środa, 25 lipca 2007

udało mi się zrobić coś z papieru

Jak to przyjemnie grzebnąć coś w papierze! Siedziałyśmy wczoraj z R przy kraftowym stole w niejakim tłoku, bo strasznie dużo mam tam przedmiotów. Ona poprawiała spodnie, a ja wydzióbałam taga dla Laury, koleżanki z sąsiedniej dziupli, która przechodzi właśnie ciężki tydzień w pracy, bo w sobotę wyjeżdża na urlop. Przypuszczam, że będę miała podobne odczucia w przyszłym tygodniu.
Tematyka taga jest letnia - łódź, natura (kwiatysie) i drink, bo zapewne tego właśnie Laura będzie doświadczała w Minnesocie.


Poza tym - R zwiedza, wczoraj pojechali z Tomkiem do Lincoln ZOO i do tamtejszej palmiarni, a potem zaniosło ich do Czerwonego Jabłuszka i pod replikę krzywej wieży w Pizie. Zdjęć na razie nie zamieszczam, bo zajmuję się albumem z wycieczki. Można nawet powiedzieć, że jestem ghost writer, albo ghost picture-uploader, bo powiadomienia przychodzą jakoby od R. Ponieważ przychodzą również DO R, wydaje się jej, że pisze maile do samej siebie, po czym o nich nie pamięta.
Na sobotę planujemy wyprawę do Milwaukee, do tamtejszego muzeum sztuki, bo budynek autorstwa Santiago Calatravy jest przeciekawy, a i eksponaty mają całkiem niezłe. Dodatkowo dostępna jest właśnie wystawa Camille Pisarro. Trochę niepokoją mnie wielkie wykopki, jakie od kilku lat trwają w centrum miasta, ale może sobie jakoś poradzimy. W końcu w zeszłym tygodniu zawracałam tylko raz, a to dlatego, że chciałyśmy jechać na wschód, a w wybranym miejscu zjazd z autostrady jest tylko na zachód.
Jeśli starczy czasu, to przedsięzabierzemy też objazd na indiańskie kurhany w Aztalan. Co prawda nie ma tam niczego oprócz trawiastych górek i rekonstrukcji palisady, ale zawsze można uruchomić wyobraźnię, a także obejrzeć albumik o kurhanach w Cahokii, jaki mam w posiadaniu.
A poza tym trwają przygotowania do Wyprawy - nie mogę się już doczekać, ale jak pomyślę, ile mam jeszcze rzeczy zrobić... brrr. Dopiero w samolocie klapnę sobie na czterech literach i odetchnę z ulgą, włączając tryb "wakacje". I pustynie. I kaktusy.

poniedziałek, 23 lipca 2007

sprawozdanko

Dzisiaj będzie sprawozdanko z wczorajszej wycieczki do Starved Rock State Park oraz Aux Sable Aquaduct. W dalszej kolejności umieści się jeszcze wyprawę na Warren Dunes w Michigan (piątek), oraz Illinois Railway Museum i Anderson Gardens w Rockford (sobota).

Najsampierw zajechaliśmy na śluzę koło miejscowości Utica - trafiliśmy akurat na wpływanie łódek z niższego poziomu i zamykanie wrót. Na pierwszym zdjęciu jest tama i widoczna za nią skała Starved Rock (legenda mówi, że jedni Indianie zapędzili tam innych Indian w zemście za zabicie ich wodza Pontiaca; zapędzeni byli zawzięci i nie poddali się, lecz woleli umrzeć z głodu i stąd nazwa; historyjka ta nie ma jednak potwierdzenia naukowego.)


Tu zamykają się potężne wrota; za moment od dołu zacznie wpływać woda. Przez długi czas myślałam, że woda sączy się przez wrota i w ten sposób się wyrównuje, ale na większych śluzach zapewne żelastwo by nie wytrzymało, a poza tym trwałoby to w nieskończoność.

