzed roku - producent uznał, że pompki paliwowe jednak są bublowate i naprawia się je na koszt Chevroleta.
Odbyłam rozmowę z Panią z Dołu - będziemy niedługo naprawiać jej sufit oraz płytkować naszą łazienkę. To jeszcze przed nami.
Rozmawiałam też z Prawnikiem w sprawie postępów w zakupie mieszkania dla P - wybraliśmy dość skomplikowany rodzaj transakcji i teraz trzeba wszystki sznurki trzymać w ręce i dbać, żeby się nie poplątały.
Wczoraj pojechaliśmy z Alicją na piękną wycieczkę do Kenosha, nadjeziornego miasteczka w Wisconsin, pełnego atrakcji - dinozaury, tramwaje, latarnie jeziorne (znowu :), woda, fontanny do zabawy, łodzie - tyle wrażeń! Pewnie jeszcze o tym będzie.
No i jeszcze słowa. Najpierw, w sobotę, zmagania z tłumaczeniem, które na niecałych dwóch stroniczkach z pięć razy zawierało słowo underdog, w różnych kontekstach - i musiałam się nagłówkować, bo ciężko dość o polski odpowiednik.
Potem zaś, w niedzielę, wielka radocha - Ala powiedziała zdanie z czterech słów, dla nas - Polaków - niezbyt skomplikowane, ale ja kwiczałam z radości, bo to najdłuższe bezbłędne zdanie, jakie udało jej się wyprodukować!
Babcia patrzy na zdjęcia.
I można się kłócić, że lepiej byłoby w tym kontekście powiedzieć, że babcia ogląda zdjęcia, - ale znowu bez przesady, toż to dopiero trzy-i-pół-latka :)
Częstotliwość polskich wyrazów stanowczo zwiększa się na wycieczkach i oczywiście w niedzielę, kiedy drugi dzień pod rząd otoczona jest polszczyzną. Są słowa, które praktycznie zawsze występują w wersji polskiej - przykładowo wycieczka, bajka, mleko, miś, kiełbaska, franie (czyli pranie). Są mieszańce - nogi (po ang. trochę nieściśle feet), plecak/backpack, boat/łódka, pociąg/ train (frain :), raz tak, raz tak.
Są i takie, które w Alinym pudełku z jednostkami leksykalnymi zdają się istnieć tylko w wersji angielskiej, choć nawet już na pewno ich używaliśmy, na przykład kolory. Pracujemy wtedy nad "nagraniem" polskiego odpowiednika. W ten weekend chyba z tuzin razy była mowa o czymś fioletowym (bardzo ważny kolor, ważniejszy niż różowy :). Za każdym razem słyszę purple i nie poprawiam, tylko powtarzam - tak, masz fioletową koszulkę; tak, proszę ubrać fioletowe buty; tak, masz rację - to jest fioletowy kwiatek. No i w niedzielę po południu wykluwa się wreszcie p'letoowe. Hurra, nagraliśmy nowy wyraz!
Z całą pewnością trzeba będzie go jeszcze ćwiczyć, jestem przekonana, że za tydzień znów będą purple buty. Ale to nic.
Najłatwiej jest, kiedy dostajemy "pierwszy kontakt" z danym pojęciem. Tak było z wycieczką, ostatnio z bańkami mydlanymi i chyba ze stacją. Polskie słowa nagrały się bez kłopotu i chyba na zawsze.
Spaćkaliśmy trochę sprawę parku i placu zabaw. Nauczyliśmy ją, niestety, że plac zabaw to park. Teraz jest zamieszanie, bo są i parki stanowe, w których nie ma żadnych zjeżdżalni ani huśtawek - i następuje rozczarowanie oraz nasza konsternacja, bo nie bardzo umiemy to wytłumaczyć.
No dobra, starczy tych refleksji - na koniec jeszcze mały zestaw Alinych wypowiedzi:
Dialog z Dziadkiem:
- I want inna bajka!
- A, już Dexter leci...
- Inna bajka need leci!
Również w kontekście bajek:
Inne:
I wanna go same feet do parku. (Chcę iść boso do parku. Same - po polsku, nie [sejm] po ang.)
Na fotelu z podnoszonym podnóżkiem:
Klapka need go down.
Klapka up!
Liczba mnoga od spinka - spinox :) (Spinox zakłada się na włosys, każdy wie.)
Dziadek drapie się specjalnym kijaszkiem, Made in China, po plecach:
I wanna drapa my plecach myself!
Zmęczona po wycieczce:
I can't chodzi, I need buy big wózek!
Ostatnie dwa dni to jedna wirująca karuzela. Nastąpiły różne reperacje - Pan Sebastian naprawił nam internet i kablówkę (po długiej użerce z dostawcą usług - Sebastian [z Gorzowa] zjawił się w momencie, gdy sprawa stała na ostrzu noża i już-już miałam dzwonić i przenosić nas do innej firmy.) Okazało się, że instalacja od początku była felerna. Teraz w całej chałupie mamy sygnał o jakości EXCELLENT.
