Pokazywanie postów oznaczonych etykietą witraże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą witraże. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 marca 2012

1117. kraftozaległości

Po pierwsze, zorientowałam się, że nie chwaliłam się jeszcze domkiem czyli basztą zrobioną ponad miesiąc temu na wyzwanie w Craftypantkach - przygotowywałyśmy się wtedy do wiosennego ogrodniczenia, wykorzystując różne przedmioty typu doniczki, osłonki, podstawki - chętnych zapraszamy do uczestnictwa, jest jeszcze kilka dni, a nagrody czekają!! Można osrapować choćby szpadel :)

U mnie pojawiła się ekologiczna doniczka potraktowana lekko farbami - jej ekologiczność polega na rozpuszczaniu się bo umieszczeniu rozsady w glebie. Krowa, zdaje się, jest pełna podziwu wobec tego wynalazku.


Takoż i wiosna przyszła, jak widać na świetlistym zdjęciu porannego balkonu...


...i święta wielkanocne tuż-tuż, więc mam nadzieję wytworzyć jeszcze naprędce kartkę albo dwie. Zaczęłam od wypieczątkowania i pomalowania witrażu, który stanie się częścią krzyża, jako że zające i kurczaki to raczej nie moja półka :) Zastanawiam się nad poszkleniem go Glossy Accents - może tylko częściowo?

wtorek, 30 sierpnia 2011

984. powróciwszy...

...mam kłopot z wybraniem wrażeń, które warto wspomnieć, a to z powodu ich nadmiaru. Zdjęcia jakoś może się wybierze, choć nieco później - dziś tylko kilka, z drogi powrotnej, z wczoraj.

Tydzień w pięknym miejscu w górach, wśród znajomych starych i nowych, w zasypaniu nutami po sam czubek głowy, okazał się próbką czegoś rajskiego, choć może nieco męczącego. Nie wyobrażam sobie jednak raju, w którym się wyłącznie wypoczywa, więc pewnie jedno przychodzi z drugim. (Nawiasem mówiąc - ciekawe, czy Adam z Ewą bywali zmęczeni? Doskonali ludzie w doskonałych okolicznościach? Hm.)

Koncert w Krakowie był ukoronowaniem tego tygodnia, choć on z kolei doskonały nie był, bo upał jednak dał w kość i w gardło, tak, że udało nam się parę razy wyprodukować harmonie, których nie powstydziłby się kompozytor najkrzywszej muzyki współczesnej.j. Gościom jednak się podobało, a i nam sprawiło w sumie nielichą przyjemność, bo na przykład taki Chór Hebrajskich Niewolników można śpiewać bez końca. (Zdawało mi się, że już to umiem, a tu na próbach okazało się znienacka, że w tym utworze występują dwa soprany i trzeba się było pędem douczyć.)

Cenne były spotkania i pogaduchy na nowo przeciągające niteczki przyjaźni z osobami znanymi sprzed lat; troszkę może inaczej teraz, kiedy zanikła dziura pólpokoleniowa, bo przez długi czas byłam w tym chórze najmłodsza. Dzięki temu jednak, znalazłszy się w samym środeczku drogi do następnego pokolenia, zadzierzgnęłam też niteczki z kilkoma fajnymi małolatami w wieku dwudziestkowym.

Kolekcjonowałam sobie więc postacie w tych rozmowach... największe wrażenie zrobiło jednak chyba spotkanie z dziewczyną na swój sposób wyrwaną śmierci - półtora roku temu, po ciężkim wypadku samochodowym nie wiadomo było nawet, czy po niesamowicie skomplikowanych obrażeniach przeżyje. Długa śpiączka, wybudzanie, kroczek po kroczku przywracanie do życia, uczenie się na nowo każdego drobiazgu... dziś Paulina chodzi o własnych siłach, trochę koślawo, ale bez wózka, kul i kijków, które po kolei były etapami powrotu do pionu. Mówi - choć brzmi to jak rozmowa z obcokrajowcem szukającym jeszcze odpowiednich słów; ćwiczy pisanie, ćwiczy precyzję rąk, rehabilitacja trwa.

