Od wycieczki minął już tydzień, ale jakoś czas pędem zleciał między słowami, klejeniem, kurodomostwem... Dziś też w wielkim skrócie. Na początek - mapnik pokazujący trasę z Chi nad Jezioro Górne.
Pierwszy znaczący przystanek to Timm's Hill - najwyższy punkt stanu Wisconsin, raptem 600 metrów nad poziomem morza. I jeszcze sobie trzeba wyleźć na wieżę, z której widzi się po horyzont morze zieleni i właściwie tyle. Pani napotkana na ławeczce u stóp struktury opowiadała, że w jesieni ciężko jest się tu dostać, bo oczywiście liściaste lasy włączają cud kolory. Nam przypadła jedynie cud-zieleń.
Copper Falls okazały się wielką serendypią. Spodziewałam się jednej rzeki i jednej kaskady, a tu okazało się, że jest to głęboki kanion w skałach o pięknej czekoladowej barwie, a woda w rzece jest czarniusieńka od tanin. Tym bardziej odznaczają się na niej białe piany i piwny odcień wodospadów. No i rzeki są dwie, łączą się bardzo dramatycznie w plątaninie wodospadów.
Przy wodospadach spotkaliśmy bardzo miłą parę lokalsów, którzy opowiedzieli nam sporo o oklicy, potwierdzając, że robiąc plan wycieczki dokonaliśmy dobrych wyborów.
Oprócz ludzi było dzikie życie - taki na przykład milusiński wykopytkował się galopem zza zakrętu, przyprawiając mnie o mały zawał. I jeszcze się uśmiecha!
W zakolu rzeki stał sobie z kolei starszy ekzemplarz:
Drugiego dnia znów zwiedzaliśmy skalne labirynty - w trochę mniejszej skali (za to komarów było więcej), a ścieżka zaprowadziła nas aż nad jezioro, gdzie z bliska mogliśmy popatrzec na rude klify. To mały wstęp do wycieczki statkiem na północ, gdzie woda wyrzeźbiła w klifach jaskinie.
No i jeszcze słowo o latarniach się należy - nie byliśmy w żadnej, bo stoją sobie daleko, na wyspach. ALE byliśmy w centrum informacyjnym w Bayfield, gdzie można było nawet pomacać piękną soczewkę Fresnela! Oraz porównać sobie jak wygląda światło z samej żarówki (o wiele mniejszej niż standardowa żarówka do lampy - mamy do czynienia raczej z wielkością kinkietową i to mały kinkiet) i blasku wzmocnionego przez szkło.
poniedziałek, 14 lipca 2014
wtorek, 8 lipca 2014
14:74. wodniście
Zmieniłam wystrój na wodnistość, a to w oparciu o wspomnienia z zeszłego weekendu. O których może kiedy indziej, bo dojechałam do POŁOWY Książki i muszę zasuwać dalej. Zum zum. Bardzo przyjemnie było zobaczyć w tabelce motywacyjnej 50%.
czwartek, 3 lipca 2014
14:73. 6 x latarnia morska
Bo lubię! I jeszcze mam siódmą odbitkę, która chyba pozostanie w tonacji zupełnie czarno-białej, ale nie wiem, kiedy się za tę kartkę zabiorę.
Można powiedzieć, że poniosło mnie trochę z tą latarnianą pieczątką, ale z drugiej strony jest to ciekawy eksperyment; tym bardziej, że spory rozmiar obrazka ogranicza nieco możliwości.
Na początek - moja ulubiona wersja, z odwiniętymi trochę rogami (chyba pierwszy raz w życiu!) i koralikami na sznureczku. To jedna z tych kartek, które chętnie bym zakisiła dla siebie samej :)
#2 - też sznurki, ale inaczej, no i bardziej oczobipna kolorystyka obrazka.
#3 - podziękowanie dla właścicieli kampingu, na którym będziemy spać w ten weekend. Tereny w sumie związane z latarniami - Jezioro Górne w okolicach Bayfield.
#4 - chyba najmniej mi się w tej serii podoba. Miały być jakby belki w tle, jakby wybielałe na nadmorskim słońcu, a jednocześnie morski zestaw kolorów - ale coś jakby nie teges z tym wszystkim.
#5 - sepia czyli starościowato. Nie mogłam się zdecydować, co powinno pójść na wierzch sznureczków i w końcu wybrałam kotwicę ze stempli Vivy.
#6 - na koniec wreszcie - pokazywany wcześniej eksperyment ze stemplowaniem tła taśmą malarską. Nawet całkiem-całkiem wyszło w połączeniu z czerwonym i fajnie wygląda dwuwarstwowa latarnia, podwyższona nieco na plasterku tektury. (Słowo "dwuwarstwowa" też fajnie wygląda - aż cztery W!)
Można powiedzieć, że poniosło mnie trochę z tą latarnianą pieczątką, ale z drugiej strony jest to ciekawy eksperyment; tym bardziej, że spory rozmiar obrazka ogranicza nieco możliwości.
Na początek - moja ulubiona wersja, z odwiniętymi trochę rogami (chyba pierwszy raz w życiu!) i koralikami na sznureczku. To jedna z tych kartek, które chętnie bym zakisiła dla siebie samej :)
#2 - też sznurki, ale inaczej, no i bardziej oczobipna kolorystyka obrazka.
#3 - podziękowanie dla właścicieli kampingu, na którym będziemy spać w ten weekend. Tereny w sumie związane z latarniami - Jezioro Górne w okolicach Bayfield.
#4 - chyba najmniej mi się w tej serii podoba. Miały być jakby belki w tle, jakby wybielałe na nadmorskim słońcu, a jednocześnie morski zestaw kolorów - ale coś jakby nie teges z tym wszystkim.
#5 - sepia czyli starościowato. Nie mogłam się zdecydować, co powinno pójść na wierzch sznureczków i w końcu wybrałam kotwicę ze stempli Vivy.
