piątek, 12 czerwca 2009

526. trzy kartki i trzy cukierki

Nareszcie udało mi się chwilę pokraftować nieprzymusowo, to znaczy bez goniącego terminu. Jakie to jest miłe!

Oto karteczka, która mi się podoba najbardziej - z wykorzystaniem plecionki przywiezionej z Polski, z tego fajnego sklepu koło szkoły trójki :) Mam trochę czerwonej i zielonej, zamówiłam sobie na prezent dodatkową zieloną i inne kolory, gdyby były.

Tu przeciagnęłam dodatkowe nitki, a na wierzchu jest pieczątka kolorowana kredkami (ach, ten zapach drewnianych kredek! kolejna przyjemność) i pociągnięta mazidłem do ochrony powierzchni.

Druga kartka powstała z pozostałości po albumie dla Tenese.

Trzecia - efekt eksperymentów ze szmatkowymi kwiatkami. Nie wiem, czy się nie nabawię jakiejś dolegliwości płucnej od tego smędzenia... Okazuje się też, że niektóre materiały spalają się z kretesem i nie idzie ich przypalić tylko na brzegach.

I tak sobie fociłam na chybcika w pracy te kartki, bo aparat został niechcący na biurku, a jako tło wykorzystałam stary rocznik jednego z naszych magazynów... i postanowiłam pstryknąć też kilka tych kolorowych wkładek, co to chciałabym zamieścić w łazience.
Czyż te ilustracje nie są po prostu czarujące? Aż dziwne, że te kolory po niemal stu latach są jeszcze takie żywe. (Co dziwniejsze, w tych czasopismach były też próbki zapachów i moim zdaniem dalej jeszcze można wyczuć ich ślady!)

czwartek, 11 czerwca 2009

525. farfocle, czyli xydełkowanie po astrachańsku

Przyholowałam wczoraj z biblioteki stertę książek - głównie przewodniki i albumy o Oregonie i Waszyngtonie (stanie, znaczy się, nie mieście Washington DC), oraz jedną pozycję o szydełkowaniu. Popróbowałam sobie rozmaite ściegi, mniej i bardziej ażurowe - przeciekawa sprawa, ile tego istnieje!

Na koniec zaintrygował mnie ścieg astrachański, który dziwny jest, a to z dwóch powodów. Na wierzchu wygląda jak plątanina...

...ale jeśli się te farfocle rozgarnie, to widać trochę lepiej. Robi się ów ścieg też przedziwnie: jedziemy od prawej do lewej rządek słupków, a potem NIE ODWRACAMY, tylko po tej samej stronie jedziemy do tyłu, od lewej do prawej: łańcuszek na siedem oczek, później tworzy się z niego pętelkę przez przyczepienie łańcuszka do PRZEDNIEJ strony oczka za pomocą ściegu slip stitch - nie wiem, jak to po polsku się nazywa, takie coś mniejsze nawet od półsłupka, przeciąga się po prostu włóczkę w najprostszy sposób, bez "budowania" niczego.

Po zrobieniu całego rządka pętelek, oczko po oczku, jedziemy znowu słupkami od prawej do lewej - tym razem bazując je na TYLNEJ części oczek (bo przednią wykorzystaliśmy do zamocowania pętelek).

Tył pracy wygląda gładko - może to chodzi o robienie niby-futra, żeby cieplejsze było? :)

Tu jest fragment z książki, ze zdjęciem większego kawałka:

I jeszcze okładka trzystu ściegów - T nie może wyjść z podziwu, że za pomocą sznurka i kijka z haczykiem można stworzyć aż tyle różnorodnych wzorów :)

Ah, jeszcze muszę napomknąć, skoro mowa o T, że mamy znienacka płytki przy wejściu do mieszkania - T miał wczoraj wolny dzień, a że ostatnio właśnie płytkowali zarobkowo i mieli wszelakie maszynki do tego celu, to się zmobilizowali i cyk, płyteczki leżą. Czekają na razie na graudowanie, czyli fugowanie, ale będzie pięknie!

