Spodobała mi się chwilowo akcja "ogarniania" stołu w środę - troszkę zmotywowała mnie do posprzątania, jak również do mentalnego poukładania sobie gdzie co jest i co jeszcze trzeba.
Nie ukrywam, że dzisiejszy stół to w pewnym stopniu ustawka, czyli nie wszystko spontanicznie.
Od prawej zaczynając, mamy "goły" gromadziennik na wyjazd do Polski. Zwykle gromadzienniki mają format 6x9 cali w pionie (w przybliżeniu pół strony A4), wycieczki do Polski nie podlegają jednak takim ograniczeniom. Rok temu był wąski album w poziomie, tym razem 6x9, takoż w poziomie.
Wewnątrz jest kilka tuzinów kartek z różnych źródeł - gładkie, poliniowane, kolorowe, co tam zostało w starych notesach i co się plątało po kątach. Okładki z jakichś tekturek ściągniętych w redakcji z makulatury.
Mam też przycięte papiery do obłożenia okładek i złociste, pogessowane i pomalowane literki POLSKA. Na tym się zatrzymam, sklejanie odbędzie się w samolocie.
Dalej mamy nici i zaczątek hafciku, który też jedzie do Polski - będzie to prezent świąteczny dla szefowej, która jakiś czas temu dała mi tę mulinę, bo jej nie była potrzebna. Mulina w jakiś sposób była zaangażowana w dobieranie kolorów ścian i umeblowania w domu, gdzie szefowa mieszka, więc myślę sobie, że taki hafcik oprawiony w ramki będzie fajną pamiątką.
Nad hafcikiem jest ptactwo, gotowe elementy do kartek, które odkryłam przy sprzątaniu :) Ciut na lewo - ptak skraklowany wmontowany w kartkę. Trzeba jeszcze napis i kropeczki, bo kropeczki muszą być.
Ostatnia sprawa - tacki; ostatnio staram się dopomagać porządkowi poprzez użycie tacek, gdzie mieszkają ścinki albo twórczości w trakcie. A w północnej części stołu, że tak się wyrażę, jest miejsce na kota :)
A tu rzut oka z bliska.
środa, 13 listopada 2013
wtorek, 12 listopada 2013
1393. spadł śnieg i siedzi
Chyba pora oficjalnie ogłosić, że przyszła zima. Zapewne jeszcze będzie trochę cieplejszych I bezśniegowych dni, ale dzisiaj na gruncie zaległa biała warstwa i trzyma się, bo i temperatury nastąpiły pod-zerowe.
A ja w sam raz w weekend zrobiłam dwie śniegowe karteluszki, z czerwonym ptakiem - nawiązując do lokalnych kardynałów.
Gałązki pomazałam świecidłem...
...i kartki są bardzo podobne, choć nie identyczne. Wystrój wnętrza też jest troszkę inny.
A wszystko to w oparciu o próbkę, jaką zrobiłam sobie kilka lat temu, a następnie co święta oglądałam ją z myślą "muszę koniecznie zrobić taką kartkę."
I jeszcze skończyłam większy projekt na zamówienie - trzy kartki ze ściśle określoną inspiracją. O tym jednak w osobnym poście :)
A ja w sam raz w weekend zrobiłam dwie śniegowe karteluszki, z czerwonym ptakiem - nawiązując do lokalnych kardynałów.
Gałązki pomazałam świecidłem...
...i kartki są bardzo podobne, choć nie identyczne. Wystrój wnętrza też jest troszkę inny.
A wszystko to w oparciu o próbkę, jaką zrobiłam sobie kilka lat temu, a następnie co święta oglądałam ją z myślą "muszę koniecznie zrobić taką kartkę."
I jeszcze skończyłam większy projekt na zamówienie - trzy kartki ze ściśle określoną inspiracją. O tym jednak w osobnym poście :)
poniedziałek, 11 listopada 2013
1392. praca w toku
Weekend był pełen zajęć rozmaitych (jak choćby "gotowania" z Alą celem ugoszczenia na przyjęciu lali, zebry i małpki), ale też udało się conieco pokleić I przygotować elemenciki na dalsze kartki świąteczne. Wnet trzeba się będzie też zacząć pakować, ale póki co -
- ptactwo czerwone skraklowane, na bazie tekturkowych wycinanek. Nabrało życia, aż się chce je wpuścić w jakieś gałęzie.
Psiuńcie będą, bo przecież święta bez psiuńciów - jakże to? Na razie mam napieczątkowane pieski i przycięte czapy. Czapy będą miały też maleńkie pomponiki z waty.
No i jeszcze choinki wyciupane ze starej kartki - może do śniegu pójdą? Nie mam na nie tak do końca pomysłu, ale leżą sobie w tacce z elementami do bieżących zadań.
- ptactwo czerwone skraklowane, na bazie tekturkowych wycinanek. Nabrało życia, aż się chce je wpuścić w jakieś gałęzie.
Psiuńcie będą, bo przecież święta bez psiuńciów - jakże to? Na razie mam napieczątkowane pieski i przycięte czapy. Czapy będą miały też maleńkie pomponiki z waty.
No i jeszcze choinki wyciupane ze starej kartki - może do śniegu pójdą? Nie mam na nie tak do końca pomysłu, ale leżą sobie w tacce z elementami do bieżących zadań.
piątek, 8 listopada 2013
1391. zaśnieżone domki
Kupiłam sobie dolarową pieczątkę z domkiem - domków nigdy nie ma za wiele :) Ten jest wybitnie świąteczny, z typowymi tubylczymi laskami z cukierka (candy cane), z miętowym (w domyśle) kółeczkiem.