#6 - na koniec wreszcie - pokazywany wcześniej eksperyment ze stemplowaniem tła taśmą malarską. Nawet całkiem-całkiem wyszło w połączeniu z czerwonym i fajnie wygląda dwuwarstwowa latarnia, podwyższona nieco na plasterku tektury. (Słowo "dwuwarstwowa" też fajnie wygląda - aż cztery W!)
środa, 2 lipca 2014
14:72 wszystko naraz
Tłumaczenie, oczywiście. Pisanie. W pracy pięć dni trzeba upchnąć w czterech, bo piątek jest wolny na okoliczność Dnia Niepodległości. Powoli myślę o przygotowaniach do wyjazdu (niecały miesiąc!!), ale w długi weekend suniemy do Wisconsin, co też wymaga przygotowania teoretycznego i praktycznego.
W sobotę rano padł mój piękny nowy laptop. Znowu marnacja czasu, dzwonienie do obsługi klienta (tradycyjnie do Indii). Bez skutku, smrt, przyślą pudełko i laptop pojedzie do wskrzesiciela, bo nie wychodzi już poza najpierwsiejszy ekran z logo HP.
Wyciagam stary laptop, bo przecież nie mogę przerwać tłumaczenia. Ten nie chce działać. Mega frustracja. Okazało się wreszcie, że to kwestia zegara - miesiąc leżał w kącie, wyryckał się z prądu, flaki się zresetowały. Przywołanie kalendarza i zegara do aktualności usunęło problemy. Komp się wlecze, co prawda, bez włączenia do kontaktu wytrzyma może z pięć minut i jeszcze trzeba uważać, bo jest feler w wejściu z prądem i bardzo łatwo drucik wyskakuje. Ale jest, mam na czym klepać. Na wycieczkę pojedzie laptop T, Pisklak doinstalował Worda i polskie znaki, których przedtem nie było.
W zębie leczenie kanałowe, na razie wstępnie dostałam antybiotyk, który mnie w pierwszy dzień usypiał jak jakaś tajemnicza afrykańska substancja. Wielką siłą woli trzymałam się przy życiu. W końcu tyle jest roboty! W piątek spadła mi korona z zęba - pytam u dentystki, czy mam wpaść od razu, czy wytrzymać do wizyty klepniętej na następny tydzień. Dają termin na dziś rano na dziewiątą - ale mam przecie wizytę z kotem na ósmą u weta, więc pewnie bym nie zdążyła. Rezygnuję.
Kot na szczęście jako tako - w pół roku przybyła mu uncja, więc nie jest źle, ale mi się coś zdaje, że przybyło mu więcej, tylko ostatnio znów schudł. Nie chce brać leków, więc musimy wymyślić nowe strategie. Dawać żarcie, które uwielbia (czyli z puszki), ale mieszać z tym normalnym z saszetki, bo za bardzo się opcha i będą kłopoty kiszkowe. Albo kupić pill pockets i chować w nie pigułę, żeby kocurek zjadł.
Dodatkowo jeszcze zajmuję się kotami od Pani z Dołu, która wyjechała na wakacje. Kociołki bardzo miłe, tylko czuję się nieswojo, kiedy dwa takie czarne stworoki gapią się intensywnie - dziś rano siadły koło siebie i PATRZĄ :)
A jeszcze zapas zmrzlin dla Pisklaka jako zadośćuczynienie za opiekę nad naszym kotem w weekend, a jeszcze to, jeszcze tamto...
Tu i ówdzie próbuję jeszcze wyciosać kilka minut na klejenie, przygotowując głównie kartki na Akcję Specjalną 2015. Oto dwie prace w toku - papierowy ręcznik, akwarela, wybielacz. Krateczki będą jeszcze pomalowane na czarno.
W następnej kolejności - temat szyciowy, bo mam stempelek oraz stare wykroje ze Sklepu Drugiej Szansy, które kupiłam za JEDNEGO CENTA. Niemożebyć.
W sobotę rano padł mój piękny nowy laptop. Znowu marnacja czasu, dzwonienie do obsługi klienta (tradycyjnie do Indii). Bez skutku, smrt, przyślą pudełko i laptop pojedzie do wskrzesiciela, bo nie wychodzi już poza najpierwsiejszy ekran z logo HP.
Wyciagam stary laptop, bo przecież nie mogę przerwać tłumaczenia. Ten nie chce działać. Mega frustracja. Okazało się wreszcie, że to kwestia zegara - miesiąc leżał w kącie, wyryckał się z prądu, flaki się zresetowały. Przywołanie kalendarza i zegara do aktualności usunęło problemy. Komp się wlecze, co prawda, bez włączenia do kontaktu wytrzyma może z pięć minut i jeszcze trzeba uważać, bo jest feler w wejściu z prądem i bardzo łatwo drucik wyskakuje. Ale jest, mam na czym klepać. Na wycieczkę pojedzie laptop T, Pisklak doinstalował Worda i polskie znaki, których przedtem nie było.
W zębie leczenie kanałowe, na razie wstępnie dostałam antybiotyk, który mnie w pierwszy dzień usypiał jak jakaś tajemnicza afrykańska substancja. Wielką siłą woli trzymałam się przy życiu. W końcu tyle jest roboty! W piątek spadła mi korona z zęba - pytam u dentystki, czy mam wpaść od razu, czy wytrzymać do wizyty klepniętej na następny tydzień. Dają termin na dziś rano na dziewiątą - ale mam przecie wizytę z kotem na ósmą u weta, więc pewnie bym nie zdążyła. Rezygnuję.
Kot na szczęście jako tako - w pół roku przybyła mu uncja, więc nie jest źle, ale mi się coś zdaje, że przybyło mu więcej, tylko ostatnio znów schudł. Nie chce brać leków, więc musimy wymyślić nowe strategie. Dawać żarcie, które uwielbia (czyli z puszki), ale mieszać z tym normalnym z saszetki, bo za bardzo się opcha i będą kłopoty kiszkowe. Albo kupić pill pockets i chować w nie pigułę, żeby kocurek zjadł.