środa, 10 czerwca 2009

524. sprzątaniowe przygody

...A kiedy się już posprząta w kuchni wszystko, co się da – wyszoruje się na błysk wszystkie części pieca łącznie z odkręceniem kurków, zeskrobie pokłady sera w tosterze, odkurzy półki ze słoisiami, przemyje ściany, wypucuje blaty, lodówkę, mikrofalę, radiograjownik, zmywarkę oraz zlew – to zawsze można owinąć nóż papierowym ręcznikiem i grzebnąć nim pod piecem. Z pewnością będą tam jakieś kłaki oraz odkryje się znienacka, że tam właśnie, niczym w czarnej dziurze, znikają kocie kulki ze sreberka czy papieru, których tyle się kotu daje, a ciągle ich nie ma. Potem grzebie się tymże samym nożem pod lodówką i wylatuje stamtąd jeszcze więcej kulek (i kłaków).

Potem, już na samiuśki koniec, zmywa się bardzo porządnie podłogę i łupie przy tym łepetyną w najniższą półkę, od spodu, co sprawia, że dopiero-co odkurzona półka spada i rozbija się kilka pojemniczków. T, najlepszy małżonek na świecie, przylatuje z pomocą i mocuje półkę na nowo. Żałuje się trochę pojemniczka glinianego, zachowuje się nierozbitą przykrywkę, znakomicie pasującą do innego słoika.

I tyle, koniec sprzątania, przechodzimy do dalszych czynności, oraz do kilku fotek kawo-herbacianego albumu dla Tenese. Bardzo fajnie to wyszło, dużo ludzi się wpisało, a ponieważ T będzie teraz pracować w organizacji religijnej, sporo wpisów było bardzo „chrześcijańskich”, niektóre nawet z wersetami. Przyjemnie pracować wśród takich ludzi.


Musiały być dyndadełka, bo Tenese zawsze z wielką uwagą oglądała właśnie tę część moich produkcji.

Były strony z ilustracjami...
...i ze złotymi myślami o kawie i herbacie:
Niektórzy nawet wykazali się kreatywnością i dokleili swoje obrazki:

wtorek, 9 czerwca 2009

522. Malowanie na malinowo, czyli kolorowa demokracja

Rozpędziłam się wczoraj pod wieczór do malowania reszty korytarzyka; musiałam czekać na powrót chłopaków, bo złamał mi się pędzel, a zapasowy był w garażu, do którego otwieraki były akurat w Tomkowym aucie i Pisklakowym plecaku. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu panowie zaczęli jednak protestować i przekonywać mnie, że fajnie jest tak, jak jest – takie popaćkane, a nie pomalowane na równy, gładki kolor. Zgroza!
Co gorsza, koniecznie chcieli drugą ścianę też zostawić w obecnym stanie. Obecnie jest tam wielki napis RASPBERRY, który napaćkałam w przekonaniu, że się go zamaluje. T i P chcą przyczepić ołówek, żeby każdy mógł dopisywać czy dorysowywać różne rzeczy wedle uznania.
Tak, że mamy w domu ścianę z graffiti. Domalowałam na niej moje ulubione hasło „bloom where you are planted”, kota oraz krasnoludka. T z kolei tutaj się dopatrzył nieścisłości, że niby mój krasnal jest... młody. Trudno wszystkim dogodzic :D
Oto nasze ściany, jeszcze przed tymi dodatkowymi szczegółami.


A tu jeszcze kilka drobiazgów z ostatnich produkcji – dodatki do kawowo-herbacianego albumu-pamiętnika dla Tenese, kocyk dla zwierząt i – dzięki ci, blogosfero, za natchnienie – pierwsze próby szmatkowych kwiatysiów z koralikami.

poniedziałek, 8 czerwca 2009

522. niespodziewane wolne?

