Skaczę sobie po muzykach na Tubce i trafiam na takie coś. Jedna z moich ulubionych piosenek, choć przygnębiająca. Ale teraz tak: facet wygląda trochę jak Johnny Depp w roli Willy Wonki; z cylindrów zwisa gościom spaghetti, z tyłu na początku wygląda jakiś Rumburak, a potem pojawia się pani, której z głowy sterczy skręcona antenka... i jeszcze listki się z góry sypią... i jeszcze ta krzaczasta sceneria... Pełny odjazd. Ale piosenka cudo :)
wtorek, 31 marca 2009
468. paschalnyje jajca
Umówiłyśmy się z jedną panią w ateciakowni na wymianę, gdzie z mojej strony zostaną wysłane między innymi ręcznie napisane teksty po polsku i po rosyjsku (egzotyka, jak nie wiem.) Po polsku napisałam "O szyby deszcz dzwoni" oraz "Stepy Akermańskie". (Nadal twierdzę, że A. Mickiewicz mógł sobie pisać sonety i by wystarczyło, bo są genialne; ludzkość obeszła by się spokojnie bez niektórych innych utworów, z Panem T. na czele.)
Po rosyjsku wysmarowałam fragment wiersza Puszkina o jesieni (razem z polskim tłumaczeniem) oraz kawałek tekstu o matrioszkach. I co się okazało! Że matrioszki wzięły się od drewnianych jajek wielkanocnych (paschalnych jajec :D), ponoć w dawniejszych czasach robionych w taki sposób, że mniejsze wkładało się w większe. Potem pojawiły się gęby i stąd mamy dzisiejsze lale.
Czasem człowiek zupełnie niespodziewanie dowie się czegoś nowego.
Po rosyjsku wysmarowałam fragment wiersza Puszkina o jesieni (razem z polskim tłumaczeniem) oraz kawałek tekstu o matrioszkach. I co się okazało! Że matrioszki wzięły się od drewnianych jajek wielkanocnych (paschalnych jajec :D), ponoć w dawniejszych czasach robionych w taki sposób, że mniejsze wkładało się w większe. Potem pojawiły się gęby i stąd mamy dzisiejsze lale.
Czasem człowiek zupełnie niespodziewanie dowie się czegoś nowego.
poniedziałek, 30 marca 2009
kolorów ciąg dalszy
Weekend przeleciał, jakby go nie było. Lekcja, zakupy, pitraszenie, pranie, kościółek polski, kościółek angielski, pogrzebanie w internecie, piramidka dla Lady E prawie-że skończona, mały postęp w ateciaku wyszywanym krzyżykami.
Zadziwiło mnie, że ten ateciak idzie mi tak strasznie powoli. Fakt, że jestem początkująca, ale mam prościutki wzorek i zapełnianie pól mogło by być trochę szybsze. Ponieważ zaś zapełnianie pól jednolitymi kolorem nie wymaga wielkiego skupienia rozumu, zaczęłam liczyć, ile to ściegów trzeba na jeden ateciak.
Ateciak ma wymiar 3.5 x 2.5 cala, co daje 8.75 cala kwadratowego. Aida (kanwa, znaczy się?) czternastka ma czternaście nitek na cal. To daje nam 196 pól w jednym calu kwadratowym, RAZY DWA, bo krzyżyk to dwa ściegi. Mamy więc 392, co należy teraz przemnożyć przez 8.75 i otrzymać... 3430 ściegi na jednego ateciaka!!!!!! Je to strasne.
Wygląda na to, że jednak ateciaków się krzyżykami nie zapełnia, tylko maluje sam wzorek. Nic dziwnego, hehe.
Dla odczynienia tego szoku zabrałam się za porządkowanie nici do wyszywania. Poplątały mi się conieco, bo nie wszystkie motki działają, jak powinny. Nacięłam sobie xpulek z kartoników, ponawijałam... kot chciał pomagać, ale skończyło się na tym, że się bardzo złościł i syczał.