Paulina jest przylepą, co chwilę zarzucającą człowiekowi ręce na szyję i jak fontanna tryskającą radością z tych - z naszego punktu widzenia drobnych - osiągnięć, ale mówi też trochę o frustracji spowodowanej powolnym tempem tych wszystkich zmian. Takie spotkanie zmienia trochę perspektywę... tu się człowiek martwi, że jakiegoś tam stempelka nie posiada, albo jakiś bzdurny plan nie wypalił, a tam - taka radość, że w ogóle się żyje. Nie umiem sobie wyobrazić takiego powrotu do życia, ani tego, czego w tym procesie doświadczyli jej rodzice. Myśmy tylko kibicowali z dala.

Z takich "życiowych" refleksji jeszcze: ludzie pamiętają o człowieku takie szczegóły, które w życiu nie przyszłyby mi do głowy. Drobiazgi, które dla mnie wtedy nie miały praktycznie żadnego znaczenia, tycie, tyciutkie geściki - a komuś tam jednak zapadły w pamięć i po dziesięciu-piętnastu latach je wygrzebuje. Wnioskuję zatem, że trza się starać :)

I cóż jeszcze... przemijanie czasu, ale z drugiej strony, dla równowagi, ogrom entuzjazmu, nastawienia "chce mi się", niekończącego się wdrapywania na coraz wyższy poziom, poświęcenia dla innych zupełnie bezinteresownie. I mnóstwo innych wrażeń, do których jeszcze się może wróci, ale póki co - kilka zdjęć wspomnianych na początku, z wczoraj:

 Fajnie jest widzieć, że moja walizka leci ze mną - ta kolorowa :)
 Autostrada, którą się przyjechało, i gobeliny z poletek uprawnych.
 Ciepłownia jakaś, czy elektrownia?
Ze szkieukami cienko jakoś było podczas tej wyprawy, ale na sam koniec, na lotnisku w Chicago, trzeba było przejść przez galerię zachęcającą do zwiedzania muzeum witraży na Navy Pier, więc nałapałam sobie na koniec szklanych fotek. I w sam raz, jak po tym spowolnieniu dotarłam do karuzeli z bagażami, wyjechała moja liściasta waliza :)

poniedziałek, 1 listopada 2010

864. rol-nictwo na listopad

Skrapowanie codziennością zaprasza do zabawy z rolkami, ale nie chodzi bynajmniej o wyganianie szan. Koleżanek na jesienne chłody z kółkami na stopach, lecz o kartonowe tuby rozmaitej wielkości – z papieru toaletowego, z papierowych ręczników, folii aluminiowej, nici, wstążeczek – co kto ma. W Imaginarium jest cała sterta natchnienia, a ja pozwolę sobie przedstawić swoje eksperymenty.

Część z nich zainspirowana została blogiem Michele, gdzie oprócz rolek znajduje się multum innych przeciekawych projektów.



Witrażyk natomiast wziął się raczej z mojej łepetyny – wykorzystałam w nim tylko jeden plasterek z rolki, z którego zrobiłam nutkowy brzuszek, ale dało by się zrobić cały taki witraż z podobnych plasterków. No i występują w nim moje ukochane bibułki :)

Zapraszamy do eksperymentów! Wkrótce pojawi się kursik (albo i dwa) wyjaśniający jak zmontować powyższe prace.

wtorek, 17 sierpnia 2010

807. niedzielne wyprawy

Udaliśmy się w niedzielę do nowego domu Pisklaka i reszty rodziny, ale po drodze zahaczyliśmy o kilka miejsc. Najpierw Ikea, gdzie miałam szczerą nadzieję popędzić od razu do magazynu, zabrać odnośny pakiet (półeczka na cedeczka) i myk-myk, załatwić rzecz w kilka minut. Aliści na schodach prowadzących od wejścia do magazynu jest znak, że tak nie należy, tylko trzeba najpierw przejść przez piętro. No dobra; T chciał rzucić okiem na kanapy i fotele, ale okazało się, że znajdowały się one na przeciwległym końcu ikeowego labiryntu.

Kanapy i fotele nie dość, że drogaśne, to jeszcze nietakie. Zlecieliśmy na dół, na poziom magazynu. I znowu niespodzianka – nie da się przelecieć na przestrzał, tylko trzeba się przeprawić przez całą popierdułkownię; nawet gdyby znalazło się jakieś tajne przejście, to i tak nie wiadomo, czy nim iść, bo kręta droga namieszała już człowiekowi w orientacji, a sklep jest poprzedzielany ściankami i zasłonami, więc nie wiadomo, gdzie ten magazyn. Nawet, kiedy się go już zaczyna dostrzegać, to i tak trzeba się nawykręcać, bo drogi na wprost nie ma.