Wsadziliśmy potem nos do minimuzeum w parku stanowym. Ciekawostka - sum, który siedzi sobie w dziupli i widać naród meldował ciągle obsłudze, że ryba utknęła i trzeba ją ratować; przylepiono więc na szybie wiadomość od suma, że on po prostu tak lubi.

Udaliśmy sie nastepnie w droge, w gore i w dol, po parkowych kanionach. Oto pierwszy z nich - French Canyon, zdaje sie. Wchodzi sie przez przewezenie ze strumykiem na dnie, a potem jest dziura, do ktorej wlewa sie ciurczkiem woda:

Po znacznej ilosci schodow w gore i w dol dotarlismy do dna najglebszego kanionu, uprzednio onejrzawszy go z tarasow na gorze:

Okazuje sie, ze nawet "nudny", brazowy motyl ma piekne wzory i potrafi usiasc na belce tam, gdzie jest malowniczy sek.

Kwiatow zbyt wiele nie bylo, glownie intensywna zielen; a jesli byly, to glownie delikatne, niebieskie dzwonki z wystajacymi czulkami:

Druga atrakcja - Aux Sable Aquaduct, czyli bezkolizyjne skrzyzowanie rzek, o ktorym pisalam juz kiedys na starym blogu i nawet byl w tej sprawie film.

Tu mamy na pierwszym planie kanal w metalowym korytku, a pod spodem rzeke Aux Sable i most drogowy.

Bonusik: po powrocie do domu T odpalil teleskop i ogladalismy Ksiezyc wschodzacy na niebieskim jeszcze niebie.

Widzielismy jeszcze przeciekawe dzikie zycie - wija dwuparca (to nie jest nazwa gatunkowa, tylko jakis wyzszy stopien klasyfikacji; dwuparzec dlatego, ze w kazdym segmencie ma po dwie pary nog; moze dochodzic do 400 odnozy, a jakis rzadki gatunek nawet ponad 700!) Probowalam sfilmowac, ale wyszlo mi raczej nedznie, szczegolnie po zaladowaniu do Tubki. Znalazlam jednak filmik, na ktorym znakomicie widac falowy ruch odnozy. Co ciekawe, fala po drugiej stronie wija jest w odwrotnej fazie, tzn. jesli prawa noga numer 43 jest podniesiona maksymalnie w gore, to lewa noga numer 43 bedzie stala na ziemi, ale tylko przez chwilke, bo fala plynie zaskakujaco szybko.


Poza tym pracuje sie nad nowym albumem zdjeciowym z wypraw podejmowanych tego lata w zwiazku z wizyta R, wiec wkrotce bedzie wiecej zdjec.

piątek, 20 lipca 2007

plany na weekend

Dzisiaj Tomek wiezie R tu.
Jutro robimy babski wypad tu i tu (włączta sobie dźwięk!) Być może również tu - jeśli starczy czasu.
W niedzielę będzie wyjazd w trójkę tu.
Na poniedziałek zaplanowano to.

czwartek, 19 lipca 2007

apokalipsa czyli objawienie

Apokalipsa kojarzy się ludziom albo ściśle biblijnie (rzadziej), albo negatywnie - że katastrofy, koniec świata i Dies Irae. Ja jednak zamierzam skorzystać z pierwotnego znaczenia greckiego słówka - objawienie - i zapodać trasę wycieczki, do której pozostały jeszcze dwa tygodnie, ale już tupię z niecierpliwości. W końcu jedziemy na moje ulubione tereny! Jeeeeee!

środa, 18 lipca 2007

Bąble jak pomidory

Prawdopodobnie około południa odpadną mi dziś nogi, kiedy tylko zorientują się, że istnieją. Po wczorajszej łazędze pod hasłem „Chicago by night” mam uwiąd kończyn dolnych. Nie jestem przyzwyczajona do stawiania takiej ilości kroków w danym odcinku czasu. Warto jednak było! Napasłyśmy wzrok przepięknymi widokami Miasta w dzień, o zachodzie słońca i po nocy.
Zaturlawszy się pociągiem, szłyśmy najpierw ku jezioru, zadzierając co rusz głowę, bo budynki są niesamowite. Co kilka kroków jest pocztówka.

