Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmiki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmiki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 maja 2012

1159. proszę państwa, oto miś...

...miś jest bardzo grzeczny dziś,
chętnie państwu łapę poda.
Nie chce podać? A to szkoda.

Wróciliśmy wczoraj dość późnym wieczorem z szybkiej wyprawy w Appalachy, w Smoky Mountains. Relacja dziś będzie bardzo krótka, bo ledwośmy się rozpakowali, wyłączono prąd (albo okoliczne burze coś popsuły, albo klimatyzatory hulające w upalny dzień położyły sieć), a i nam dość szybko skończył się prąd w organizmach, bo trzy intensywne dni i dwie zarwane noce dały troszkę popalić. Obejrzeliśmy więc tylko pędem zdjęcia, które wymagają jeszcze oczywiście wiele pracy (hm, Projekt Fotka zrobił niniejszym trzy kroki do tyłu...)

Wrzucam więc jedynie filmik z najbardziej niezwykłej chwili. Planowaliśmy mianowicie wstać wcześnie i zajechać na wschód słońca pod Clingmans Dome, a potem wydrapać się na szczyt i na wieżę obserwacyjną celem doświadczenia wschodu słońca. Niestety - zaspaliśmy jakieś pół godziny, ale wyszło nam na dobre, bo kiedy zaczęliśmy się wspinać na rzeczoną wieżę, zobaczyłam w lesie jakieś ruchy... i zatkało mnie, bo przecież jednak niedźwiedzie to rzadkość!

 

Pani Misica z małymi przez dobry kwadrans praktycznie ignorowała nas oraz z tuzin innych osób, które oczywiście natychmiast wywlokły z plecaków sterty sprzętu fotograficznego, z wielkimi statywami i półmetrowymi obiektywami łącznie. A ja... wzruszyłam się do łez, patrząc z niedowierzaniem na sympatyczne pycholki, na gęste futra, w których pobłyskiwała rosa w świeżym słońcu, dopiero co po wschodzie. Grzebały sobie w zielskach, wyjadały coś, aż wreszcie mama zaczęła się jednak niepokoić i przyglądać otoczeniu. W końcu bez większego pośpiechu zarządziła odwrót.

Wspominaliśmy sobie potem, że jesteśmy prawie jak magnesy na dzikie zwierze - na Alasce udało nam się zobaczyć komplet, łącznie z niedźwiedziami i wilkami, które wruszyły nawet przewodniczkę, bo widuje się je nieczęsto. Na każdej wyprawie coś się trafia, częściowo może dlatego, że zwykle bardzo wcześnie zaczynamy dzień i zwierzaki właśnie jedzą, wyłażą na łąki, niedaleko dróg.

Tak, że jeszcze będą opowieści, bo i jelenie były, i dzikie indyki, i dzięcioły, i żółw, i nawet węże... a tu jeszcze o szlaku Appalachów by trzeba wspomnieć, i o wodospadach... CDN!

czwartek, 3 maja 2012

1140. toż to same śmieci! - czyli rrrrrozpakowanie meteopakietu

Po kilku miesiącach niecierpliwego oczekiwania Craftypantki rozpakowują meteopakiety! Dotychczasowe relacje można zobaczyć w linkach pod tym postem.

A ja postanowiłam rzucić sobie wyzwanie i nagrać filmik z rozpakowania... dowiedziałam się, że jednak kariera w radiu, telewizji czy czymkolwiek innym, gdzie się NAGRYWA, absolutnie nie jest mi pisana :D Filmik powstawał na balkonie, przy udziale T, który ustawił mi statyw z aparatem, po czym się stracił na jakiś czas, a po powrocie, gdy było już po wszystkim, zakrzyknął tytułowe "Toż to same śmieci!"

Światło oczywiście pozostawia do życzenia, łapkami macham sobie tu i ówdzie, nawet poza zasięgiem aparatu, a co sobie będę żałować :) Ale co tam, najważniejsze widać, choćby z grubsza. Zaprrrraszam zatem, ja i niespodziewany gość, który znienacka wcisnął się do kadrrrrru.

 

I jeszcze zdjęcie "śmieci" po uporządkowaniu - teraz czeka mnie oczyszczanie, prasowanie itd.


Wnioski są rozmaite. Co należy:

1 - włożyć coś bardzo kolorującego, np. wkład ze starego mazaka, marszczoną bibułkę (choć chyba nie wszystkie farbują; część gładkich bibułek w ogóle się nie odbarwia)
2 - dać sobie zapewne więcej czasu - np. zacząć proces na jesieni i zostawić do maja
3 - dać materiały, które łatwo pobierają kolor - płótno bawełniane, białe koperty (niespodzianka), papier ręcznie robiony, papiery niepowlekane
4 - koronki może należy przeprać przed włożeniem? Moje prawie w ogóle nie przyjęły koloru. Może są potraktowane jakimś preparatem?

