wtorek, 13 września 2011

991. kolekcjonowanie postaci (2)

Postać trzecia sporo czasu spędza w jaskini: Jake, chudzieńki młodzieniec o szmaragdowych oczach i głowie pokrytej pierścionkami z ciemnych włosów był naszym przewodnikiem w jaskini Niagara. Jaskiń widzieliśmy już trochę, ale ta okazała się zupełnie wyjątkowa, bo chodziło się w niej wąziutkimi korytarzami między skałami, a nie w otworach wymytych przez wodę wewnątrz skał, co ma miejsce w większości przypadków. Taki korytarz ma na przykład niecały metr szerokości i jakieś 30 metrów wysokości, więc wrażenie jest niesamowite i troszkę jakby krępujące.



Największą atrakcją, jak można się spodziewać po nazwie, jest wodospad - woda spada około 20 metrów i czyni przy tym mnóstwo szumiącego hałasu, niemal uniemożliwiającego rozmowę.


W większości jest jednak cicho; nasz cherubinkowaty Jake nie musiał nawet się wysilać, żebyśmy go słyszeli. W drodze powrotnej wędrowaliśmy na samym końcu grupy - za nami był tylko przewodnik, który w określonych miejscach odmeldowywał do pudełeczek przy ścianach, że grupa wraca. Między meldunkami poopowiadał nam jeszcze różności - na przykład o tym, jak kręcono w jaskini film, niemożebnie kiczowaty: fabuła osnuta była wokół gigantycznych komarów, które zalęgły się właśnie w ich jaskini (choć tak naprawdę nie ma w nich nawet nietoperzy, życie jest jedynie śladowe), wylazły na powierzchnię i wysysały z ludzi całą zawartość. Film był wybitnie niskobudżetowy, do tego stopnia, że szkielety zakupiono w sklepie z dekoracjami na Halloween i pomalowano je farbą w sprayu :)

Ostatnia zwiedzana komora (czy raczej komórka) jaskini kończyła się drewnianym podestem, z którego zwieszała się dość wątła drabinka. Dowiedzieliśmy się od Jake'a, że schodzą po niej nurkowie, bo poniżej ostatniego ogólnie udostępnionego poziomu jest jeszcze kilkadziesiąt innych komór, w tym część zalanych wodą i bez sprzętu ani rusz. On sam nie nurkował jeszcze, ale doszedł tak daleko, jak da się "suchą" stopą, co jest wyrażeniem mocno naciąganym, bo cała jaskinia ocieka wodą. Ponieważ zaś jest taki szczuplutki, przeciska się w różne dziury, gdzie inni się nie mieszczą.


Dzięki tym pogaduchom pół mili drogi powrotnej oraz 250 schodów (!) zleciało superszybko. Na samej górze potrzebowałam chwili na złapanie oddechu, bo jednak pędziliśmy niczym podziemna kolejka, a do tego na ostatnim podeście trzeba było przyjąć na płuca jakieś dwadzieścia stopni zmiany temperatury.

Ostatnią ciekawą postacią był Dziadek na Pogłębiarce w muzeum wodnym w Dubuque, którego nawet nie mieliśmy w planie, ale widząc znak zjechaliśmy i... zawiesiliśmy się w nim na trzy godziny z okładem. Wszelkie spotkania z tematem pogłębiarkowym przypominają mi, jak to ze dwadzieścia lat temu uczyłam się angielskich słówek za pomocą programu komputerowego - ot, taka prosta przepytywanka. Ze słówka dredger zrezygnowałam, bo kiedyż mi w życiu będzie potrzebne wyrażenie pogłębiarka kanałowa?

Nie minęło kilka tygodni, a znalazłam się gdzieś w okolicach Szczecina, na statku, gdzie przewodnik opowiadał o... wszyscy domyślamy się o czym, a mnie wypadło przetłumaczyć to towarzyszącemu Amerykaninowi. Słowa oczywiście nie pamiętałam, plułam sobie w brodę i od tej pory nigdy już nie zrezygnowałam z szansy przyswojenia jakiegokolwiek wyrazu, choćby najdziwniejszego i najmniej prawdobodobnego. (To, czy owe słowa trzymają mi się rozumu, to już zupełnie inna strona zagadnienia :)


Opowiedziałam ową historyjkę Dziadkowi na Pogłębiarce, panu bardzo energicznemu i wesołemu, choć po trosze składającemu się z części zamiennych. W uszach miał aparaty słuchowe, w gębie zębiska o wiele za młode na swój wiek, a i z oczami było coś dziwnego, nie dość, że okulary, to jakby jeszcze jakieś soczewki na samych gałkach.

Oczywiście był pełen użytecznych informacji, objaśniał nam szczegóły pogłębiarkowej części statku, okraszając to żarcikami typu "bardzo skuteczny odkurzacz, a na dodatek nie trzeba wytrzepywać worka". Na pewno rozmawia z setkami ludzi, a jednak czuje się, że to my jesteśmy ważni, jakby dla nas specjalnie zachował te opowieści... mam nadzieję, że i mnie w pomarszczonym wieku pozostanie taka energia, lekkość i zapał.