P zmienił mi tarcze hamulcowe w aucie - pojazd przestał wydawać na każdym zakręcie niepokojące dźwięki gżżt gżżt. Jak nie ten sam samochód. Poza tym przyszedł zwrot kasy za naprawę sprzed roku - producent uznał, że pompki paliwowe jednak są bublowate i naprawia się je na koszt Chevroleta.
Odbyłam rozmowę z Panią z Dołu - będziemy niedługo naprawiać jej sufit oraz płytkować naszą łazienkę. To jeszcze przed nami.
Rozmawiałam też z Prawnikiem w sprawie postępów w zakupie mieszkania dla P - wybraliśmy dość skomplikowany rodzaj transakcji i teraz trzeba wszystki sznurki trzymać w ręce i dbać, żeby się nie poplątały.
Wczoraj pojechaliśmy z Alicją na piękną wycieczkę do Kenosha, nadjeziornego miasteczka w Wisconsin, pełnego atrakcji - dinozaury, tramwaje, latarnie jeziorne (znowu :), woda, fontanny do zabawy, łodzie - tyle wrażeń! Pewnie jeszcze o tym będzie.
No i jeszcze słowa. Najpierw, w sobotę, zmagania z tłumaczeniem, które na niecałych dwóch stroniczkach z pięć razy zawierało słowo underdog, w różnych kontekstach - i musiałam się nagłówkować, bo ciężko dość o polski odpowiednik.
Potem zaś, w niedzielę, wielka radocha - Ala powiedziała zdanie z czterech słów, dla nas - Polaków - niezbyt skomplikowane, ale ja kwiczałam z radości, bo to najdłuższe bezbłędne zdanie, jakie udało jej się wyprodukować!
Babcia patrzy na zdjęcia.
I można się kłócić, że lepiej byłoby w tym kontekście powiedzieć, że babcia ogląda zdjęcia, - ale znowu bez przesady, toż to dopiero trzy-i-pół-latka :)
Częstotliwość polskich wyrazów stanowczo zwiększa się na wycieczkach i oczywiście w niedzielę, kiedy drugi dzień pod rząd otoczona jest polszczyzną. Są słowa, które praktycznie zawsze występują w wersji polskiej - przykładowo wycieczka, bajka, mleko, miś, kiełbaska, franie (czyli pranie). Są mieszańce - nogi (po ang. trochę nieściśle feet), plecak/backpack, boat/łódka, pociąg/ train (frain :), raz tak, raz tak.
Są i takie, które w Alinym pudełku z jednostkami leksykalnymi zdają się istnieć tylko w wersji angielskiej, choć nawet już na pewno ich używaliśmy, na przykład kolory. Pracujemy wtedy nad "nagraniem" polskiego odpowiednika. W ten weekend chyba z tuzin razy była mowa o czymś fioletowym (bardzo ważny kolor, ważniejszy niż różowy :). Za każdym razem słyszę purple i nie poprawiam, tylko powtarzam - tak, masz fioletową koszulkę; tak, proszę ubrać fioletowe buty; tak, masz rację - to jest fioletowy kwiatek. No i w niedzielę po południu wykluwa się wreszcie p'letoowe. Hurra, nagraliśmy nowy wyraz!
Z całą pewnością trzeba będzie go jeszcze ćwiczyć, jestem przekonana, że za tydzień znów będą purple buty. Ale to nic.
Najłatwiej jest, kiedy dostajemy "pierwszy kontakt" z danym pojęciem. Tak było z wycieczką, ostatnio z bańkami mydlanymi i chyba ze stacją. Polskie słowa nagrały się bez kłopotu i chyba na zawsze.
Spaćkaliśmy trochę sprawę parku i placu zabaw. Nauczyliśmy ją, niestety, że plac zabaw to park. Teraz jest zamieszanie, bo są i parki stanowe, w których nie ma żadnych zjeżdżalni ani huśtawek - i następuje rozczarowanie oraz nasza konsternacja, bo nie bardzo umiemy to wytłumaczyć.
No dobra, starczy tych refleksji - na koniec jeszcze mały zestaw Alinych wypowiedzi:
Dialog z Dziadkiem:
- I want inna bajka!
- A, już Dexter leci...
- Inna bajka need leci!
Również w kontekście bajek:
Now inną bajkę please.
I need inną bajkę, please.Inne:
I wanna go same feet do parku. (Chcę iść boso do parku. Same - po polsku, nie [sejm] po ang.)
Na fotelu z podnoszonym podnóżkiem:
Klapka need go down.
Klapka up!
Liczba mnoga od spinka - spinox :) (Spinox zakłada się na włosys, każdy wie.)
Dziadek drapie się specjalnym kijaszkiem, Made in China, po plecach:
I wanna drapa my plecach myself!
Zmęczona po wycieczce:
I can't chodzi, I need buy big wózek!