Czego nie należy, czyli co mnie rozczarowało:
1 - nie ma co liczyć na zmiany na szarym papierze pakowym - nic się nie stało...
2 - liczyłam na większe zardzewienia
3 - patyki i liście chyba też się nie popisały - być może przez całą zimę coś by z siebie dały.
4 - herbata i kawa prawdopodobnie na zimno też nie dają wielkich efektów - lepiej by było wkładać używane.

wtorek, 12 lipca 2011

970. I am the Ten Thousand Stitches Blanket

Uff, skończyłam wczoraj koło północy kocyk dla synka koleżanki, który pojawi się wśród nas już na dniach, może nawet w piątek - wtedy właśnie przypada pełnia księżyca, a ponoć w tej fazie dzieci bardzo pchają się na świat. Niech będzie.

Kocyk ma dobrze ponad 10 000 ściegów i trochę się zapędziłam z jego rozmiarem, a jak się zorientowałam, to trzeba było zacisnąć ząbki i dojechać do końca. Niemniej jednak ścieg "V" zbyt prędko na moim xydełku nie zagości, bo mi z deczka bokiem wychodzi :D

Dzieło przejechało już tysiące kilometrów, jako że w znacznym stopniu powstawało w samochodzie. Zaliczyło następujące stany: Illinois, Iowa, Missouri (trzy razy), Kansas, Oklahoma, Nowy Meksyk, Teksas, Arkansas i nie mam pewności co do Mississippi. Ostatnio naoglądało się zaś telewizji, z czarno-białymi serialami krrrreminalnymi na czele, oraz zaznajomiło się z porucznikiem Columbo.


Dzisiaj rano zaszyłam końce włóczek przy zmianach koloru, wyprałam i wywiesiłam na balkonie. Mam nadzieję, że wyschnie - najwyżej pójdzie jeszcze na chwilę do suszarki.

A zmieniając całkowicie temat - burzę wczoraj rano mieliśmy, siarczystą bardzo. Hulała wyjątkowo krótko, chyba niecały kwadrans, ale za to skutecznie. Jeszcze dzisiaj kilkaset tysięcy ludzi jest bez prądu.

Tak to wyglądało z naszego balkonu:



Tak w ogóle, to cieszy mnie bardzo siedzenie na balkonie, z tą zielenią wysokaśną przed nosem, z kwiatkami i ziółkami na wyciągnięcie ręki, z jakimś fajnym napojem na półce zbudowanej przez T; przeważnie z laptopem, bo ostatnio zrobiła się masa zaległości zdjęciowych i próbuję się przez nią przebić, a że każdą fotkę muszę dotknąć PhotoShopem, to i sieeeeedzę nad tym długo. Ale przynajmniej na balkonie :)

środa, 29 czerwca 2011

963. in the jungle, the mighty jungle the lion roars tonight

Miało być dziś o koralikach, które wczoraj zmontowałam niespodziewanie dla samej siebie... ale coś zdjęcia na blogasek nie wchodzą. Przedstawiam zatem filmik z niedzieli - byliśmy z wnuczką Alicją w ZOO i wśród sterty fajnych zwirzowych portretów mamy też filmik z ryczącym lwem. Chyba jeszcze nigdy czegoś takiego nie słyszałam - przynajmniej nie od lwa, hehe.



Wyobraziłam sobie od razu, że siedzę gdzieś w Afryce, wieczorkiem, a dookoła ryczą takie bestie. Ciarki przechodzą! Niemniej jednak jest to wspaniałe zwierzę, taaaaaki majestat... Te łapska, ten ogon z kleksem na końcu (było o tym w jakiejś książeczce dla dzieci), ta twarz...

Poniżej zaś piosenka - inspiracja dzisiejszego tytułu:

środa, 14 lipca 2010

789. Alaskańskie opowieści RAZ, czyli chłodna relacja o lodowcach

Opowieści byłoby na kilka dobrych wieczorów... i chyba wręcz na książkę, bo naskrobałam w gromadzienniku mnóstwo notatek, bojąc się, że wrażenia uciekną. Udało nam się niemal wszystko, co zaplanowaliśmy; nie zadziałała jedynie fala przypływowa, tidal bore, która miała przyjść w jednej porcji, że tak się wyrażę, jako niemal metrowa ścianka z wody. Widać było wyraźnie, jak woda zalewa kolejne części odsłonionego odpływem lądu, ale ścianki nie było.
Za to zaliczyliśmy bonusy, bo czas się zwyższył (ta droga na północ nie jest taka okropna, jak się powszechnie uważa) i na przykład wpadliśmy do starej kopalni złota w górach oraz do jeziora z lodowcem, jak również do miasteczka o nazwie North Pole, gdzie ponoć mieszka Mikołaj.

Zacznę chyba od lodowców, bo od niepamiętnych czasów chciałam zobaczyć jakiś na żywo i do tej pory nadarzały się tylko takie, do których konieczna była lornetka. Tym razem podeszliśmy do samej lodowej ściany jednego z licznych lodowców na półwyspie Kenai.

Nie za bardzo wolno było, tabliczka na sznurku odgradzającym ostrzegała, żeby nie włazić, bo odpadają kawały lodu – ale przecież nie można było przegapić takiej okazji.