Domek znalazł swoje miejsce w śniegach, przysypanych trochę brokatem - ale akurat tego nie widać zbytnio.
Domeczek jako taki prezentuje się nastepująco:
Dziś rano zmontowałam jeszcze dwie całkiem inne domkowe karteczki, zainspirowane szpilą z Pinteresta, która zaprowadziła mnie na oryginalny blog, którego autorką jest Lisa Martz.
I tyle na dziś - krótko węzłowato, jak mawiał mój tata :)
PS. Właściwie jest jeszcze małe PS. Pierwszy raz zdarzyła mi się lekko felerna pieczątka, której fragment jest cieńszy i się nie odbija. Nie ma się co złościć, bywa - jeśli się kupuje supertanie produkty. W tym przypadku jest problem z czubkiem dachu; zrobiłam z tuzin odbitek i ledwo kilka nadaje się do użytku bez poprawek. Stąd niektóre domki mają doklejony daszek z kartonu.
Domek znalazł swoje miejsce w śniegach, przysypanych trochę brokatem - ale akurat tego nie widać zbytnio.
Domeczek jako taki prezentuje się nastepująco:
Dziś rano zmontowałam jeszcze dwie całkiem inne domkowe karteczki, zainspirowane szpilą z Pinteresta, która zaprowadziła mnie na oryginalny blog, którego autorką jest Lisa Martz.
I tyle na dziś - krótko węzłowato, jak mawiał mój tata :)
PS. Właściwie jest jeszcze małe PS. Pierwszy raz zdarzyła mi się lekko felerna pieczątka, której fragment jest cieńszy i się nie odbija. Nie ma się co złościć, bywa - jeśli się kupuje supertanie produkty. W tym przypadku jest problem z czubkiem dachu; zrobiłam z tuzin odbitek i ledwo kilka nadaje się do użytku bez poprawek. Stąd niektóre domki mają doklejony daszek z kartonu.
czwartek, 7 listopada 2013
1390. bordo bombki
Kilka kartek w kolorach świątecznych, typowych... z wykorzystaniem bombek, jakie występowały na pewnym papierze.
Najbardziej mnie cieszy ta środkowa:
Najbardziej mnie cieszy ta środkowa:
środa, 6 listopada 2013
1389. ku górom
Ponieważ szkoda mi było wyrzucić kartkę z codziennego kalendarza, na której znalazło się zdjęcie gór z parku narodowego Teton, wkręciłam je w stronę w art journal (przy okazji - zaczęłam pisać na każdej kompozycji daty, bo mi ich brakowało, kiedy oglądałam starocie... a to dopiero ze trzy lata minęły).
Takoż mamy w dolnej części zdjęciowe wspomnienie z wyprawy do Yellowstone, podczas której zahaczyliśmy i o Grand Teton, właściwie przejazdem. W części górnej znalazł się fragment z Psalmu 121, dwa początkowe wersy:
Oczy moje podnoszę na góry, skądby mi pomoc przyszła. Pomoc moja jest od Pana, który stworzył niebo i ziemię.
To tak dla utrwalenia znanych już słów - har (góra), szamaim (niebo), erec (ziemia - jak w Erec Israel), ezri (pomoc). Pośrodku zaś, przy trzech guzikach, mamy trzy ważne biblijne góry - Hermon, Karmel i Zejtim, czyli Oliwną.
I tylko nie jestem do końca przekonana, że ta chmura po lewej pasuje... ale trudno, zeskrobać się nie da :)
Można ją zinterpretować jako obłok, który prowadził Izraelitów przez pustynię oraz góry właśnie... ale to ciut naciągane :)
Chyba ostatnio właśnie potrzebne mi są takie wyklejanki celem porządkowania rozumu. Bez stresu, że dla kogoś albo do sprzedania, takie sobie wędrowanie przez papiery i pudełko ze ścinkami.
Takoż mamy w dolnej części zdjęciowe wspomnienie z wyprawy do Yellowstone, podczas której zahaczyliśmy i o Grand Teton, właściwie przejazdem. W części górnej znalazł się fragment z Psalmu 121, dwa początkowe wersy:
Oczy moje podnoszę na góry, skądby mi pomoc przyszła. Pomoc moja jest od Pana, który stworzył niebo i ziemię.
To tak dla utrwalenia znanych już słów - har (góra), szamaim (niebo), erec (ziemia - jak w Erec Israel), ezri (pomoc). Pośrodku zaś, przy trzech guzikach, mamy trzy ważne biblijne góry - Hermon, Karmel i Zejtim, czyli Oliwną.
I tylko nie jestem do końca przekonana, że ta chmura po lewej pasuje... ale trudno, zeskrobać się nie da :)
Można ją zinterpretować jako obłok, który prowadził Izraelitów przez pustynię oraz góry właśnie... ale to ciut naciągane :)
Chyba ostatnio właśnie potrzebne mi są takie wyklejanki celem porządkowania rozumu. Bez stresu, że dla kogoś albo do sprzedania, takie sobie wędrowanie przez papiery i pudełko ze ścinkami.
Labels:
art journal,
BEZ REKLAM,
iwrit,
papierrr
poniedziałek, 4 listopada 2013
1388. zachwyty
Zachwycam się przez ostatnie kilka dni - różnościami, z zupełnie niezwiązanych ze sobą półek.