Pan zaskoczył nas również tym, że kiedy rzuciliśmy, iż jesteśmy z Polski, od razu skojarzył Gdańsk i stocznie. Oczywiście wiedział, że Chicago jest wielkim skupiskiem Polaków, więc pogadaliśmy i o tym... i nawet o Lechu Wałęsie :) Potem jednak ruszyliśmy dalej, bo jeszcze zostało kilka budynków do zwiedzania, a robiło się późno. Żałuję troszkę, że nie mam odwagi trzaskać ludziom portretów, bo te postaciowe opowieści są bez nich nieco suchawe... trudno, trzeba się będzie zadowolić zilustrowaniem ich obiektami nieożywionymi :)



poniedziałek, 12 września 2011

990. kamień na kamieniu, na kamieniu kamień...

...a na tym kamieniu jeszcze jeden kamień - czyli Craftypantki zabrały się w tym miesiącu za obróbkę kamulców wszelkiego rodzaju i wielkości, aż po piasek, gdyż, jak sprytnie zauważyła Mrouh, to też kamyczki - tylko malusieńkie.

Na naszym blogu można obejrzeć, co wymyśliły Mrouh i Habka, a ja dorzuciłam kamyki w sweterkach:


Zrobienie takich ubranek chodziło za mną już od dawna i nawet nie jest to trudne. Najtrudniejsze jest zdobycie odpowiedniego kamienia, bo oczywiście najfajniej wyglądają te okrągłe i płaskie, albo przynajmniej symetryczne. Zaczyna się szydełkowanie jak przy serwetce (nie miałam przepisu, tylko improwizowałam tak, żeby pierwsze okrążenia wyszły płaskie.) Potem przymierzamy, patrzymy, gdzie kończy się powierzchnia płaska, zawijamy jak w beretce przez zmniejszenie liczby oczek, a następnie (naciągnąwszy dzieło tak, żeby było widać ażurki) pod spodem dość intensywnie zmniejszamy ilość oczek, by po kilku okrążeniach zniknęła dziura, a całość przylegała ściśle do kamulca. Gotowe!

Drugi eksponat -kamień otrzymany w prezencie w Polsce - wiąże się między innymi z historią z Księgi Sędziów (12:4-6):


"4. I zebrał Jefta wszystkich wojowników gileadzkich, i wszczął wojnę z Efraimitami, i pobili wojownicy gileadzcy Efraimitów. Ci bowiem mówili pogardliwie: Jesteście zbiegami z Efraima, wszak Gileadczycy mieszkają między Efraimitami i Manassesytami.
5. Gileadczycy zajęli wtedy Efraimitom brody jordańskie. Gdy potem zbiegowie efraimscy mówili: Pozwólcie mi przejść, wojownicy gileadzcy odpowiadali; Czy jesteś Efraimita? A gdy ten mówił: Nie!
6. Wtedy mówili do niego: Powiedz Szibbolet, a ten wymawiał Sibbolet, bo nie mógł wymówić inaczej. Wtedy go chwytano i zabijano przy brodach jordańskich. W tym czasie padło z Efraimitów czterdzieści dwa tysiące."

"Szibbolet" zaczyna się właśnie od tej literki shin, która ma i inne znaczenia, na przykład Shaddai, jedno z imion Boga, jak w tym wersecie (Gen. 28:3):


"A Bóg Wszechmogący niechaj ci błogosławi, niechaj cię rozrodzi i rozmnoży, abyś stał się zgromadzeniem ludów."


Shin pojawia się też często na mezuzach - pojemniczkach z wersetami z Tory, jakie Żydzi umieszczają na odrzwiach swoich domów; trzy "gałązki" tej litery przypominają wedle niektórych interpretacji strukturę ludzkiego serca (co łączy się z wersetem z Deut. 6:6 - "Niechaj słowa te, które Ja ci dziś nakazuję, będą w twoim sercu") lub geografię Jerozolimy, koło której znajdują się trzy doliny: Ben Hinnom, Cedron i Tyropoeńska i łączą się właśnie w kształt tej litery, a w miejscu kreski poziomej umiejscowiona była Świątynia.

I jeszcze - tu przeskok w całkowicie inną kulturę - eksponat z naszego domowego muzeum: tańczący Indianin z piasku i zamków błyskawicznych:



Zapraszamy zatem do zabawy z kamykami i do przedstawienia swoich pomysłów!

piątek, 9 września 2011

Brightening up our master bedroom decor


Guest post written by Nancy Lancaster
The other day I came home from work and changed out of my office clothes and realized that our bedroom is just so dark. It's very wintry and downright depressing, the deep reds that I've picked out for the decor. So I decided that I'm going to make a change and redecorate the room with much brighter colors. I think bright colors might also be more calming and let me relax to get ready for a good night's sleep. So I'm working on picking out the things that I'm going to redecorate with.
I'm thinking that white with some soft greens as accent colors might be the best for my room. I've seen a few rooms done in those colors and I really like them. I was looking online to find a comforter along these lines to start out the decor with. While I was doing that, I saw the site http://HOMEPROIMPROVEMENT.com. I thought that it might be good to use it to lay down some much more neutral carpeting in the room.

I think that my master bedroom is going to work out as my new calming retreat, exactly what it should be.