Wędrowałyśmy sobie potem ulicą Michigan, podziwiając miejskie kaniony.

Nad jeziorem odsiedziałyśmy conieco przy akompaniamencie dzwoniących łódek. Przydały się ciasteczka na nabranie sił na dalszą wędrówkę.

Trzeba było zaliczyć Buckingham Fountain, ale okazało się, że nie ma do niej dojścia bezpośrednio znad deptaka nad jeziorem, a nie chciało nam się naginać do świateł, więc tylko zaliczyłyśmy z pewnej odległości.

Kolejnym etapem był Millennium Park – pierwsze zaskoczenie: chaszczowate pole rozmaitych kwiatów, podejrzewam, że preriowych – na pamiatkę krajobrazu Illinois sprzed przybycia osadników.

Kawałek dalej jest korytko, w którym można pomoczyć zbolałe odnóża, ale nie należy w nim stać, jak upomniała mnie pani policjantka.

Mój ulubiony obiekt w parku – Fasolka.

Suniemy dalej Michigan Avenue - na skrzyżowaniu Michigan i Illinois zapakowałyśmy się do autobusu i zajechałyśmy na Navy Pier, skąd widać było piękną panoramę miasta... o wiele fajniejszą, niż udało mi się sfotografować bez statywu.

Posilając nadwątlone siły Najdroższymi Preclami Świata podziwiałyśmy wielkie koło diabelskiego młyna:

Ku uciesze gawiedzi są tam też dwie mniej mrożące krew w żyłach karuzele.

Wracałyśmy przez Crystal Gardens, pełne palm i łuków z wody, których nie powinno być (a może jednak gdzieś tam są jakieś rurki?)

Ostatnią atrakcją był wyjazd na czubek Hancock Building i oglądanie nocnego Miasta z wysokości około setnego piętra.


Potem już leciałyśmy pędem na stację, bo (ha! ha!) planowałam powrót pociągiem o 21:40, a tu ledwie się wyrobiłyśmy na 23:40. I na dodatek pociąg nie pobrał od nas opłaty za przejazd :).

poniedziałek, 16 lipca 2007

Fotoblogasek

Coś mi się zdaje, że przez najbliższy miesiąc refleksji będzie niewiele, za to napcham zdjęć z miejsc zwiedzanych z Rutką.
Odbieranie z lotniska trwało dość długo, bo ja uporczywie tkwiłam przy wyjściu wskazanym na monitorze, a R akurat zjawiła się w drugim i też tam sobie stała. Znalazłyśmy się po jakichś dwóch i pół godzinach od lądowania.
W sobotę pojechałyśmy do Garfield Park Conservatory. W każdej szklarni jest inny klimat albo rodzaj roślinności. Mamy więc przykładowo Fern Room:

Na zewnątrz też są ogrody. Przykład - kopia części ogrodu Claude'a Moneta w Giverny:

Kaktusy zadziwiają swą różnorodnością. Człowiek myśli "pustynia" - niewiele co się dzieje, a tam tyyyyle bogactwa!

Zdjęcie z niedzieli. W pobliżu skrzyżowania North Ave i 25-tej malują bańkę z wodą (albo budują rakietę na księżyc wedle teorii Tomka) i całość okryto płótnem:

Pojechaliśmy do Baha'i. Po drodze do świątyni przechodzi się przez ni to rzeczkę, ni to kanał o przedziwnym kolorze. Akurat przypłynął gość na kajaku i jeszcze dodał do tej niezwykłej kolorystyki. Zdjęcie prosto z aparatu, bez żadnego podkręcania w PhotoShopie.

Świątynia Baha'i na tle niesamowicie niebieskiego niebka.

Kolejna atrakcja - Tomkowa budowa. "Kto ma uszy, niechaj słucha" i zadziera głowę. Patyczki pięknie pachną, czego niestety nie udało się ująć na zdjęciu.