Lód jest cudnie białoniebieski, na samym brzegu niestety trochę brudnawy. Wieje zimnem jak z otwartej zamrażarki i ciurka z niego woda, tworząc w załomach maleńkie wodospadziki.

To był lodowiec lądowy; podjechaliśmy też do jeziora, do którego jeszcze kilkanaście lat temu pięknie zsuwał się lodowcowy jęzor, wysyłając na jego przeciwny kraniec mniejsze i większe górki lodowe. Przewidywano, że będzie się tak działo do roku 2020, więc na owym przeciwległym brzegu ustawiono piękny Visitor Center, z małym muzeum i sporym kinem, w którym po zakończeniu filmu o lodowcach (a jakże) ekran podjeżdża w górę i przez wielkie okno ukazuje jezioro.
Niestety, pomysł nie do końca się udał, bo lodowiec wyciął numer i się schował za zakrętem już dobre kilka lat temu. Teraz więc widać same kry i inny lodowiec powyżej tafli wody. Do tego również trzeba mieć szczęście – nam udało się zobaczyć całość dopiero za trzecim podejściem.

Najpiękniejszy widok trafiliśmy podczas wyprawy statkowej – wypływa się z jednego fiordu na ocean i wpływa w inny, ktory na czubku zatkany jest masą lodową o szerokości półtora kilometra i wysokości około stu metrów. Napatoczyła się akurat łódka i w sam raz przydała się do pokazania skali zjawiska.

Lodowiec się często cieli – odpadają od niego kawały, wydając przy tym dźwięki całkiem jak grzmoty. Statek przesiedział pod lodowcem dobry kwadrans, wyłączywszy silniki, żebyśmy mogli tego burczenia posłuchać. Filmik nie za bardzo to złapał, ale zaręczam, że wydawało się, iż nadchodzi burza!

Tak w ogóle to przydałoby się skomponować wpis pod hasłem „Myślałam, że...” i opisać w nim różne odkrycia przeczące moim dotychczasowym pojęciom o Alasce. Przykłady – w lecie Alaska wcale nie jest zawalona śniegiem; kwitną kwiaty i latają niesamowite ilości komarów. Tamtejsi Eskimosi nie mieszkają (i nie mieszkali) standardowo w igloo, tylko w ziemiankach albo chatach z drewna. W ogóle słowo „Eskimos” nie jest najlepsze, ponoć niektórych obraża – lepiej nazywać ich wedle plemion/narodów, czyli np. Inupiat, Aleut czy Yupik. Tundra to nie nędzne mchy i porosty, tylko niekończąca się kwiecista łąka. A Anchorage w ogóle nie wydaje się częścią Alaski, bo jest mało ciekawym, stosunkowo niewielkim miastem z menelami i podejrzaną młodzieżą na ulicach. Dobrze prawią, że „Anchorage to nie Alaska, ale ją stamtąd widać” :).

czwartek, 24 czerwca 2010

772. wspólnymi siłami o malinach i tornadzie

Dzisiejszy post jest właściwie wspólny, bo fotki są autorstwa T. Mój aparacik w niesprzyjających okolicznościach świetlnych nie sprawuje się jednak tak dobrze, jak jego wypasiony sprzęt, ale takie było zamierzenie - jeden aparat to szybkiego pstrykania i jeden poważniejszy.

Zawaliłam wczoraj kuchnię malinami, jagodami i truskawkami, bo nadejszła pora robienia mrożonek na długie, zimowe dni. Bardzo lubię tę czynność, sporo podjadam - nawet T się wczoraj skusił na maliny, choć zwykle trzyma się z daleka od owoców. Oto niewielka część zapasów:

Dzień był wielce burzliwy - rano grzmotnęło tak, że na zakładzie zabrzęczały wszystkie okna. Przez dzień polewało, pogrzmiewało, a na sam koniec, kiedy słońce już niemal zjeżdżało za linię zachodu, pojawiła się tęcza i przedziwny żółty blask:

Wcześniej jednak, gdy zajechałam pod meksykański supermarket, źródełko niedrogich owoców do mrożenia, włączono syreny tornadowe. W ogóle mi się to nie podobało, ale cóż było robić, pomaszerowałam do sklepu z nadzieją, że ma mocne ściany :)
Wcześniej jednak pozwoliłam sobie nakręcić filmik, na którym wizja jest dość nudna, ale na fonii wyraźnie słychać burzę i rzeczoną syrenę. Miałam wrażenie, że za chwilę przebije się przez chmury ogromniasty spodek albo inny niezidentyfikowany obiekt latający.

wtorek, 1 czerwca 2010

757. Amana, Anamosa i agrykultura, czyli weekendowy wypad do Iowa

Naklepię na szybko kilka słów o weekendowej wycieczce – przebyliśmy prawie tysiąc mil, połowy zwiedzanych ciekawostek nie było nawet w planie, bo ów plan skończył się znienacka w w niedzielę, a tu jeszcze został poniedziałek :) Od czego jednak improwizacja i trochę szczęścia, że np. udało nam się znaleźć kamping bez rezerwacji, albo że przez pomyłkę wjechaliśmy do parku zamiast na most, a w parku było fajne miejsce widokowe.