988. delikatnie

W odpowiedzi na słoik w Collage Caffe zdjęcie mam... nieoskrapowane, nie-nicporobione, i na dokładkę bezczelnie nie moje, tylko od przyjaciół, z którymi byliśmy niedawno na wycieczce i w jaskini w Missouri wśród wielu innych formacji zwisały sobie takie oto draperie.


Całkiem mi się kolorystycznie i fakturowo oraz wisząco skojarzyły z kawiarnianym oryginałem:


To tyle na dzisiaj... tęsknię do kleju, wygrzebując się z pourlopowego nawału, ale można rzec, że idzie w dobrym kierunku.

środa, 7 września 2011

987. kolekcjonowanie postaci (1)

Z ostatniej wycieczki na pogranicze Wisconsin, Minnesoty i Iowa przywiozłam sobie cztery postacie. Pierwszą z nich był starszy pan - klasyka, pomarszczony, okularki, głos taki właśnie pasujący do osoby w podeszłym wieku. Zjawił się świtkiem ledwo rozsłonecznionym, chłodnym jeszcze w parku nad Mississippi, w La Crosse, zanim dzień nabrał rozpędu; przybył tam na cudacznym rowerze, na którym pedałuje się gdzieś z przodu, niemal na wysokości nosa.


Przemknął koło nas asfaltową dróżką, wymieniliśmy standardowe good morning i nie zwróciłam na niego większej uwagi. Poszliśmy zwiedzać Ogródek Pokoju i gdy wróciliśmy, rower oparty był o ławkę, a pan siedział na niej w otoczeniu ptactwa i wiewiórek. Karmił je różnościami - przyuważyłam, że na deskach obok niego leżała bateria zakręcanych plastikowych pojemników po "ludzkim" pożywieniu, wypełnionych różnistymi ziarnami.

Zagadnęłam go, czy przychodzi co rano - owszem, niemal codziennie się tam pojawia wśród swoich skrzydlatych znajomych. Zaprosił mnie, żebym też przysiadła na tej ławce, ale się nie połakomiłam, bo musieliśmy jechać dalej. Postałam jedynie conieco, przyglądając się uśmiechniętemu staruszkowi z rzeką i niebieskimi mostami w tle. Chwilkę jeszcze porozmawialiśmy, o tym na przykład, że niektóre mewy nie są całkiem białe, tylko mają jasnobrązowe kropy - "słyszałem, że to samce, ale nie byłem jeszcze w bibliotece, żeby to sprawdzić."

No coś takiego, sprawdzanie informacji w bibliotece! Uśmiechnęłam się wewnętrznie - bo któż w dzisiejszych czasach udawałby się w taką podróż, zamiast rzecz wyguglać? Chyba, że pan chodzi do biblioteki, żeby skorzystać z internetu :p.

Postać druga to Babcia Młynowa. Spotkaliśmy ją, jak sama nazwa wskazuje, we młynie - byliśmy pierwszymi zwiedzającymi tego dnia, przyjechaliśmy zresztą niemal godzinę za wcześnie. Pozostały do otwarcia czas zabiliśmy udając się po kawę, co stanowi odrębną historię o tym, jak to GPS potrafi wysłać podróżnika w maliny, czyli w naszym przypadku w koparki (choć posiada podobno informacje o bieżących robotach drogowych); trasa wybrana przez urządzonko nie dość, że prowadziła lasem przez szlak iście motocrossowy, to kończyła się jamą wypełnioną błotem, tuż przy wjeździe na główną szosę. Bez helikoptera ani rusz. Na szczęście pojawił się lokal, za którym myknęliśmy w inną ścieżkę, która wyprowadziła nas na cywilizowaną powierzchnię.

Wracajmy jednak do Babci Młynowej. Gdy przybyliśmy, nie była jeszcze chyba całkiem obudzona, bo zakup wstępu szedł niemrawo. Następnie ugrzęźliśmy na dobre 25 minut na filmie o młynie, jaki nam zapodała i raczej nie było od tego odwołania. W międzyczasie pani włączyła młyn - przełożyła niedużą wajchę na zębatce, przez co woda zaczęła płynąć korytkiem na siedmiometrowe koło młyńskie, które z głośnym churgotem wprawiło w drżenie całą nadziemną część sześciokondygnacyjnego kamiennego budynku.


Młyn zwiedzaliśmy na własną rękę; zmartwił nas trochę napis przy wejściu, że nie wolno robić zdjęć, więc oczywiście musiałam panią zapytać, o co się rozchodzi. Niekiedy w prywatnych muzeach są takie zakazy, ale tu było inaczej: "Możecie robić zdjęcia pod warunkiem, że nie będziecie otwierać żadnych drzwi." Hm, wyjaśnienie zabrzmiało równie tajemniczo, jak zakaz... Ciekawa byłam, co to za drzwi można otwierać, ale nie należy.