Fotki xpulek nie mam, ale za to zeskanowałam kilka próbek farb ze sklepu remontowo-budowlanego. Nazwy niezmiennie mnie rozwalają :)
Zadziwiło mnie, że ten ateciak idzie mi tak strasznie powoli. Fakt, że jestem początkująca, ale mam prościutki wzorek i zapełnianie pól mogło by być trochę szybsze. Ponieważ zaś zapełnianie pól jednolitymi kolorem nie wymaga wielkiego skupienia rozumu, zaczęłam liczyć, ile to ściegów trzeba na jeden ateciak.
Ateciak ma wymiar 3.5 x 2.5 cala, co daje 8.75 cala kwadratowego. Aida (kanwa, znaczy się?) czternastka ma czternaście nitek na cal. To daje nam 196 pól w jednym calu kwadratowym, RAZY DWA, bo krzyżyk to dwa ściegi. Mamy więc 392, co należy teraz przemnożyć przez 8.75 i otrzymać... 3430 ściegi na jednego ateciaka!!!!!! Je to strasne.
Wygląda na to, że jednak ateciaków się krzyżykami nie zapełnia, tylko maluje sam wzorek. Nic dziwnego, hehe.
Dla odczynienia tego szoku zabrałam się za porządkowanie nici do wyszywania. Poplątały mi się conieco, bo nie wszystkie motki działają, jak powinny. Nacięłam sobie xpulek z kartoników, ponawijałam... kot chciał pomagać, ale skończyło się na tym, że się bardzo złościł i syczał.
Fotki xpulek nie mam, ale za to zeskanowałam kilka próbek farb ze sklepu remontowo-budowlanego. Nazwy niezmiennie mnie rozwalają :)
piątek, 27 marca 2009
465. Porządkowanie kolorów i związków miejscowo-ludzkich
Uporządkowałam wczoraj drobne koraliki – seed beads – korzystając z zakupionego kontenerka z pojemniczkami jak na tik-taki. Po zebraniu zasobów pochowanych po rozmaitych szufladkach i pudełkach wyszło mi, że na zakup koralików należy założyć embargo (podobnie, jak na zakup świec, gdzie embargo trwa już od zeszłego roku i czeka, aż spalimy większość zachomikowanych zasobów). NIE jest mi potrzebne więcej. Co prawda, z koralikami jest inaczej, niż ze świecami, bo różne krafty proszą się o różne rozmary i kolory, ale z pewnością mi już wystarczy.
Uporządkowałam też drobne skrawki natchnienia, jakim są dla mnie znaczki pocztowe. Biorą się głównie z korespondencji ateciakowej i ciut z pracy, z zagranicznych listów. Bawi mnie to, ze przyjechały z bardzo odległych stron i że niosą w sobie ludzką historię – ktoś je kupił, wziął do ręki, przylepił na kopertę, wysłał. Ciekawe, w jakim miejscu się to wszystko działo? Przy jakiej pogodzie? Wyobrażam sobie, jak się do odbywało.
Odwrotnie mam, kiedy jestem na Wawelu i w innych starych miejscach. Zabudowania stoją, echo niesie kroki (na przykład zgrzytający żwir na wawelskim dziedzińcu), ale zastanawiam się nad ludźmi – echo mogłoby równie dobrze powielać dźwięk stóp dworzanina albo królowej Bony. Jest miejsce, trzeba sobie do-obrazić ludzi.
Zeskanowałam moje ulubione znaczki, wklejone na stronki w maleńkim segregatorku ze szkieukowymi zapiskami. Wpatruję się w szczegóły, w miniaturowe krajobraziki... wyobrażam sobie.
Uporządkowałam też drobne skrawki natchnienia, jakim są dla mnie znaczki pocztowe. Biorą się głównie z korespondencji ateciakowej i ciut z pracy, z zagranicznych listów. Bawi mnie to, ze przyjechały z bardzo odległych stron i że niosą w sobie ludzką historię – ktoś je kupił, wziął do ręki, przylepił na kopertę, wysłał. Ciekawe, w jakim miejscu się to wszystko działo? Przy jakiej pogodzie? Wyobrażam sobie, jak się do odbywało.