Wczoraj natychałam się kolorami i krajobrazami - rano odpaliło piękne jesienne słońce, do tego niebieskie niebo, lekkie chmurki... Koniecznie trzeba było pójść w świat. Powędrowałyśmy z Alą do rezerwatu na bagna - bardzo mi się podoba to, że w tym super-cywilizowanym, gładko uczesanym przedmieściowym świecie pozostawiono takie naturalne bałagany, chaszcze, jeziorka, gdzie natura robi co chce.
Stawałyśmy kilka razy pod świetlistym parasolem pojedynczego drzewa, żeby zachwycić się kolorowymi promieniami - to jak naturalny witraż!
Wędrowałyśmy po krętych ścieżkach, właziłyśmy pomostami na sztuczne wyspy... Ala może jeszcze nie do końca ogarnia wszystkie szczegóły - niby proste, niebo, trzciny, sfalowana woda, a takie w tym słońcu piękne.
Ala za to napalona jest na uczenie się wszystkiego - z bagiennej strony wydrukowałam tabelkę z obrazkami służącą do szukania jesiennych skarbów. Nie byłam pewna, czy zabawa się uda, nigdy jeszcze tego nie robiłyśmy - poza tym obrazków było aż osiemnaście, więc może trochę za dużo... poszło jednak znakomicie, przy mojej niewielkiej pomocy, bo Ala nie znała na przykład brązowych pałek wodnych, a obrazek nie był zbyt wyraźny. Tyle jednak miała frajdy z odhaczaniem znalezisk - wzięłyśmy sobie drewnianą tabliczkę z klamerką, przywiązałyśmy do niej ołówek (i kto wie, może to nie ostatni raz, kiedy była w użyciu.)
Patrzę więc na te jej zachwyty fruwającymi nasionami, hałaśliwym kaczym stadem, każdym przechodzącym psem, cieniami, jagodami, patykami, wielkim orzechem, który można długo kopać po ścieżce... i myślę sobie, że tak, jak ona uczy się pewnych rzeczy ode mnie, tak i ja powinnam przejąć tę pasję poznawania, albo może częściej ją odgrzebywać, nie dać się przysypać pracą i kurodomostwem. W jakimś stopniu na pewno to kultywujemy, ale może za mało...
Zachwyciłam się też - trochę pokrewnie do powyższego - wolnością, nieograniczonym praktycznie dostępem do wiedzy, do książek, do słów i obrazów. Nikt mi nie truje, że dana rzecz jest bezwartościowa czy niepotrzebna (sama sobie chyba dość skutecznie odsiewam), nikt mi też nie zakazuje czytania takiego choćby innego przekładu Biblii - a wyczytałam niedawno, że istnieją ekstremiści gdzieś w południowych stanach, dla których liczy się jedynie King James, a wszystkie inne wersje to zło. Do tego stopnia, że należy je spalić.
I życiem pewnej zmarłej niedawno osoby się zachwyciłam - otwartością jej umysłu, który nawet w ostatnim, dziewięćdziesiątym trzecim roku jej życia działał znakomicie. Trybiki kręciły się w nim dzień w dzień do granic możliwości, ciągle coś pisały, tworzyły, myślały... i jeszcze niedawno grały, bo osoba z wykształcenia była pianistką i organistką.
Piękne, bogate życie - łącznie z podróżami od Indii poprzez Izrael, Jordanię, Egipt, Alpy Szwarcarskie, mnóstwo miejsc w Stanach... a wszystko to wśród nieustającego dbania o bliźnich. O takich ludziach można pisać książki.
Więc może te wszystkie moje zachwyty są jednak jakoś powiązane, bo zahaczają o ciągłe rozwijanie siebie?
Tylko może nie bardzo pasuje do tego czas spędzony w sobotę na intensywnym pucowaniu kuchni - gdzie rączki i nóżki bardzo się zmęczyły, ale jednocześnie, razem z myciem okna, nastąpiło jakieś oczyszczenie rozumu. Coś na kształt małej defragmentacji. Hm, może za mało sprzątam... bo ostatnio mi brak takiego właśnie poukładania.
Wczoraj natychałam się kolorami i krajobrazami - rano odpaliło piękne jesienne słońce, do tego niebieskie niebo, lekkie chmurki... Koniecznie trzeba było pójść w świat. Powędrowałyśmy z Alą do rezerwatu na bagna - bardzo mi się podoba to, że w tym super-cywilizowanym, gładko uczesanym przedmieściowym świecie pozostawiono takie naturalne bałagany, chaszcze, jeziorka, gdzie natura robi co chce.
Stawałyśmy kilka razy pod świetlistym parasolem pojedynczego drzewa, żeby zachwycić się kolorowymi promieniami - to jak naturalny witraż!
Wędrowałyśmy po krętych ścieżkach, właziłyśmy pomostami na sztuczne wyspy... Ala może jeszcze nie do końca ogarnia wszystkie szczegóły - niby proste, niebo, trzciny, sfalowana woda, a takie w tym słońcu piękne.