Labels:
BEZ REKLAM,
maco-babcia,
o języku,
turystycznie,
wnuczka
poniedziałek, 20 maja 2013
1327. on da frain again
Wybrałyśmy się wczoraj z Alicją do Chicago pociągiem - a co sobie będziemy żałować, kolejna babska wycieczka :) Nie chcę sobie przypisywać jakichs wygórowanych zasług, ale mam wrażenie, że właśnie wtedy Ala najwięcej mówi po polsku, a wręcz nawet jakby się starała grzebać w pamięci i wydobywać "babciowe" wyrazy - rzadko bardzo wychodzą zdania stuprocentowo poprawne (i pewnie jeszcze dłuuugo tak będzie), ale cieszę się z każdej próby. Na pewno wszystko rozumie - bo nie ma problemu z wykonywaniem poleceń czy odpowiadaniem na pytania (choć w domu te odpowiedzi są zwykle po angielsku).
Rączki is brudne - oznajmiła wczoraj w drodze powrotnej, a ja, niczym asystentka Adriana Monka, mam ostatnio przy sobie zawsze pakiecik z wilgotnymi chusteczkami i raz po raz wyciągam (a potem trzeba mieć przy sobie i śmietnik, przecież nie można ot-tak, ciepnąć byle gdzie).
Bardzo dziwne jest słowo określające wodę - mam wrażenie, że zmiksowała się w nim nasza polska woda i water, wymawiane po amerykańsku, przez d. Łooda.
Tata i Ala było mostku - taki komentarz wygłosiła w parku, gdzie chodzi z tatą, przez mostek właśnie. Ala likes mostku, a babci serce roście, bo też uwielbia mosty :) I inne struktury, na które jeszcze przyjdzie czas.
Są słowa, które zawsze występują po polsku - mleko, bajka, wycieczka, noga, buty. Ciekawe, czy przebywając wśród osób anglojęzycznych, Ala zaskakuje ich takimi wtrętami :)
Był też moment w parku, na huśtawce, kiedy nie mogłyśmy się dogadać, bo usłyszałam coś w rodzaju soko czy soka - i najpierw myślałam, że chodzi o grę w piłkę (której akurat przy sobie nie miałyśmy), bo Ala właśnie w tej okolicy grywa z tatą w soccer. Okazało się jednak, że był to chyba skrót od wysoko, żeby trochę wyżej ją popchnąć :)
No i jeszcze wyprodukowała jedno baaardzo długie zdanie, którego nie jestem w stanie powtórzyć, bo stanowiło okropnie skomplikowane połączenie polskich i angielskich słów oraz struktur gramatycznych - chodziło o to, że trzeba będzie mamie pokazać nogę obtartą przy upadku w parku. Aż mnie na chwilę przytkało, zanim sobie odtworzyłam, co autorka miała na myśli :) Nawet lubię te niekończące się zagadki - bo nie dość, że mamy do czynienia z językiem dziecięcym, jak wiadomo różniącym się od dorosłego, to jeszcze trzeba jeszcze skumać, z którego akurat języka się pobrało dane słowo.
No, ale bierzmy się za foto-sprawozdanie, poczynając od małych Karaibów, jakie urządziłyśmy sobie na balkonie.
Palma jest (T hoduje coś w rodzaju bonsai), niebieska woda jest, muszelki, rozgwiazdy i nawet pirackie skarby. I wędka, bo Ala niedawno dowiedziała się o łowieniu ryb. Dobrze, że babcia-kiszon miała pod ręką i haczyk, i stosowny kijaszek.
W Wietrznym Mieście wlazłyśmy najpierw do Union Station - spodziewałam się pięknych, marmurowych wnętrz, ale przyszło nam raczej wędrować podziemnymi lochami, gdzie pociagi buczą i syczą jak wielkie potwory... Myślałam, że Alicja będzie stamtąd wiać, gdzie pieprz rośnie, ale ona twardo ciągnęła się peronem, zatykając sobie symbolicznie jedno ucho.
Gdy wydostałyśmy się z powrotem na powierzchnię, objawiłyśmy się tuż przy wielkim globusie...
...oraz jednym z najwyższych budynków świata - z bardzo dziwną nazwą, bo pisze się Willis Tower, a czyta się Sears.
Jak Ala będzie trochę większa, to pojedziemy zapewne na szczyt Searsa, ale ponieważ to dość kosztowna wycieczka, zostawiam ją na bardziej "rozumiejące" czasy. Póki co, Ala zachwyca się wszelkimi drzwiami, nawet na skrzynce kontrolującej światła uliczne :)
Opanowało się też drzwi obrotowe, tylko trzeba ciutkę pomocy w zakresie siły, bo jednak są dość ciężkie.
Tyle kolejowej radości za 7$ - is going!
No i na koniec trzeba się było zebrać do wysiadania - poważna sprawa.
Wyhaczyłyśmy jeszcze po drodze broszurkę o kolejnej fajnej atrakcji - tym razem chyba i Dziadek się z nami zabierze. Zajeżdża się mianowicie do Miasta, a następnie wsiada do wodnej taksówki i płynie rzeką aż do jeziora.
I drugi pomysł jeszcze mam, tylko to wielka wyprawa na cały dzień: pociagiem Metra do Miasta, potem L-ką na lotnisko, potem po lotnisku pociągiem bez kierowcy... i z powrotem do domu. Jakieś pięć godzin na szynach :) - po ziemi, w tunelach i na rusztowaniach.