Po zwiedzaniu zagadnęłam panią o różności, w tym właśnie owe drzwi. Okazało się, że we młynie jest kilka sztuk, które nie są zabezpieczone (zdumiewająca sprawa jak na ten kraj, gdzie generalnie starają się przewidzieć ataki głupoty zwiedzających i uniemożliwić uszkodzenie się). Ponoć były przypadki, że zwiedzający pootwierali owe drzwi, które prowadzą na zewnątrz (to te białe drzwi na zdjęciu, za którymi jest przepaść), nie pozamykali, potem przyszła grupa dzieci... chyba nic tragicznego się nie wydarzyło, ale było blisko. Największym skandalem było usunięcie przez zwiedzającego kratki zabezpieczającej w jednym z pięter piwnicznych, przez którą widać kręcące się koło; nawet dorosły byłby w stanie wyleźć przez ten otwór i wkręcić się w rzeczone koło, ogromne, mokre i ciężkie, a co dopiero dzieciak...

Nie do końca przekonuje mnie związek tych niebezpieczeństw z robieniem zdjęć, bo te przejawy bezmyślności nie muszą wcale wynikać z zapędów fotograficznych, ale niechaj im będzie. Dowiedzieliśmy się, że młyn jest pełen pułapek, wcale nie ograniczających się do rozpędzonych pasów, przenoszących napęd z jednej części maszynerii na drugą. (Jak to dobrze, że w dzisiejszych czasach przynajmniej te pasy się już zatrzymały.)

wtorek, 6 września 2011

986. ni pies, ni wydra, coś na kształt świdra, czyli dziwne zwierzęta z weekendu

Wróciło się z trzydniowego weekendu, objechało się koło 1200 km - do miejsca, gdzie zbiegają sięWisconsin, Minnesota i Iowa. Tereny niespodziewanie piękne, wysokie klify nad doliną Mississippi, turlające się wzgórza, małe wioski, zylion silosów na rosnące w okolicy ziarenka, oraz pola, pola, pola. Na koniec całkiem niespodziewanie zahaczyliśmy o wodne muzeum w Dubuque i tam napotkaliśmy Dziwne Zwierzęta, o których będzie dzisiejszy post.

Wędrowaliśmy sobie po pomostach prowadzących przez małe mokradła ku nawodnej chacie , gdy naszą uwagę zwróciło coś jak ziarenka słonecznika na powierzchni wody, z tym, że nadzwyczaj ruchliwe. Pytałam pana z muzeum co to takiego, ale nie wiedział. Wujek Google podpowiedział, że to zapewne whirlgig beetles - krętaki:


Krętaki są ciekawe z kilku powodów. Pędzą sobie po powierzchni, jak widać, boją się cienia - Tomek stał dobre kilka metrów dalej i odkryliśmy, że kiedy machnął kapeluszem i powstały w ten sposób cień dotknął grupki chrząszczyków, te natychmiast rozpierzchły się na boki. Na tym właśnie oparta jest fabuła powyższego filmiku :)
Mają przydziałowo po sześć nóg - pierwsza para jest dłuższa i chwytna, pozostałe dwie działają bardziej jak płetwy i krętaki są w stanie machać nimi do 60 razy na sekundę! Nic dziwnego, że potrafią tak szybko się przemieszczać. Mają też ciekawe oczy - podzielone przegródką na pół i górna połowa obserwuje świat nad wodą, a dolna - pod.

Syreny (sirens) to dość niezwykła grupa wodnych salamander i jakaś taka "pomiędzy". Mają sobie i skrzela, i płuca, z których korzystają wedle okoliczności. Mają nogi - ale tylko dwie, a dalszy ciąg wygląda jak węgorz. Mają niby szczątkowe zęby, ale raczej dziób. No i larwy są w stanie się rozmnażać. Takie cudaki.


Jaszczurka typu scynk (skink) też jest "pomiędzy", bo często przypomina bardziej węża, niż jaszczurkę; niektóre gatunki w ogóle nie mają nóg, co jeszcze bardziej miesza człowiekowi w percepcji. Tutaj scynk się najwyraźniej dopiero co wygrzebał spod ziemi i jeszcze ma na łepetynie ściółkową czapeczkę:


I na koniec jeszcze kuriozum trochę smutne, bośmy jako ludzkość niemal je wytłukli - wiosłonos czyli paddlefish / spoonbill. Istniały dwa gatunki, jeden w rzece Jangcy, drugi w dorzeczu Mississippi, ale ostatnie badania w Chinach niestety nie wykryły już żadnych egzemplarzy. W Stanach jeszcze jest, często pod stanową ochroną, i czyni się wysiłki w celu rozkręcenia większej populacji, ale nie jest to proste, bo wiosłonosy zaczynają się rozmnażać dopiero w wieku 9-10 lat. Kawior z nich też jest ponoć smaczny (choć dla mnie jedzenie kawioru w ogóle jest niezrozumiałe), no i tamy też się dołożyły do zmniejszenia ich populacji; nawet jeśli się zbuduje "drabinę" dla ryb, żeby się mogły przemieszczać w górę rzeki, to wiosłonos się jej boi, bo nosem wyczuwa pole elektryczne, co wadzi się z metalowymi elementami rybich drabin.