Ala za to napalona jest na uczenie się wszystkiego - z bagiennej strony wydrukowałam tabelkę z obrazkami służącą do szukania jesiennych skarbów. Nie byłam pewna, czy zabawa się uda, nigdy jeszcze tego nie robiłyśmy - poza tym obrazków było aż osiemnaście, więc może trochę za dużo... poszło jednak znakomicie, przy mojej niewielkiej pomocy, bo Ala nie znała na przykład brązowych pałek wodnych, a obrazek nie był zbyt wyraźny. Tyle jednak miała frajdy z odhaczaniem znalezisk - wzięłyśmy sobie drewnianą tabliczkę z klamerką, przywiązałyśmy do niej ołówek (i kto wie, może to nie ostatni raz, kiedy była w użyciu.)
Patrzę więc na te jej zachwyty fruwającymi nasionami, hałaśliwym kaczym stadem, każdym przechodzącym psem, cieniami, jagodami, patykami, wielkim orzechem, który można długo kopać po ścieżce... i myślę sobie, że tak, jak ona uczy się pewnych rzeczy ode mnie, tak i ja powinnam przejąć tę pasję poznawania, albo może częściej ją odgrzebywać, nie dać się przysypać pracą i kurodomostwem. W jakimś stopniu na pewno to kultywujemy, ale może za mało...
Zachwyciłam się też - trochę pokrewnie do powyższego - wolnością, nieograniczonym praktycznie dostępem do wiedzy, do książek, do słów i obrazów. Nikt mi nie truje, że dana rzecz jest bezwartościowa czy niepotrzebna (sama sobie chyba dość skutecznie odsiewam), nikt mi też nie zakazuje czytania takiego choćby innego przekładu Biblii - a wyczytałam niedawno, że istnieją ekstremiści gdzieś w południowych stanach, dla których liczy się jedynie King James, a wszystkie inne wersje to zło. Do tego stopnia, że należy je spalić.
I życiem pewnej zmarłej niedawno osoby się zachwyciłam - otwartością jej umysłu, który nawet w ostatnim, dziewięćdziesiątym trzecim roku jej życia działał znakomicie. Trybiki kręciły się w nim dzień w dzień do granic możliwości, ciągle coś pisały, tworzyły, myślały... i jeszcze niedawno grały, bo osoba z wykształcenia była pianistką i organistką.
Piękne, bogate życie - łącznie z podróżami od Indii poprzez Izrael, Jordanię, Egipt, Alpy Szwarcarskie, mnóstwo miejsc w Stanach... a wszystko to wśród nieustającego dbania o bliźnich. O takich ludziach można pisać książki.
Więc może te wszystkie moje zachwyty są jednak jakoś powiązane, bo zahaczają o ciągłe rozwijanie siebie?
Tylko może nie bardzo pasuje do tego czas spędzony w sobotę na intensywnym pucowaniu kuchni - gdzie rączki i nóżki bardzo się zmęczyły, ale jednocześnie, razem z myciem okna, nastąpiło jakieś oczyszczenie rozumu. Coś na kształt małej defragmentacji. Hm, może za mało sprzątam... bo ostatnio mi brak takiego właśnie poukładania.
Labels:
BEZ REKLAM,
brzecze sobie,
turystycznie,
wnuczka
piątek, 1 listopada 2013
1387. każde słowo na lawendowo
Notesik sobie zrobiłam, bo mi strasznie szkoda było wyrzucić opakowanie z lawendowego mydła. Jedna tekturka poszła na przód, druga na tył - i jest!
Notesik zawiera też przegródki zrobione z pociętych okładek na dokumenty + ścinki. A na kartkach będzie się notowało słówka - bo miejsce na słówka zawsze się przyda. Wczoraj wyskrobałam na przykład nową porcję spisaną na seminarium hebrajskim.
Ileż mam radochy, kiedy mi się uda odcyfrować jakiś wyraz - przeczytać literki i zgadnąć, co to za słowo (bo trochę w tym jest zgadywania, jako że nie wszystkie samogłoski występują jak by się prosiło, a jedna taka wielofunkcyjna litera może być albo spółgłoską w, albo samogłoską o albo u.) I może nawet są jakieś reguły, które tym wszystkim rządzą, ale przy moim stopniu orientacji pozostajemy przy uczeniu się słówka na pamięć i potem właśnie częściowym zgadywaniu.
W Polsce wybieram się koniecznie w żydowskie miejsca, żeby pooglądać kawalątka hebrajskiego w akcji: do muzeum i na cmentarz w Moim Mieście, a może nawet uda mi się zawędrować na Kazimierz w Krakowie.
Notesik zawiera też przegródki zrobione z pociętych okładek na dokumenty + ścinki. A na kartkach będzie się notowało słówka - bo miejsce na słówka zawsze się przyda. Wczoraj wyskrobałam na przykład nową porcję spisaną na seminarium hebrajskim.
Ileż mam radochy, kiedy mi się uda odcyfrować jakiś wyraz - przeczytać literki i zgadnąć, co to za słowo (bo trochę w tym jest zgadywania, jako że nie wszystkie samogłoski występują jak by się prosiło, a jedna taka wielofunkcyjna litera może być albo spółgłoską w, albo samogłoską o albo u.) I może nawet są jakieś reguły, które tym wszystkim rządzą, ale przy moim stopniu orientacji pozostajemy przy uczeniu się słówka na pamięć i potem właśnie częściowym zgadywaniu.
W Polsce wybieram się koniecznie w żydowskie miejsca, żeby pooglądać kawalątka hebrajskiego w akcji: do muzeum i na cmentarz w Moim Mieście, a może nawet uda mi się zawędrować na Kazimierz w Krakowie.
czwartek, 31 października 2013
1386. rewolucje
Strona w art journalu! Niemożebyć! Po długaśnej przerwie, chyba rocznej. Zaczęło się od oglądania starych stronic, przyjemnych w dotyku i wspomnieniach. Potem w pracy przyszła ulotka o uczelni jakiejś, stąd zawijasowy motyw na górze i białe tło na dole.