Odwrotnie mam, kiedy jestem na Wawelu i w innych starych miejscach. Zabudowania stoją, echo niesie kroki (na przykład zgrzytający żwir na wawelskim dziedzińcu), ale zastanawiam się nad ludźmi – echo mogłoby równie dobrze powielać dźwięk stóp dworzanina albo królowej Bony. Jest miejsce, trzeba sobie do-obrazić ludzi.
Zeskanowałam moje ulubione znaczki, wklejone na stronki w maleńkim segregatorku ze szkieukowymi zapiskami. Wpatruję się w szczegóły, w miniaturowe krajobraziki... wyobrażam sobie.
środa, 25 marca 2009
464. ciekawe, dlaczego
Oglądałam kilka wieczorów temu program w tiwi o Helenie Rubinstein i Elizabeth Arden, w którym pod koniec wspomniano, jak to obie panie prekursorki przemysłu kosmetycznego sprawiały wrażenie, jakoby zdawało im się, że nigdy nie umrą. Jedna z nich przynajmniej uporządkowała w miarę sprawy finansowe, druga zaś pozostawiła górę długów i ogólny bałagan, jakby właśnie czuła się niezniszczalna. A tu zonk.
Potem przyszło mi do głowy: jak to jest z nami krafciarkami, szczególnie skrapującymi? Utrwalamy namiętnie przemijające chwile, jakbyśmy się właśnie bały tego, że same znikniemy i nie pozostanie ślad. A może życie tak gwałtownie pędzi do przodu, że podświadomie staramy się skrapami spowolnić, zorganizować sobie chwilę na wspominanie tego, co bliskie naszym sercom. (Wiadomo, fajnie jest pobawić się nożyczkami, dziurkaczami i całą resztą, ale przecież to nie tylko zabawa.)
Odkąd pamiętam, mam manię zapisywania, która daaawno temu objawiła się pamiętnikowaniem, a kiedy internet otworzył się na blogowanie, to szkieuka aż zapiszczała z radości. Można klepać i klepać, wklejać obrazki, muzyczki, a World Wide Web wszystko przyjmie, worek bez dna. Można utrwalić dość szybko wspomnienia z wypraw, z czym człowiek sobie nie daje nawet rady na papierze, bo zwyczajnie nie nadąża, a chciałby jednak zachować jaką taką dokładność i chronologię.
Z drugiej strony - nie umiem produkować przedmiotów dla samych przedmiotów. Musi być kartka do wysłania, album do zakronikowania ważnego wydarzenia, zakładka do założenia w książce, kocyk dla kota, nosidełko do herbacianych torebek. A ateciaki... no właśnie, ateciaki mi tu nie pasują zbytnio, bo są do mania i do niczego innego. Ewentualnie do poćwiczenia rozmaitych technik. Mam czasem ateciakowe wyrzuty sumienia, szczerze mówiąc... ale z drugiej strony nie mogę się powstrzymać.
To może zostanie po mnie pudełko "sztuk", które ktoś kiedyś będzie sobie oglądał, doceniając artystyczne wysiłki osób z wielu krajów. Nie żebym się wybierała do opuszczania tego świata, ale lubię mieć jakieś wyjaśnienie, dlaczego robię tak, a nie inaczej. Temat zawsze otwarty.
Potem przyszło mi do głowy: jak to jest z nami krafciarkami, szczególnie skrapującymi? Utrwalamy namiętnie przemijające chwile, jakbyśmy się właśnie bały tego, że same znikniemy i nie pozostanie ślad. A może życie tak gwałtownie pędzi do przodu, że podświadomie staramy się skrapami spowolnić, zorganizować sobie chwilę na wspominanie tego, co bliskie naszym sercom. (Wiadomo, fajnie jest pobawić się nożyczkami, dziurkaczami i całą resztą, ale przecież to nie tylko zabawa.)
Odkąd pamiętam, mam manię zapisywania, która daaawno temu objawiła się pamiętnikowaniem, a kiedy internet otworzył się na blogowanie, to szkieuka aż zapiszczała z radości. Można klepać i klepać, wklejać obrazki, muzyczki, a World Wide Web wszystko przyjmie, worek bez dna. Można utrwalić dość szybko wspomnienia z wypraw, z czym człowiek sobie nie daje nawet rady na papierze, bo zwyczajnie nie nadąża, a chciałby jednak zachować jaką taką dokładność i chronologię.
