czwartek, 9 lipiec 2009

547. trzy, dwa, jeden, zero...

Górskie buty gotowe. Mapy gotowe. Pelerynki zakupione.
Xięga pełna użytecznych informacji wydrukowana. Bilety i rezerwacje takoż.
Ciuchy... akhem, część czeka jeszcze na wypranie, ale to się wieczorkiem zrobi.
Pisqlak zaopatrzony. Harmonogram karmień kota, podlewania kwiatków itp. zrobiony.
Stosik wycieczkowy rozpoczęty.
Jutro bladym świtem odjazd na lotnisko. Cieszę się niesamowicie :D

Póki co, odpowiadam na pytania zadane przez Cynkę, na której poletku zawsze dzieje się coś ciekawego, polecam! Ponieważ jednak do łańcuszków nie mam zbytniego nabożeństwa, nakazane czwórkowanie potraktuję dość luźno, a na niektóre pytania pozwolę sobie nie odpowiedzieć wcale :)
4 miejsca, do których lubię wracać: Wawel (+ kilka innych miejsc w Krakowie), Chinatown w Chicago, Downtown
4 ulubione potrawy: Większość potraw meksykańskich, frytki :D, kurczak w parmezanie, czekolaaaaada, zupy kremowe (nawet brokułowa)
4 potrawy, których nie znoszę: WĄTRÓBKA, brukselka, nie-rybne owoce morza, wnętrzności typu flaczki, móżdżki, płucka, żołądeczki itd.; mogłabym się obyć bez zupy pomidorowej.
4 miejsca, które bym zwiedziła gdybym miała taką okazję: kilka miejsc takich jak Chiny, Egipt, Rosja (na razie w bardzo dalekich planach); Peru, więcej Meksyku (plany nieco bardziej realne); z bliższych, bo w przyszłym tygodniu się spełnią: Góry Kaskadowe, mszysty las, Jezioro Kraterowe.
4 seriale, programy, które lubię: SiEsAje – trudno powiedzieć, którą serię najbardziej lubię; House, wiadomo; programy kraftujące w telewizji HGTV, ostatnio zminimalizowane do jednej półgodzinki o 6:30 rano od pon do czw; sporo programów gotujących. Uwielbiałam kiedyś Iron Chef, wersję japońską, tu jest kawałeczek. Dziwny to był program, ale wciągał niesamowicie. Obejrzałam kiedyś całodzienny maraton, a Takeshi Kaga był przez kilka tygodni moim idolem.
4 ulubione filmy: Amelia, Angielski Pacjent, Czekolada, Apollo 13, Langoliery (w jednej z głównych ról występuje David Morse, który w Housie jest tym policjantem-prześladowcą House’a)
4 rzeczy, które robię po wejściu do internetu: Poczta, szkieuka (bo można obejrzeć, co kto na swoim blogasku dodał), icanhascheezburger, wyborcza.

I to by było na tyle. Następny pościk będzie pewnie z komórki.

środa, 8 lipiec 2009

547. motyla trąbka, czyli spójrz czasem pod nogi

Wracam dzisiaj do zdjęć z niedzieli, zrobionych przeważnie w parku stanowym nad Mississippi. Przepiękne to miejsce, a i natura wszelaka aż się pcha do człowieka.

Dumna jestem niesamowicie z tego zdjęcia - fakt, zrobiłam chyba z pół tuzina i tylko jedno wyszło, ale ta trąbka! to futerko! te słoje na drewnie! :D

Tomuś za to stanął (albo raczej położył się) twarzą w twarz z wężym pyskiem, dostrzeżonym najsampierw przez Szwagra. Długo to nie potrwało, bo zwirz włączył wsteczny i odjechał w krzaki, ale fotka jest. Chłopaki siedziały potem cały niedzielny wieczór i rozkminiały w ęternecie, cóż to mógł być za wężyk. Okazało się, że to jest... brown snake. Też mi - tyle to i na zdjęciu widać :) Na poważnie jednak, jest to najprawdopodobniej przedstawiciel rodzaju Storeria.