Potem się dodawało ścinki różne oraz tekst. Plan był taki, żeby część słów napisać na maszynie do pisania - w końcu mamy do czynienia z literkowym motywem. Z jakiejś przyczyny czcionki nie chciały się jednak odbijać (zaschnięta taśma? user problem?) Tak więc wyklepałam tylko wklęsły tekst, a potem pomazałam go grafitem z ołówka za pomocą palca mojego własnego, narzędzia zawsze obecnego.
Rządek gwiazdek to kalkomania - pozyskałam ją niechcący, bo w lecie na wyprzedaży garażowej, jaką organizowaliśmy w pracy, był pakiet kraftowy do wzięcia. Zależało mi głównie na Paint Markers, pięknych, metalicznych (i śmierdzących jak sklep chemiczny), a kalkomania i kilka innych drobiazgów to sprzedaż wiązana. Jak w dawnych, kryzysowych czasach, kiedy chciało się przykładowo rajstopy, ale trzeba było wtedy też kupić kilo butaprenu i patelnię. Albo jak w tej ewangelicznej przypowieści, kiedy człowiek znalazł w glebie skarb i kupił całe pole, żeby mieć do owego skarbu dostęp.
Takie kalkomanie przenoszone na podłoże za pomocą patyczka przypominają mi jeszcze cudnie kolorowe zabawki, jakie Tato przywiózł mi daaawno temu z wyprawy do Francji. Zdaje się, że były trzy takie rozkładane obrazki-tła: dżungla, starożytny Egipt i... nie pamiętam, co jeszcze. I kartki z kalkomianiami - jak na tamte przaśne czasy wypas! Żałowałam tylko, że jak się już kalkomanie nalepi, to koniec zabawy, nie da się tego zmienić.
No i tekst musi być na stronie o Gutenbergu i internecie, dwóch rewolucjach. Tak sobie myślę właśnie, że komunikacje internetowe, jakie zaistniały za mojego życia, to właśnie rewolucja na miarę wynalazku Gutenberga.
I jeszcze takie ustrojstwo chciałam pokazać - nie wiem, do czego taka kostropata rolka miała służyć w oryginale (mam też dwie inne odmiany, chudsze i o innym wzorze) - u mnie powstaje z niej dodatkowa faktura. A na rogu widać kawałek krechy zrobionej wspomnianym srebrzystym Paint Markerem ze skarbu zakopanego w roli.
Na koniec jeszcze sobotnie spojrzenie na stół - słyszałam, że jest w internetach akcja fotografowania środowego stołu... to i proszę, zagraconko i kot pchający się na stół najbardziej wtedy, kiedy coś tam przy nim dłubię.
Potem się dodawało ścinki różne oraz tekst. Plan był taki, żeby część słów napisać na maszynie do pisania - w końcu mamy do czynienia z literkowym motywem. Z jakiejś przyczyny czcionki nie chciały się jednak odbijać (zaschnięta taśma? user problem?) Tak więc wyklepałam tylko wklęsły tekst, a potem pomazałam go grafitem z ołówka za pomocą palca mojego własnego, narzędzia zawsze obecnego.
Rządek gwiazdek to kalkomania - pozyskałam ją niechcący, bo w lecie na wyprzedaży garażowej, jaką organizowaliśmy w pracy, był pakiet kraftowy do wzięcia. Zależało mi głównie na Paint Markers, pięknych, metalicznych (i śmierdzących jak sklep chemiczny), a kalkomania i kilka innych drobiazgów to sprzedaż wiązana. Jak w dawnych, kryzysowych czasach, kiedy chciało się przykładowo rajstopy, ale trzeba było wtedy też kupić kilo butaprenu i patelnię. Albo jak w tej ewangelicznej przypowieści, kiedy człowiek znalazł w glebie skarb i kupił całe pole, żeby mieć do owego skarbu dostęp.
Takie kalkomanie przenoszone na podłoże za pomocą patyczka przypominają mi jeszcze cudnie kolorowe zabawki, jakie Tato przywiózł mi daaawno temu z wyprawy do Francji. Zdaje się, że były trzy takie rozkładane obrazki-tła: dżungla, starożytny Egipt i... nie pamiętam, co jeszcze. I kartki z kalkomianiami - jak na tamte przaśne czasy wypas! Żałowałam tylko, że jak się już kalkomanie nalepi, to koniec zabawy, nie da się tego zmienić.
No i tekst musi być na stronie o Gutenbergu i internecie, dwóch rewolucjach. Tak sobie myślę właśnie, że komunikacje internetowe, jakie zaistniały za mojego życia, to właśnie rewolucja na miarę wynalazku Gutenberga.
I jeszcze takie ustrojstwo chciałam pokazać - nie wiem, do czego taka kostropata rolka miała służyć w oryginale (mam też dwie inne odmiany, chudsze i o innym wzorze) - u mnie powstaje z niej dodatkowa faktura. A na rogu widać kawałek krechy zrobionej wspomnianym srebrzystym Paint Markerem ze skarbu zakopanego w roli.
Na koniec jeszcze sobotnie spojrzenie na stół - słyszałam, że jest w internetach akcja fotografowania środowego stołu... to i proszę, zagraconko i kot pchający się na stół najbardziej wtedy, kiedy coś tam przy nim dłubię.