Wycieczkę zaczęliśmy od wizyty u Johna Deere’a, w salach, gdzie z góry wydawało się, że są pełne zielono-żółtych zabawek, a z dołu – że te zabawki przytłaczają swym ogromem, szczególnie taki kombajn do zbierania kukurydzy, z kosiarą szeroką jak dom i kołem, gdzie spokojnie można było zasiąść i odpocząć.



W parku stanowym Wildcat Den, tuż po wjechaniu do Iowa, zatrzymaliśmy się na chwilę w starym młynie nad rzeka. Choć pora mielenia uciekła nam sprzed nosa, bardzo ciekawe było wędrowanie w piwnicy między pasami transmisyjnymi. Aż mi skóra cierpła, kiedy wyobraziłam sobie, jak to wszystko hulało.

W Iowa City bez trudu znaleźliśmy stary kapitol, obecnie pełniący funkcję muzeum na terenie uniwersytetu. Pięknie odrestaurowane biura i sale, no i sama symetryczność budynku – jak ja lubię takie widoki.
Na wieczór wylądowaliśmy w Amana Colonies, na ogromnej łące zastawionej kampersami – pole namiotowe było na szczęście kawałek dalej, na odosobnieniu.

Pod wieczór poszliśmy jeszcze pozwiedzać Amanę właściwą, oprócz której istnieją jeszcze East Amana, Middle Amana, High Amana, West Amana i South Amana. Takie osobliwe zbiorowisko wiosek zostało w XIX w. założone przez pewną grupę religijną, która emigrowała z Niemiec na skutek prześladowań i marnej sytuacji ekonomicznej. Ludzie ci przez 70 lat mieszkali tu w komunie, nie korzystając z pieniędzy (!), żywiąc się we wspólnych kuchniach, oddając ubrania do własnych pralni itd., i 11 razy na tydzień uczestnicząc w nabożeństwach. W latach 30-tych XX w. struktura tej społeczności uległa zmianie, można powiedzieć, że się sprywatyzowała, ale etyka i wartości ponoć pozostały. Dziś główna Amana to swego rodzaju skansen z całą ulicą sklepów, restauracji itp. w malowniczych, starych domkach.

Na drugi dzień poszliśmy w las, najpierw do parku stanowego Wapsipinicon (w języku Indian Ojibwe coś w rodzaju „rzeka, nad którą rośnie mnóstwo wodnych karczochów”) oraz Maquoketa. Te nazwy to normalnie człowieka rozwalają, ledwo człowiek jedną spamięta, to już musi się uczyć następnego połamańca :D.

Maquoketa jest ponoć najbardziej niezwykłym parkiem w Iowa – i rzeczywiście powalił nas na kolana niezliczonymi chodniczkami, schodkami i mostkami wśród niesamowitych form krajobrazowych, a przede wszystkim wielkim skalnym mostem. Było duszno i gorąco, komary cięły jak dzikie, tuptanie po schodach w górę i w dół prowadziło co chwilę do zadyszki, ale te zakamarki warte są każdej kropli potu.

W Anamosa zatrzymaliśmy się w Narodowym Muzeum Motocykli, gdzie T zachwycał się jeździdełkami, a ja, ponieważ o motorach mam pojęcie raczej nikłe, przyglądałam się raczej motocyklowym kraftom.

Niedaleko było jeszcze Stone City, znane z tego, że miał tam swoją artystyczną kolonię i szkołę niejaki Grant Wood, autor słynnego (przynajmniej na tym kontynencie) obrazu „American Gothic”. W Stone City jest cała seria budynków wykonanych z kamienia pochodzącego z ichniego kamieniołomu, na przykład ten kościół, o wyglądzie żywcem wyjętym z angielskiego pejzażu. Niestety, był zamknięty, więc nie udało mi się obejrzeć od środka licznych szkieuek w jego oknach.
Poszczęściło nam się za to w Bazylice Franciszka Ksawerego w Dyersville, maleńkim miasteczku wśród pól (które to pola oglądaliśmy przez jakieś 97% tej wycieczki). Rzecz to niezwykła, bo z 53 amerykańskich bazylik 50 znajduje się w metropoliach – a tu taka niespodzianka, z pięknymi witrażami i malowidłami (o których może więcej w jutrzejszym poście.)

Na nocleg mieliśmy nadzieję w kolejnym parku stanowym, Pike’s Peak, i akurat były dwie wolne działki. Rozbiwszy namiot, powędrowaliśmy jeszcze na szlak, gdzie na początku ogląda się przepiękną panoramę Mississippi oraz dołączającą do niej rzekę Wisconsin:

W dalszej części szlaku jest jeszcze dość fajny wodospad, obecnie trochę podsuszony, ale i tak wlezienie za wodny parawanik jest bardzo kuszące.