Na zakladzie mielismy dzis mala ewakuacje. Kiedy podjezdza sie pod budynek i widzi sie bolka w koszu na wysiegniku, gmerajacego w "naszym" slupie - nic dobrego z tego nie wyniknie. Nocna burza popsula prad i tylko czesc sprzetu dzialala. Po trzech godzinach okazalo sie, ze do naprawienia usterki konieczne jest calkowite wylaczenie elektrycznosci, wiec Prezydencja zarzadzila, ze mozemy isc do domu; jesli ktos moze pracowac poza biurem, niech sobie wezmie, co tam potrzebne.
Nadrukowalam wiec raportow, zaraz bede sie zabierac za cyferki... w drodze do domu zatrzymalam sie jednak w Sklepie Drugiej Szansy, gdzie nabylam fajne portki w kolorze brazowym w celu obciecia ich do pol lydki. Takoz i torebke zakupilam taniusia, o dziwnym rozowo-lososiowym ubarwieniu, ale z kapitalna broszka. I jeszcze kawalatka szmatek, i bluzinke zielona.
A mialo byc o zupelnie czyms innym - o malowaniu korytarzyka, o kwiatysiach z materialu... ale to jutro :)

piątek, 5 czerwca 2009

521. w ciągu

Zdaje się, że wpadłam w istny ciąg sprzątaniowy. Niektórzy może doświadczają tego około Wielkiej Nocy, a ja wtedy robiłam sterty kraftów, to się i zapóźniłam. Przedwczoraj zakończyłam garderobę ciuchową, wczoraj odpucowałam garderobę obuwniczo-torebkowo-kurtkową. Dwie pary butków wyjechały na śmietnik... zdaje mi się, że powinno ich w tym kierunku powędrować nieco więcej, ale strasznie mi trudno rozstawać się z niektórymi przedmiotami.
Posprzątałam też w pralni. Może trochę dziwnie to brzmi, że w mieszkaniu są takie pomieszczenia - garderoby, pralnie... ale jest to wspaniały wynalazek! Ile tam można upchnąć! :) Pralka, suszarka, odkurzacz, drabinka, robocze ciuchy Panów Mężczyzn, żelazko, proszki, płyny, deska do prasowania, skrzynia na brudne ciuchy - wszystko to, z czym bywa kłopot.
A, i jeszcze wygrzebałam z przepastnych pudeł szmatki na nowe poszewki poduszkowe - na krzesełko w kuchni i do zielonego pokoju. Będzie się szyło.
Kontynuując zaś wątek fotograficzny przedstawiam dwa eksponaty z małego korytarzyka, który zamierzam malować: fascynowaliśmy się kiedyś z siostrzeńcem Mikołajem kamieniami i minerałami; jeździliśmy na giełdy, skupowaliśmy, robiło się wystawki, czytało się książki... teraz przenieśliśmy się w inne obszary zainteresowań, ale kamyczki zostały. Oraz plakat z giełdy w Sosnowcu... aż się zadziwiłam, że to tak dawno temu było!


czwartek, 4 czerwca 2009

520. garderoba

Dzisiaj będzie szybki foto-album.
Przedwczoraj stuknęły nam trzy lata wspólnego żywota :) Małżonek na tę okoliczność obdarował mnię bukietem piwonii, które dopiero dziś się otwarły, ale za to z trzaskiem, można powiedzieć:

Dostrzegłam to, przygotowując o świcie małą kiszonkę do farbowania elemencików w kawie i herbacie (pod kątem kawowo-herbacianego pamiętnika dla Tenese.)

Niniejszym zaczynam wycieczkę po eksponatach u nas w domciu. W sypialni nad wielkim łożem wisi taki oto olejny malunek - przybył z T, kiedy się wprowadzał:

Ściany w sypialni są chłodnobłękitne. Na karniszach są motyle końcówki, pozostałość po poprzedniej właścicielce. (Druga okienna pozostałość - żaluzje z wąskich metalowych pasków - wyjechała szybko na śmietnik.)

Koło tej sypialni jest mniejsza łazienka, korzystają z niej głównie chłopaki. Trudno się w niej robi zdjęcia, bo nie ma okna - kolor ścian jest w każdym razie inspirowany Utah i Arizoną, coś jak tu. Przy lampie mieszkają dwa kokkopelli zakupione w 2007 w Nogales w Meksyku, kiedy sobie z Rutką wlazłyśmy na chwilę za granicę, przy czym stanie w kolejce do powrotu było dłuższe od samego pobytu :)
T przywiózł sobie wtedy pozwolenie na pracę zamiast zielonej karty i musiał zostać po stronie amerykańskiej. Obserwował za to, jak co kilkanaście minut podjeżdża furgonetka z Meksykanami wyzbieranymi przy granicy przez ochronę i siup, zwraca ich do macierzystego kraju.