Labels:
art journal,
BEZ REKLAM,
papierrr,
środowy stół
środa, 30 października 2013
1385. nie żebym się prosiła o śnieg...
Od kilku tygodni w szalenie powolnym tempie kleję sobie kartki świateczne, więc dziś będzie kolejna porcja - tym razem bałwanki. Dziś rano skończyłam bordo-bombki (staram się usilnie przynajmniej co drugą serię zrobić w zielenio-czerwieni jakiegoś rodzaju). W następnej kolejności pójdą chyba znów bałwanki - tym razem gotowce z K&Company. Otoczenie może być w sumie w różnych kolorach, mniej i bardziej standardowo-świątecznych, więc pewnie znów ucieknę w niebieskie :)
Przeglądając sentymentalnie półkę z Gromadziennikami natknęłam się na ukryte między nimi art journale. Przejrzałam sobie sztywne strony, pełne sensorycznych szczegółów do zmacania... zatęskniło mi się za klejeniem czegoś innego, niż kartek na określony temat i w wyznaczonych kolorach. Naciachałam i natargałam wczoraj conieco w ramach przerwy na lunch i powstaje nowa strona :) Mam wrażenie, że przydałaby się też nowa okładka, bo od tamtych poprzednich żurnali minęło ho-ho.
I jeszcze nowa wycieczka została wymyślona... to znaczy T zapodał pomysł, recherché jest w stadium bardzo wstępnym. O tym jednak w osobnym poście. Ciekawe, czy całość relacji z poprzedniej wycieczki zdążę nadać przed tą następną. Przecież jeszcze zostało opisanie ostatniego dnia w Gromadzienniku.
Powolutku przenoszę się z powrotem do kraftowni, jako że Pisklak zabrał sporą część swoich rzeczy. Na razie poodkurzałam i radośnie przypomniałam sobie, że mam pewne przedmioty, których nie byłam świadoma. Toż to jak pójście na zakupy!
A wracając do bałwanków:
Przeglądając sentymentalnie półkę z Gromadziennikami natknęłam się na ukryte między nimi art journale. Przejrzałam sobie sztywne strony, pełne sensorycznych szczegółów do zmacania... zatęskniło mi się za klejeniem czegoś innego, niż kartek na określony temat i w wyznaczonych kolorach. Naciachałam i natargałam wczoraj conieco w ramach przerwy na lunch i powstaje nowa strona :) Mam wrażenie, że przydałaby się też nowa okładka, bo od tamtych poprzednich żurnali minęło ho-ho.
I jeszcze nowa wycieczka została wymyślona... to znaczy T zapodał pomysł, recherché jest w stadium bardzo wstępnym. O tym jednak w osobnym poście. Ciekawe, czy całość relacji z poprzedniej wycieczki zdążę nadać przed tą następną. Przecież jeszcze zostało opisanie ostatniego dnia w Gromadzienniku.
Powolutku przenoszę się z powrotem do kraftowni, jako że Pisklak zabrał sporą część swoich rzeczy. Na razie poodkurzałam i radośnie przypomniałam sobie, że mam pewne przedmioty, których nie byłam świadoma. Toż to jak pójście na zakupy!
A wracając do bałwanków:
czwartek, 24 października 2013
1384. znakologia 8 - salem czyli niepokój
Przedmiot ósmego odcinka opowieści podróżnych - pomimo nazwy wywodzącej się od szalom czyli pokój - od półtora miesiąca siedzi mi w duszy w sposób nader niespokojny.
Mam wrażenie, że w pojęciu standardowego Amerykanina Salem nieodmiennie kojarzy się z procesami czarownic. To bardzo paskudny epizod w historii Nowego Świata - tym paskudniejszy, że spowodowany religią postawioną na głowie.
W skrócie rzeczy miały się tak: w 1692 roku w purytańskim Salem kilkoro dziewcząt zaczęło mieć napady drgawek. Nikt nie umiał tego wyjaśnić, lekarz nie potrafił wyleczyć - więc stwierdził, że to na pewno czary. Podejrzenie padło na trzy kobiety, rozpoczęto dochodzenie i procesy sądowe.
W ciągu kilku następnych miesięcy aresztowano praktycznie co trzeciego mieszkańca. 19 osób powieszono (głównie kobiety). Co dziwne, wieszano głównie tych, którzy się do czarów nie przyznawali, ale na podstawie "dowodów" - kompletnie absurdalnych z dzisiejszego punktu widzenia - zaistniała pewność, że parali się magią. Jeśli się ktoś przyznał, to uszedł z życiem - ale musiał przekazać pałeczkę dalej, to znaczy wytypować następne czarownice.
Jednego mężczyznę stracono w inny sposób, iście barbarzyński. Na położoną na nim deskę kładziono coraz większą stertę kamieni, by zmusić go do przyznania się. Giles Corey się nie poddał - i po kilku dniach tortur wyzionął wreszcie ducha.
Dziś ma swój całkiem inny kamień - w maleńkim parku-pomniku ofiar polowania na czarownice.
Każda z osób, które poniosły śmierć, upamiętniona jest tam kamieniem z wypisanym imieniem, nazwiskiem i datą egzekucji.
Spoczywającym na nim postaciom historycznym poświęcę chyba osobny wpis - zadziwiająca sprawa, jak zbiegają się w takich miejscach niteczki dziejów...