Znalazłam też ciekawego owada, ale nie wiem, jak się zwie. Proszę zwrócić szanowną uwagę na te szpikulce wystające z tyłu! Ciekawe, po co to.

I jeszcze ładny kwiatyś znad Wielkiej Rzeki.

Na koniec jeszcze fotka jeżyn, takoż z niedzielnej wyprawy. Mniam.

poniedziałek, 6 lipiec 2009

546. struktury

Ostatnie trzy dni minęły w pędzie wycieczkowym – chyba blisko tysiąc kilometrów przebyliśmy, wśród niezliczonych przystanków i , rzecz jasna, mnóstwa zdjęć. Oczywiście mam nadzieję, że jeszcze przed Wyprawą uda mi się je wrzucić na pikasę i oczywiście może mi się to nie udać w świetle całej listy rzeczy do wykonania.

Ale do rzeczy. Podzieliłam sobie wrażenia na dwie grupy – natury i struktury. Kto powiedział, że wszystko ma być chronologicznie? Wybór zaledwie kilku fotek i tak był trudny...

W piątek zatem udaliśmy się do Milwaukee. Gwoździem programu było zwiedzanie browaru Millera – nie dość, że za darmo, to jeszcze dostaje się w prezencie trzy próbki piwa dość znacznej wielkości. Skorzystałam z kilku łyków, resztę przekazując szwagrowi, wielkiemu amatorowi i znawcy złotego napoju. Wycieczka przechodzi przez rozlewnię, magazyn i sztuczną jaskinię, gdzie w dawnych czasach przechowywano piwo. Następnie dostaje się rzeczone próbki, a potem można jeszcze wyspinać się w upale po kilkudziesięciu schodach do hali, gdzie mieszkają wielkie kotły (uczestniczy mniej więcej 15% spośród tych, którzy szli PRZED otrzymaniem próbek piwa.)

Potem oglądaliśmy jeszcze ze wszystkich stron świetny budynek muzeum sztuki w Milwaukee, z otwieranymi skrzydłami na dachu. Autorem jest pan Calatrava, ten sam, który zaprojektował najnowszy wieżowiec w Chicago, niesamowitą „śrubę”, docelowo najwyższą w Mieście; niestety, budowa utknęła na skutek kryzysu.

Już w Illinois zaglądnęliśmy do Illinois Beach State Park w Zion, a potem do elektrowni atomowej.
Sobota – wycieczka z Tomkiem pod tytułem „Tygiel narodowościowy”. Przelecieliśmy przez budowę, krzywą wieżę w Niles, pomnik katyński na jednym z cmentarzy, Jackowo, na Meksykowie zjedliśmy lunch w knajpce, gdzie jako jedyni nie mówiliśmy po hiszpańsku, okolice murzyńskie nas wystraszyły, na Chińczykowie zakazano nam robić zdjęcia w sklepie z dziwną żywnością (dla Chińczyków zupełnie normalną, ale suszone koniki morskie, jelenie rogi, rybie pęcherze i wielkie huby stanowczo nam nie podchodzą.)

W Chinatown mają sporo fajnych kafelków, a nawet całą ceramiczną ścianę w pięknych kolorach.

Przeskakując między kroplami deszczu wpadliśmy jeszcze do małego parczku nad rzeką, gdzie za każdym razem zachwyca mnie jeżdżący w dół i w górę most kolejowy, a tym razem nawet jechał po nim pociąg!

W drodze powrotnej był jeszcze krótki przystanek na Archer w Gilmarcie, potem jeszcze kamień pamiątkowy Wałęsy i... grób Ala Capone’a przy Roosevelt Road. O, i jeszcze gdzieś po drodze trafiliśmy na żydowski college :)

Wczoraj wreszcie wybraliśmy się nad Mississippi. Oczywiście zajechanie tam bez przystanków nie było możliwe, więc wsadziliśmy nos do Apple River Fort w miasteczku Elizabeth. Mississippi Palisades były przepiękne... rzeka prawie że nie mieści się w ludzkiej percepcji.