Na ścianach są "petroglify" odrysowane ze zdjęć, jakie zrobiliśmy we wspomnianych stanach.

Tu zaś - mały ołtarzyk, gleba i kamyki wiemy skąd, ateciak z kokkopellim.

To by było na tyle :)

środa, 3 czerwca 2009

519. kręcenia się ciąg dalszy

Zaatakowałam wczoraj naszą główną garderobę w sypialni. Czy każdy ma w domu nadmiar ręczników? My w zasadzie korzystamy z trzech dużych egzemplarzy, ale na półce siedzi dobry tuzin porządnych, wielkich płacht, plus plażowe, plus małe, plus świąteczne... a ja od lat nie kupiłam ani jednego, nie wiem, skąd się to wzięło.
Zrobiłam torbę rzeczy do wyrzucenia, którą T wyniósł dziś do śmietnika (zapewne z przyjemnością, bo najchętniej mieszkałby w jakimś minimalistycznym środowisku, a tu przypadła mu kohabitacja z krafciarką magazynującą stosy przydasiów). Powstała też sterta rzeczy do oddania dla innych, do wielkiej metalowej skrzyni na pobliskim parkingu.
Teraz jeszcze muszę się przebić przez ubrania na wieszakach i też dokonać czystki. Myślałby kto, że ta garderoba ma z pół hektara powierzchni, skoro mi cały wieczór na to zeszedł, ale jej rozmiar jest całkiem przeciętny, to tylko ja się grzebię :)
Z nieco innej beczki - marzy mi się poza tym zrobienie fotogalerii ze sztukami, jakie wiszą u nas na ścianach. Może jako wielki finał, po całym tym sprzątaniu itd.
Chciałabym jeszcze zainstalować na pustych ścianach w łazience zakupione lata temu w Ikei bambusowe żaluzje. Potem zaś, w ramach ozdóbek, kilka dawnych reklam o tematyce kosmetycznej, takich jak tu, tu i tu. Te właśnie ilustracje pochodzą ze magazynu, jaki nasza redakcja wydawała niemal sto lat temu :) (Hm, jak to jest, że ktoś inny je sprzedaje? Czy to legalne?)
Plan jest taki, że sobie je zeskanuję, wydrukuję i jakoś wywieszę. Może na zwyczajnych, grubych tekturach z pobielonymi brzegami? Łazienka, jak to tej pory, ma wygląd raczej prosty, bez falbanek i innych frufru. So much to do, so little time.

wtorek, 2 czerwca 2009

518. kręcę się

Każda z nas zna kręcenie się, jestem co do tego pewna: chodzi się po domu, tu się odkurzy, tam się sprzątnie, tam coś wyprostuje. I można tak całymi dniami, a żadna z tych czynności nie jest na tyle znacząca, żeby człowiek czuł się jakoś szczególnie spełniony.
Takoż i wczoraj pospychałam różne takie - odkłaczyłam koci fotel, zrobiłam górę makulatury, poskładałam pranie itp. Najprzyjemniejszy był przelot przez kilogramy materiałów turystycznych: conieco wyrzuciłam (no bo kiedy będzie następna wycieczka do Nevady?), reszta zamieszkała w stojących pudełkach: Chicago, Illinois, stany sąsiednie, zachód, stany środkowe, mapy stanowe, Europa. Odłożyłam też mały stosik materiałów, które przydadzą się w trakcie nadchodzącego lata.
Udało mi się uładzić narzędzia i materiały kraftowe, chociaż jeszcze nie do końca. Widać jednak światełko w tunelu.
Dzisiaj też planuję się kręcić. Lista jest długa... prasowanie, klozety (czyli garderoby), reszta kraftów, buty, stare rachunki...

poniedziałek, 1 czerwca 2009

517. prezenty i kot w butach

Zrobiłam wreszcie zdjęcia prezentów... nie są one zbyt zachwycające (zdjęcia, rzecz jasna, bo prezenty są :D), bo w sobotę i w niedzielę cierpiałam nadal na ten nieszczęsny ból pleców, a uparłam się, że trochę popchnę świat do przodu... Oto zatem kocia kolekcja od Kazika...