Na całe szczęście jest jeszcze niecywilizowana Północna Dakota, gdzie wiosłonosy mają spokojniejsze życie :)


A następnym razem - opowieści o ludziach.

piątek, 2 września 2011

985. co się przywiozło

Opócz wspomnień niedotykalnych, choć jak najbardziej prawdziwych, przywiozłam conieco pamiatek różnych. Niewiele kupowałam, bo cena biletu wymusiła program oszczędnościowy na moim sumieniu, ale z różnych źródeł spłynęły przedmioty, na przykład sterta książek dla T dostarczona przez Pasierbiczkę - cały czas jeszcze przeciągamy jego bibliotekę na tę stronę wody. A że nie wiedziałam, iż ona je przywiezie, to kupiłam mu dwie u "bukinistów" w przejściu podziemnym na krakowskim dworcu, gdzie w przypadku nabycia więcej niż jednej pozycji dają zniżki, choć się nawet o nie nie prosi :)
(A słowa "bukinista" używam sobie tu chyba baaardzo luźno.)

Przyjechała też paczka od Mrouh, pełna cudowności papierowych. Oprócz luźnych kartek była też wiązka odpowiadająca wymianie zeszytowej u Michelle, na którą się nie załapałam. Jest tam i papier nutowy, i kartki ze szkolnych zeszytów, i zagramaniczne książki, i atlasu kawałek, i nawet strona z książki, z której zaczynałam się uczyć angielskiego pierwszy raz w życiu, w czwartej klasie podstawówki.

A kiedy zaczęłam oglądać tę wiązkę, spośród kartek wyjechały niespodzianki-wycinanki! Na widok latarenek aż kwiknęłam z radości :)


Następny portret grupowy przedstawia biżuteryje - niebieski wisiorek od Marcelego, który kojarzy mi się z globusem (w sam raz na wyprawy); kółeczka przyjemnie dzwoniące przy chodzeniu od mojej drugiej siostry, które będą magicznie pasowały do wszystkich podkoszulków i bluzek, jakie mam na składzie :) No i jeszcze kamulce (niby że opale) i wielgaśny wisior z agatem, który sprawdza się również jako przechowalnik żywności: odkryłam to w niedzielę na konwencji, kiedy na przerwie zjadłam drożdżówkę, a w połowie wykładu z wisiorka wypadło pół łyżeczki maku :)
Kolejny prezent - płyta zespołu Hagada, który w tym roku miał koncert w naszym mieście, zorganizowany przez mojego przyjaciela Radka. (Uczę się używać słowa "przyjaciel", bo jakoś nie miałam go do tej pory w słowniku, choć idea oczywiście istniała.)
A teraz ciut zakupów - odwiedziłam słynny Tuluz w Krakowie, gdzie nabyłam dwa zestawy pieczątek, kompletnie małpując wybór od Mrouh :D Na razie jeszcze siedzą zapakowane, ale te morskie pojadą chyba ze mną na wycieczkę w ten weekend, gdyż wybieramy się nad Mississippi i na pewno będą okazje do wykorzystania wodnistego tematu.
W Tuluzie będąc, kupiłam sobie cztery chusteczki (lawendowych mam dwie kopie), choć posiadam ich już stertkę i strasznie mi szkoda je ciachać... ale przecież są takie ładne!
No i to by było chyba na tyle... jutro znów ruszamy w drogę, aż nie mogę uwierzyć, że taka jestem mobilna :) Wyprawa nazywa się WIMNIA - od skrótów trzech stanów: WIsconsin, MiNnesota, IowA. Schodzą się one wszystkie nad Mississippi, spodziewam się pięknych terenów, trochę wzgórzastych, małych miasteczek z atmosferą, wysokich klifów nad Wielką Rzeką, norweskiej wioski, szumu leśnych strumieni i jaskini z wodospadem. Oraz, być może, muzeum... żurawin :)

wtorek, 30 sierpnia 2011

984. powróciwszy...

...mam kłopot z wybraniem wrażeń, które warto wspomnieć, a to z powodu ich nadmiaru. Zdjęcia jakoś może się wybierze, choć nieco później - dziś tylko kilka, z drogi powrotnej, z wczoraj.

Tydzień w pięknym miejscu w górach, wśród znajomych starych i nowych, w zasypaniu nutami po sam czubek głowy, okazał się próbką czegoś rajskiego, choć może nieco męczącego. Nie wyobrażam sobie jednak raju, w którym się wyłącznie wypoczywa, więc pewnie jedno przychodzi z drugim. (Nawiasem mówiąc - ciekawe, czy Adam z Ewą bywali zmęczeni? Doskonali ludzie w doskonałych okolicznościach? Hm.)

Koncert w Krakowie był ukoronowaniem tego tygodnia, choć on z kolei doskonały nie był, bo upał jednak dał w kość i w gardło, tak, że udało nam się parę razy wyprodukować harmonie, których nie powstydziłby się kompozytor najkrzywszej muzyki współczesnej.j. Gościom jednak się podobało, a i nam sprawiło w sumie nielichą przyjemność, bo na przykład taki Chór Hebrajskich Niewolników można śpiewać bez końca. (Zdawało mi się, że już to umiem, a tu na próbach okazało się znienacka, że w tym utworze występują dwa soprany i trzeba się było pędem douczyć.)