Po drugiej stronie, w Iowa, jest fajny most z obrotowym przęsłem. Chłopaki powędrowały aż na koniec torów, skąd widok mógłby być najgorszym koszmarem maszynisty...

Na koniec – rzut oka na elektrownię atomową w Byron; troszkę z duszą na ramieniu, bo zdaje się, że zwróciła na nas uwagę ochrona, ale nawet nie pytali po co nam tyle zdjęć. Przecież wyglądamy tak niewinnie.

środa, 1 lipiec 2009

545. wiatracznie i kwiatowo

Wyhamowujemy dziś conieco z wycieczkowaniem, to znaczy ja – szwagier wybrał się samodzielnie do Wietrznego Miasta, poszwendać się po Michigan Avenue z przyległościami. Rano jeszcze była bonusowa atrakcja w postaci lokalnego kongresmena rozmawiającego z ludnością na stacji kolejowej.

Wczoraj zaś wsadziliśmy nos do wiatraka w Batavii, nad Fox River. Piękne miejsce, pełne niespodzianek: a to zegar słoneczny z ciekawym napisem, a to jakaś niby-egipska rzeźba, a to betonowa kaczka, sztuczne ruiny oplatane zielskiem, dawna klatka dla niedźwiedzi, pole grążeli żółtych (nie mylić z grzybieniami białymi :D)... i sporo kwiatów, ale jakoś mi się same różowe sfotografowały.
[Więcej zdjęć z ostatnich wypraw jest w pierwszym linku po lewej.]



Chętnie kraftnęłabym sobie COŚ, w szkicowniku mam zanotowanych kilka pomysłów, ale zgodnie z oczekiwaniami nie bardzo jest czas. Dziś może wieczorkiem się coś wyskleja, chociaż w kolejce stoi wcześniej składanie prania, małe zakupy i na pewno jakieś kurodomostwo.

wtorek, 30 czerwiec 2009

543. madir i haveli

Połanieccy przeczytani – troszkę dziwna ta książka, jakby Pan S pisał, pisał, dojechał do końca historii o Maryni i Stachu, po czym zorientował się, że cienka książka wyszła. A, to dopiszemy drugą część, o kimś innym, a potem może nawet trzecią. Na koniec zaś wrócimy do pierwotnych bohaterów, żeby całość powiązać sprytnie w jeden tom.

W ramach zwiedzania zaś pojechaliśmy wczoraj do hinduskiej świątyni w Bartlett. Jest to miejsce niezwykłe, co widzi się od razu, tuż za bramą. Kompleks składa się z dwóch budynków oraz otoczenia – fontann, trawnisiów, kwiatów, sadzawek oraz zwierząt – drucianych modeli obrośniętych zielskiem.

Oglądnęliśmy najpierw budynki z zewnątrz, rzeźbionki z drzewa tekowego (jak byłam mała, to myślałam, że jest to jakieś specjalne drewno na teczki), oraz z kamienia. Struktury są piękne, ale zadziwia to, że nie minęło jeszcze pięć lat chyba, a w wielu miejscach się to sypie. Podklejają więc rozmaitymi pastami, ale nawet nie starają się, żeby tego nie było widać. Z daleka jednak „sen szalonego cukiernika” prezentuje się dość imponująco.

Potem zaś wchodzi się do wnętrza haveli, zdejmuje butki i zasuwa po podgrzewanej, błyszczącej posadzce do głównej świątyni czyli madiru. Znów wszędzie dookoła rzeźbienia, od podłogi do sufitu, a w przejściu rzędy propagandowych plakatów, z których wynika, że Hindusi wymyślili koło, ogień i metodę zamiany pieprzu w złoto, pierwsi byli w kosmosie, pierwsi robili operacje na mózgu, odkryli atom, chlorofil i zapewne eliksir młodości. Hm. (Przesadzam trochę, rzecz jasna, ale i te plakaty przesadzają.)