Dodatkowo jeszcze zajmuję się kotami od Pani z Dołu, która wyjechała na wakacje. Kociołki bardzo miłe, tylko czuję się nieswojo, kiedy dwa takie czarne stworoki gapią się intensywnie - dziś rano siadły koło siebie i PATRZĄ :)
A jeszcze zapas zmrzlin dla Pisklaka jako zadośćuczynienie za opiekę nad naszym kotem w weekend, a jeszcze to, jeszcze tamto...
Tu i ówdzie próbuję jeszcze wyciosać kilka minut na klejenie, przygotowując głównie kartki na Akcję Specjalną 2015. Oto dwie prace w toku - papierowy ręcznik, akwarela, wybielacz. Krateczki będą jeszcze pomalowane na czarno.
W następnej kolejności - temat szyciowy, bo mam stempelek oraz stare wykroje ze Sklepu Drugiej Szansy, które kupiłam za JEDNEGO CENTA. Niemożebyć.
Labels:
brzecze sobie,
kartki,
papierrr,
praca w toku,
zwierzecosc
piątek, 27 czerwca 2014
14:71. czasem ludzie idą sobie gdzie indziej
...i trzeba im zrobić kartkę na pożegnanie.
Koleżanka, z którą siedziałyśmy przez długi czas prawie że dziupla w dziuplę, znalazła sobie bardziej wymarzoną pracę. Będzie mi jej brakowało, bo to kobietka nadzwyczaj bystra - matematycznie, językowo, księgowościowo i w ogóle życiowo. I taka, która na widok problemu nie jęczy, nie marudzi, tylko kombinuje, jak go rozwiązać i jedzie z koksem dalej. Oby więcej takich ludzi na świecie - nie tych, którym się nic nie chce albo takich, co to popadają w analysis paralysis (wyrażonko pozyskane właśnie od niej :) i nie mogą dojść do konkretnego rozwiązania. Albo czekających, aż ktoś inny poszuka wyjścia.
Musiałam zatem zrobić karteluszkę pożegnalną i wykorzystałam do niej złote myśli z Pinterestu, który był też częstym tematem naszych rozmów.
Zdjęcia tradycyjnie marne, bo choć kartkę planowałam zrobić wczoraj, to kompletnie połknęły mnie słowa i nie zdążyłam nawet zacząć, więc kleiłam dziś rano i potem na jednej nodze pstrykałam fotki, żeby był zapis historyczny.
Ale cieszę się bardzo, że pohulałam sobie pistoletem z gorącym powietrzem, bo leżał i kurzył się od miesięcy :)
Koleżanka, z którą siedziałyśmy przez długi czas prawie że dziupla w dziuplę, znalazła sobie bardziej wymarzoną pracę. Będzie mi jej brakowało, bo to kobietka nadzwyczaj bystra - matematycznie, językowo, księgowościowo i w ogóle życiowo. I taka, która na widok problemu nie jęczy, nie marudzi, tylko kombinuje, jak go rozwiązać i jedzie z koksem dalej. Oby więcej takich ludzi na świecie - nie tych, którym się nic nie chce albo takich, co to popadają w analysis paralysis (wyrażonko pozyskane właśnie od niej :) i nie mogą dojść do konkretnego rozwiązania. Albo czekających, aż ktoś inny poszuka wyjścia.
Musiałam zatem zrobić karteluszkę pożegnalną i wykorzystałam do niej złote myśli z Pinterestu, który był też częstym tematem naszych rozmów.
Zdjęcia tradycyjnie marne, bo choć kartkę planowałam zrobić wczoraj, to kompletnie połknęły mnie słowa i nie zdążyłam nawet zacząć, więc kleiłam dziś rano i potem na jednej nodze pstrykałam fotki, żeby był zapis historyczny.
Ale cieszę się bardzo, że pohulałam sobie pistoletem z gorącym powietrzem, bo leżał i kurzył się od miesięcy :)
czwartek, 26 czerwca 2014
14:70. 'sperymenty i 'spiracje
Od dawna chodził już za mną eksperymencik polegający na stemplowaniu tła za pomocą tuszu przenoszonego niejako na taśmie maskującej, takiej malarskiej, jak na przykład tu albo tu. No i mam taką próbkę - na zdjęciu wygląda chyba lepiej niż na żywo... a może trzeba ją trochę oprawić, sama nie wiem.
Ale na pewno podoba mi się efekt naklejenia drugiej latarni na podkładce z tektury:
Co zaś się tyczy kolorków... nie wiem, może takie lekko fajansiarskie są jednak fajniejsze:
A dziś rano trafiłam na piękne zdjęcie opala (opalu? hm.) i pomyślałam sobie, że byłaby to fajna inspiracja kolorystyczna na kartkę jakąś!
I oczywiście musiałam zerknąć za dalszymi przykładami... i wiadomo, że nie ma cudów, już ktoś musiał wymyślić takie zestawienia, ale takie agaty znakomicie przypominają o możliwościach:
I na koniec jeszcze jeden jaspis, jak lody mangowo-malinowe. I trochę pistacji.
Ale na pewno podoba mi się efekt naklejenia drugiej latarni na podkładce z tektury:
Co zaś się tyczy kolorków... nie wiem, może takie lekko fajansiarskie są jednak fajniejsze:
A dziś rano trafiłam na piękne zdjęcie opala (opalu? hm.) i pomyślałam sobie, że byłaby to fajna inspiracja kolorystyczna na kartkę jakąś!