Labels:
BEZ REKLAM,
chicago,
maco-babcia,
turystycznie,
wnuczka
poniedziałek, 22 kwietnia 2013
1311. życie większe i mniejsze
Mikroskop nie przestaje dostarczać fascynujących widoków, ale muszę przyznać, że po pierwszym zachwycie wrotkami nie udało mi się jeszcze znaleźć podobnie atrakcyjnego mikro-życia. Przyniosłam sobie nadpsute listki z kałuży, nieco błotka ze stawu razem z materią roślinną (takoż nieświeżą), zeskrobałam odrobinę nalotu z prysznica - nic, same statyczne obiekty.
Największy sukces odnotowuję w wodzie z mchem, gdzie znalazł się też przez przypadek kawałeczek... migdała. Pływają tam niteczki w dość sporych ilościach i nie są to chyba glony, bo glony nie potrafią się chyba celowo przemieszczać? A to sunie ruchem wężowym i wyraźnie w tym uczestniczy.
Pałeczki owe na razie się wydłużają i czekam, aż będzie się je dało obejrzeć bardziej szczegółowo, bo obecnie nawet w powiększeniu 1000x (czyli na maxa) widać jedynie, że po prostu są.
Wpisy o mikroskopii zapewne jeszcze będą, ale na razie założyłam sobie album na pikasie, do którego można się dostać przez link po prawej stronie, i tam właśnie powstaje pamiętniczek z tego, co się ogląda.
A my z Alicją udałyśmy się wczoraj na pobliską farmę, gdzie główną atrakcją było strzyżenie owiec. Sama nigdy tego nie widziałam, a Ala fascynuje się owcami, więc frajdy było sporo. Oczywiście farma to nie tylko owieczki - spędziłyśmy tam doooobre kilka godzin i na pewno nie była to ostatnia wizyta :)
Największy sukces odnotowuję w wodzie z mchem, gdzie znalazł się też przez przypadek kawałeczek... migdała. Pływają tam niteczki w dość sporych ilościach i nie są to chyba glony, bo glony nie potrafią się chyba celowo przemieszczać? A to sunie ruchem wężowym i wyraźnie w tym uczestniczy.
Pałeczki owe na razie się wydłużają i czekam, aż będzie się je dało obejrzeć bardziej szczegółowo, bo obecnie nawet w powiększeniu 1000x (czyli na maxa) widać jedynie, że po prostu są.
Wpisy o mikroskopii zapewne jeszcze będą, ale na razie założyłam sobie album na pikasie, do którego można się dostać przez link po prawej stronie, i tam właśnie powstaje pamiętniczek z tego, co się ogląda.
A my z Alicją udałyśmy się wczoraj na pobliską farmę, gdzie główną atrakcją było strzyżenie owiec. Sama nigdy tego nie widziałam, a Ala fascynuje się owcami, więc frajdy było sporo. Oczywiście farma to nie tylko owieczki - spędziłyśmy tam doooobre kilka godzin i na pewno nie była to ostatnia wizyta :)
![]() |
| Owieczka po wizycie u fryzjera |
![]() |
| Inna owca, jeszcze nie golona, wygrzewa się na słońcu. |
![]() |
| Pojęcia nie miałam, że owca może tak siedzieć :) I w ogóle nie protestować, kiedy się ją strzyże. |
![]() |
| W zabytkowym farmowym domu dzieci pomagają gotować. |
![]() |
| Miła pani demonstruje starożytny instrument, a ja cały czas myślę o tym, że całkiem podobny mamy w naszym zborze w Polsce :) |
![]() |
| Przykład robótki ręcznej - quilt. |
![]() |
| Potwierdzenie wiosny. |
![]() |
| Zdziwiłam się, że kurczaki nie są żółte - ale wszystkie kury na farmie są czarno-białe, więc i kurczątka mają podobne ubarwienie. |
![]() |
| Rzeka wezbrana po ostatnich ulewach - patyki pędzą po niej jak szalone! |
![]() |
| Przędzenie wełny w Visitor Center - Ala dostała potem wełnianą bransoletkę. |
Labels:
BEZ REKLAM,
maco-babcia,
wnuczka,
zwierzecosc
poniedziałek, 21 listopada 2011
1033. od anyżku po żurawiny
W ciągu minionego weekendu właściwie nie dojechałam do zaplanowanych projektów papierowych, bo czas zjadły mi inne zajęcia - takoż przyjemne i pouczające.
W sobotę większość poranka spędziłam w kuchni, tworząc Żurawinowo-pomarańczowe świąteczne minibabeczki. Miniaturki są takiej wielkości, że dostosowana do nich muffinowa blacha ma 24 wgłębienia, a kółka na dno babeczek wycina się o średnicy ok. 6 cm.
Zaczęłam jeszcze w piątek, smażąc konfiturę z żurawin, soku pomarańczowego i gwiazdek anyżku. Anyżek i żurawiny poddałam obróbce po raz pierwszy w życiu, więc samo to stanowiło wyzwanie :) Dodatkowo była chwila, gdy zdawało się, że zbyt daleko z tymi babeczkami nie zajadę, bo konfitura miała w sobie nieprzyjemną gorycz. Szczęśliwie podczas pieczenia gorycz znikła, pozostawiając smakowitą kwaskowatość.