Cenne były spotkania i pogaduchy na nowo przeciągające niteczki przyjaźni z osobami znanymi sprzed lat; troszkę może inaczej teraz, kiedy zanikła dziura pólpokoleniowa, bo przez długi czas byłam w tym chórze najmłodsza. Dzięki temu jednak, znalazłszy się w samym środeczku drogi do następnego pokolenia, zadzierzgnęłam też niteczki z kilkoma fajnymi małolatami w wieku dwudziestkowym.

Kolekcjonowałam sobie więc postacie w tych rozmowach... największe wrażenie zrobiło jednak chyba spotkanie z dziewczyną na swój sposób wyrwaną śmierci - półtora roku temu, po ciężkim wypadku samochodowym nie wiadomo było nawet, czy po niesamowicie skomplikowanych obrażeniach przeżyje. Długa śpiączka, wybudzanie, kroczek po kroczku przywracanie do życia, uczenie się na nowo każdego drobiazgu... dziś Paulina chodzi o własnych siłach, trochę koślawo, ale bez wózka, kul i kijków, które po kolei były etapami powrotu do pionu. Mówi - choć brzmi to jak rozmowa z obcokrajowcem szukającym jeszcze odpowiednich słów; ćwiczy pisanie, ćwiczy precyzję rąk, rehabilitacja trwa.

Paulina jest przylepą, co chwilę zarzucającą człowiekowi ręce na szyję i jak fontanna tryskającą radością z tych - z naszego punktu widzenia drobnych - osiągnięć, ale mówi też trochę o frustracji spowodowanej powolnym tempem tych wszystkich zmian. Takie spotkanie zmienia trochę perspektywę... tu się człowiek martwi, że jakiegoś tam stempelka nie posiada, albo jakiś bzdurny plan nie wypalił, a tam - taka radość, że w ogóle się żyje. Nie umiem sobie wyobrazić takiego powrotu do życia, ani tego, czego w tym procesie doświadczyli jej rodzice. Myśmy tylko kibicowali z dala.

Z takich "życiowych" refleksji jeszcze: ludzie pamiętają o człowieku takie szczegóły, które w życiu nie przyszłyby mi do głowy. Drobiazgi, które dla mnie wtedy nie miały praktycznie żadnego znaczenia, tycie, tyciutkie geściki - a komuś tam jednak zapadły w pamięć i po dziesięciu-piętnastu latach je wygrzebuje. Wnioskuję zatem, że trza się starać :)

I cóż jeszcze... przemijanie czasu, ale z drugiej strony, dla równowagi, ogrom entuzjazmu, nastawienia "chce mi się", niekończącego się wdrapywania na coraz wyższy poziom, poświęcenia dla innych zupełnie bezinteresownie. I mnóstwo innych wrażeń, do których jeszcze się może wróci, ale póki co - kilka zdjęć wspomnianych na początku, z wczoraj:

 Fajnie jest widzieć, że moja walizka leci ze mną - ta kolorowa :)
 Autostrada, którą się przyjechało, i gobeliny z poletek uprawnych.
 Ciepłownia jakaś, czy elektrownia?
Ze szkieukami cienko jakoś było podczas tej wyprawy, ale na sam koniec, na lotnisku w Chicago, trzeba było przejść przez galerię zachęcającą do zwiedzania muzeum witraży na Navy Pier, więc nałapałam sobie na koniec szklanych fotek. I w sam raz, jak po tym spowolnieniu dotarłam do karuzeli z bagażami, wyjechała moja liściasta waliza :)

piątek, 12 sierpnia 2011

983. świętowanie czas zacząć!

Co prawda do tysięcznego wpisu zostało jeszcze trochę numerków, ale ponieważ teraz nastąpi cisza wakacyjna, w sam raz jest to sprzyjająca pora na ogłoszenie rozdawnictwa. Zapisywać się można w komentarzach, miło będzie, jeśli kwadracik albo wzmianka znajdzie się i na blogu :) [Jeśli się bloga nie posiada, proszę podać email, żeby się dało skontaktować w przypadku wygranej.]  

A oto co się będzie losowało, kiedy się dojedzie do tysięcznego wpisu, czyli gdzieś w pierwszej połowie września: 

Papiery: żółty notes biurowy (mój ulubiony), stertka papierów i kartoników skrapowych, wzorzyste kartki notesowe, stare nuty, kartki ze starych książek, kilka serwetek.
Cała reszta: tagi K&Company, tagi kartonowe większe i tycie, naklejki z guzikami, stempelki akrylowe (ptaszyna, natura, choinki - w końcu idą święta), kółeczka do wzmacniania dziurek w albumach, kółka do spinania kart, małe rameczki, szklane placki, kolorowe spinacze, różnokształtne ćwieki, cała miseczka (aczkolwiek bez miseczki) drobiazgów typu guziki, koraliki, cekiny, świecidełka i takie tam. I pewnie coś jeszcze :)

czwartek, 11 sierpnia 2011

982. fabryka kartek

Sprężyłam się wczoraj i zrobiłam osiem kartek, bo mi potrzebne. Główne zadanie polegało na tym, żeby wykorzystać produkty z prezentu, jako że obiecałam swego czasu prezentodawczyni, że tak właśnie postąpię. Był to czerwony papier ryżowy, kamyczkowaty karton i drugi papier ryżowy, z chińskimi literami.