Obok parkowego centrum dla zwiedzających wypatrzyliśmy... poidełka dla kolibrów. Zdjęć pstryknęliśmy im chyba ponad setkę, ale kolibry majtają skrzydełkami w takim tempie, że wyszło tylko kilka. A zawsze myślałam, żekolibry żyją tylko w tropikach!
Kiedy się zmierzchało, T sporządził tradycyjną kolacyjkę – nie ma o takiej porze nic lepszego, niż grillowane mięsko i nieco piwa.
Na trzeci dzień zaczęliśmy się przemieszczać w stronę domu, ale przecież nie można było nie wsadzić nosa do śluzy na Mississippi, tym bardziej, że akurat wpływała do niej wielka 15-wagonowa barka. Po pierwsze – kierowca holownika, czy też raczej pchacza, musi wpływać do śluzy bardzo precyzyjnie, bo ma może jakieś pół metra luzu po każdej stronie, a to taka olbrzymia struktura! Po drugie zaś – wyczytałam, że gdyby towar z jednej takiej barki przesypać do ciężarówek i ustawić je w rządku, to zajęłyby... 16 kilometrów. Nic dziwnego, że barki są tak popularne i chyba za każdym razem, kiedy lądujemy na śluzie, to akurat jakaś jest w okolicy.

Z niejakim trudem znaleźliśmy ostatni park na trasie – Natural Bridge w Wisconsin, schowany wśród pól i wiejskich dróg, których nawet nie ma na mapie. Dobrze, że chociaż na miejscu są znaki, jak dojść do skalnego łuku nad jaskinią.

I tyle. Znowu wyszła dość intensywna wycieczka, ale chyba inaczej nie potrafimy :)

czwartek, 15 kwietnia 2010

724. niebo, ziemia

Można by się rozpisać na tematy bieżące, ale chyba wiele z nas zaczyna już odczuwać lekki przesyt, choć atmosfera jest oczywiście poważna. Tym bardziej, że dołożyło się trzęsienie ziemi w Chinach, gdzie zginęło ponoć 600 osób, no i jeszcze wybuch wulkanu na Islandii, który chyba bezpośrednio nikomu nie zaszkodził, ale za to utrudnił życie tysiącom.

Dokonuję jednak wyboru na korzyść powrotu do zeszłotygodniowej wycieczki, jakoś tak łatwiej jest, kiedy w umyśle przesuwają się piękne obrazy z przysłowiowych "ciepłych krajów". Głównym celem miał być start rakiety - i odbył się zgodnie z planem, po tym, jak spędziliśmy ze dwie godziny na wilgotnym trawniku w Kennedy Space Center. Poniższy filmik nie jest najlepszej jakości, bo zwykłe aparaty nie dają sobie rady z blaskiem i hukiem, więc tu można obejrzeć wersję urzędową, z bliska.

Cudne było to czekanie do ostatnich sekund, bo w końcu prawie do ostatniej chwili mogą jeszcze start odwołać; a potem ogłuszające okrzyki ludu, oślepiający blask wznoszący się powoli wśród nagle oświetlonego, nocnego jeszcze nieba, i wreszcie booooom - dociera dźwięk, nieco z opóźnieniem. Towarzyszą mu trzaski na podobieństwo fajerwerków, a całość nie trwa długo, po dwóch minutach wahadłowiec jest już daleko, spalił basen paliwa, huk i jasność zabrał ze sobą w dalekie, kosmiczne światy. Została dziwaczna łodyga z pary wodnej, powoli rozpraszająca się i zmieniająca ubarwienie w promieniach turlającego się coraz wyżej słońca.

W ramach bonusu na kilka minut przez startem przeleciała nam nad głowami Międzynarodowa Stacja Kosmiczna, na którą właśnie wybierał się niniejszy wahadłowiec. Po starcie zaś spędziliśmy większość dnia w Centrum Kosmicznym, podziwiając i ogrom latających struktur, i ogromną ilość zawartych w nich szczegółów. I Księżyca nawet dotknęliśmy, bo w gablotce jest dostępny kamyczek.
Na koniec dnia rozbiliśmy namiot w Sebastian Inlet i nie nakładaliśmy nawet dachu, żeby przez siatkę pogapić się na rozgwieżdżone niebo, daleko od miejskiego blasku. I był to baaardzo piękny dzień, taki tematycznie kompletny.

Potem już widoki były bardziej przyziemne - gapiliśmy się, między innymi, w bagna i bagienka w poszukiwaniu aligatorów. Znaleźliśmy ich całe mnóstwo - od może półmetrowego stworka w jeziorze w Okefenokee, poprzez pojedyncze egzemplarze zalegające zdumiewająco tuż przy drodze, aż po całe aligatorowe bagienko z licznym okazami, które właśnie zdecydowały się na pospolite ruszenie, kiedy zabrałam się za kręcenie filmiku.