Z drugiej strony - nie umiem produkować przedmiotów dla samych przedmiotów. Musi być kartka do wysłania, album do zakronikowania ważnego wydarzenia, zakładka do założenia w książce, kocyk dla kota, nosidełko do herbacianych torebek. A ateciaki... no właśnie, ateciaki mi tu nie pasują zbytnio, bo są do mania i do niczego innego. Ewentualnie do poćwiczenia rozmaitych technik. Mam czasem ateciakowe wyrzuty sumienia, szczerze mówiąc... ale z drugiej strony nie mogę się powstrzymać.
To może zostanie po mnie pudełko "sztuk", które ktoś kiedyś będzie sobie oglądał, doceniając artystyczne wysiłki osób z wielu krajów. Nie żebym się wybierała do opuszczania tego świata, ale lubię mieć jakieś wyjaśnienie, dlaczego robię tak, a nie inaczej. Temat zawsze otwarty.
wtorek, 24 marca 2009
463. filcowanko itp.
Zwędziłam pomysł, ale od razu mówię komu, więc nie jestem chyba zepsuta do szpiku kości :) Zauroczył mnie herbatnik w Manualniku Mrouh i postanowiłam sama spróbować... W innych kolorach, no, ale pomysł ten sam. Na razie wycięłam części i pospinałam igłami, gdyż szpilki się były zapodziały.
Przedstawiam Szanownym Czytelnikom ziaboka, czyli skutek całodziennej pracy nad bazą danych w niedzielę. Chyba mi się poprzestawiało coś w rozumie, bo zwykle mnie monstro-podobne kształty nie ruszają, a tu siadłam z nożyczkami (tym razem nie trzeba było nawet ich szukać) i ciach-ciach, wyskoczyło spod nich takie coś. A że kolory ma odpowiednie, to się w sam raz przyda na wymianę lawendowo-niebieską.
Przedstawiam Szanownym Czytelnikom ziaboka, czyli skutek całodziennej pracy nad bazą danych w niedzielę. Chyba mi się poprzestawiało coś w rozumie, bo zwykle mnie monstro-podobne kształty nie ruszają, a tu siadłam z nożyczkami (tym razem nie trzeba było nawet ich szukać) i ciach-ciach, wyskoczyło spod nich takie coś. A że kolory ma odpowiednie, to się w sam raz przyda na wymianę lawendowo-niebieską.poniedziałek, 23 marca 2009
462. listy, listy...
... ale nie chodzi o listy w skrzynce pocztowej, ani nawet emailowej, tylko o wielgachne listy firm i kontaktów w bazach danych. Na zakładzie odbywa się właśnie wielka akcja czyszczenia tychże i wydobywania kontaktów, z których można by jeszcze coś wydusić.
Całą niedzielę siedziałam z nosem w laptopie, a to łącząc duplikaty w jeden rekord, a to dopisując emaile i nazwiska na innej liście... Aż w końcu ślipia mi padły, zaczęły łzawić i trzeba było skończyć. Potem jeszcze trochę tylko relaksacyjnie poigliłam (wyszedł taki sobie monsterek na ateciaku, jeszcze nie gotowy).
Całą niedzielę siedziałam z nosem w laptopie, a to łącząc duplikaty w jeden rekord, a to dopisując emaile i nazwiska na innej liście... Aż w końcu ślipia mi padły, zaczęły łzawić i trzeba było skończyć. Potem jeszcze trochę tylko relaksacyjnie poigliłam (wyszedł taki sobie monsterek na ateciaku, jeszcze nie gotowy).
piątek, 20 marca 2009
461. kawowe przywieszki
Siedzę na zakładzie wśród kawoszy i herbatników. Praca kupuje nam kawę zwykliznę, kofeinową i bez, ale smakoszom to nie wystarcza i nanieśli kaw rozmaitych, smakowych, palonych w różnym stopniu. Zaparzywszy, oznaczali dzbanek gustowną żółtą przylepką typu Post-It-Note. Wczoraj się coś na ten temat zgadało i ponieważ czasem korzystam z tych turbo-diesel-kaw, to zrobiłam kawowe przywieszki. Nareszcie się zużyło (choć w tyciej części) te skrawki, których mam całe pudło, bo NA PEWNO się do czegoś przydadzą!