Mamy więc poważną - może nawet męską? - kartkę z drzewami i złotymi narożnikami (jakoś mnie strasznie złoto wczoraj kusiło).
Druga fajna pieczątka, liściowa - koleżanka lubi naturę, więc i patyczki się przyczepiły, papier czerwony jest z tych zadanych, a tło - z papieru listowego wymoczonego w herbacie i trochę wymiętego.
Następnie przerzuciłam się na pieczątkę kawową, z gorącymi embossingiem i małym podmalowaniem. (Złoty papier też jest domowej produkcji - cienki karton pomalowany akrylówką, daje taką fajną fakturę, z delikatnymi śladami pędzla.)
Chiński papier prosił się o chińską pieczątkę - ta jest moja ulubiona, jak starożytna pieczęć.
I na koniec miało być hindusko, ale nie wiem, czy do końca wyszło... pomysł z embossingiem na papierze ryżowym na wzorzystym tle, które przeziera ze spodu, jest dość fajny, ale całość jakoś nie bardzo mi się trzyma kupy.
Następnie skończyła mi się wena na te czerwienie, więc wygrzebałam resztki kartonu pomalowanego niegdyś plamiście akwarelami i zrobiłam z nich kwiatysie, z tłem z takiej siateczki, zdaje się, że do bukietów się to stosuje? Też przyjechało z Polski.

I na koniec jeszcze zestaw materiałów różnistych - PRAWDZIWY papier skrapowy od Mrouh (nareszcie spotkał się z nożyczkami, po jakichś trzech kwartałach), gruba nić ze sklepu drugiej szansy, papier czerpany od Pasierbiczki, kwadrat z ochraniacza na kubek Starbucksowy, kwiatyś z zestawu z prezentu. I baza też chyba z jakiegoś spadku.
Maraton zakończyłam o pierwszej... ale mogłam sobie odhaczyć kolejną czynność na przedwyjazdowej liście :)

wtorek, 9 sierpnia 2011

981. nici, igły, sprzęty tnące

Prześcieradło się nam było potardżyło - pięć lat je mieliśmy, albo nawet ciut więcej, bo to prezent ślubny był (aczkolwiek pośrednio, bo dostaliśmy kołdrę, a jedną już mieliśmy, więc poleciałam ją oddać, a w zamian za to zakupiłam pościel, właśnie tą.)

Prześcieradło wyjechało na śmietnik, ale żeby tak całkiem pamięć o nim nie przepadła, zrobiłam z niepotarganego kawałka serduszko z zapachem w środku. Jakiś taki oceaniczny ma być ten zapach, zobaczymy, jak długo wytrzyma.

Drugie dzieło w trakcie to album, a właściwie seria albumów z naszą historią. Sklejanie planuje się na godziny nudy w samolocie. Czasy ekscytacji lataniem już dawno minęły... teraz bardziej mnie to straszy, w sensie "jak ja tyle wytrzymam".

Musiałam sobie zakupić malutkie kleiki, bo oczywiście nie wolno wziąć większego płynu do bagażu podręcznego. Standardowy Tacky Glue ma 4 uncje, do samolotu można mieć buteleczki 3-uncjowe, ale małe kleje są poniżej 1 uncji, niewiele większe, niż szminka.

Mamy więc naciupane kartoników, papierów na tła, zdjęć i papierów do oklejenia okładek. Potrzebne mi są jeszcze bazy na okładki i jakiś karton na pudełko, bo te wszystkie albumiki trzeba jakoś połączyć w całość. 

Kolejka czynności do wykonania powoli się zmniejsza, ale jeszcze tyyyyyle zostało... nie lubię zbytnio tych ostatnich dni przed wyjazdem.

Ale żeby wpis się nie kończył przygnębiająco, zapodam, że w piątek zostanie ogłoszone rozdawnictwo z okazji świętowania tysięcznego wpisu :)

sobota, 6 sierpnia 2011

980. niedzielna zagwózdka, czyli nowe eksponaty w Ponglisz Museum

Proszę bardzo: gejtka się już nie otwiera, a nadmiar pomidorów należy umieścić w dziarach. HA!

Tak na marginesie: miałam kiedyś teorię, że te pongliszowe słowa wciskają się na miejsce mniej oczywistych polskich odpowiedników - na przykład PICZESY, bo starsze pokolenie może nie miało do czynienia z egzotyką w postaci brzoskwini; karłosz i tołowanie samochodu też nie były zjawiskami znanymi przed laty, blotklat, sajarik i siaty to terminologia medyczna, więęęęęc... Moja teoria legła jednak w gruzach, bo jak wieloletnia i zasłużona pani domu może nie wiedzieć, jak po polsku byłby cziskejk, burdykiejk albo dzius, natomiast jej małżonek na pewno gdzieś w mowie lub piśmie napotkał dewoła; o korcie i tykietach też przecież musieli słyszeć w ojczyźnie-polszczyźnie. I co? I nic, nawet najbardziej oczywiste słowa można zagubić.

