środa, 14 lipca 2010

789. Alaskańskie opowieści RAZ, czyli chłodna relacja o lodowcach

Opowieści byłoby na kilka dobrych wieczorów... i chyba wręcz na książkę, bo naskrobałam w gromadzienniku mnóstwo notatek, bojąc się, że wrażenia uciekną. Udało nam się niemal wszystko, co zaplanowaliśmy; nie zadziałała jedynie fala przypływowa, tidal bore, która miała przyjść w jednej porcji, że tak się wyrażę, jako niemal metrowa ścianka z wody. Widać było wyraźnie, jak woda zalewa kolejne części odsłonionego odpływem lądu, ale ścianki nie było.
Za to zaliczyliśmy bonusy, bo czas się zwyższył (ta droga na północ nie jest taka okropna, jak się powszechnie uważa) i na przykład wpadliśmy do starej kopalni złota w górach oraz do jeziora z lodowcem, jak również do miasteczka o nazwie North Pole, gdzie ponoć mieszka Mikołaj.

Zacznę chyba od lodowców, bo od niepamiętnych czasów chciałam zobaczyć jakiś na żywo i do tej pory nadarzały się tylko takie, do których konieczna była lornetka. Tym razem podeszliśmy do samej lodowej ściany jednego z licznych lodowców na półwyspie Kenai.

Nie za bardzo wolno było, tabliczka na sznurku odgradzającym ostrzegała, żeby nie włazić, bo odpadają kawały lodu – ale przecież nie można było przegapić takiej okazji.


Lód jest cudnie białoniebieski, na samym brzegu niestety trochę brudnawy. Wieje zimnem jak z otwartej zamrażarki i ciurka z niego woda, tworząc w załomach maleńkie wodospadziki.

To był lodowiec lądowy; podjechaliśmy też do jeziora, do którego jeszcze kilkanaście lat temu pięknie zsuwał się lodowcowy jęzor, wysyłając na jego przeciwny kraniec mniejsze i większe górki lodowe. Przewidywano, że będzie się tak działo do roku 2020, więc na owym przeciwległym brzegu ustawiono piękny Visitor Center, z małym muzeum i sporym kinem, w którym po zakończeniu filmu o lodowcach (a jakże) ekran podjeżdża w górę i przez wielkie okno ukazuje jezioro.
Niestety, pomysł nie do końca się udał, bo lodowiec wyciął numer i się schował za zakrętem już dobre kilka lat temu. Teraz więc widać same kry i inny lodowiec powyżej tafli wody. Do tego również trzeba mieć szczęście – nam udało się zobaczyć całość dopiero za trzecim podejściem.

Najpiękniejszy widok trafiliśmy podczas wyprawy statkowej – wypływa się z jednego fiordu na ocean i wpływa w inny, ktory na czubku zatkany jest masą lodową o szerokości półtora kilometra i wysokości około stu metrów. Napatoczyła się akurat łódka i w sam raz przydała się do pokazania skali zjawiska.

Lodowiec się często cieli – odpadają od niego kawały, wydając przy tym dźwięki całkiem jak grzmoty. Statek przesiedział pod lodowcem dobry kwadrans, wyłączywszy silniki, żebyśmy mogli tego burczenia posłuchać. Filmik nie za bardzo to złapał, ale zaręczam, że wydawało się, iż nadchodzi burza!

Tak w ogóle to przydałoby się skomponować wpis pod hasłem „Myślałam, że...” i opisać w nim różne odkrycia przeczące moim dotychczasowym pojęciom o Alasce. Przykłady – w lecie Alaska wcale nie jest zawalona śniegiem; kwitną kwiaty i latają niesamowite ilości komarów. Tamtejsi Eskimosi nie mieszkają (i nie mieszkali) standardowo w igloo, tylko w ziemiankach albo chatach z drewna. W ogóle słowo „Eskimos” nie jest najlepsze, ponoć niektórych obraża – lepiej nazywać ich wedle plemion/narodów, czyli np. Inupiat, Aleut czy Yupik. Tundra to nie nędzne mchy i porosty, tylko niekończąca się kwiecista łąka. A Anchorage w ogóle nie wydaje się częścią Alaski, bo jest mało ciekawym, stosunkowo niewielkim miastem z menelami i podejrzaną młodzieżą na ulicach. Dobrze prawią, że „Anchorage to nie Alaska, ale ją stamtąd widać” :).

4 komentarze:

cynka pisze...

o Kochana dzięki Ci za te lodowce w upały te nasze tutejsze!!!

jeszcze, jeszcze!!!
świetnie się czyta!

ankan pisze...

Niesamowite...Też mi się marzy taka wyprawa.

Paszczata pisze...

niesamowita wyprawa! na zdjęciach robi wrażenie, a co dopiero powiedzieć "na żywo" :) bardzo fajnie opisałaś całość, dzięki za podzielenie się swoimi wrażeniami :)

Mrouh pisze...

Blogger chyba się psuje znowu, bo nie mogłam skomentować u Ciebie, wyskakiwał błąd. A chciałam się ucieszyć pięknym, zaskakujaco egzotycznie kojarzacym się błękitem lodowców i... rozczarowac jego zanieczyszczeniem. Ładnie mruczy za to przy cieleniu:-) przepiekne miejsca, a te "myslałam ze" to byłby hit!