Trafiliśmy akurat na nabożeństwo, przy czym szwagier miał przywilej zasiąść wśród mężczyzn pod główną kopułą (czekał na obiecane przez pilnowacza wibracje, jakie miały być wywołane przez ceremonialną muzykę, ale się nie doczekał.) Mnie zaś ustawiono z tyłu.

Były śpiewy i dzwonienia (głównie z głośników), otworzono wszystkie szafy z bóstwami, okadzono je ze złotych kadzielnic i... po pierwszej pieśni spora część uczestników chyłkiem ciszkiem wywędrowała. My zostaliśmy ciut dłużej, ale też nie do końca.

Wrażenie zaiste jest niezwykłe, na pewno warto wsadzić nos w takie miejsce. Jednak mojego kościółka bym za te ceremonie nie zamieniła, nawet w połączeniu z fikuśnym budynkiem :)

poniedziałek, 29 czerwiec 2009

542. tryb letnio-wycieczkowy

Nazwiedzałam się przez kilka ostatnich dni po same uszy. Nie ochłonęłam jeszcze po wrażeniach z Art Institute, a już oglądaliśmy w piątek rzeźbionki w Lapidary Art Museum w Elmhurst. Ach tyle tam tych eksponatów, przeważnie niewielkich, ale za każdym razem odkrywa się coś nowego! I za każdym razem otwiera się też szeroko oczy z podziwu nad kunsztem artystów, którzy bez lasera, bez komputera, bez nowoczesnych narzędzi byli w stanie wyskrobać w twardym materiale subtelne cudeńka.

W sobotę pojechaliśmy najpierw do muzeum kolejnictwa w Union (tuż obok miejscowości Marengo - na dźwięk tej nazwy aż się uśmiecham, brzmi jak smakowite lody z owocami). Wyoglądaliśmy wagony i lokomotywy, łącznie z obowiązkowym świdrem do kopania tuneli w śniegach Wyoming i innych stanów zimą nieprzejezdnych z powodu zasp.

Wiadomości dnia były dwie: po pierwsze, że przy kołach parowozów są rurki sypiące piaskiem, żeby się machina nie ślizgała. Po drugie - w najmniej znacznym hangarze z trolejbusami jest też mała lokomotywka i kilka nadpróchniałych wagoników. Nie zwróciłabym na nie uwagi, ale po przeczytaniu tablic okazało się, że historia jest fascynująca: wagoniki te należały do taboru pierwszego chicagowskiego metra, służącego tylko do transportu towarów, poczty itp. Jeździły tunelami, a w końcu porzucono je pod ziemią, kiedy pojawiły się inne sposoby przewożenia.

W 1992 roku była w Chicago niezwykła powódź: robotnik niechcący zrobił dziurę między dnem rzeki Chicago a jednym z tuneli i woda zalała tunele właśnie oraz sporo piwnic rozmaitych budynków, z którymi te przejścia były nadal połączone. Jedna część tuneli się ostała, bo leżała nieco wyżej, pod Lake Shore Drive. Kiedy więc zabrano się za remont tej ulicy, po kilkudziesięciu latach wyciągnięto spod ziemi lokomotywkę i te właśnie wagoniki, które teraz znajdują się w muzeum. Ha! Kto by pomyślał!

Po pociągach wsadziliśmy nos do pięknych, jak zwykle, ogrodów japońskich w Rockford. Zwyższyło się trochę czasu, to i zwiedziliśmy pobieżnie Rock Cut State Park - w zasadzie nie ma tam superciekawych zjawisk, raczej tereny dla wędkarzy i piknikowiczów. Przewędrowaliśmy krótką ścieżynką po prerii, z tablicami wyjaśniającymi i małą kładką przez staw.

Wczoraj wreszcie miała miejsce wyprawa w okolice Starved Rock. Zatrzymaliśmy się na chwilę w elektrowni wiatrowej w Paw Paw, gdzie omal nie uwiało nam głów - wiedzieli dobrze, gdzie te wiatraki ustawić! Potem był przystanek przy śluzie; niestety, nie natknęliśmy się na żaden statek, może było jeszcze za wcześnie.