![]() |
| Źródło |
I oczywiście musiałam zerknąć za dalszymi przykładami... i wiadomo, że nie ma cudów, już ktoś musiał wymyślić takie zestawienia, ale takie agaty znakomicie przypominają o możliwościach:
![]() |
| Źródło |
![]() |
| Źródło |
![]() |
| Źródło |
I na koniec jeszcze jeden jaspis, jak lody mangowo-malinowe. I trochę pistacji.
![]() |
| Źródło |
Labels:
eksponaty,
kartki,
papier,
papierrr,
praca w toku
środa, 25 czerwca 2014
1469. zapominam...
Dziś to właściwie same obrazki, bo mi się w rozumie przelewa. Od słów, od ludzi mącących i niezdecydowanych, przeraźliwie niekonkretnych, którzy - jeśli podjąć decyzję, którą na człowieka wyraźnie składają - będą miesiącami narzekać i marudzić, strzelając fochy na prawo i na lewo, a sami nie są w stanie NIC. Od ludzi udających, że są niewiadomojak bystrzy i oczytani, a jawne bzdury wygadujących. Od niepozbieranych, rozlazłych, niekompetentnych, wszystkowiedzących, skrzydła podcinających...
Od wiadomości przygnębiających o ludziach nierozumnych i okrutnych, męczących dzieci i zwierzęta, ryjących pod bliźnimi, niszczących świat dookoła.
Lepiej pójść na mały spacer i odetchnąć naturą, która niczego nie udaje. Popatrzeć w górę, posłuchac kosmosu.
I tak sobie myślę, że znakomicie odpowiadałaby mi dziś druga część piosenki Michała B.:
Zapominam
O armatach karabinach
Dyktatorach i reżimach
Snobach i zwyczajnych świniach
Zakonnikach i pielgrzymach
O bolesnych odleżynach
Szkole gry na mandolinach
O grymasach, fochach, minach
Zapominam zapominam
O powodzi w Indochinach
Czekoladach i pralinach
Muzułmanach beduinach
Zapominam zapominam
O wyścigach na drezynach
O tych którzy jedzą szpinak
O brunetach i blondynach
Strzale złego Tatarzyna
O wieczności koło młyna
Liliputach i olbrzymach
Fortepianach i pianinach
Grafomanach kobotynach
Zapominam zapominam
Zapominam zapominam
A na finał
Finał wielki
Zapomniałem
Słów piosenki
Od wiadomości przygnębiających o ludziach nierozumnych i okrutnych, męczących dzieci i zwierzęta, ryjących pod bliźnimi, niszczących świat dookoła.
Lepiej pójść na mały spacer i odetchnąć naturą, która niczego nie udaje. Popatrzeć w górę, posłuchac kosmosu.
I tak sobie myślę, że znakomicie odpowiadałaby mi dziś druga część piosenki Michała B.:
Zapominam
O armatach karabinach
Dyktatorach i reżimach
Snobach i zwyczajnych świniach
Zakonnikach i pielgrzymach
O bolesnych odleżynach
Szkole gry na mandolinach
O grymasach, fochach, minach
Zapominam zapominam
O powodzi w Indochinach
Czekoladach i pralinach
Muzułmanach beduinach
Zapominam zapominam
O wyścigach na drezynach
O tych którzy jedzą szpinak
O brunetach i blondynach
Strzale złego Tatarzyna
O wieczności koło młyna
Liliputach i olbrzymach
Fortepianach i pianinach
Grafomanach kobotynach
Zapominam zapominam
Zapominam zapominam
A na finał
Finał wielki
Zapomniałem
Słów piosenki
poniedziałek, 23 czerwca 2014
14:68. biedroneczki są w kropeczki
Dziś dokończenie serii biedronkowej:
Karteczka łąkowa, można powiedzieć, z trawą z kartki ze starej książki, pomazianą kiedyś dawno akrylówkami. I mam jak znalazł! Tu widać również, że kropy na biedronkach świecą się od Glossy Accents, no i sam papier na skrzydełkach też ma w sobie trochę delikatnego błyszczenia.
Ostatnia biedronkowa kartka idzie trochę w stronę kolorków ekologicznych i nawet ma w sobie nieco recyklingu, bo tekturka z fakturką, na której zasiadł owad, pochodzi z osłonki na kubek w jakimś Starbucksie albo innej Panerze. Nie mogę się powstrzymać od ich zakiszania, bo takie są miłe w dotyku, ale z drugiej strony mają taki kształt, że udaje się wyciąć taki właśnie kawalątek i reszta jest w zasadzie do wyrzucenia. Czyli się przesadnie nie gromadzi.
A jak skończę latarnie (mam już trzy :), to w następnej kolejności będą kwiatysie i fiolety. Bo blok cudnych papierów czeka już na pociachanie odniewiadomokąd.
W dziale słówek... Koło dwa i pół tysiąca słów przeciupałam w weekend i nawet mi dość sprawnie szło. Jedyne dłuższe zawieszenie się to belligerency, słowo użyte w Rezolucji nr 242 Rady Bezpieczeństwa ONZ, dokumencie bardzo ważnym i wielokrotnie cytowanym w sporach związanych z konfliktem arabsko-izraelskim. Wygrzebałam dość przyzwoite tłumaczenie tej rezolucji na polski - co prawda, na blogasku, ale przeglądnęłam, porównałam z oryginałem i wyszło mi, że nie jest źle.
Ale to nieszczęsne belligerency autor bloga/tłumacz oddał jako zapędy wojenne, co po pierwsze brzmi dla mnie mało poważnie. Czasem jednak się mylę co do powagi jakiegoś mało znanego terminu (albo nawet jego istnienia - wczoraj odkryłam też, że Słownik Języka Polskiego nie ma żadnego problemu z wyrazem akceptowalny, a ja bym się wręcz kłóciła, że to kalka!)