Rozumiem, że to chwyt marketingowy, ale mocno irytujący; w drugiej okolicznej Ikei, w Schaumburgu, można sobie chodzić, jak się chce, nie ma labiryntowego przymusu.

Za to następny przystanek spowodował, że zapomnieliśmy o wszelkich aikijowych niedogodnościach; T wypatrzył gdzieś bowiem, zdaje się, że na RoadsideAmerica.com, że w miejscowości Justice, w mauzoleum na Resurrection Cemetery, znajduje się... największy witraż na świecie. Rety! Toż to niebywała gratka dla szkieuek! Ciekawa byłam niemożebnie, co to będzie za okno – a tu okazało się, że mamy do czynienia z całym budynkiem zbudowanym z witrażu.


Jest to konstrukcja trochę nietypowa, bo wielkie, grube kawały szkła zatopione są w betonie, a nie zamieszkują w delikatnych ramkach, ale i tak robi to niesamowite, monumentalne wrażenie. Zresztą – podejrzewam, że beton być musi, bo taka góra szkła musi być strasznie ciężka.

Nie mieliśmy czasu na dokładne przestudiowanie całości, zapewne pojedziemy tam jeszcze kiedyś (no i mamy kolejne niezwykłe miejsce, gdzie można zawlec ewentualnych gości :). Na niższym piętrze są obrazy z Pisma Świętego, od stworzenia świata aż po Apokalipsę; świetna zabawa – wędrowanie dookoła i zgadywanie, co jest przedstawione na olbrzymich panelach, a potem w gablocie można sobie przeczytać werset naprowadzający.

Na górze byliśmy tylko chwilkę, ale tam są chyba raczej motywy historyczne albo jeszcze inne, bo o traktorach i zębatkach nic w Biblii nie było :)

Najbardziej podobał mi się witraż o czworakiej roli – siewca rzuca ziarno, jedno pada na drogę i jest wydziobane, drugie – na skałę i roślinka szybko usycha, trzecie – wykiełkowało, ale zadusiły je chwasty, a czwarte rośnie sobie pięknie i przynosi plony różnej jakości.

Tu zapewne przedstawiony jest król i psalmista Dawid; nie bardzo rozumiem te statki, ale możliwe, że zahaczamy tu o następny panel o budowie świątyni przez Salomona, któremu, o ile pamiętam, król Tyru przysłał drogą morską rozmaite materiały.

I jeszcze jeden przykład – Nowe Jeruzalem z Objawienia, z rzeką żywota i uzdrawiającymi drzewami.
Najbardziej niesamowite, wręcz nieziemskie wrażenie robiła ściana oświetlona akurat promieniami słońca; w ogniu, na którym pieczono paschalnego baranka, małe czerwone szkiełka jarzyły się jak rozpalone węgielki, a cały korytarz zanurzony był w różnobarwnym świetle.

Koniecznie, koniecznie trzeba tam jeszcze wrócić; resztę zdjęć można będzie zobaczyć w albumie na Picasie. Pięknie byłby też zobaczyć ten budynek w nocy, podświetlony od środka.

niedziela, 21 lutego 2010

700. raz dwa trzy bibułka się drzy

...a właściwie drze, ale by się nie rymowało :p

Przeprowadziłam trzy bibułkowe eksperymenty - bibułek mam zatrzęsienie, bo rozmaite firmy przysyłają nam na zakład próbki swoich produktów i często pakują je właśnie w kolorowe bibuły. A chomikowi szkoda wyrzucać.

Kraft pierwszy to witraż - szkielet stanowią małe serweteczki, pomalowane akrylówką na czarno (oczywiście przed przyklejaniem bibułek.) Serwetki są dwie, żeby witraż-bibulaż był dwustronny.
Kiedy już kończyłam niniejszy prototyp, przyszły mi do głowy trzy usprawnienia:

- można by czarny szkielet delikatnie podmalować "suchym" pędzlem z akrylówką srebrną albo miedzianą, dla podkreślenia trójwymiarowości wytłoczeń na serwetce.
- przed malowaniem i klejeniem trzeba sprawdzić, czy żadna dziurka nie jest zatkana kawałeczkiem, który powinien był odpaść, a nie odpadł.
- dobrze byłoby przylepić jakąś pętelkę, bo tak, to chyba tylko pozostaje mocowanie taśmą do szyby.