...i kolekcja haftowo-herbaciano-śnieżynkowa os Strzelinianki. Raz jeszcze dziękuję :)

Przyszły też ateciaki z wymian na atcsforall:

Krafciarnia niemal się zamknęła na wakacje; dziś rano wykąpałam jeszcze w herbacie kartki do albumu kawowo-herbacianego dla Tenese i to chyba ostatni projekt na jakiś czas. Lato jest porą wycieczek, rozmaitych wypadów, więc na robótki nie za bardzo jest czas. Teraz przede mną kilka zadań o charakterze kurodomowym.
A na balkonie, gdzie powstały powyższe fotki, mamy nieco kwiecia...

...zaś na okrasę mamy kota w butach. Kot ma tysiąc normalniejszych miejsc do spania, ale upodobał sobie mały dywanik pod buty. Rozgarnia jakoś obuwie (hm, przyznajmy się, że my ludzie też nie zawsze ustawiamy je pod sznurek) i wpycha się na dywanik. Może to kwestia zapachów, jakie przynosimy na podeszwach?
Zdjęcie też nienajlepsze, bo nie chciałam zapalać większego światła, coby kićki nie spłoszyć.

To tyle na dziś :)

niedziela, 31 maja 2009

516. film-post

Z wycieczki do Kansas mamy dwa filmiki. Pierwszy jest o tym, jak w mieście Topeka, stolicy stanu, wędrowaliśmy sobie w niedzielny poranek wokół ichniego Kapitolu (bo każda stolica kapitol mieć musi.) Spokój błogi i cisza, ludzi brak, a tu nagle - kuku, kuku! T się mocno zadziwił, bo dopiero co dowiedział się, że na kontynencie amerykańskim kukułki nie występują. Poleciał z wyostrzonym aparatem szukać, a gdzie to ćwierka... a ja wiedziałam od początku, że to światła uliczne :D W jednym kierunku kukają, w drugim ćwierkają. Tak to się przedstawia:

Drugi filmik jest z miejscowości Ashland w Nebrasce, z muzeum samolotów. Na koniec oglądania tych wszystkich cudów latającej techniki zapodaliśmy sobie atrakcje w postaci niby-że symulatora lotów. Niby, bo na początku myślałam, że naprawdę będzie widać ziemię, jak gdyby się było pilotem, ale okazało się, że to animacja wymyślonego świata z kolorowymi bryłami i tunelami.

Ciekawe było to, że pudło było dwuosobowe, w odróżnieniu od większych trzęsawek, z jakimi miałam do czynienia do tej pory. No i tamte większe nie wieszały człowieka całkiem do góry grzbietem.

piątek, 29 maja 2009

515. co słychać

Zdaje mi się, że docieram do końca rzeczy, które miałam powysyłać. Kartka do Teściowej poszła wczoraj (doniczki, jak dla Kim); kartka ślimakowa (poniżej) poszła dziś. Odprawiłam też szmatkowe ateciaki oraz stronki typu chunky pages. Album dla Sandry został wręczony w piątek. W weekend, podczas długaśnej jazdy samochodem zrobiłam jeszcze szal-pocieszyciel dla Kim, z włóczki o przyjemnym selerowym kolorze.
Okazuje się jednak, że to jeszcze nie koniec kraftów - Tenese przenosi się do swojej wymarzonej pracy w jakiejś organizacji religijnej, więc trzeba sporządzić na szybko albumik pożegnalny! Nastawiam się na rozwiązanie proste, kwadratowe: Tenese uwielbia kawę i herbatę, więc taka będzie tematyka, a strony - jak łatwo się domyślić - zostaną wymoczone w herbacie.


Jak już wspominałam, przesunęliśmy kanzaski magnes. Wygląda to następująco:

Do zwiedzenia zostało jeszcze to:
Małe wspomnienie z minionego weekendu: w stanie Missouri, w miasteczku zdrojowym Excelsior Springs, jest Hall of Waters - pijalnia wód. Była niestety zamknięta, więc wnętrz nie obejrzeliśmy, ale i na zewnątrz były ciekawe elementy, jak chociażby te latarnie. Fajnie byłoby zobaczyć je wieczorem. (Pierwszy dzień wycieczki jest już gotowy do wglądu w bieżących fotkach na pikasie.)