Znalazłam kapitalną stronę do wspierania wyczucia językowego - frazeo.pl. Można tam wrzucić dane wyrażenie i poszukać, czy występuje na jakichś stronach, zdaje się, że głównie w wiadomościach. Albo sprawdzić kolokacje jakiegoś tam wyrazu. Jeśli więc danego sformułowania nie widzę za bardzo na frazeo, a i w ogólnym guglaniu nie wychodzi - znaczy się, że prawdopodobnie coś pokręciłam.
Wracając jednak do belligerency: nie wiem, czy nie zostało w powyższym tłumaczeniu pomylone troszkę z bardzo podobnym słowem belligerence - oznaczającego właśnie wojowniczość, zacietrzewienie, agresywność, a nawet awanturnictwo, czyli gdzieś by to szło w stronę tych zapędów wojennych. Dokopałam się bowiem do wiadomości, na przykład w Encyclopaedia Britannica, że belligerency to termin prawny oznaczający stan wojny czy też zaangażowania w wojnę.
No i teraz pozostaje kontekst i w ogóle pojęcie o sytuacji, bo te zapędy wojenne i stan wojny nie są znów tak od siebie odległe. Do czego może wzywać ta rezolucja? Co się dzieje między Arabami a Izraelczykami? Czy mają przerwać zapędy wojenne, czy stan wojny? W sumie oba te zjawiska są tam obecne...
Długo nie mogłam się zdecydować, szukałam jakichś interpretacji tej rezolucji, ale nie wygrzebałam nic konkretnego. Trzeba było podjąć jakąś decyzję - użyłam stanu wojny, choć nie mam stuprocentowej pewności. Wydaje mi się jednak, że rezolucja ONZ spokojnie może wykorzystywać terminologię z prawa międzynarodowego, a stan wojny brzmi bardziej poważnie niż zapędy wojenne.
Główny rezultat jest zaś chyba taki, że znowu się dowiedziałam paru rzeczy :) Oraz rozwlekłam wpis ponad miarę, a miało być jeszcze o odkryciu związanym ze słówkiem wax. Ale to może zostawimy na jutro.
Karteczka łąkowa, można powiedzieć, z trawą z kartki ze starej książki, pomazianą kiedyś dawno akrylówkami. I mam jak znalazł! Tu widać również, że kropy na biedronkach świecą się od Glossy Accents, no i sam papier na skrzydełkach też ma w sobie trochę delikatnego błyszczenia.
Ostatnia biedronkowa kartka idzie trochę w stronę kolorków ekologicznych i nawet ma w sobie nieco recyklingu, bo tekturka z fakturką, na której zasiadł owad, pochodzi z osłonki na kubek w jakimś Starbucksie albo innej Panerze. Nie mogę się powstrzymać od ich zakiszania, bo takie są miłe w dotyku, ale z drugiej strony mają taki kształt, że udaje się wyciąć taki właśnie kawalątek i reszta jest w zasadzie do wyrzucenia. Czyli się przesadnie nie gromadzi.
A jak skończę latarnie (mam już trzy :), to w następnej kolejności będą kwiatysie i fiolety. Bo blok cudnych papierów czeka już na pociachanie odniewiadomokąd.
W dziale słówek... Koło dwa i pół tysiąca słów przeciupałam w weekend i nawet mi dość sprawnie szło. Jedyne dłuższe zawieszenie się to belligerency, słowo użyte w Rezolucji nr 242 Rady Bezpieczeństwa ONZ, dokumencie bardzo ważnym i wielokrotnie cytowanym w sporach związanych z konfliktem arabsko-izraelskim. Wygrzebałam dość przyzwoite tłumaczenie tej rezolucji na polski - co prawda, na blogasku, ale przeglądnęłam, porównałam z oryginałem i wyszło mi, że nie jest źle.
Ale to nieszczęsne belligerency autor bloga/tłumacz oddał jako zapędy wojenne, co po pierwsze brzmi dla mnie mało poważnie. Czasem jednak się mylę co do powagi jakiegoś mało znanego terminu (albo nawet jego istnienia - wczoraj odkryłam też, że Słownik Języka Polskiego nie ma żadnego problemu z wyrazem akceptowalny, a ja bym się wręcz kłóciła, że to kalka!)
Znalazłam kapitalną stronę do wspierania wyczucia językowego - frazeo.pl. Można tam wrzucić dane wyrażenie i poszukać, czy występuje na jakichś stronach, zdaje się, że głównie w wiadomościach. Albo sprawdzić kolokacje jakiegoś tam wyrazu. Jeśli więc danego sformułowania nie widzę za bardzo na frazeo, a i w ogólnym guglaniu nie wychodzi - znaczy się, że prawdopodobnie coś pokręciłam.
Wracając jednak do belligerency: nie wiem, czy nie zostało w powyższym tłumaczeniu pomylone troszkę z bardzo podobnym słowem belligerence - oznaczającego właśnie wojowniczość, zacietrzewienie, agresywność, a nawet awanturnictwo, czyli gdzieś by to szło w stronę tych zapędów wojennych. Dokopałam się bowiem do wiadomości, na przykład w Encyclopaedia Britannica, że belligerency to termin prawny oznaczający stan wojny czy też zaangażowania w wojnę.
No i teraz pozostaje kontekst i w ogóle pojęcie o sytuacji, bo te zapędy wojenne i stan wojny nie są znów tak od siebie odległe. Do czego może wzywać ta rezolucja? Co się dzieje między Arabami a Izraelczykami? Czy mają przerwać zapędy wojenne, czy stan wojny? W sumie oba te zjawiska są tam obecne...
Długo nie mogłam się zdecydować, szukałam jakichś interpretacji tej rezolucji, ale nie wygrzebałam nic konkretnego. Trzeba było podjąć jakąś decyzję - użyłam stanu wojny, choć nie mam stuprocentowej pewności. Wydaje mi się jednak, że rezolucja ONZ spokojnie może wykorzystywać terminologię z prawa międzynarodowego, a stan wojny brzmi bardziej poważnie niż zapędy wojenne.