Na fali fascynacji szmatkami i igłami pożyczyłam sobie z biblioteki książkę o szmatkowych książkach. Nie obejrzałam jej jeszcze nawet szczegółowo, zostawiam sobie jako deser na weekend, bo kroi się kopciuszkowe zadanie domowe z redakcji, które niestety będę musiała wykonać w domu, i to bezpłatnie. Cóż, takie czasy. Ale w przerwach będę sobie oglądać Fajną Książkę.
Wczoraj napisały do mnie Zwierzęta, czyli okoliczne schronisko, w sprawie festynu na początku maja, w którym będą uczestniczyć w formie sklepiku z rękodziełem. Będę się starała podrzucić jakieś produkty, szczególnie masosolne, bo wysłałam kilka fotek i się spodobały :). Z tej okazji, oraz otrzymawszy lekkiego kopa (kopika) od Annqi, natworzyłam wczoraj trochę masosolnych ozdóbek, biorąc również pod uwagę to, że schronisko jak najbardziej jest za tym, żebym przyczepiała do przedmiotów karteczki z autoreklamą, a jeszcze lepiej, żeby było napisane, że to działalność dobroczynna dla Zwierząt. Tyyyle rzeczy jest do zrobienia!
Na fali fascynacji szmatkami i igłami pożyczyłam sobie z biblioteki książkę o szmatkowych książkach. Nie obejrzałam jej jeszcze nawet szczegółowo, zostawiam sobie jako deser na weekend, bo kroi się kopciuszkowe zadanie domowe z redakcji, które niestety będę musiała wykonać w domu, i to bezpłatnie. Cóż, takie czasy. Ale w przerwach będę sobie oglądać Fajną Książkę.
Wczoraj napisały do mnie Zwierzęta, czyli okoliczne schronisko, w sprawie festynu na początku maja, w którym będą uczestniczyć w formie sklepiku z rękodziełem. Będę się starała podrzucić jakieś produkty, szczególnie masosolne, bo wysłałam kilka fotek i się spodobały :). Z tej okazji, oraz otrzymawszy lekkiego kopa (kopika) od Annqi, natworzyłam wczoraj trochę masosolnych ozdóbek, biorąc również pod uwagę to, że schronisko jak najbardziej jest za tym, żebym przyczepiała do przedmiotów karteczki z autoreklamą, a jeszcze lepiej, żeby było napisane, że to działalność dobroczynna dla Zwierząt. Tyyyle rzeczy jest do zrobienia!
Labels:
ksiazki,
papierrr,
szmatki,
tagi,
zwierzecosc
czwartek, 19 marca 2009
460. redukcja stresu za pomocą igły
Kolejny spięty wieczór, kolejna porcja koralików przytwierdzona do filcu. Tym razem zaczęłam działania nad kartą na wymianę lawendowo-niebieską. Od razu jest problem, bo trudno uzyskać filc w kolorze, który najbardziej mi się kojarzy z lawendą, taki fioletowo-niebieski, dość jasny. Po konsultacji z Wielką Księgą o roślinach (dobrych parę kilogramów, można stosować jako przytrzaskiwacz i zaporę) doszłam jednak do wniosku, że jest tyle odcieni fioletu w lawendzie, że chyba nie ma problemu z kolorami, które posiadam.
Karta jeszcze nie jest skończona, na razie przedstawiam WIP, Work in Progress - będzie więcej naścibane krzyżykami, no i jakieś obrębienie się musi pojawić.
Karta jeszcze nie jest skończona, na razie przedstawiam WIP, Work in Progress - będzie więcej naścibane krzyżykami, no i jakieś obrębienie się musi pojawić.