Dotarliśmy wreszcie do muzeum starych samochodów w Volo. Głosuję obiema rękami za przywróceniem kolorków! Dawniej to musiało być radośnie na ulicach, a teraz jeżdżą czarne, białe, srebrne kaloryfery i na okrasę gdzieniegdzie czerwony. Oraz nasz kobalcik.

Pradziadek Tomkowej Impali w kolorzo koral-metalik. Chrom, skrzydełka - jak na filmie z Elvisem. Z tyłu instalacja postaci z "Blues Brothers".

I jeszcze autko o kształcie niezwykłym, razem z chyba autentykiem z "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną". Brrr.

piątek, 13 lipca 2007

Fru!

Za 4 godziny jadę na lotnisko. Domek w miarę przygotowany do inspekcji - wstałam dziś rano o szóstej i uporałam się z górą wypranych a nieposkładanych ciuchów w pralni, w miarę z papierem, przygotowałam R pościel i ręczniki, wyprałam jeden rzut, posprzątałam na balkonie... zostało tylko wniesienie gratów do łazienki. Mogłam to zrobić wczoraj, ale padłam.
Wczoraj był za to Dzień Fryzjera - lubię bardzo być u fryzjera, bo jest to czas, kiedy się nie da robić nic innego. Jeśli jestem w domu, zawsze można wymyślić jakieś sprzątanko. Jeśli poza domem - zwykle też są jakieś obowiązkowe rzeczy do załatwienia. Albo się przelatuje w pamięci: "jeszcze tu muszę wpaść, jeszcze kupić masło." A u fryzjera siedzi się w Kosmosie albo na kozetce, czyta miałkie magazyny i nawet nie myśli o czymkolwiek innym, bo i tak w danej chwili nie da się niczego poodkurzać.
Mam zatem grzywkę! Do tego stopnia, że T zamiast nazywać mnie poprawnie Kasią albo choćby żoną, od wczoraj zwraca się do mnie "Grzywko". Nie jestem do końca pewna, czy to dobrze, czy źle... może lepiej, niż np. "Pocahontas", bo oprócz nowej grzywki mam też zaskakująco ciemny odcień na łepetynie.

czwartek, 12 lipca 2007

Fotoblogasek

Dziś będzie conieco zdjęć z niedzielnej wycieczki (większa porcja pojawi się kiedyś w shutterfly).
Główną atrakcją był statek zrobiony na parowy, ale tak naprawdę pary w nim nie było. Chlapało natomiast ogromne koło z tyłu - piękna sprawa! Dowiedziałam się, że taki styl nazywa się "birthday cake". Poniżej widać statek na przystani, zdjęcie z tarasu cyknięte przez T. W tle most na rzece Illinois, która w okolicach Peorii rozlewa się w dwa jeziora.

Ponieważ przez większość wycieczki wisiałam na telefonie, T robił zdjęcia - na przykład zdjęcia Koła, na którym uchwycił dynamikę obrotu i plusku:

Tu mamy kilka szczegółów dekoracji, a przede wszystkim część piszczałkowatego instrumentu muzycznego, który przed odpłynięciem wygrywał piękne muzyczki, a potem się zamknął.

Druga atrakcja to model Układu Słonecznego (podobno największy na świecie), rozsiany po mieście. Słońce znajduje się w Muzeum Sztuki i Techniki - Tomasz studiuje na zdjęciu broszurę opisującą lokalizacje poszczególnych planet.

Ziemia siedzi na stacji benzynowej:

Do Jowisza instrukcje były takie: "Bradley University, budynek Olin, północnowschodnia klatka, między drugim a trzecim piętrem."