No i jeszcze okazało się, że choć serwetki są tłoczone w stosiku i jeśli się patrzy na nie z prawej strony, to wszystkie są takie same - po złożeniu ich lewymi stronami wcale nie są identyczne! Trudno, trzeba było to zamaskować podmalowaniem na czarno.

A, i całość jest po obu stronach pociągnięta dwukrotnie mod-podgem, takim mazidłem klejąco-zabezpieczającym, żeby kolory były bardziej jaskrawe, a całość bardziej przypominała witrażyk.

Serwetka w stanie surowym:

Witrażyk można wykorzystać różnorako:

- zawiesić sobie w oknie;
- mógłby być na stole podkładką pod szklankę, bo się po kilkakrotnym mod-podge'owaniu zrobił plastikowy;
- myślę o wmontowaniu fragmentu w kartkę, choćby nawet wielkanocną;
- miałam jeszcze taki pomysł - również wielkanocny - żeby dołożyć krzyż i ewentualnie napis "alleluja" i wysłać jako kartkę;
- z pewnością dałoby się ten motyw wmontować w luminarię i postawić sobie na biurku w pracy.

O pozostałych dwóch kraftach napiszę jutro, bo i tak mi wyszedł spory wpis :)
A taki mamy dziś poranny widok z okna - niebacznie wspomniałam wczoraj w telefonie do Polski, że śnieg prawie całkiem stopniał, no i pufff, niebiosa spuściły nową porcję.

piątek, 25 grudnia 2009

661. serendipity, czyli aleśmy byli w miejscu!

Pojechaliśmy sobie dziś do Downtown - głównie celem obejrzenia Wielkiej Choinki, która to choinka w tym roku jest skromniejsza, niż w latach poprzednich, ale trudno.

Koło choinki jest szopka sponsorowana przez organizację "Keep Christ in Christmas", czyli ludzi przypominających wydarzenia, jakie świętujemy.


Tuż obok jest Chicago Temple - drapaczochmur-kościół, należący do metodystów.

Na jego ścianie jest seria witraży przedstawiających historię zboru metodystów w Chicago, łącznie na przykład z transportem przez rzekę kościoła z drugiego brzegu.

Na parterze jest główna sala kościoła z pięęęęknymi witrażami, które niestety nienajlepiej wyszły nam na zdjęciach. Za to zagadał do nas naczelny pastor (który zresztą mieszka na górnych piętrach tego wieżowca). Zapytałam, czy dałoby się dostać do Sky Chapel, do maleńkiej kapliczki na szczycie budynku, na co pan odrzekł, że bardzo chętnie, tylko musimy parę minut poczekać.

Zapakowaliśmy się razem z pastorem i jeszcze trójką innych zwiedzających (małżeństwo Amerykanów z Teksasu, którzy, o dziwo, byli kiedyś w Krakowie i bardzo im się podobało) do niewielkiej windy przypominającej konfesjonał :)

Nie był to jednak koniec jazdy, bo potem pastor przeprowadził nas przez chudy korytarz i wąskie schodki, należące już do jego prywatnych apartamentów, po czym zapakowaliśmy się do NAPRAWDĘ tyciej windy.

Ta winda wywiozła nas niemal do kapliczki - te okienka na samej górze, z małym ząbkiem, to właśnie to pomieszczenie. Jeszcze jeden korytarzyk, jeszcze jedne zakręcone schodki...

...i stanęliśmy w Sky Chapel, około 130 metrów nad poziomem ulicy. Miejsca tam jest na jakieś trzydzieści osób, jedyne dekoracje to Chrystus patrzący na Chicago (!) oraz seria witraży ukazujących najważniejsze wydarzenia z Biblii i historii kościoła metodystów.

Tu przykładowo mamy historie z czasów Mojżesza - płonący krzew, wodę, która wytrysnęła ze skały i złotego cielca ulany przez Izraelitów.

Dwa malutkie okienka się otwierają i widać z nich kramiki i choinkę z pierwszego zdjęcia :) (Za tym pinaklem mniej więcej na środku dolnej części.)

Byliśmy już pełni wrażeń, ale jeszcze zatrzymaliśmy się na Montrose Beach, gdzie Michigan wylewa się z brzegów (i zamiast bałwanów śniegowych w tę deszczystą pogodę napotkaliśmy bałwany faliste.)

I na koniec jeszcze był rzut oka na Czwarty Kościół Prezbiteriański z kolejnymi witrażami (choć już nie tak ciekawymi, jak poprzednie.)