Niemniej jednak minibabeczki są bardzo pracochłonne, szczególnie jeśli się człowiek uprze, że mają wyglądać tak, jak w książce i wycina po cztery zygzaczki na każdą z 60 sztuk. (Część ciastek na poniższym zdjęciu jest żółta, bo zabrakło mi żurawin i zastąpiłam je jabłkami z przyprawami.)
W niedzielę zaś zajmowaliśmy się wnuczką Alicją. Przeprowadziłam wczesną skrap-indoktrynację - w ruch poszły pieczątki, dziurkacze, klej i kredki. Oto dzieła:
W sobotę większość poranka spędziłam w kuchni, tworząc Żurawinowo-pomarańczowe świąteczne minibabeczki. Miniaturki są takiej wielkości, że dostosowana do nich muffinowa blacha ma 24 wgłębienia, a kółka na dno babeczek wycina się o średnicy ok. 6 cm.
Zaczęłam jeszcze w piątek, smażąc konfiturę z żurawin, soku pomarańczowego i gwiazdek anyżku. Anyżek i żurawiny poddałam obróbce po raz pierwszy w życiu, więc samo to stanowiło wyzwanie :) Dodatkowo była chwila, gdy zdawało się, że zbyt daleko z tymi babeczkami nie zajadę, bo konfitura miała w sobie nieprzyjemną gorycz. Szczęśliwie podczas pieczenia gorycz znikła, pozostawiając smakowitą kwaskowatość.
Niemniej jednak minibabeczki są bardzo pracochłonne, szczególnie jeśli się człowiek uprze, że mają wyglądać tak, jak w książce i wycina po cztery zygzaczki na każdą z 60 sztuk. (Część ciastek na poniższym zdjęciu jest żółta, bo zabrakło mi żurawin i zastąpiłam je jabłkami z przyprawami.)
W niedzielę zaś zajmowaliśmy się wnuczką Alicją. Przeprowadziłam wczesną skrap-indoktrynację - w ruch poszły pieczątki, dziurkacze, klej i kredki. Oto dzieła:
wtorek, 26 stycznia 2010
681. już za chwileczkę, już za momencik...
Zdaje się, że Nowe Życie w postaci wnuczki Alicji pojawi się już dzisiaj... ciarki mi po grzbiecie chodzą i cieszę się, że to nie mnie przypada przywilej wypchania potomka na świat, bo zemdlałabym chyba z oczekiwania. Pisklak cały ważny, fotelik w aucie montuje, pojazd sprząta, między szpitalem a domem śmiga... się porobiło.
A ja prawie-że skończyłam kocyk niebieski, jeszcze jakieś ząbki na dole sobie wymyślę. Zaczęłam próbnie taki żółty szal, ale okazało się, że to zupeeeeełnie nie ta włóczka i sprułam. Bawię się trochę w rozumie ideą tego witrażu szydełkowanego z sześciokątów – w PhotoShopie wymodziłam taki projekt. Widzę, że to nie sześciokąty, ale PS chyba nie umie robić heksagonów.
A ja prawie-że skończyłam kocyk niebieski, jeszcze jakieś ząbki na dole sobie wymyślę. Zaczęłam próbnie taki żółty szal, ale okazało się, że to zupeeeeełnie nie ta włóczka i sprułam. Bawię się trochę w rozumie ideą tego witrażu szydełkowanego z sześciokątów – w PhotoShopie wymodziłam taki projekt. Widzę, że to nie sześciokąty, ale PS chyba nie umie robić heksagonów.
piątek, 22 stycznia 2010
677. dla młodszych pokoleń
Siostrzeniec mój zakupił właśnie swoje pierwsze auto, co moim zdaniem jest okazją do świętowania. Było nie było, to spory krok w życiu młodego człowieka :) Z tej przyczyny powstała recyklingowa kartka gratulacyjno-życzeniowa.
Baza jest z okładki folderu, zielona bibułka z pakowania, obrazek z okładki materiału marketingowego. Te kolorowe paseczki zaś to pozostałość z czasów, kiedy reklamodawcy razem z kliszami swoich reklam przysyłali nam „proofs”, czyli... nie wiem, jak by się to zwało po polsku, taki wzorzec, próbny wydruk na fotograficznym papierze lub kartonie, do którego należało dostosować kolory w magazynie.
Teraz już nikt nam tego nie dostarcza, a kiedy wyrzucaliśmy stare egzemplarze, przechwyciłam conieco, bo wiadomo, przydasie.
Trwają prace nad baby announcements – mam wycięte sukieneczki i fartuszki. Następny krok to bazy z białego kartonu, potem sklejanie i ozdabianie. I jeszcze kieszonki trzeba wyciąć.
Baza jest z okładki folderu, zielona bibułka z pakowania, obrazek z okładki materiału marketingowego. Te kolorowe paseczki zaś to pozostałość z czasów, kiedy reklamodawcy razem z kliszami swoich reklam przysyłali nam „proofs”, czyli... nie wiem, jak by się to zwało po polsku, taki wzorzec, próbny wydruk na fotograficznym papierze lub kartonie, do którego należało dostosować kolory w magazynie.