Everglades, skąd pochodzi ten filmik, rzucił nas na kolana rozmaitością ptactwa, które jakoś się przyzwyczaiło do ludzi, albo nie doznało z ich strony niczego nieprzyjemnego, bo stały sobie, suszyły skrzydła (anhingi i kormorany nie mają ochrony przed wilgocią, więc muszą się suszyć), zbierały papu na śniadanie, grzebały sobie w piórach - i było to naprawdę niezwykłe.

niedziela, 31 maja 2009

516. film-post

Z wycieczki do Kansas mamy dwa filmiki. Pierwszy jest o tym, jak w mieście Topeka, stolicy stanu, wędrowaliśmy sobie w niedzielny poranek wokół ichniego Kapitolu (bo każda stolica kapitol mieć musi.) Spokój błogi i cisza, ludzi brak, a tu nagle - kuku, kuku! T się mocno zadziwił, bo dopiero co dowiedział się, że na kontynencie amerykańskim kukułki nie występują. Poleciał z wyostrzonym aparatem szukać, a gdzie to ćwierka... a ja wiedziałam od początku, że to światła uliczne :D W jednym kierunku kukają, w drugim ćwierkają. Tak to się przedstawia:

Drugi filmik jest z miejscowości Ashland w Nebrasce, z muzeum samolotów. Na koniec oglądania tych wszystkich cudów latającej techniki zapodaliśmy sobie atrakcje w postaci niby-że symulatora lotów. Niby, bo na początku myślałam, że naprawdę będzie widać ziemię, jak gdyby się było pilotem, ale okazało się, że to animacja wymyślonego świata z kolorowymi bryłami i tunelami.

Ciekawe było to, że pudło było dwuosobowe, w odróżnieniu od większych trzęsawek, z jakimi miałam do czynienia do tej pory. No i tamte większe nie wieszały człowieka całkiem do góry grzbietem.

piątek, 30 stycznia 2009

421. planeta zielona, planeta czerwona

Marzą mi się zioła na balkonie. Marzą mi się i w kuchni, ale nie sądzę, żeby się je dało sensownie tam upchnąć. Wczoraj przy okazji kupowania patyka do zasłonki w łazience dokonałam przeglądu działu ogrodniczego w pobliskim Home Depot. Najpierw zobaczyłam gotowce do hodowli czterech ziół, ale oregano w zasadzie nie używam, a doniczek i tak mam nadmiar.

Potem patrzę, a tu są zestawy samych nasion w torebkach – też cztery zioła, ale też z oregano. Najlepiej chyba jednak byłoby zakupić dolarowe torebeczki z poszczególnymi rodzajami. Upatrzyłam sobie bazylię, koperek, szczypiorek (hodował ktoś kiedyś szczypiorek z nasienia??), pietruchę i – lawendę. Coby ładnie pachniało. Z kwiatków chętnie wzięłabym jeszcze nasturcję, bo mnie fascynują kształty kwiatów i liści. I podobno nasturcję się je?

Hodowaniez nasionek wymaga dodatkowej pracy, ale wychodzi o wieeele taniej, niż później gotowe sadzonki. No i mając nasiona mogę sobie dosiewać w miarę potrzeby. Wypatrzyłam takie coś, szklarenkę do wczesnego wysiewu.

Są też kubełka z czegoś ogranicznego, które wsadza się do ziemi razem z roślinką i jakoś się to rozpada, ale chyba jednak szklarenka... Zresztą, jest jeszcze trochę czasu, więc przemyślę.

Z innej beczki - mały filmik z wycieczki do Muzeum Nauki w zeszłą niedzielę. Jeździdełko z Marsa! Można sobie takim pokierować po marsjańskim pejzażu.

środa, 28 stycznia 2009

419. Co przyjdzie do łba, wykonać natychmiast

Udało się! Uszyłam wczoraj firaneczkę do kuchni, pociąwszy na części jedną z firanek z sypialni. T wbija dziś gwiździki, żeby można było odpowiednio zastosować jakieś kokardki, bo na razie szmatka jest przylepiona do ściany taśmą („a myślałem, że to tak na stałe, że to jakiś taki wygląd artystyczny. No dobra, wbiję te gwoździe, podjadę impalą, odpalę kompresor i gana, nie ma kłopotu.”)
Przedstawiam dwa zdjęcia – na pierwszym firaneczki mało widać, za to ładnie sfociły się drzewa za oknem, w ogrodzie tak zwanych Gibsonów. (Tak naprawdę nazywają się jakoś inaczej, a Gibsonowie to ich sąsiedzi, ale kiedyś ich tak nazwałam przez pomyłkę i zostało.) Na drugim zdjęciu jest talerzyk i żeliwna (?) podstawka pod żelazko, kawałeczek naszej małej kolekcji spod sufitu.