środa, 18 marca 2009
459. serce z żyłami?
wtorek, 17 marca 2009
458. Produkty
Ponieważ jestem ostatnio przeraźliwie niewyspana (nie te czasy, kiedy człowiek jechał na trzech godzinach snu), dzisiejsza notka będzie krótka i złożona z fotek ostatnich dzieł, głównie z gatunku „rety, muszę czem prędzej się brać do roboty, bo obiecałam/zbliża się termin/idą urodziny”.
Uszyło się zatem kilka ateciaków. Ostatnio lubię właśnie coś tam sobie ścibolić, T musi, biedaczysko, znosić oprócz zawalenia papierem obecność igieł, szmatek, filców, koralików oraz.. moje ciągłe poszukiwania nożyczek. Tyyyle jest jeszcze fajnych szyć do wypróbowania!

Uszyło się zatem kilka ateciaków. Ostatnio lubię właśnie coś tam sobie ścibolić, T musi, biedaczysko, znosić oprócz zawalenia papierem obecność igieł, szmatek, filców, koralików oraz.. moje ciągłe poszukiwania nożyczek. Tyyyle jest jeszcze fajnych szyć do wypróbowania!

Labels:
albumy,
atc,
haftowanki,
masosolnie,
papierrr,
szmatki,
wlokna
poniedziałek, 16 marca 2009
457. Paper towel weekend, czyli święto papierowych ręczników
Zwykle jesteśmy ludźmi dość pozbieranymi, ale w ten weekend „coś nam nie szło”. Przesilenie wiosenne? Hm. Moglibyśmy zasilić taki zabawny wątek na forum Gazety Wyborczej pod hasłem „Czego nie należy.”
Zaczęło się od tego, że nasza kochana Kicia drzemała sobie na mnie na kocu, a w pewnym momencie zrobiła BUE BUE. T przyleciał ratować z garścią papierowych ręczników i reklamówką, ale koc i tak nadawał się do prania. T wsadził go do pralki razem ze swoją bluzą z polaru oraz dżinsami i o ile spodnie przeżyły bez szwanku, to bluza przyjęła na siebie dość sporą porcję koca w formie kłaczków. Dziś rano T bohatersko zabrał się do skubania, bo w suszarce zeszła samoczynnie tylko część.
Następnie piłam sobie piffko Karmi... tzn. zabierałam się do picia, ale piffko nader niesfornie wyskoczyło z butelki i zalało mi świeżo wyprany sweter. Jak słowo honoru, nie telepałam nim, otwierałam z zachowaniem stosownej ostrożności, a tu taka SIURpryza! T znów przyleciał na ratunek z papierowymi ręcznikami.
W sobotę gotowałam też zrazy i smażyłam marmoladę na ekspres-ciasto. Pomyliły mi się drewniane łyżki, więc conieco cebulek i sosu zrazowego wylądowało w marmoladzie. Myślę, że niewyczuwalnie. Natomiast piekąc ciasto przysmażyłam sobie przedramię na drzwiczkach od piekarnika (nie jest dobrze brać potem gorący prysznic – au.)
W niedzielę robiłam sobie kakałko i podgrzewałam na nie mleko w rondelku. Zaaferowałam się emailem, mleko wyszło z rondelka, tworząc charakterystyczny swędek... conieco wytarliśmy papierowym ręcznikiem, ale blachy i kratkę z pieca trzeba było umyć.
Nie minęło kilka godzin, a już nadarzyła się kolejna okazja do skorzystania z papierowych ręczników oraz gruntownego umycia pieca, gdyż tym razem Tomkowi niebywale podstępnie wyślizgnął się z rąk garnek z kością i „zupą kościową” – bardzo tłustym płynem powstałym po wygotowaniu kostek. Co najmniej litr rozbryzgnął się po piecu i okolicy. Część odłowiliśmy tradycyjnie papierowymi ręcznikami, część przeniosłam myjką do miski, po czym, rzecz jasna, trzeba było solidnie wyprać myjkę i umyć michę, podobnie zresztą jak wszystkie mobilne części pieca, okoliczne szafki i podłogę.
Bałam się potem nawet odkręcać farby i lakiery, żeby znowu nie narobić jakichś spustoszeń, ale na szczęście pasmo nieszczęść się skończyło. Serduszka udało się pomalować, teraz jeszcze tylko wstążeczki i gotowe!