Główny rezultat jest zaś chyba taki, że znowu się dowiedziałam paru rzeczy :) Oraz rozwlekłam wpis ponad miarę, a miało być jeszcze o odkryciu związanym ze słówkiem wax. Ale to może zostawimy na jutro.
Labels:
kartki,
o języku,
papierrr,
tłumaczenia
czwartek, 19 czerwca 2014
14:67. czerwone detale
Na szybko kartka z biedronką raz...
...druga biedronka przygotowana, tylko mniejsza, żeby nie zajmowała całej kartki.
Z zeszłych tygodni mam jeszcze nieco truskawek, takoż czerwoniastych.
W następnej kolejności prawdopodobnie pójdą latarnie z tych oto stempelków...
...a to poniekąd w związku z następną wyprawą:
W długi weekend z okazji 4 lipca wybieramy się mianowicie w północne strony stanu Wisconsin, na "narodowe wybrzeże", co brzmi dziwnie, ale nie mam innego pomysłu na national lakeshore. I trzeba by jeszcze uwzględnić, że to narodowy lakeshore, a nie seashore, bo takie też istnieją. W Polsce chyba takie obiekty w ogóle nie występują... no i na każdym kroku pojawia się jakaś zagwozdka językowa!
Cała nazwa naszej głównej atrakcji to Apostle Islands National Lakeshore - chodzi o grupę wysepek na Jeziorze Górnym. Prosiłoby się, żeby ich było 12 - a guzik, są 22 :) Wysepki i zresztą sam brzeg sa pięknie wyrzeźbione przez wodę. Zwiedza się je za pomocą rejsu statkiem. Można też ambitnie, kajakiem, ale to jednak jest ponad nasze siły.
Ostatniej zimy Jezioro Górne zamarzło i w zagłębieniach skał potworzyły się piękne jaskinie. Rozważaliśmy nawet, czy by tam się nie wybrać, ale jednak wymiękliśmy - ponad siedem godzin jazdy podczas siarczystej zimy oraz wędrowanie kilka kilometrów po lodzie w temperaturze minus dwudziestu stopni trochę straszy.
A lód z tejże siarczystej zimy widać było jeszcze na wodzie na początku czerwca - możliwe, że w jakichś chłodniejszych dziurach siedzi tam i dziś.
Spać będziemy w miasteczku Cornucopia czyli Róg Obfitości, co mnie też cieszy, bo fajna nazwa. Ostatnie miejsce namiotowe udało nam się wyhaczyć, a zabipie tam jest takie, że w celu rezerwacji trzeba wysłać CZEK, bo karty kredytowe nie docierają.
Tylko z latarniami trochę cienko - jest ich kilka na wyspach, ale ze statku nie będzie się wysiadało, więc pozostaje oglądanie z dalsza. T obiecuje, że w drodze powrotnej pojedziemy brzegiem Jeziora Michigan i tam się jakaś latarnia na pewno znajdzie.
...druga biedronka przygotowana, tylko mniejsza, żeby nie zajmowała całej kartki.
Z zeszłych tygodni mam jeszcze nieco truskawek, takoż czerwoniastych.
W następnej kolejności prawdopodobnie pójdą latarnie z tych oto stempelków...
...a to poniekąd w związku z następną wyprawą:
W długi weekend z okazji 4 lipca wybieramy się mianowicie w północne strony stanu Wisconsin, na "narodowe wybrzeże", co brzmi dziwnie, ale nie mam innego pomysłu na national lakeshore. I trzeba by jeszcze uwzględnić, że to narodowy lakeshore, a nie seashore, bo takie też istnieją. W Polsce chyba takie obiekty w ogóle nie występują... no i na każdym kroku pojawia się jakaś zagwozdka językowa!
Cała nazwa naszej głównej atrakcji to Apostle Islands National Lakeshore - chodzi o grupę wysepek na Jeziorze Górnym. Prosiłoby się, żeby ich było 12 - a guzik, są 22 :) Wysepki i zresztą sam brzeg sa pięknie wyrzeźbione przez wodę. Zwiedza się je za pomocą rejsu statkiem. Można też ambitnie, kajakiem, ale to jednak jest ponad nasze siły.
Ostatniej zimy Jezioro Górne zamarzło i w zagłębieniach skał potworzyły się piękne jaskinie. Rozważaliśmy nawet, czy by tam się nie wybrać, ale jednak wymiękliśmy - ponad siedem godzin jazdy podczas siarczystej zimy oraz wędrowanie kilka kilometrów po lodzie w temperaturze minus dwudziestu stopni trochę straszy.
A lód z tejże siarczystej zimy widać było jeszcze na wodzie na początku czerwca - możliwe, że w jakichś chłodniejszych dziurach siedzi tam i dziś.
Spać będziemy w miasteczku Cornucopia czyli Róg Obfitości, co mnie też cieszy, bo fajna nazwa. Ostatnie miejsce namiotowe udało nam się wyhaczyć, a zabipie tam jest takie, że w celu rezerwacji trzeba wysłać CZEK, bo karty kredytowe nie docierają.
Tylko z latarniami trochę cienko - jest ich kilka na wyspach, ale ze statku nie będzie się wysiadało, więc pozostaje oglądanie z dalsza. T obiecuje, że w drodze powrotnej pojedziemy brzegiem Jeziora Michigan i tam się jakaś latarnia na pewno znajdzie.
środa, 18 czerwca 2014
14:66. letnio, biedronkowo
Wśród słów (od 5 maja przebiłam się przez ponad 33 000 w Książce, plus kilka tysięcy słów tłumaczenia korespondencji i pisań rozmaitych) wyciupuję małe odcinki czasu na poklejenie, jako że obiecałam przywieźć w lecie trochę dzieł na aukcję na obóz dla dzieci niepełnosprawnych. Cieszę się, że mam kartki pozaczynane kilka miesięcy temu, więc wiele im nie trzeba - dołoży się to i owo i można sklejać.