A teraz całkowicie zmieniamy tematykę - po długiej przerwie wysmażyłam dziś rano kartkę dla Betty. Betty cierpi na carpal tunnel - schorzenie nerwu nadgarstka (?), przez które człowiekowi cierpną dłonie i wyślizgują się z nich rozmaite przedmioty. Na froncie mamy więc carp+al tunnel oraz pętelki, żeby sobie można było nałożyć na palec i żeby się nie wyślizgiwało. Na wewnętrznej stronie kartki są jeszcze dwie dziury na palec.
Podobno jak się ma problem, to dobrze jest go trochę wysmiać :). Betty na szczęście ma poczucie humoru, więc mogłam sobie pozwolić na lekkie potraktowanie choroby.

środa, 11 lipca 2007

dwie opowiastki

Część 1. Jak Tomuś odkurzacz zestresował.
Ponieważ przyjazd Siostry w moim pojęciu zbliżony jest do wizyty komisji z Sanepidu (w sensie że Panowie mogą nie zauważyć pajęczyn przez kwartał albo dwa, natomiast kobieta widzi natychmiast, kiedy druga noga jest jeszcze za drzwiami), od kilku dni trwa intensywne pucowanie. Wczoraj przyszła kolej na odkurzacz, który się w pewnym momencie wziął i wyłączył. Nagłą zapaść przypisaliśmy przepracowaniu – w powietrzu było 98% wilgotności! (Tu zrobię dygresję, iż dopiero niedawno mnie oświeciło, że nie oznacza to, że w otoczeniu jest 98% wody, tylko że jest to 98% wody, jaka w ogóle może się zmieścić w powietrzu. Coś w rodzaju roztworu niemal-nasyconego.)
Odczekaliśmy z dwadzieścia minut, żeby się machina schłodziła, wyjęliśmy kłaki ze zbiornika – nic to jednak nie pomogło. Na koniec T zaczął mówić, że wytaszczy odkurzacz na śmietnik, a z garażu przyniesie drugi. Oponowałam conieco, bom chomik, żeby jeszcze ten obecny schować na jakiś czas, może się sam naprawi. Aliści Tomasz nalegał na śmietnik, bo inaczej musiałby tachać ustrojstwo do garażu i to po przyprostokątnych, a nie na przełaj po przeciwprostokątnej, bo do otwarcia garażu konieczny był klikacz znajdujący się obecnie w samochodzie, na oddalonym czubku trójkąta.
Na koniec ozwał się do odkurzacza w te słowa: „no dobra, masz ostatnią szansę! Inaczej wiesz, co cię czeka!” Włączył... nie minęły dwie sekundy, jak w maszynie zadrżały wszystkie trybka, zaświeciło, zabrzęczało – i działa! Nie po raz pierwszy stwierdzam, że mam naprawdę niezwykłego Małżonka. Pod wieloma względami.

Część 2. Jak Kasia do I-Passa dzwoniła.
Taka piękna pogoda, słoneczko, niebieskie niebo, lekki wietrzyk, temperatura i wilgotność w sam raz. Aż dziwne, że dziś akurat musiał przypaść Dzień Kołka. Zacytuję tylko jedno wydarzonko z kilku.
Otóż zmiana auta wymaga zmiany informacji o pojeździe w bazie danych związanej z I-Passem – pudełeczkiem-nadajnikiem, dzięki któremu przez bramki na autostradzie można przelatywać bez zatrzymania i za pół ceny, bo opłaty pobierają się same. Chciałam dokonać zmiany w internecie, ale okazało się, że od czasu nabycia I-Passa zmieniłam prawo jazdy i mam teraz inny numer, więc się nie zaloguję. Dzwonię zatem rankiem wczesnym do I-Passa.

K: Hi, I would like to change the car associated with my I-Pass.
Pani: Sorry, what do you need to do?
K: I would like to change the car associated with my I-Pass.
Pani: I don’t understand, what do you mean?
K: I have a new car, so I think it needs to be updated in your database.
Pani: Could you please repeat it? I still don’t know what you mean.
K: I had a black neon, I don’t have it any more, now I drive a new car.
Pani: Aaaaa! You need to update your vehicle information!