Teraz już nikt nam tego nie dostarcza, a kiedy wyrzucaliśmy stare egzemplarze, przechwyciłam conieco, bo wiadomo, przydasie.
Trwają prace nad baby announcements – mam wycięte sukieneczki i fartuszki. Następny krok to bazy z białego kartonu, potem sklejanie i ozdabianie. I jeszcze kieszonki trzeba wyciąć.poniedziałek, 4 stycznia 2010
noworoczne twórczości
Na początek przedstawiam niezwykłość kulinarną autorstwa szanownego Małżonka. W niedzielny poranek byłam jeszcze w łazience, przygotowując się do wyjścia na konwencję, kiedy T oznajmił, że zrobił mi kanapki. Nie zwróciłam, szczerze mówiąc, większej uwagi na ten fakt, bo wiem, że umie i że nie pierwszy raz mu się to zdarzyło. Wystawiłam nos i zdziwiłam się z daleka, że keczup jest, bo generalnie keczupu nie jadam. „Ale tu akurat pasował” – odrzekł tajemniczo Tomasz, na co podeszłam bliżej – i ujrzałam takie coś:
Trzeba przyznać, że się T wykazał fantazją, od razu z rana się człowiek śmieje i jest lepszy.
Poza tym zabrałam się za kocyk czyli afgan dla Wnusi (chwilami nadal do mnie to babciowanie nie dociera, mam jeszcze miesiąc na przyzwyczajenie się). Z podanych propozycji Pisklakowa wybrała sobie dwie – jedną robiłam już kilkanaście razy, więc postanowiłam podjąć wyzwanie dla mnie trudniejsze, bo obejmujące połączenie sześciokącików.
Na razie zrobiłam biały środek i sześć ceglastych płatków, po czym wypróbowałam dwa sposoby łączenia i dwa razy sprułam, bo nie bardzo mi się rezultat podobał. W następnej kolejności wypróbuję łączenie oczkami ścisłymi tak, żeby jak najmniej było widać. Jeśli jakieś szydełkarki mają w tym zakresie rady, to chętnie wezmę :)
A jeszcze, skoro mowa o szydełkowych produktach, to oglądam sobie po kawałku „Noce i dnie” i zadziwiam się, ile Barbara N posiada tam rozmaitych szydełkowych okryć! I każde inne. Nabrałam ochoty na zrobienie sobie czegoś takiego staroświeckiego właśnie, falbankowo-koronkowego.
Trzeba przyznać, że się T wykazał fantazją, od razu z rana się człowiek śmieje i jest lepszy.Poza tym zabrałam się za kocyk czyli afgan dla Wnusi (chwilami nadal do mnie to babciowanie nie dociera, mam jeszcze miesiąc na przyzwyczajenie się). Z podanych propozycji Pisklakowa wybrała sobie dwie – jedną robiłam już kilkanaście razy, więc postanowiłam podjąć wyzwanie dla mnie trudniejsze, bo obejmujące połączenie sześciokącików.
Na razie zrobiłam biały środek i sześć ceglastych płatków, po czym wypróbowałam dwa sposoby łączenia i dwa razy sprułam, bo nie bardzo mi się rezultat podobał. W następnej kolejności wypróbuję łączenie oczkami ścisłymi tak, żeby jak najmniej było widać. Jeśli jakieś szydełkarki mają w tym zakresie rady, to chętnie wezmę :)
A jeszcze, skoro mowa o szydełkowych produktach, to oglądam sobie po kawałku „Noce i dnie” i zadziwiam się, ile Barbara N posiada tam rozmaitych szydełkowych okryć! I każde inne. Nabrałam ochoty na zrobienie sobie czegoś takiego staroświeckiego właśnie, falbankowo-koronkowego.
poniedziałek, 2 listopada 2009
629. papierowy maraton | paper marathon
I took a day off on Friday, and during this long weekend I sniffed a ton of glue and chopped a ton of paper :) A lot of projects made progress – like the Christmas cards for the craft event this Saturday. Most of them are shiny and glittery, so they qualify for submission to Simon’s challenge.
Then there is the cover for the photo album for my grand-daughter to be born in January (I’m planning to give the album to my family in Polska when I go there next week, and then I will be sending photos and pages by mail).
Also, a CD cover for my dad for a recording of a bunch of old sermons from our church, a pyramid showcasing Scriptures about the wonders of God’s creation, and finally a WIP – an little family album about the year 2009 on this side of the ocean. Pictures and embellishments to come.
Podczas wydłużonego weekendu nawąchałam się kleju co niemiara, i naciupałam papieru, że hoho. Przemieszczałam się pomiędzy kraftpokojem a tele-pokojem, bo odosobnienie znakomicie robi na kreatywność, ale z drugiej strony słyszę, że T właśnie ogląda super ciekawy program o Alasce, albo wręcz woła „jej, ale ciekawe, ale nie powiem ci co!”