W Starved Rock zaliczyliśmy klasyczny zestaw szlaków po klifach i kanionach (dziury w skałach wyposażone w wodospady zawsze robią na mnie wrażenie, choćbym oglądała je już któryś raz). No i wreszcie wielki finał, czyli Mathiessen State Park, z wędrowaniem po wodzie aż do największego wodospadu.

Mieliśmy jeszcze zatrzymać się przy kilku starych śluzach na dawnym kanale Illinois-Michigan, ale wymiękliśmy już, a że do domu jest jednak stamtąd kawałek drogi, to wskoczyliśmy na autostradę i pomknęliśmy z powrotem, po drodze zbierając jeszcze Pisqlaka z jego weekendowej rezydencji.

Tyle piękna jest wokół nas, i naturalnego, i wytworzonego przez człowieka... i dobrze, że można robić zdjęcia (albumy w trakcie tworzenia), bo aż się mózg przytyka od oglądania :)

piątek, 26 czerwiec 2009

541. fajansiki i malunki

Wybraliśmy się wczoraj pociagiem do Miasta. Pociąg się niestety nie popisał, zrobił pół godziny opóźnienia, aż wstyd. Na szczęście był miły chłodek we wnętrzu, czasem nawet nazbyt chłodny.

Chicago jest trochę oszałamiające, kiedy po wyjściu z pociągu wdepuje się od razu między wieżowce. Przeszliśmy koło Sears Tower i później „kanionem” prościutko pod Art Institute. Tłumy były olbrzymie, co z jednej strony przeszkadza, ale z drugiej – miło jest widzieć, że naród pcha się do oglądania Sztuki.

Tradycyjnie zachwycałam się Monetem, Szwagier zaś Renoirem, El Greco i Cranachem. Nie wiem, czy nigdy wczesniej nie zauważyłam, czy może coś się pozmieniało, ale uradowały mnie też eksponaty nie-obrazowe rozsiane po salach z malarstwem, a przede wszystkim porcelana. Takoż i w albumie są zdjęcia głównie porcelanowe; tutaj wrzucę tylko kilka ulubionych.

W jednej z gablot były małe puzderka z płyteczkami – wygląda to na jakąś grę może? Wszystko malowane, z mnóstwem szczególików.

Tu mamy ptaszory z wielkiej wazy – zwykle ptasie dyzajny mnie nie ruszają, ale kiedy się przyjrzałam z bliska, na te wszystkie tycie kreseczki, to trudno było się nie zachwycić.

Kolejny fajny eksponat – ciekawe lustro. Trochę może zaskakuje zestawieniem materiałów i wzorów; niestety, zdjęcie nie wyszło najlepiej, bo światło marne, a z lampy nie wolno korzystać.

Na koniec – SZAFA. Tyle powiem, bez żadnych dalszych komentarzy, bo jeszcze mi się gotowa przyśnić :D.

czwartek, 25 czerwiec 2009

540. proście, a będzie wam dane

W ramach zwiedzania wszystkiego pojechaliśmy wczoraj pod wieczór do Fermilabu. W planie był główny budynek, czyli Wilson Hall, zewnętrzny ogląd kręgów-akceleratorów oraz bizony. Postanowiłam też zapytać, czy przypadkiem nie wpuściliby nas na piętnaste piętro, skąd można sobie pięknie obejrzeć okolicę, a przede wszystkim kręgi.

Takoż i podeszłam z duszą na ramieniu do trzech panów z pistoletami rezydujących w biurze strażników. Ale gdzie tam, na górę wjeżdża się tylko z wycieczką, proszę się stawić w środę o 10:30. Naopowiadałam, że szwagier, że z Polski, że studiował fizykę jądrową (co ani odrobinę nie jest naciąganiem faktów), ale nie pomogło.