Tyle, że czasem powstają przeszkody - okazuje się nagle, że klej się był wylał (jak u Brzechwy - idzie klej i po kolei napotkane rzeczy klei.) I mycie poklajstrowanych przedmiotów zabiera połowę odcinka czasu wyznaczonego na krafty. Dobrze, że klej nie zdążył jeszcze całkiem zaschnąć i stworzyć z ołówków, dziurkaczy i pędzelków trwałej rzeźby nowoczesnej.
Na jutro zaś potrzebna mi szybka kartka z biedronką - zrobiłam więc najpierw prototyp...
... a potem już na czysto, ale jeszcze nie sklejone. Rozważam dorzucenie spodniej warstwy skrzydeł z kalki.
A co do słów jeszcze - przez to, że nieustannie kontroluję to moje tłumaczenie, nasiliła się chyba wrażliwość (delikatnie się wyrażając) w dziedzinie językowej. Odkąd pozbyliśmy się kablówki, podglądamy czasem tutejszą polską telewizję, chwilami robioną przeraźliwie nieprofesjonalnie. Wiadomo, nie każdy wie, jak się zachować przed kamerą, ale fantastycznie byłoby, gdyby znalazł się tam ktoś w rodzaju szybkiego trenera, kto pouczyłby gości przed występem, że patrzenie się w stolik albo sufit podczas mówienia wygląda nieciekawie itp. I że przed kamerą nie dłubie się w nosie. Albo też ktoś z "okiem", kto by dostrzegł, że sadzanie dość korpulentnego pana redaktora za biurkiem nie kryjącym niezgrabnie rozłożonych nóg to nie jest najlepszy pomysł.
Jeśli zaś chodzi o słowa - gołym okiem widać, które wiadomości przeciupano na chybcika z angielskiego, jak na przykład tę wczorajszą, o wegetacji w Kalifornii - w sensie roślinności. Okoliczna wegetacja ucierpiała w pożarze. Brr. Nie wspominając o drobnych przekrętach językowych w rodzaju siedzi jak mysz kościelna pod miotłą. Dzwonią niby, ale nie do końca wiadomo, w którym kościele.
I trochę to smutne, bo telewizja czy radio "na obczyźnie" powinny nieść przysłowiowy kaganek oświaty i pilnować polszczyzny. A tu takie niedbalstwo i potem nie ma się co dziwić, że mamy cziskejk z piczesami.
Żeby jednak nie było samego narzekania - wczoraj pojawił się w programie pan profesor inżynier mostolog i mówił PIĘKNIE. Balsam dla uszu, mniam.
PS. Nigdy nie wiem, jak pisać - Kaliforni czy Kalifornii. Okazuje się, że jest na to regułka (cytuję z sjp.pl):
Wyrazy zapożyczone zakończone w Mianowniku na -nia ;w Dopełniaczu, Celowniku i Miejscowniku zapisujemy z kończówką -nii.
Czyli jedziemy do piekarni* w guberni w Kalifornii grać na waltorni.
*Albo też do piekaterii - w mianowniku wymawia się piekaterija, piękne słówko wymyślone przez T w Kostaryce na wzór ichniego panadería, frutería, zapatería itd.
Tyle, że czasem powstają przeszkody - okazuje się nagle, że klej się był wylał (jak u Brzechwy - idzie klej i po kolei napotkane rzeczy klei.) I mycie poklajstrowanych przedmiotów zabiera połowę odcinka czasu wyznaczonego na krafty. Dobrze, że klej nie zdążył jeszcze całkiem zaschnąć i stworzyć z ołówków, dziurkaczy i pędzelków trwałej rzeźby nowoczesnej.
Na jutro zaś potrzebna mi szybka kartka z biedronką - zrobiłam więc najpierw prototyp...
... a potem już na czysto, ale jeszcze nie sklejone. Rozważam dorzucenie spodniej warstwy skrzydeł z kalki.
A co do słów jeszcze - przez to, że nieustannie kontroluję to moje tłumaczenie, nasiliła się chyba wrażliwość (delikatnie się wyrażając) w dziedzinie językowej. Odkąd pozbyliśmy się kablówki, podglądamy czasem tutejszą polską telewizję, chwilami robioną przeraźliwie nieprofesjonalnie. Wiadomo, nie każdy wie, jak się zachować przed kamerą, ale fantastycznie byłoby, gdyby znalazł się tam ktoś w rodzaju szybkiego trenera, kto pouczyłby gości przed występem, że patrzenie się w stolik albo sufit podczas mówienia wygląda nieciekawie itp. I że przed kamerą nie dłubie się w nosie. Albo też ktoś z "okiem", kto by dostrzegł, że sadzanie dość korpulentnego pana redaktora za biurkiem nie kryjącym niezgrabnie rozłożonych nóg to nie jest najlepszy pomysł.
Jeśli zaś chodzi o słowa - gołym okiem widać, które wiadomości przeciupano na chybcika z angielskiego, jak na przykład tę wczorajszą, o wegetacji w Kalifornii - w sensie roślinności. Okoliczna wegetacja ucierpiała w pożarze. Brr. Nie wspominając o drobnych przekrętach językowych w rodzaju siedzi jak mysz kościelna pod miotłą. Dzwonią niby, ale nie do końca wiadomo, w którym kościele.
I trochę to smutne, bo telewizja czy radio "na obczyźnie" powinny nieść przysłowiowy kaganek oświaty i pilnować polszczyzny. A tu takie niedbalstwo i potem nie ma się co dziwić, że mamy cziskejk z piczesami.
Żeby jednak nie było samego narzekania - wczoraj pojawił się w programie pan profesor inżynier mostolog i mówił PIĘKNIE. Balsam dla uszu, mniam.