Pomimo tych wędrówek ludów (i narzędzi oraz surowców) udało mi się zrobić cały rządek kartek świątecznych (kiermasz tuż-tuż, w sobotę), z których pierwszą zapodaję na listę błyszczydełek u Simona.

Następnie mamy okładkę na album wnuczki Alicji – pomysł jest taki, że zawiozę albumik do Polski, a potem będę dosyłać zdjęcia i „strony” w listach, które rodzina będzie sobie mogła w należytym porządku układać.
Then there is the cover for the photo album for my grand-daughter to be born in January (I’m planning to give the album to my family in Polska when I go there next week, and then I will be sending photos and pages by mail).
Also, a CD cover for my dad for a recording of a bunch of old sermons from our church, a pyramid showcasing Scriptures about the wonders of God’s creation, and finally a WIP – an little family album about the year 2009 on this side of the ocean. Pictures and embellishments to come.
Podczas wydłużonego weekendu nawąchałam się kleju co niemiara, i naciupałam papieru, że hoho. Przemieszczałam się pomiędzy kraftpokojem a tele-pokojem, bo odosobnienie znakomicie robi na kreatywność, ale z drugiej strony słyszę, że T właśnie ogląda super ciekawy program o Alasce, albo wręcz woła „jej, ale ciekawe, ale nie powiem ci co!”
Pomimo tych wędrówek ludów (i narzędzi oraz surowców) udało mi się zrobić cały rządek kartek świątecznych (kiermasz tuż-tuż, w sobotę), z których pierwszą zapodaję na listę błyszczydełek u Simona.

Następnie mamy okładkę na album wnuczki Alicji – pomysł jest taki, że zawiozę albumik do Polski, a potem będę dosyłać zdjęcia i „strony” w listach, które rodzina będzie sobie mogła w należytym porządku układać. poniedziałek, 26 października 2009
625. kraftu kraftu
Gdzie ten weekend przeleciał? Mam wrażenie, że ciągle coś robiłam, ale żeby rezultaty były jakieś powalające, to nie powiem. Przenosiny do kraftpokoju jeszcze nie skończone, tyle tego wszystkiego jest... ale wyjechały też dwie reklamówki na śmietnik.
Zrobiłam trochę nieplanowaną piramidkę w tematyce kociej dla pani z pracy, która zawsze wspiera mnie we wszelkich zwierzęco-schroniskowych wysiłkach, a w piątek akurat były jej urodziny. Zostawiłam miejsce na fotki kotów, bo koleżanka owa posiada chyba ze trzy.
Następnie posuwają się powoli do przodu zasoby kartek świątecznych, nadal płaskich :)
Następnie w zeszłym tygodniu również zostałam ciocio-babcią, ale zdjęć żadnych nie pokazuję, bo nie wiem, czy państwo rodzicielstwo by sobie życzyli. Natomiast z całą pewnością mogę pokazać gębulę naszej wnuczki (łaaaaaaaaaaaaaa*), którą mi Pisklak dostarczył celem umieszczenia w albumie. Bo przecież musi być Alicjowy album, od samego początku. Nawet wózkową pieczątkę już mamy na składzie.
Zrobiłam trochę nieplanowaną piramidkę w tematyce kociej dla pani z pracy, która zawsze wspiera mnie we wszelkich zwierzęco-schroniskowych wysiłkach, a w piątek akurat były jej urodziny. Zostawiłam miejsce na fotki kotów, bo koleżanka owa posiada chyba ze trzy.
Następnie posuwają się powoli do przodu zasoby kartek świątecznych, nadal płaskich :)
Następnie w zeszłym tygodniu również zostałam ciocio-babcią, ale zdjęć żadnych nie pokazuję, bo nie wiem, czy państwo rodzicielstwo by sobie życzyli. Natomiast z całą pewnością mogę pokazać gębulę naszej wnuczki (łaaaaaaaaaaaaaa*), którą mi Pisklak dostarczył celem umieszczenia w albumie. Bo przecież musi być Alicjowy album, od samego początku. Nawet wózkową pieczątkę już mamy na składzie.poniedziałek, 28 września 2009
605. wietrzysty poranek
Wiatr hula, śwista w kominku i w załomach dachu, w nocy deszcz zacinał w szyby - całkiem późnojesiennie, można powiedzieć. Miejmy nadzieję, że mi autko umyło :)
Zaliczyliśmy wczoraj wieczorek zapoznawczy z Pisklakową kobietą i jej rodziną - baaaardzo fajni ludzie, tacy swojscy, można powiedzieć. Wesoła, chociaż trochę zmęczona mama, siostra rysująca, brat siedmiolatek czytający grube książki, rysujący i piszący własne książeczki (czuję tu bratnią duszę krafciarską, następnym razem zabieram klej i nożyczki), sympatyczna Pisklakowa z brzuszkiem, a do tego pies, kot, żaba i teraz dodatkowo wprowadził się tam jaszczur.
Mam nadzieję, że my też zrobiliśmy dobre wrażenie.