Poszliśmy więc oglądać piękne, złociste wahadło Foucaulta majtające się leniwie wśród egzotycznych roślin, potem wstęgę Moebiusa na zewnątrz budynku, potem analizowaliśmy wszystkie dostępne tablice wyjaśniające... i już braliśmy się w zasadzie do wyjścia, kiedy podszedł do nas jeden ze strażników i powiedział, że jeśli będziemy grzeczni i nie będziemy otwierać żadnych drzwi, to możemy sobie jechać na to piętnaste piętro.

I po raz kolejny okazało się, że w tym kraju zawsze warto poprosić, bo w wielu przypadkach się dostanie, choćby nawet się ustawowo nie należało. Widok z góry był fajny, pogoda się wydarzyła piękna, widać było kręgi jak na dłoni. Nie mieści mi się to wszystko w głowie; ile razy zawijamy do Fermilabu, dziwuję się, że WSZYSTKO jest zbudowane z takich tycinek i jakoś trzyma się kupy i działa, a po drugie – że ludzie wymyślili tak niesamowite machiny – olbrzymie, ale wymagające jednak niezwykłej precyzji – które są w stanie zaglądnąć tak głęboko. Ach.

Mamy zatem kilka zdjęć sprzed Wilson Hall, z hiperboliczną rzeźbą w basenie, którą można ciekawie skomponować z budynkiem:

Taki widok jest z jednej strony ze szczytu – widać linie z prądem, których słupy mają ponoć nawiązywać do litery pi.
Tu widok kręgów z lotu ptaka – zdjęcie pożyczone, bo nie lataliśmy :). Wilson Hall jest po lewej, maciupki.

I jeszcze zdjęcie bizonów, niestety, stały daleko i nie wyszło zbyt dobrze. Ale były!

Dzisiaj podejmujemy wyprawę do Miasta, do Art Institute, jako że w czwartki (i piątki) od 17 do 21 można zwiedzać za darmo. Jak starczy sił, to będzie jeszcze mała wycieczka po Michigan Avenue.

środa, 24 czerwiec 2009

539. szafa przegina

Wspominałam już kiedyś może, że śnią mi się od czasu do czasu nowe mieszkania i domy - praktycznie za każdym razem inne. Są one nowe dla nas, ale zawsze z jakąś przeszłością, z duszą, można powiedzieć: a to wielgachne okno na morze, a to białe pomieszczenie z dekoracjami kolorystycznie dopasowanymi do tej niedawno przedstawianej płytki, a to słońce na podłodze z miodowo-brązowych desek, albo kuchnia ze staroświeckim kredensem czy wysokie, pałacowate pomieszczenia z mnóstwem aksamitnych kotar.

W tych snach występują zawsze dwa elementy: pokój, gdzie mogę się rozłożyć skutecznie ze wszystkimi kraftami, jakie zachomikowałam po różnych zakamarkach obecnego mieszkania, oraz SZAFA czy inny mebel z mnóstwem przegródek, szufladek, drzwiczek - na robótkowe drobiazgi właśnie.

I teraz dochodzę do tytułowego przegięcia: otóż ostatniej nocy znalazłam się w nowym dla nas mieszkaniu, niby wszystko w porządku - ale pamiętam wyraźnie myślenie w tym śnie: "Ja wiem, że mi się to śni i tak naprawdę się tu nie wprowadzamy, ale poszukam tej szafy."

I szafa BYŁA! Tym razem w kolorze drewnianym, zabejcowanym tylko, ze słojami i drewnianymi wzorkami. Ale jak ten ludzki mózg może człowiekowi nawywracać, żeby sobie takie coś we śnie myśleć, wiedzieć, że się śni?? Jakoś tak dwuwarstwowo?

(Kraftowanie przeniosłam wczoraj na sosnowy stół, bo panowie okupują pozostałe miejsca w pokoju, a tuż obok stołu jest równie sosnowa półka z furą pudełek, gdzie staram się zachować jaką taką systematykę surowców. Dużo z nią miałam wczoraj wspólnego, więc może taka jest przyczyna tego snu.)

Shop-and-Save Opportunity

There is this web site that apparently crawls through the World Wide Web and looks for all sorts of items on sale.