A teraz proszę się przywitać z kartoflanym workiem, który wspomniałam wczoraj. Na razie jest wyprany, czeka na wyprasowanie i przeróbkę. Szkoda mi trochę taki eksponat chlastać, ale trudno, w całości się go w żaden sposób nie da wykorzystać. Wyjaśniam sobie, że takich worków jest pewnie w Hameryce zatrzęsienie, podobnie jak zabytkowych traktorów i innych rolniczych artefaktów.
I jeszcze trzy kolejne kocyki, które idą do zmarzniętych zwierzów. W pracy jest właśnie zbiórka na schronisko, bo ponoć ostatnie mrozy sprowadziły tam większą ilość kudłaczy różnych gatunków. Oprócz tego fotki potwierdzają, że jak aparat prosi się o włączenie lampy, to trzeba go słuchać, bo inaczej wychodzi właśnie tak, jak widać poniżej.

Na deser zaś filmik - taki prosty, a taki fajny! T wygrzebał w necie.

poniedziałek, 15 grudnia 2008

zimowe zajęcia

Generalnie lubię zimę i śnieżek, ale są dni, kiedy jest całkiem inaczej. Na przykład dzisiaj, kiedy wstałam i zobaczyłam, że zwykła temperatura wynosi -15C, a odczuwalna -28. Przez co zamarzły mi z kretesem drzwi w aucie, a pół centymetra lodu na przedniej szybie za nic w świecie nie chciało się dać zeskrobać. W takich temperaturach lód wygrywa.
Nawet witrażyk w kuchni omarzł:
Nie marudząc jednak dalej, przechodzę do spraw fajniejszych; przede wszystkim – wczorajszy Mesjasz. Zaniepokoił mnie nieco fakt, że nie ma chóru jako takiego, bo spodziewałam się, że jeśli „sing-along”, to będzie orkiestra, soliści, chór oraz zwykli śmiertelnicy, troszkę podśpiewujący. A tu okazało się, że śmiertelnicy to chór!
Od razu było wiadomo, gdzie ma siadać która sekcja. Umieściliśmy się w sopranach, ale był to pic na wodę, bo okazało się, że po pierwsze trzeba sobie przynieść mniej więcej calową książkę z nutami i najlepiej umieć choć z grubsza to, co się w niej znajduje. Po drugie, że trzeba umieć śpiewać nutki, które obrastają pięciolinię gęsto, jak winogronka. Po trzecie, trzeba umieć śpiewać nutki nad pięciolinią, bo soprany wyjeżdżają strasznie wysoko. A do tego wszystkiego trzeba się nie wzruszyć do łez, co nam się z Lady Elizabeth w ogóle nie udało.
Niesamowite było to, że zeszli się ludziska, którzy wcześniej nigdy z sobą nie śpiewali i całkiem przyzwoicie wykonali ambitny w końcu utwór. No dobra, kilka fragmentów, ale i tak jest to dla mnie rzecz niezwykła. I że im się chce. Dzielę się zatem dwoma krótkimi filmikami i zdjęciem Sali.


W połowie był przerywnik w postaci Pana Tenora śpiewającego przy akompaniamencie organów „O, Holy Night” – moją najulubieńszą kolędę wszech czasów. Tego akurat nie mamy na filmiku, ale pożyczę inną wersję z Tubki – Josha Grobana:

A po powrocie natworzyłam jeszcze zapowiedzianych pierniczków – część zostawiłam w ubarwieniu naturalnym, część polukrowałam.


wtorek, 9 grudnia 2008

po powrocie raz

Wrażeń mnóstwo, na pewno nie zdołam ich opisać. Będzie zatem wybiórczo. A zacznę od samego końca, od powrotu do Chicago. Odbył się on w trzech odcinkach - z Krakowa do Monachium, gdzie odsiedziałam kilka godzin, potem w latającym piekarniku z Monachium do Waszyngtonu, gdzie po raz kolejny w wielkiej uczciwości wypisałam na deklaracji celnej, że wiozę żywność w postaci herbat i czekolady i po raz kolejny odstałam swoje w dodatkowym ogonku do kontroli rolnej, gdzie oczywiście niczego się nie przyczepiono. A odstałam głównie dlatego, że bolki przede mną przyznały się, że nie pakowały swoich klamotów osobiście, więc im rzecz jasna owe klamoty przetrzepano na siedemnastą stronę. Znaleziono w nich jakieś mięsa, sery i ... drzewo z korzeniami, mniej więcej metrowe. Wszystko to uległo konfiskacie, a to drzewko zaskoczyło chyba nawet celników-rolników.
Ostatni etap do Chicago odbywał się już w ciemnościach i byłam za to bardzo wdzięczna, bo lot zakończył się swego rodzaju wizualną fanfarą - przelotem niedaleko chicagowskiego downtown, pod kątem doskonale dostosowanym do oglądania wspaniałych widoków. Nadlecieliśmy z południowego wschodu, gdzieś od South Bend i Gary, zakręciliśmy nieco na północ od miasta, bo wysłano nas z powrotem nad jezioro; wyobrażam sobie, że staliśmy w kolejce do lądowania, której tyle razy się dziwowałam.
Widok był nieziemski - lodowato czarne jezioro, nad nim grupka rzęsiście oświetlonych drapaczy chmur, a dookoła miliony ciepłych, żółtych światełek i lśniące złotem autostrady, niczym promienie olbrzymiego słońca zbiegające się w centrum Wietrznego Miasta. Tyle razy już byłam tu w powietrzu, a pierwszy raz zdarzyło mi się oglądać takie cudo. (Tu jest namiastka tego widoku. Ja nie zrobiłam zdjęć, bo aparat leciał w plecaku w schowku, a już nie wolno było wstawać.)
Potem był jeszcze jeden bonusik w postaci wędrowania Tęczowym Tunelem - przewiązką między jednym z dalszych terminali, a centrum. Też już wiele razy nim zasuwałam, a ciągle mnie bawi. Poniżej jest kilka zdjęć i mały, roztelepany filmik, ale jak się idzie po ruchomym chodniku, to trudno o stabilność. Proszę zwrócić uwagę na kosmiczne dźwięki w tunelu - takie plinkanie, przebijające się przez zapowiadacza.
A potem to jużeśmy się z T znaleźli przy karuzelach z bagażami i był to również bardzo piękny moment. T przyjechał po mnie ruchomym chodnikiem, którym też i wracaliśmy na parking z niebywale skomplikowanym wyjazdem, a w aucie pod szybą czekała na mnie - tradycyjnie - wspaniała róża, jedna, na długachnej nodze.