Zaczęło się od tego, że nasza kochana Kicia drzemała sobie na mnie na kocu, a w pewnym momencie zrobiła BUE BUE. T przyleciał ratować z garścią papierowych ręczników i reklamówką, ale koc i tak nadawał się do prania. T wsadził go do pralki razem ze swoją bluzą z polaru oraz dżinsami i o ile spodnie przeżyły bez szwanku, to bluza przyjęła na siebie dość sporą porcję koca w formie kłaczków. Dziś rano T bohatersko zabrał się do skubania, bo w suszarce zeszła samoczynnie tylko część.
Następnie piłam sobie piffko Karmi... tzn. zabierałam się do picia, ale piffko nader niesfornie wyskoczyło z butelki i zalało mi świeżo wyprany sweter. Jak słowo honoru, nie telepałam nim, otwierałam z zachowaniem stosownej ostrożności, a tu taka SIURpryza! T znów przyleciał na ratunek z papierowymi ręcznikami.
W sobotę gotowałam też zrazy i smażyłam marmoladę na ekspres-ciasto. Pomyliły mi się drewniane łyżki, więc conieco cebulek i sosu zrazowego wylądowało w marmoladzie. Myślę, że niewyczuwalnie. Natomiast piekąc ciasto przysmażyłam sobie przedramię na drzwiczkach od piekarnika (nie jest dobrze brać potem gorący prysznic – au.)
W niedzielę robiłam sobie kakałko i podgrzewałam na nie mleko w rondelku. Zaaferowałam się emailem, mleko wyszło z rondelka, tworząc charakterystyczny swędek... conieco wytarliśmy papierowym ręcznikiem, ale blachy i kratkę z pieca trzeba było umyć.
Nie minęło kilka godzin, a już nadarzyła się kolejna okazja do skorzystania z papierowych ręczników oraz gruntownego umycia pieca, gdyż tym razem Tomkowi niebywale podstępnie wyślizgnął się z rąk garnek z kością i „zupą kościową” – bardzo tłustym płynem powstałym po wygotowaniu kostek. Co najmniej litr rozbryzgnął się po piecu i okolicy. Część odłowiliśmy tradycyjnie papierowymi ręcznikami, część przeniosłam myjką do miski, po czym, rzecz jasna, trzeba było solidnie wyprać myjkę i umyć michę, podobnie zresztą jak wszystkie mobilne części pieca, okoliczne szafki i podłogę.
Bałam się potem nawet odkręcać farby i lakiery, żeby znowu nie narobić jakichś spustoszeń, ale na szczęście pasmo nieszczęść się skończyło. Serduszka udało się pomalować, teraz jeszcze tylko wstążeczki i gotowe!
piątek, 13 marca 2009
456. alembiki i monoterpeny
Nie wyszłam jeszcze dobrze z szoku prezentowego, a tu już następny spadł mi na łepetynę. Dostaliśmy mianowicie w pracy książkę o perfumach PO POLSKU, przysłaną przez zaprzyjaźnionego autora z Polleny. To samo w sobie jest zdarzeniem niezwykłym, ale dodatkowo zadano mi pytanie, czy byłabym skłonna tę książkę przetłumaczyć w ramach fuchy, jeśli zdecydujemy się ją wydać w tubylczym języku.
Doznałam w tym momencie małego ataczku serca zapewne; teraz nie ekscytuję się już nadmiernie, bo czuję, że prawdopodobieństwo zrealizowania powyższego jest gdzieś na poziomie 25%, jako że zwykle chyba publikujemy pozycje mniej popularnonaukowe, a bardziej w stronę głębszo-naukową. Ta książka zaś opowiada o zmyśle węchu, o historii perfumerii, o surowcach naturalnych i syntetycznych, o organizacjach i normach, więc siłą rzeczy wszystko to jest raczej „liźnięte”, niż zanalizowane.
Przez weekend mam na zadanie książkę bardziej dogłębnie przejrzeć i ewentualnie zbadać, ile czasu zajmuje przekład stroniczki. Zapewne trzeba będzie wypróbować kilka stron, bo zupełnie inaczej tłumaczy się gawędę o alchemikach, inaczej proces „rozumienia” zapachu, naszpikowany białkami, transferami i korą mózgową, a jeszcze inaczej opisy olejków eterycznych.