The area I checked out was the summer, outdoor/garden stuff. The first thing that I saw and liked a lot was the categories – you can easily see stuff for the different regions of the US, and then Supplies, Equipment and Accessories. Each category is illustrated with a little image, which makes it much easier on the eyes than lines upon lines of text. Ah, and did I mention that the layout is nice and clean, with google-like white background? (When the designers at work were telling me that white is the way to go for backgrounds, I was hesitant – now I am becoming more and more a fan of it.)

I looked at the page with hammocks – ah, the memories! My mind went back to Belize, where we stayed at an old guest house right by the Caribbean, and there were a couple hammocks on the veranda. It turned out that getting in and ESPECIALLY out may be a little tricky :D But it was fun.

We don’t have a garden now, just a balcony, but if we did… I could definitely get a bunch of stuff like some gardening tools, or some outdoor furniture… and who knows, maybe even a grill! One day in the future, when we retire, we could get alittle tiny house somewhere in a nice, green area, where I could spend my days crafting and digging in the dirt. Yeah!

I must admit, though, that despite the awesomeness of this tool, there are a couple things that could perhaps be improved. The color slider, where you can search by color, is great: if I would like to buy brown chairs or a red hammock, I don’t have to sift through gazillions of different colors. However, the price slider starts at the range $0-$2400, and the lowest range it allows for is $0-$186, which in the case of cheaper items (like small garden tools, for instance) is not very helpful :(.

wtorek, 23 czerwiec 2009

537. the eagle has landed

Wróciłam właśnie z lotniska, zajechałam bez większych problemów (aczkolwiek utknęłam w wielkim korasie z powodu remontu skrzyżowania... w drodze powrotnej remont był już zakończony). Znaleźliśmy się od razu, tłoku nie było ani na drogach koło O'Hare, ani na parkingu. Powrót też się odbył bez błądzenia i zawracania.

Tyle, że upały wielkie są. Jutro podobnie. Uff uff.

poniedziałek, 22 czerwiec 2009

535. kurodomostwo i parę sztuk

Weekend był w znacznym stopniu kurodomowy - szorowanie pryszniców, zakupy, pitraszonko (całkiem zwyczajne mielone, nie żadne wymyślne przepisy tym razem), odkurzanie (nie lubię odkurzacza, szczególnie w porze bardzo wilgotnego powietrza, bo ustrojstwo nie chce jeździć po wykładzinie), kościółek polski, kościółek angielski...

Tomuś za to zakończył swoje najnowsze dzieło - zafugował płytki przy wejściu. Nie mogę się na-ochać i na-achać, jakie to polepszenie w porównaniu z paskudną już w tamtym miejscu wykładziną, którą był usunął. Kot odkrył, że w upalną pogodę bardzo fajnie jest się na tych płytkach rozciągnąć i chłodzić futro.

Mielone zrobione, piffko zakupione - można powiedzieć, że jesteśmy gotowi na przyjazd Szwagra Kazimierza. Za jakieś 24 godziny biorę się na lotnisko - kolejne przeżycie, bo daaawno już sama tam nie jechałam.

Pośród wszystkich weekendowych zajęć udało się też wysklejać kilka karteczek - część elementów przygotowałam wcześniej. Oto moja ulubiona, nie wiem, jak się z nią rozstanę...

Miejsce drugie - ze szmatką i koralikami:

Miejsce trzecie - dalsze eksperymenta z organdyną. W kolejce czeka taki pomysł, żeby kwiatysie z dziurkacza (albo może stemplowane i wycinane?) umieścić na kilku warstwach organdyny i zobaczyć, co się stanie.

I jeszcze karteczka z dzisiejszego poranka - bardzo mi się podoba ten papier, jak widać.

niedziela, 21 czerwiec 2009

car talk

Sometimes I look at this car web site and peruse a few vehicles... not that we are thinking about changing very soon, but it's always fun to look up some new inventions. I am perfectly happy with my little orange cobalt, although I had to take it in on account of some strange clung-clung noises in the front section, and it turned out that those were some faulty parts that were fixed free of charge (gotta love those warranties!) The husband's impala is much older and it has 140 000 miles; in fact, it conked out last week and they had to put in some new part as well.