wtorek, 14 października 2008

Apple River Fort i guziki/buttons

Część druga niedzielnej wycieczki - serendipity w postaci niespodziewanego brązowego znaku prowadzącego do fortu, a właściwie forciku, bo z całą pewnością był on najmniejszy ze wszystkich oglądanych do tej pory umocnień. Leży sobie owa struktura na wzgórzu, wśród kukurydz, dzikich wiśni i żółcistych traw; nie jest to oryginał, lecz replika powstała kilkanaście lat temu. Towarzystwo historyczne z miasteczka Elizabeth chciało odbudować ten zabytek, który po wojnach indiańskich został rozebrany, a drzewo wykorzystano na stodołę (widać w czasach względnego pokoju takie było zapotrzebowanie.)
Zaproszony archeolog dogrzebał się do fundamentów fortu, a dla pewności znalazł też śmietnik :). Towarzystwo historyczne uruchomiło odbudowę, a teraz przez cały sezon mniej więcej co dwa tygodnie mają tam miejsce ciekawe rzeczy, jak choćby demonstracja dawnych czynności, na co i nam udało się trafić. Wciągnięto mnie do robienia świec w kociołku nad ogniem :) T nic nie wytworzył, ale za to latał z aparatem, pstrykał zdjęcia i kręcił film małego zespołu muzycznego koncertującego zapamiętale w fortowej wieży.
The second part of Sunday's trip - serendipity, or the Apple River Fort State Historic Site. It's a replica of the fort from Black Hawk War times, where on many weekends the volunteers present a variety of activities from ye olde tyme. I got to make candles by dipping a string in a kettle over a fire :) T didn't produce any artefacts, but he walked around taking photos and recording videos of the ansamble playing merrily in the fort tower.





Druga historyjka wiąże się z zakupami w Joann Fabric. Otóż wizyta w tym kraftowym supermarkecie w czasie lanczu w ostatni dzień kuponu 50% zniżki na dowolny produkt, NIE jest dobrym pomysłem. Wpada na niego powiem jakieś milion-piencet krafciarek z całej okolicy i tworzy tasiemcowe koleje do przycinania szmatek i koronek, a potem do kasy.

Miałam sobie nabyć bawełnianą koronkę, ale pomimo pobrania numerka w przycinaniu poddałam się po kilku minutach czekania, kiedy to kolejka ani drgnęła, a za to przyjrzałam się dokładnie licznym belom materiału i szpulkom pasmanterii, jakie dzierżyły przedstojące. Oraz porozmawiałam z piegowatym rudzielcem w średnim wieku, który trzymał pod pachą wielką rolkę czarnej dermy i brzęczał, że gdyby wiedział, iż przyjdzie mu stać w ogonku z dwudziestoma kobietami, to przyszedłby do sklepu o zupełnie innej porze.

W drodze do kasy przeleciałam przez dział guzików i zatrzymałam się z piskiem przy dwóch pudełkach pełnych kolorowej rozmaitości. Mniam! Ceny nie było, ale myślę sobie - z kuponem 50% może nie będzie więcej, niż piątka... zobaczę. I wiecie, co się okazało? Że te pudełka też są na przecenie i że za dwa pięćdziesiąt dostaje się caaaaałą górę radochy! Pysk mnie się był rozśmiał, rozpakowałam pudełko jeszcze w aucie, na czerwonym świetle. A w domu posortowałam sobie guziczki na maleńkie, większe, kształtowe i niezwyczajne. No i odłożyłam osobno guziołki zbliżone kolorystycznie do abudowy komputera.

I went to Joann Fabrics to get some cotton lace and take advantage of the 50% off coupon... but the giant lines to the cutting table made me give up. Instead, I came across a discounted box of mixed buttons... Such joy! I opened the container still while driving back from the store :D And at home sorted the tresures into groups.