Pisklak się poza tym wyprowadził, co oznacza, że jego pokój mogę zagracić kraftami. Wymyśliłam sobie, że pomarańczowe ściany przemaluję na kolory plażowe - piaskowy beż i wodny turkus, a zasłonki itp. będa w kolorze trawiastym. Teraz jednak okazało się, że zostają czarne meble... no i nie wiem, jak to się wszystko będzie trzymało kupy. Niby można je przemalować, ale nie wiem, czy taka okładzina łatwo złapie farbę. No i dodałoby to dość sporo pracy.
Z tego rozmyślania po raz kolejny przyśniło mi się, że oto w garderobie są drzwi prowadzące do jeszcze jednego pomieszczenia, a potem na prawo wychodzi się z niego na taraz z przeeeepięknym widokiem na turkusowe wody - może jezioro, może morze :D. A co najważniejsze, wiedziałam, że mi się to śni, znalazłam te pierwsze drzwi i mówię, że wiem, co będzie dalej, bo już miałam bardzo podobny sen.
Zaliczyliśmy wczoraj wieczorek zapoznawczy z Pisklakową kobietą i jej rodziną - baaaardzo fajni ludzie, tacy swojscy, można powiedzieć. Wesoła, chociaż trochę zmęczona mama, siostra rysująca, brat siedmiolatek czytający grube książki, rysujący i piszący własne książeczki (czuję tu bratnią duszę krafciarską, następnym razem zabieram klej i nożyczki), sympatyczna Pisklakowa z brzuszkiem, a do tego pies, kot, żaba i teraz dodatkowo wprowadził się tam jaszczur.
Mam nadzieję, że my też zrobiliśmy dobre wrażenie.
Pisklak się poza tym wyprowadził, co oznacza, że jego pokój mogę zagracić kraftami. Wymyśliłam sobie, że pomarańczowe ściany przemaluję na kolory plażowe - piaskowy beż i wodny turkus, a zasłonki itp. będa w kolorze trawiastym. Teraz jednak okazało się, że zostają czarne meble... no i nie wiem, jak to się wszystko będzie trzymało kupy. Niby można je przemalować, ale nie wiem, czy taka okładzina łatwo złapie farbę. No i dodałoby to dość sporo pracy.
Z tego rozmyślania po raz kolejny przyśniło mi się, że oto w garderobie są drzwi prowadzące do jeszcze jednego pomieszczenia, a potem na prawo wychodzi się z niego na taraz z przeeeepięknym widokiem na turkusowe wody - może jezioro, może morze :D. A co najważniejsze, wiedziałam, że mi się to śni, znalazłam te pierwsze drzwi i mówię, że wiem, co będzie dalej, bo już miałam bardzo podobny sen.
piątek, 25 września 2009
603. barbiowa przyszłość?
Się nie pisało jeszcze, że od stycznia gdzieś będzie się maco-babcią. Wczoraj dowiedzieliśmy się, że najprawdopodobniej młode będzie płci żeńskiej. Z jednej strony to dobrze, bo o wiele lepiej znam się na kraftach dziewczęcych, ale z drugiej odczuwam lekki niepokój co do możliwości pojawienia się w moim otoczeniu nadmiaru lalek barbie. Pod tym względem wolałabym autka, koparki i pociągi, bo są stanowczo ciekawsze :)
Opiekowałam się kiedyś dziećmi w rodzinie z dwiema córeczkami, gdzie pewnego dnia zaczęłam liczyć barbie i zatrzymałam się na osiemdziesięciu, a i tak część jeszcze nie została objęta statystyką. Tak więc zalew różowym badziewiem może naprawdę przybrać katastrofalne rozmiary. Myślę, że tak do pięciu sztuk na dziecko to jeszcze w normie.
A tak w ogóle – to byle młode zdrowe było i nauczyło się polskiego.
Z innej beczki: zrobiłam na szybko dwie kartki z tych wczorajszych papierów – trochę żałuję, że napaćkałam tę ramkę ze złotych kropeczek, ale trudno, zeskrobać się nie da.
Widzę poza tym, że kolory na zdjęciu wyjatkowo tym razem się nie udały – ta pierwsza baza jest ciemno-ciemno-szara, a tu jakiś dziwny odcień. Drugie też jakieś nietakie.

Opiekowałam się kiedyś dziećmi w rodzinie z dwiema córeczkami, gdzie pewnego dnia zaczęłam liczyć barbie i zatrzymałam się na osiemdziesięciu, a i tak część jeszcze nie została objęta statystyką. Tak więc zalew różowym badziewiem może naprawdę przybrać katastrofalne rozmiary. Myślę, że tak do pięciu sztuk na dziecko to jeszcze w normie.
A tak w ogóle – to byle młode zdrowe było i nauczyło się polskiego.
Z innej beczki: zrobiłam na szybko dwie kartki z tych wczorajszych papierów – trochę żałuję, że napaćkałam tę ramkę ze złotych kropeczek, ale trudno, zeskrobać się nie da.
Widzę poza tym, że kolory na zdjęciu wyjatkowo tym razem się nie udały – ta pierwsza baza jest ciemno-ciemno-szara, a tu jakiś dziwny odcień. Drugie też jakieś nietakie.

Subskrybuj:
Posty (Atom)

