I nie mogę sobie poradzić emocjonalnie z tymi polowaniami na czarownice. Jak to możliwe? Co poszło nie tak?
Po pierwsze - przecież Nowa Ziemia kojarzy się z wolnością religijną, której (między innymi) szukali nowi osadnicy, w tym purytanie, dla których kościół anglikański był nazbyt "papistowski" i dlatego starali się znaleźć inne miejsce. Poza tym - jak można chrześcijańską naukę, poselstwo Ewangelii zrozumieć w tak ograniczający sposób - by samemu zrezygnować z wszelkich przyjemności i skupić się na karaniu bliźnich?
Jak to możliwe, że czasy Inkwizycji i związane z nią okrucieństwa niczego tych ludzi nie nauczyły? A może wręcz odwrotnie? I zorganizowali sobie własną inkwizycję na bliźnich.
Dlaczego nastąpiła taka eksplozja? Z niczego?
I dlaczego nie znalazł się żaden mądrzejszy człowiek, który by to jakoś zatrzymał? Wiadomo - może prości ludzie (purytanizm raczej nie pozwalał patrzeć na świat szerzej) dadzą się ponieść pędowi. Ale ci, którzy chodzili do szkół, zaliczali doktoraty, stali na czele? Taki Cotton Mather, którego ojciec był prezydentem uniwersytetu Harvarda, sam z doktoratem? Zdobył się jedynie na to, by w jednym ze swoich dzieł na temat czarownic napomknąć, by w procesach nie przywiązywać nazbyt wielkiej wagi do "widm" - czyli do dowodu polegającego na tym, że domniemana ofiara czarów w snach i wizjach widzi tego, kto na nią rzucił urok.
Odpowiedź chyba jest najsampierw taka, że to nie była nagła eksplozja. Procesy czarownic odbywały się w Europie od stuleci i w Ameryce od czasu do czasu również. Za każde nieszczęście - suszę, powódź, chorobę, śmierć - można było zrzucić winę na czary. Purytański fanatyzm też już istniał od jakiegoś czasu i potępiał wszystko, co nie odziewało się literalnie bądź metaforycznie w czerń, było w jakikolwiek sposób INNE albo trąciło radością. Inkwizycja chyba pokazała ludziom, że można korzystać z tortur.
Do tego dołożyły się sprawy majątkowe, przepychanki mające miejsce w tej stosunkowo niewielkiej społeczności. A co do dziewcząt - do dziś nie wiadomo, czy ich konwulsje były udawaniem i próbą zwrócenia na siebie uwagi, czy chorobą jakąś, czy zatruciem (istnieje teoria, że zjedzenie sporyszu może spowodować podobne objawy.)
Polowanie zakończyło się, gdy do kolonii przybył nowy gubernator Sir William Phips - zastał półtorej setki ludzi w więzieniach, więc ustanowił sądy, a po kilku miesiącach je rozwiązał. (Ciekawe, na ile wpływowy był fakt, że oskarżenia o czary rzucono również na jego żonę.) Wyroki poodwoływano, ale niestety dwudziestu zabitym życia nie dało się już przywrócić.
Ostateczną proklamację o niewinności ofiar ogłoszono dopiero co, w 2001 roku.
A kiedy już w miarę się uporałam ze zrozumieniem dzięki tym kontekstom, jak to wszystko było możliwe - nadal nie mogę przełknąć tego, że całe stare Salem przesiąknięte jest czarnoksięstwem we współczesnym wydaniu, jakoby dumne z tej swojej przeszłości - bo celebruje ją na każdym rogu... i zarabia na niej pieniądze.
To chyba jedyne miejsce ze wszystkich do tej pory odwiedzonych, gdzie NIE chciałabym mieszkać :(
Mam wrażenie, że w pojęciu standardowego Amerykanina Salem nieodmiennie kojarzy się z procesami czarownic. To bardzo paskudny epizod w historii Nowego Świata - tym paskudniejszy, że spowodowany religią postawioną na głowie.
W skrócie rzeczy miały się tak: w 1692 roku w purytańskim Salem kilkoro dziewcząt zaczęło mieć napady drgawek. Nikt nie umiał tego wyjaśnić, lekarz nie potrafił wyleczyć - więc stwierdził, że to na pewno czary. Podejrzenie padło na trzy kobiety, rozpoczęto dochodzenie i procesy sądowe.
![]() |
| Źródło |
W ciągu kilku następnych miesięcy aresztowano praktycznie co trzeciego mieszkańca. 19 osób powieszono (głównie kobiety). Co dziwne, wieszano głównie tych, którzy się do czarów nie przyznawali, ale na podstawie "dowodów" - kompletnie absurdalnych z dzisiejszego punktu widzenia - zaistniała pewność, że parali się magią. Jeśli się ktoś przyznał, to uszedł z życiem - ale musiał przekazać pałeczkę dalej, to znaczy wytypować następne czarownice.
Jednego mężczyznę stracono w inny sposób, iście barbarzyński. Na położoną na nim deskę kładziono coraz większą stertę kamieni, by zmusić go do przyznania się. Giles Corey się nie poddał - i po kilku dniach tortur wyzionął wreszcie ducha.
![]() |
| Źródło |
Dziś ma swój całkiem inny kamień - w maleńkim parku-pomniku ofiar polowania na czarownice.
![]() |
| Źródło |
Każda z osób, które poniosły śmierć, upamiętniona jest tam kamieniem z wypisanym imieniem, nazwiskiem i datą egzekucji.