PS. Nigdy nie wiem, jak pisać - Kaliforni czy Kalifornii. Okazuje się, że jest na to regułka (cytuję z sjp.pl):
Wyrazy zapożyczone zakończone w Mianowniku na -nia ;w Dopełniaczu, Celowniku i Miejscowniku zapisujemy z kończówką -nii.
Czyli jedziemy do piekarni* w guberni w Kalifornii grać na waltorni.
*Albo też do piekaterii - w mianowniku wymawia się piekaterija, piękne słówko wymyślone przez T w Kostaryce na wzór ichniego panadería, frutería, zapatería itd.
Labels:
akcja ścinek,
cziskejk z piczesami,
kartki,
o języku,
papierrr,
praca w toku
czwartek, 12 czerwca 2014
14:65. konforemny zbiornik słówek
Przebywam obecnie w rejonie Zatoki Perskiej i po kilku stronach względnej ciszy znów znalazłam się pod (słówkowym) ostrzałem. A tak mi gładko szło, klepałam sobie zdanie po zdaniu... i nagle brzdęk, autor rzucił wyliczeniem, gdzie w każdym punkcie pojawia się jakieś ustrojstwo bojowe.
Mamy więc tytułowy konforemny zbiornik paliwa - conformal fuel tank. Jest na ten temat nawet artykuł w wikipedii (odpada grzebanie w czeluściach internetów). W sumie jak się popatrzy na słówko, to nie jest takie odjechane, bo takie zbiorniki integrują się z bryłą samolotu, czyli jest con+forma. No, ale do dzisiaj rano nie wiedziałam nawet, że takie coś istnieje.
Później pojawiło się trałowanie min, które wynikło z mine plow. Trałowanie i trałowce kojarzyły mi się do tej pory z morzem, ale okazuje się, że można i na lądzie. Ucieszyłam się z tego trałowania, ale nie mam pewności, czy to jest ścisły odpowiednik, bo jest różnica w wyglądzie między mine plow a mine flail (odpowiednik tegoż trałowca). Podobnie jak jest też różnica między pługiem a cepem :) Tak, że bezpieczniej będzie chyba zastosować coś w rodzaju niszczyciela min, bardziej neutralnie, a nie zapędzać się w szczegóły techniczne. W obu przypadkach chodzi o to, że pojazd unieszkodliwia miny.
Kolejna rozkminka wiązała się z mostami i hasłem mobile bridges. W pierwszej chwili przyszły mi do głowy mosty pontonowe, ale pooglądałam obrazki i chyba nie każdy mobilny most jest mostem pontonowym. Bardzo niewiele jest odniesień w guglu do mostów mobilnych (w wiki nie ma wcale), ale chyba tak zostawię, bo jakby co, to jest to zrozumiałe, a zarazem bezpieczne.
Uradowały mnie noktowizory - chyba jeden z rzadkich przypadków, kiedy polskie wyrażenie jest krótsze od angielskiego - night vision goggles :)
Mam w związku z tym następującą obserwację: paragrafy polskie notorycznie wychodzą mi dłuższe od angielskich, przynajmniej wizualnie. ALE od czasu do czasu sprawdzam ilość słów - i jest całkiem podobna! Po prostu polskie słowa są dłuższe (co właściwie wiadomo od dawna).
No i jeszcze mamy drony czyli bezzałogowe aparaty latające, system ochrony przeciwrakietowej Patriot, systemy naprowadzania, modyfikacje awioniki, pojemniki transportowo-startujące na rakiety Tomahawk... i to wszystko przed wyjściem rano do pracy. I w ten sposób dołożyłam sobie konforemny zbiornik słówek :)
Mamy więc tytułowy konforemny zbiornik paliwa - conformal fuel tank. Jest na ten temat nawet artykuł w wikipedii (odpada grzebanie w czeluściach internetów). W sumie jak się popatrzy na słówko, to nie jest takie odjechane, bo takie zbiorniki integrują się z bryłą samolotu, czyli jest con+forma. No, ale do dzisiaj rano nie wiedziałam nawet, że takie coś istnieje.
| Tu widać dodatkowe zbiorniki paliwa doczepione do F-16. (Żródło) |
Później pojawiło się trałowanie min, które wynikło z mine plow. Trałowanie i trałowce kojarzyły mi się do tej pory z morzem, ale okazuje się, że można i na lądzie. Ucieszyłam się z tego trałowania, ale nie mam pewności, czy to jest ścisły odpowiednik, bo jest różnica w wyglądzie między mine plow a mine flail (odpowiednik tegoż trałowca). Podobnie jak jest też różnica między pługiem a cepem :) Tak, że bezpieczniej będzie chyba zastosować coś w rodzaju niszczyciela min, bardziej neutralnie, a nie zapędzać się w szczegóły techniczne. W obu przypadkach chodzi o to, że pojazd unieszkodliwia miny.
| Mine flail czyli "cep" (Źródło) |
| Mine plow czyli "pług" (Źródło) |
Uradowały mnie noktowizory - chyba jeden z rzadkich przypadków, kiedy polskie wyrażenie jest krótsze od angielskiego - night vision goggles :)
Mam w związku z tym następującą obserwację: paragrafy polskie notorycznie wychodzą mi dłuższe od angielskich, przynajmniej wizualnie. ALE od czasu do czasu sprawdzam ilość słów - i jest całkiem podobna! Po prostu polskie słowa są dłuższe (co właściwie wiadomo od dawna).
No i jeszcze mamy drony czyli bezzałogowe aparaty latające, system ochrony przeciwrakietowej Patriot, systemy naprowadzania, modyfikacje awioniki, pojemniki transportowo-startujące na rakiety Tomahawk... i to wszystko przed wyjściem rano do pracy. I w ten sposób dołożyłam sobie konforemny zbiornik słówek :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)













































