piątek, 13 lipca 2007

Fru!

Za 4 godziny jadę na lotnisko. Domek w miarę przygotowany do inspekcji - wstałam dziś rano o szóstej i uporałam się z górą wypranych a nieposkładanych ciuchów w pralni, w miarę z papierem, przygotowałam R pościel i ręczniki, wyprałam jeden rzut, posprzątałam na balkonie... zostało tylko wniesienie gratów do łazienki. Mogłam to zrobić wczoraj, ale padłam.
Wczoraj był za to Dzień Fryzjera - lubię bardzo być u fryzjera, bo jest to czas, kiedy się nie da robić nic innego. Jeśli jestem w domu, zawsze można wymyślić jakieś sprzątanko. Jeśli poza domem - zwykle też są jakieś obowiązkowe rzeczy do załatwienia. Albo się przelatuje w pamięci: "jeszcze tu muszę wpaść, jeszcze kupić masło." A u fryzjera siedzi się w Kosmosie albo na kozetce, czyta miałkie magazyny i nawet nie myśli o czymkolwiek innym, bo i tak w danej chwili nie da się niczego poodkurzać.
Mam zatem grzywkę! Do tego stopnia, że T zamiast nazywać mnie poprawnie Kasią albo choćby żoną, od wczoraj zwraca się do mnie "Grzywko". Nie jestem do końca pewna, czy to dobrze, czy źle... może lepiej, niż np. "Pocahontas", bo oprócz nowej grzywki mam też zaskakująco ciemny odcień na łepetynie.

2 komentarze:

ania pisze...

No, a ja wlasnie rozmyslam ostatnio nad grzywka. Lubie, kiedys mialam, ale jak sobie przypomne horror z jej zapuszczaniem, to mi odchodzi ochota.

szkieuka pisze...

a ja mam moja juz kilka dni i jestem BARDZO zadowolona! niepredko chyba porwe sie na nie-manie.