So I was looking at the 2009 chevy impala, as it is quite likely that at some point we will get one, or similar. My husband has been driving impalas for many years, always buying them used and always very happy. They have a giant trunk suitable for his construction equipment, and are quite sturdy, too.

Ah, the places we have taken our impalas to! A deep, deep canyon in the Utah desert, where they recommended 4-wheel-drives, and she handled it perfectly; Rocky Mountains, Texas, New Mexico, Arizona, Yellowstone, Nevada, Canada, New Orleans, Smoky Mountains...even during lengthy trips as a 4-adult family we were perfectly fine comfort- and space-wise. A wonderful car, that's what I can say.

Sometimes I am tempted to get something like this audi r8 - the cobalt is a little in this direction, like a cheap, downgraded version :) Like I said, I enjoy it greatly and I hope with good care (timely oil changes etc.) and not much driving in general, the cobalt will be a member of our family for many, many years.

And when we get older, like retirement-age older, perhaps we'll get ourselves a big boaty car, like one of the chrysler cars, or perhaps a buick... Who knows what cars will be around then, and, being a woman, I am in fact more concerned with the color, than the make. My dream is a pearly-white car, or some other white/off-white shininess. There is this lexus parked at our condo section, and it has this dreamy, ethereal bluish shine on its white exterior.... something like that would be perfect!

sobota, 20 czerwiec 2009

533. przepis na zapiekankę

Na życzenie Zielonej zapodaję przepis na meksykańską zapiekankę.

Składniki:
1 łyżeczka oleju
1 1/2 szklanki wody
1 cebula posiekana
1 zielona papryka posiekana
3/4 szklanki ryżu (niegotowanego)
1 puszka czerwonej fasoli (około czterech szklanek; chodzi o to, żeby fasola była już miękka; należy ją odcedzić i przepłukać. Można też fasolę ugotować w podobnej ilości; można też zmieszać różne fasole. )
2 spore pomidory, pokostkowane
1 łyżka proszku chili
1 łyżeczka mielonego kminu rzymskiego
2 szklanki tartego sera mozzarella
4 paprysie jalapeno, drobniutko posiekane

Podgrzać piekarnik do 175 stopni.

W dość sporym rondlu podgrzać olej, dodać cebulę, paprykę, jalapeno i podsmażyć. Następnie dodać wodę, ryż, fasolę, pomidory, chili i kmin. Doprowadzić do wrzenia, gotować pod przykryciem na maleńkim ogniu 25 minut (dopóki ryż nie zmięknie i nie zniknie większość wody.)

Przenieść do naczynia do zapiekania (ja zapiekam w pyrexie nieco mniejszym od standardowej blachy na ciasto.) Posypać serem, piec 15 minut.

Można podawać z chipsami tortilla, ale samo też jest super. Można do środka nawrzucać też przed zapiekaniem jakieś kiełbaski czy mięsa jeśli się ma. Kmin pewnie nie jest całkiem konieczny, ale dodaje "meksykanizmu". Zdziwiło mnie też, że w przepisie nie ma mowy o soli - ja tam dosypuję z łyżeczkę vegety.

Mniam.

piątek, 19 czerwiec 2009

533. płyteczka na piątek

Od dawna lubię płytki czyli kafelki (chociaż kafle kojarzą mi się z takimi piecowymi, niekoniecznie cienkimi płytkami na ścianę.) Oto moja ulubiona płyteczka, która zawiśnie w kuchni, jak tylko wbijemy odpowiedniego gwiździa:

Płyteczka została zakupiona dawno, dawno temu, w jakimś składzie antyków. Uwielbiam ten kolor, a i temat jest mi bliski, boć to przecież... drukarnia najwyraźniej!

PS. Przepis na zapiekankę będzie... jutro, z domu. Bo z pamięci raczej wszystkiego nie spiszę.