![]() |
| Źródło |
Tuż za murem znajduje się stary cmentarz, jeden z najważniejszych zabytków Salem.
Spoczywającym na nim postaciom historycznym poświęcę chyba osobny wpis - zadziwiająca sprawa, jak zbiegają się w takich miejscach niteczki dziejów...
I nie mogę sobie poradzić emocjonalnie z tymi polowaniami na czarownice. Jak to możliwe? Co poszło nie tak?
Po pierwsze - przecież Nowa Ziemia kojarzy się z wolnością religijną, której (między innymi) szukali nowi osadnicy, w tym purytanie, dla których kościół anglikański był nazbyt "papistowski" i dlatego starali się znaleźć inne miejsce. Poza tym - jak można chrześcijańską naukę, poselstwo Ewangelii zrozumieć w tak ograniczający sposób - by samemu zrezygnować z wszelkich przyjemności i skupić się na karaniu bliźnich?
Jak to możliwe, że czasy Inkwizycji i związane z nią okrucieństwa niczego tych ludzi nie nauczyły? A może wręcz odwrotnie? I zorganizowali sobie własną inkwizycję na bliźnich.
Dlaczego nastąpiła taka eksplozja? Z niczego?
I dlaczego nie znalazł się żaden mądrzejszy człowiek, który by to jakoś zatrzymał? Wiadomo - może prości ludzie (purytanizm raczej nie pozwalał patrzeć na świat szerzej) dadzą się ponieść pędowi. Ale ci, którzy chodzili do szkół, zaliczali doktoraty, stali na czele? Taki Cotton Mather, którego ojciec był prezydentem uniwersytetu Harvarda, sam z doktoratem? Zdobył się jedynie na to, by w jednym ze swoich dzieł na temat czarownic napomknąć, by w procesach nie przywiązywać nazbyt wielkiej wagi do "widm" - czyli do dowodu polegającego na tym, że domniemana ofiara czarów w snach i wizjach widzi tego, kto na nią rzucił urok.
Odpowiedź chyba jest najsampierw taka, że to nie była nagła eksplozja. Procesy czarownic odbywały się w Europie od stuleci i w Ameryce od czasu do czasu również. Za każde nieszczęście - suszę, powódź, chorobę, śmierć - można było zrzucić winę na czary. Purytański fanatyzm też już istniał od jakiegoś czasu i potępiał wszystko, co nie odziewało się literalnie bądź metaforycznie w czerń, było w jakikolwiek sposób INNE albo trąciło radością. Inkwizycja chyba pokazała ludziom, że można korzystać z tortur.
Do tego dołożyły się sprawy majątkowe, przepychanki mające miejsce w tej stosunkowo niewielkiej społeczności. A co do dziewcząt - do dziś nie wiadomo, czy ich konwulsje były udawaniem i próbą zwrócenia na siebie uwagi, czy chorobą jakąś, czy zatruciem (istnieje teoria, że zjedzenie sporyszu może spowodować podobne objawy.)
Polowanie zakończyło się, gdy do kolonii przybył nowy gubernator Sir William Phips - zastał półtorej setki ludzi w więzieniach, więc ustanowił sądy, a po kilku miesiącach je rozwiązał. (Ciekawe, na ile wpływowy był fakt, że oskarżenia o czary rzucono również na jego żonę.) Wyroki poodwoływano, ale niestety dwudziestu zabitym życia nie dało się już przywrócić.
Ostateczną proklamację o niewinności ofiar ogłoszono dopiero co, w 2001 roku.
A kiedy już w miarę się uporałam ze zrozumieniem dzięki tym kontekstom, jak to wszystko było możliwe - nadal nie mogę przełknąć tego, że całe stare Salem przesiąknięte jest czarnoksięstwem we współczesnym wydaniu, jakoby dumne z tej swojej przeszłości - bo celebruje ją na każdym rogu... i zarabia na niej pieniądze.
To chyba jedyne miejsce ze wszystkich do tej pory odwiedzonych, gdzie NIE chciałabym mieszkać :(
| Większość myśli, że przez museum czarów stoi pomnik czarownicy - a to założyciel miasta, Roger Conant. |
Labels:
BEZ REKLAM,
fotoreportaż,
turystycznie
wtorek, 22 października 2013
1383. podziękowania domkowe
Jak już ogłaszałam, zakończyliśmy działania w zakresie zakupu mieszkania. Wielkie UFFF! I karteluszki z podziękowaniami dla naszej drużyny - ludzi z banku, agentki, adwokata. Spisali się na medal i, jak mawiają tubylcy, bez nich byśmy tego wszystkiego nie wyzałatwiali. I gdyby nie byli tacy fajni, to cała sprawa byłaby jeszcze trudniejsza.
Kończę też korektę broszury o Izraelu, więc i w tym zakresie zwolni się przestrzeń. Umysłowa, czasowa - i będzie można zająć się następnymi zadaniami. Kto zna kawał o Żydzie i kozie - kozy właśnie się wyprowadzają :)
Kończę też korektę broszury o Izraelu, więc i w tym zakresie zwolni się przestrzeń. Umysłowa, czasowa - i będzie można zająć się następnymi zadaniami. Kto zna kawał o Żydzie i kozie - kozy właśnie się wyprowadzają :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)










