Poza tym bolą mnie dziś środkowe plecy... nie mogę się schylać, normalnie jak stara babcia jakaś. Nie mam pojęcia, od czego mogłam się tak popsuć. Oby przeszło czem prędzej, bo... tyle jest roboty! Trzy i pół tygodnia do przyjazdu wakacyjnego gościa, dobrze, że plany są w miarę ułożone, szczególnie wielka wyprawa.

wtorek, 26 maja 2009

514. przesunęlismy magnes!

Uroczyście przemieściliśmy wczoraj magnes kanzaski z lewej strony lodówki na prawą, zatykając w ten sposób dziurę ziejącą na miejscu tego stanu. Zdjęć mamy oczywiście milionpiencet, chociaż wybrałam się na tę wyprawę bez karty w moim aparacie. Trzeba będzie je przebrać i spikasować.
Kilka najciekawszych, najbardziej poruszających momentów... po pierwsze, woolen mill w Missouri - nie bardzo wiem, jak tę fabryczkę nazwać: w jednym budynku, za pomocą jednego parowego silnika, przerabiano wełnę z hodowanych w okolicy owiec na gotowe do szycia szmatki. Przędzalnia, tkalnia, farbiarnia - wszystko w jednym. Niesamowicie ciężka i niebezpieczna praca! Samo to, że wszędzie było pełno gołych pasów transmisyjnych, jest przerażające. Nie należy zapominać, że odbywało się też tam gremplejszyn, jak to T sobie nazwał :)

Nadal jeszcze w Missouri zwiedziliśmy Frontier Museum, muzeum szlaków prowadzących na Zachód: największe ciarki przeszły mnie, kiedy stałam sobie na wzgórzu, skąd odjeżdżały tysiące wozów, takich klasycznych, krytych budą z płótna. Pozostały tam jeszcze zagłębienia po kołach. Widać je na środku zdjęcia.

W Kansas zwiedzaliśmy między innymi muzeum rolnictwa. Mnóstwo maszyn i narzędzi, mały skansen ze sklepem, jednoizbową szkołą, wylęgarnią kurczaków, stacją kolejową. Kapitalna sprawa, można sobie wszystko wydotykać, pooglądać z bliska... a nawet spróbować podoić krowę :-0 w niezbyt wdzięcznej pozycji.

Na koniec jeszcze zahaczyliśmy o muzeum lotnictwa w Nebrasce. W ten sposób przebyliśmy historycznie 150 lat między wozami pionierów, a lotem na Księżyc... Lotnictwo było głównie wojskowe, więc mnie tak bardzo nie ruszało. Przeanalizowałam sobie jednak budowę kilku wersji kół i mechanizmów, do których są przyczepione. Kiedy sobie człowiek wyobrazi, że pędzący samolot grzmoci o ziemię i takie oto, niewielkie w porównaniu z całą jego masą urządzonko musi to wytrzymać... Na pewno będę o tym myśleć przy następnym lądowaniu :)

Obejrzałam sobie też z bliska żądło służące do tankowania w powietrzu. O wiele bardziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać.
I jeszcze na koniec deserek - pomnik złotego gwoździa w Council Bluffs w Iowa. Ustawiono go tu na pamiątkę wschodniego końca linii kolejowej Union Pacific, największej i najstarszej sieci kolejowej w Stanach. Linia ta połączyła się z torami z zachodu w Utah i w ten sposób powstała pierwsza kolej transkontynentalna.

niedziela, 24 maja 2009

Nebraska City, NE. Zwiedzalismy Topeka-kapitol; swiatla uliczne cwierkaja tam jak kukulki. Fort Leavenworth sprawdzal prawa jazdy przed wpuszczeniem. Muzeum rolnictwa bylo niesamowite, tyyle maszyn!

sobota, 23 maja 2009

Lawrence, Kansas. Tysiac km za nami. Dom Johna Wayne'a, kryty most, Kansas City. Najwieksze wrazenie - xix-wieczna przetwornia welny!