Zgłupiałam troszkę, bo zdawało mi się, że dokładnie to samo mówiłam. No ale nic, zapodałam wszystkie dane, pani zmieniła jeszcze nazwisko i numer prawa jazdy. Wchodzę następnie do internetu, patrzę – a tu wypisane, że mój pojazd to Colbalt! Jeśli ktoś pracuje w miejscu, które cały czas ma do czynienia z samochodami, to chyba powinien wiedzieć, jak się pisze „cobalt” – tym bardziej, że jest to słowo również ze zwykłego języka, a na dodatek w tiwi była sterta reklam o tym modelu! Moje towarzyszki z redakcyjnego kurnika od razu się zaczęły śmiać z tej wymiany zdań. Mówię, że czasem zdaje mi się, że mój angielski jest do chrzanu, skoro ktoś mnie aż tak nie rozumie. Kurnik potwierdził jednak, że jestem całkowicie zrozumiała.
A Pani w I-Passie na pewno nie była imigrantką; miała jednak charakterystyczny, BARWNY akcent i chyba dość ograniczone umiejętności kojarzenia. I jeśli się dzwoni i nie trafi na określone wyrażenie, które pani ma zauczone – „update vehicle information” – załatwienie czegokolwiek nastręcza trudności!

poniedziałek, 9 lipca 2007

It's orange! And it's a Cobalt!
Przyjechałam dziś do pracy na czterech kółkach, nie na ośmiu. Mam autko! Pożegnałam się kiedyś już z marzeniem o kobalcie, bo z internetowych grzebań wynikało, że nawet używany jest drogaśny. Miało być małe, używane. W sobotę obeszliśmy kilku dilerów używanych, po czym zajrzeliśmy do nowych. Od razu leciał do nas facet, więc T mówi: „zapytaj go o pomarańczowe auto, pewnie nie ma i sobie pójdzie.” A tu – było! I to od razu kobalt!
T wykorzystał swoje umiejętności negocjacyjne i cena zrobiła się całkiem przystępna – równa w przybliżeniu dwóm autom używanym. Liczę w ten sposób, bo mam nadzieję, że pojeżdżę tym samochodem z dziesięć lat, a używany kupuje się może na pięć, jak dobrze pójdzie. No i mam!
Prowadzi się świetnie, mam muzyczkę i klimatyzację, bagażnik taki, że by się tam nieboszczyk zmieścił (złożony na pół), kolor prześliczny, nowość... aha, i światełko w bagażniku! Ileż to razy w neonce sobie myślałam, że taki bajer byłby fajny, bo w ciemnościach źle się wyciąga klamoty...
Tak więc mam czym pojechać na lotnisko w piątek, i to z przyjemnością. A ponieważ spełnienie marzenia odłożyłam na później, niespodziewajka była tym większa, kiedy małżonek kupił mi jeździdełko całkiem takie, do jakiego od roku chyba wzdychałam. Albo dłużej nawet, bo przypominam sobie, że w maju ’06 oglądałam kobalta w Yellowstone.
(Na zdjęciu jest kobalt z internetu, bo mojego jeszcze nie sfotografowałam.)
Uff. Tyle ekscytacji mechanicznej. Wczoraj byliśmy na przefajnej wycieczce w Peorii, płynęliśmy niemal-parostatkiem, a potem szukaliśmy po mieście Układu Słonecznego, ale o tym będzie osobna historyjka.
W łazience jest już ładnie – pozostaje wniesienie klamotów, które nadal mieszkają w pudełkach, oraz podmalowanie kilku drobnych fuszerek. A potem jadę do końca tygodnia z wielkim sprzątaniem. Nie ma czasu na nudę!