Słownictwa zbytnio się nie obawiam, bo od 11 lat mam do czynienia na codzień z perełkami typu cyklododekanon, alembik, olejek lemongrasowy, rezinoid, linalol czy monoterpeny. Po angielsku... gdyby trzeba było tłumaczyć w drugą stronę, to bym się bardziej bała. Poza tym mamy na zakładzie sporą biblioteczkę perfumiarską, więc jest gdzie szukać pomocy... no i ęternecik też może być bardzo pomocny.
Mnóstwo roboty (trzeba przepuścić przez rozum 300 stron słów), ale byłoby to superciekawe wyzwanie... No i płynąca z tego kasiorka też byłaby miła. Na razie jednak nie ma co fruwać, bo jak się okaże, że nici z tego, to będę okropnie rozczarowana. Niemniej jednak sam fakt, że wzięto mnie pod uwagę, cieszy niezmiernie.
Doznałam w tym momencie małego ataczku serca zapewne; teraz nie ekscytuję się już nadmiernie, bo czuję, że prawdopodobieństwo zrealizowania powyższego jest gdzieś na poziomie 25%, jako że zwykle chyba publikujemy pozycje mniej popularnonaukowe, a bardziej w stronę głębszo-naukową. Ta książka zaś opowiada o zmyśle węchu, o historii perfumerii, o surowcach naturalnych i syntetycznych, o organizacjach i normach, więc siłą rzeczy wszystko to jest raczej „liźnięte”, niż zanalizowane.
Przez weekend mam na zadanie książkę bardziej dogłębnie przejrzeć i ewentualnie zbadać, ile czasu zajmuje przekład stroniczki. Zapewne trzeba będzie wypróbować kilka stron, bo zupełnie inaczej tłumaczy się gawędę o alchemikach, inaczej proces „rozumienia” zapachu, naszpikowany białkami, transferami i korą mózgową, a jeszcze inaczej opisy olejków eterycznych.
Słownictwa zbytnio się nie obawiam, bo od 11 lat mam do czynienia na codzień z perełkami typu cyklododekanon, alembik, olejek lemongrasowy, rezinoid, linalol czy monoterpeny. Po angielsku... gdyby trzeba było tłumaczyć w drugą stronę, to bym się bardziej bała. Poza tym mamy na zakładzie sporą biblioteczkę perfumiarską, więc jest gdzie szukać pomocy... no i ęternecik też może być bardzo pomocny.
Mnóstwo roboty (trzeba przepuścić przez rozum 300 stron słów), ale byłoby to superciekawe wyzwanie... No i płynąca z tego kasiorka też byłaby miła. Na razie jednak nie ma co fruwać, bo jak się okaże, że nici z tego, to będę okropnie rozczarowana. Niemniej jednak sam fakt, że wzięto mnie pod uwagę, cieszy niezmiernie.
czwartek, 12 marca 2009
455. konewka, marchewka, rzodkiewka
Dostałam wczoraj pakę. Spodziewałam się listu, grubszego trochę, niż zwykły, ale wczorajsze kopercisko zajęło pół krzynki listowej. A jakie skarby w niej poprzychodziły! Wszystko to od Poczwarki, z PIFa. Uwaga, przygotować się proszę na zachwyty.
Po pierwsze – serwetka, wielka jak talerz. Wyciagnęłam ją, stojąc jeszcze w butach i w kurtce i trwałam tak wmurowana dobrych parę minut, prezentując serwetkę Tomkowi. To jest mistrzostwo świata! Nigdy jeszcze nie miałam takiej serwetki...

Po pierwsze – serwetka, wielka jak talerz. Wyciagnęłam ją, stojąc jeszcze w butach i w kurtce i trwałam tak wmurowana dobrych parę minut, prezentując serwetkę Tomkowi. To jest mistrzostwo świata! Nigdy jeszcze nie miałam takiej serwetki...

Subskrybuj:
Posty (Atom)