Jednym słowem - serendipity, nieoczekiwane, a radosne odkrycie :)

piątek, 29 maja 2009

515. co słychać

Zdaje mi się, że docieram do końca rzeczy, które miałam powysyłać. Kartka do Teściowej poszła wczoraj (doniczki, jak dla Kim); kartka ślimakowa (poniżej) poszła dziś. Odprawiłam też szmatkowe ateciaki oraz stronki typu chunky pages. Album dla Sandry został wręczony w piątek. W weekend, podczas długaśnej jazdy samochodem zrobiłam jeszcze szal-pocieszyciel dla Kim, z włóczki o przyjemnym selerowym kolorze.
Okazuje się jednak, że to jeszcze nie koniec kraftów - Tenese przenosi się do swojej wymarzonej pracy w jakiejś organizacji religijnej, więc trzeba sporządzić na szybko albumik pożegnalny! Nastawiam się na rozwiązanie proste, kwadratowe: Tenese uwielbia kawę i herbatę, więc taka będzie tematyka, a strony - jak łatwo się domyślić - zostaną wymoczone w herbacie.


Jak już wspominałam, przesunęliśmy kanzaski magnes. Wygląda to następująco:

Do zwiedzenia zostało jeszcze to:
Małe wspomnienie z minionego weekendu: w stanie Missouri, w miasteczku zdrojowym Excelsior Springs, jest Hall of Waters - pijalnia wód. Była niestety zamknięta, więc wnętrz nie obejrzeliśmy, ale i na zewnątrz były ciekawe elementy, jak chociażby te latarnie. Fajnie byłoby zobaczyć je wieczorem. (Pierwszy dzień wycieczki jest już gotowy do wglądu w bieżących fotkach na pikasie.)


Poza tym bolą mnie dziś środkowe plecy... nie mogę się schylać, normalnie jak stara babcia jakaś. Nie mam pojęcia, od czego mogłam się tak popsuć. Oby przeszło czem prędzej, bo... tyle jest roboty! Trzy i pół tygodnia do przyjazdu wakacyjnego gościa, dobrze, że plany są w miarę ułożone, szczególnie wielka wyprawa.

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

485. chrzan i musztarda, czyli deszczowa niedziela

Pippi Langstrumpf podlewała kiedyś kwiatki w ulewę, bo tak sobie zaplanowała i nie pozwoliła deszczowi tych planów popsuć. Podobnie i my zaplanowaliśmy sobie na wczoraj grillowanie, więc deszczowa pogoda nas nie odstraszyła. Udało nam się wstrzelić sprytnie w suchszą część dnia.
Wyjazd na grilla niczym skomplikowanym nie jest: trzeba nabyć kiełbaskę czy co kto sobie życzy, wyngle i rozpałkę. I jazda. A, mamy jeszcze wielkie szczypce, żeby się nie parzyć, i trzeba będzie zakupić szufelkę do zarządzania węgielkami. Tyle. Całość mieści się w jednej torbie, bo grille, ławki i stoliki są na wyposażeniu parków.


Więcej zdjęć w stałym miejscu.
Uszyłam kolejnego ateciaczka - żółw to miał być i chyba widać, że jest. Muszę mu jednak dorobić pysk, a w ewentualnych przyszłych egzemplarzach zmienić trochę kształt pyska na bardziej trójkątny.

No i jeszcze witrażyki na wymianę, skończyłam wszystkie cztery, maszeruje hakelbery. Zdjęcie, niestety, marne, bo pogoda deszczowa, jak już wspominałam. Lepiej widać szczegóły gibsonowego obejścia, niż kart, ale trudno, zostały już wysłane, klapka zapadła.

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

481. po niedzieli

Robią się witrażyki na wymianę w ateciakowni... na razie powstał wiatrak, czeka jeszcze drzewo, gruszka i łódka na falach, czyli krajobrazik marynistyczny. Kolory bibułek są ładniejsze, szczególnie ta szarość, która w rzeczywistości jest błękitem, ale światło dziś marne okrutnie, bo od rana leje.

Do wiatraka spasowały mi kolorystycznie dwa ateciaki, otrzymane już jakiś czas temu, a zawieruszone jakimś cudem na kraftowym stole.

Natomiast w najnowszych zdjęciach po lewej jest sprawozdanie z wczorajszej wycieczki do parku nad rzeką Illinois, plus, jak zwykle, kilka innych obiektów, przy których koniecznie trzeba było się zatrzymać. No bo jak nie obejrzeć kamieniołomu??