piątek, 6 lipca 2007

wiesci z prac remontowych

Prace systematycznie sie posuwaja w wyznaczonym kierunku. Nie obylo sie bez zonkow - okazalo sie przykladowo, ze trzeba tez pomalowac sufit, choc nie planowalam, na skutek czego leeedwo mi starczylo resztkowej farby na zaplanowane sciany.
Zrobilismy juz wszystkie zakupy, zostaly wykonane nastepujace czynnosci:
- pomalowanie drzwi
- pomalowanie szafki
- pomalowanie sufitu i kremowych scian
- zalepienie dziur w scianach (a bylo i ch sporo - po usunieciu wieszaka na reczniki zostaly dziury na 4-5 sm srednicy!)
- pomalowanie patyczkow - ramy na lustro
- wymiana uchwytow w szafce
- wszystkie zakupy!!! (zajely w sumie jakies 8-10 godzin)
Pozostalo jeszcze:
- pomalowanie czesci niebieskiej
- uszycie zaslonek
- silikonowanie blatu (Tomus)
- instalacja wieszaka na recznik i papier (Tomus)
- przylepienie ramki na lustro
- przykrecenie wywietrznika
- zawieszenie zaslonek
- sprzatanie
A w przerwach grzebie sobie troche w papierze - w poniedzialek mamy przyniesc wyzwanie, nie musi byc skonczone (moje nie bedzie skonczone jeszcze przez dlugi czas), tylko to, co zdolamy wymyslic.
Za tydzien przylatuje Rutka (napisalo mi sie "Tutka", trzeba bylo zmienic :). W miedzyczasie jeszcze dobrze byloby nabyc pojazd. A jeszcze ma przyjsc inspekcja w sprawie wyceny mieszkania do przefinansowania, i jeszcze lekcje... aaa. Ze tez nie moge sie chwile ponudzic :).
A teraz lece popsikac roslinki na balkonie, bo przedziorki usmiercily mi jednego kwiatka i widze, ze przeniosly sie na inne. A za ladnie kwitna, zeby na to pozwolic! Na sprayu jest napisane, ze zwalcza aphids, mealybugs, mites, leafhoppers, psyllids, scale insects, thrips and whiteflies. Przeczytawszy, poczulam sie jak na sprawozdaniu z meczu bejzbolowego - strumien dzwiekow/literek niby dzieli mi sie na slowa, ale co one znacza - nie mam pojecia.

wtorek, 3 lipca 2007

Wyszło mi, że takim jestem kwiatkiem:


I am a
Daffodil


What Flower
Are You?


Zakupy remontowe

Znowu wydałam nieco pieniędzy, ale w celach głównie remontowych, więc są to wydatki konieczne. W Joann’s Fabrics znalazłam wspaniałą, niebieską szmatkę na zasłonę do prysznica, która wręcz wołała do mnie z półki, żebym ją kupiła. Takoż i mam, jak również mylar [:majlar:] do zrobienia listkowego szablonu. Ach, i conieco pasmanterii do nowego albumu, i kilka koralików ozdóbkowych, bo była niemożliwa wyprzedaż. I kijek do zawieszenia mniejszej zasłonki bod blatem.
Następnie w Archivers wykorzystałam kupon na darmowy karton, który się przyda na album.
Następnie proza w Walmarcie – obejrzałam dostępne dywaniki łazienkowe oraz haczyki do prysznica – niestety, nic mnie nie powaliło na kolana.
Na koniec jeszcze Home Depot – byłam, zdaje się, ostatnią klientką, a po moim wyjściu o 22 zamknięto wrota. Zakupiłam uchwyty do szafek i szufladek – mniam, dziś rano próbnie zainstalowałam i podoba mi się!
Dziś jeszcze wybieram się do Targetu i jakiegoś innego sklepu budowlanego. Brakuje mi bowiem dywaników, haczyków, srebrnych kółek do zasłonki, trzymaka na papier t dopasowanego do pozostałego metalu, papieru ściernego... i chyba tyle. Na dzisiaj.

poniedziałek, 2 lipca 2007

fotobloguś

Loody, lody dla ochłody!
Zakupiłam wczoraj w Menards (sklep budowlano-remontowy) pastę do zalepienia dziury w łazienkowej ścianie. Wiedziałam, że będzie różowa, ale kiedy otwarłam dziś rano kubełko, oczom moim ukazała się substancja jako żywo przypominająca lody malinowe!
Zakleiłam część dziury, zostawiłam do wyschnięcia, ale mnie ciekawi, czy dałoby się to wykorzystać JESZCZE do czegoś... mam taki pomysł: wyciąć sobie w mylarze, czyli plastikowej kartce szablon liścia, taki prościutki, przylepić do ściany, przejechać tą pastą i mieć białego, lekko trójwymiarowego listka na niebieskim tle. O.