Ale za to są najcenniejszymi dostarczycielami perełek do mojego muzeum :D

czwartek, 4 sierpnia 2011

979. abraham i sara

Należałoby się wreszcie słowo o ukończonym projekcie kostiumowym. Ostatnie ściegi zostały wykonanie w sobotnie popołudnie... ze świadomością, że te moje dzieła dalekie są od doskonałości, ale jednocześnie są na tyle dobre, że się przydadzą. Trudno - jak się nie ma praktyki szwalniczej, to się szyje troszkę kulfoniasto.

Tak wyglądały ubiory przed wyjściem z domu:
A tak Sara (która rzeczywiście ma na imię Sara) opowiadała dzieciaczkom swoją historię:
Potem zjawił się również Abraham i wszyscy wsiedli do niezbyt starotestamentalnego namiotu:
Na koniec była jeszcze chwilka pozowania do zdjęć:
Rzecz udała się nawet lepiej, niż sobie wyobrażałam, bo był powyższy namiot (cóż, że nowoczesny - małym dzieciakom zapewne nie robiło to różnicy, a frajda z wejścia do budki jest podobna) oraz egzotyczne pożywienie typu figi, daktyle, pistacje itp. Sara z Abrahamem nic nie ćwiczyli, nie umawiali się - nie wiem nawet, kiedy ostatnio się widzieli, ale zbudowali kapitalny dialog oparty na wspomnieniach z całego wspólnego życia, z wędrowania po świecie, narodzin Izaaka... a kiedy Abraham opowiadał o tym, jak prowadził syna na górę, żeby złożyć go na ofiarę, zapadła absolutna cisza, a my, opiekunki, miałyśmy łzy w oczach. I to była chwila całkiem magiczna, choć może w biblijnym kontekście nie jest to najlepsze słowo :)

Ciuchy ponoć będa jeszcze wykorzystywane przy innych okazjach - są na tyle wszechstronne, że przy dołożeniu określonych atrybutów mogą odziać wszystkich od Kaina i Abla po Jana Objawiciela. Cieszę się bardzo, że przedsięwzięcie się udało i że poproszono mnie o udział, bardzo to podbudowuje :)

Teraz mam jeszcze do zrobienia przed wyjazdem tłumaczenie - bardzo przyjemne i poetyckie, bo o Pieśni nad Pieśniami. Można zahulać z opisami, tym bardziej, że autor poprosił o napisanie po angielsku, a nie przetłumaczenie słowo w słowo, co daje pewną wolność.

No i jeszcze album z naszą historią, straszny grubas się zapowiada, a wręcz pięciocalowa kostka :) I jeszcze kilka kartek mam zrobić, i jeszcze kleszcze, i drobne zakupy (całe szczęście, że wszystkie prezenty już pojechały w paczkach). Ponieważ zaś na niniejszym blogasku zbliżamy się do tysięcznego wpisu, to i jakieś świętowanie trzeba będzie urządzić. CDN!

PS. Ekspedycja Batura Muztagh 2011 wędruje obecnie pieszo na północ od wioski Bar w Pakistanie i przy pomocy tragarzy taszczy sprzęt to bazy wysuniętej, cokolwiek to oznacza.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

978. wyprawa nie nasza

Ponieważ pojawiła się prośba, zapodam dziś nieco więcej szczegółów na temat wyprawy, w jakiej uczestniczy mój siostrzeniec Mikołaj. Jako ciotka z jednej strony cieszę się bardzo, że ma możliwość wsadzenia nosa w taką egzotykę, bo to szansa zupełnie niepowtarzalna, ale z drugiej - gdzieś tam na dnie przygodowego serca czają się jednak niepokoje. Na razie wszystko idzie jednak zgodnie z planem i zdaje się, ze zapiera dech w piersiach :)

O wyprawie można bardziej oficjalnie poczytać na stronie Klubu Wysokogórskiego Kraków. Oto mapka przedsięwzięcia:

Zalecieli na razie przez Moskwę do Delhi, następnie przeciągnęli się do Islamabadu, a najnowsza, dzisiejsza wiadomość była z Gilgit. Jechali tam Karakoram Highway, z mniej więcej takimi widokami po drodze - na przykład ośmiotysięcznik Nanga Parbat:



Gilgit przedstawia się tak:



Teraz będą sunąć dalej na północ, ku wiosce Bar, gdzie kończy się droga przejezdna samochodem, a potem potuptają już na nogach w stronę Batura Muztagh.



Mam nadzieję, że nikt mi nie urwie głowy za te wszystkie "pożyczone" z wikipedii i Google Maps fotki... jestem jednak tak podekscytowana tą wyprawą, że chęć pokazania tych widoków wygrała tym razem ze zwyczajową niechęcią do takich pożyczek. A chłopaki na pewno będą miały góry zdjęć, tylko że w tej chwili cienki internet nie pozwala im nic przepchać.

Tak sobie myślę o tej ich ekspedycji i jednocześnie uśmiecham się na nasze perspektywy - o ile nie zdarzą się nieprzewidziane wypadki, najbliższe trzy wyprawy to Minnesota w długi wrześniowy weekend, Dakota Północna-Kanada w październiku i Turcja-Izrael w marcu. Normalnie spełniają mi się marzenia :)