Grzebanie w papierze
Następny obrazek dotyczy papierowego wyzwania – oto co dołożyłam do papierów od Karen: wstążeczki, chińska moneta, srebrne koraliki, mój ulubiony sznurek, papierowa serwetka, paint chip (próbka farby ze sklepu budowlanego), kawałek tapety z subtelną fakturą, chiński papier z pomarańczem i złotkiem, inne papiery.

Fotografowanie z trójnogiem
I na koniec fotka złapana dziś rano – widział ktoś kiedyś takie podlewanie trawnika na trójnogu? I jeszcze ciekawe jest to, że w strumieniu wody było widać ciemniejsze pręgo czyli poranne zjawisko optyczne.

niedziela, 1 lipca 2007

bluzg bluzg

Czytuje sobie czasem pewien blog (ale nie powiem jaki :). Dziewcze samotnie wychowuje synka, zmaga sie z przeciwnosciami. Czapki z glow. Niedawno zaprzyjaznilo sie z facetem o nieuregulowanym stanie cywilnym w sensie "od dawna razem nie mieszkamy, rozwod w toku." Do tego stopnia sie zaprzyjaznilo, ze zamieszkali razem, a synek zaczal go nazywac tata. I pieknie. I nagle trach - facet wraca do zony i coreczki. Dziewcze w rozpaczy - wiadomo, boli. Maly tez w rozpaczy.

Pod spodem STO TRZYDZIESCI komentarzy - w wiekszosci ciumcium, przytulamy cie, wysylamy pozytywna energie itp. I BLUZG wielki, wulgarnosc w co drugim komentarzu. Czy naprawde takie jest pokolenie polskich dwudziestolatkow, w kraju pozornie tak religijnym i pelnym uwielbienia dla JPII?

Podczas ostatniej wizyty w Polsce tez mnie zniesmaczyl jezyk zaslyszany na ulicach. Stoi grupka emerytow, bardzo porzadnie wygladajacych - bluzg. Przechodze kolo szkoly. Zjawiaja sie uczniowie - bluzg bluzg. Za nimi trojka nauczycieli - bluzg. Plugawy jezyk od najmlodszych lat.

Tutaj siedze sobie pod kloszem. Niewielka grupka Polakow, z jaka mam do czynienia, z przeklenstw nie korzysta. Zadnych, nawet tych lekkich. Od Polonii wulgarnej i prymitywnej jestem z daleka. W domu u nas sie mowi "ladnie", Amerykanie sie granicza i najgorsze haslo, jakie slysze w pracy to "crapsicles" - za powazniejsze slownictwo placi sie 50 centow od sztuki. W telewizji na miejscu przeklenstw slychac "biip". I jest to piekne!

Z drugiej jednak strony odzwyczailam sie od bluzgow i uszy tym bardziej mi wiedna, niczym szpinak we wrzatku. Wiekszosc Polakow niestety kultura nie grzeszy i nie ma dla nich znaczenia, czy sa na budowie, w biurze, w knajpie czy na ulicy. I przy dzieciach takoz. Pomyslalam sobie, ze ten bidny zrozpaczony kajtek z bloga ma naprawde pecha, bo nie dosc, ze facet po kilku miesiacach znajomosci z mama najpierw staje sie tatusiem, a potem ten piekny uklad rozwala, to jeszcze co najmniej polowa wspieraczy na duchu nie przebiera w slowach. Piekne przyklady do nasladowania.

Marudze? Moze mi sie tak zebralo na gledzenie... Trudno. Wyrazam opinie, bo... moge. Ha.