środa, 19 maja 2010

749. te same kolory, co zawsze

Po raz kolejny wyszło mi niebiesko-zielono. Najsampierw kartka z irlandzkim życzeniem - błogosławieństwem - wygrzebałam akryle sprzed lat, jeszcze zapakowane, które dostałam od kogoś tam spadkowo i właśnie się przydały.


W kwestii wyzwania butelkowego przypomnę kartkę należącą statystycznie do maja :), choć zrobioną już jakiś czas temu - kwiatysie wycięte z butelki po Mountain Dew. Zdaje się, że butelki też naganiają mnie do stałego zestawu kolorów, bo wykazują tendencje niebiesko-zielone.

No i jeszcze konisie morskie, na razie przygotowane jako składniki do kartek. Zaglądnęłam do wikipedii i okazuje się, że te niebywale ciekawe stworzonka są raczej w tonacji żółto-pomarańczowo-brązowej, więc przy następnych ubarwienie zostanie zmodyfikowane :)

poniedziałek, 17 maja 2010

748. Dzień Chomika

Dziś ponoć jest Dzień Chomika – nie w sensie futrzastego zwierzaczka, tylko chomictwa domowego, które jest zapewne przypadłością wielu z nas, osób tworzących sztuki z mniejszą lub większą częstotliwością. Spędziłam zatem wczoraj trochę czasu w kraftowni, porządkując, organizując pudełka i przydasie, a nawet udało mi się spakować jedną reklamówkę do wyrzucenia. Nie jest to zbyt wielka ilość w porównaniu z wszystkim, co zachomikowałam, ale zawsze coś.

W odpowiedzi na piątkową myśl z Imaginarium powiem tyle:

Czerwonych butów nie posiadam ani pary, pewnie dlatego, że i ciuchów czerwonych w mojej garderobie się nie uświadczy. Jakoś tak podświadomie omijam, choć większość ubrań ma dość konkretne, żywe kolory. Od zawsze kręciłam się jednak bardziej wśród barw chłodniejszych.

Skoro o Imaginarium mowa, to wczoraj wytworzyłam sztuczkę butelkową na majowe wyzwanie codziennościowe; owinęłam mianowicie szklaneczkę świeczkową plastikiem z Mountain Dew, przyciętym do odpowiedniego rozmiaru. Plus jest taki, że można sobie łatwo, szybko i bezpłatnie przystosować świece do danej okazji, wystarczy niezmywalny pisak i ewentualnie jakieś dodatki. Na moim napisałam (trochę na wyrost, bo na zewnątrz nadal chłód) „Summertime – and the living is easy”, początek znanej piosenki.

W taki sposób można wypisać choćby życzenia dla solenizanta – na każdej świeczce inne; imiona osób, które mają zasiąść przy danym nakryciu, albo złote myśli na jakiś temat.
Plastik jest z tyłu złączony sznureczkiem metodą gorsetową, ale zapewne przezroczysta taśma również zdałaby egzamin, a byłaby szybsza w instalacji.

No i jeszcze sztuka za dziś – baaardzo niebieska kartka urodzinowa z kafelkiem, wszyscy czytelnicy wiedzą z czego, więc nie będę się powtarzać :D

niedziela, 16 maja 2010

747. kartkowo i butelkowo

Wczoraj powstały trzy karteczki - zrobione z jakże letniego zestawu papierów Cafe Mediterranean i z obrazków znalezionych na stronie zapodanej mi przez Mrouh (jak znajdę link, to dodam).

Najbardziej podoba mi się gruszkowa - gruszka to niezwykle wdzięczny obiekt ilustracyjny.

Obrazki przylepiłam na grubej tekturze, ozłociłam nieco brzegi i pomalowałam całość Modge Podgem. Resztę widać na zbliżeniu - siateczka ze sklepu w Polsce, dodatkowa ramka z tektury malowanej złotą akrylówką.

Pamiętacie majowe wyzwanie skrapowania codziennością? Zdaje się, że plastikowe butelki to nie najłatwiejszy materiał :) Dziś zaeksperymentowałam z etykietą z Nałęczowianki - jest to cieniutka plastikowa folia, nieco lśniąca pod odpowiednim kątem.
Najwyraźniej działa na tym materiale embossing na gorąco, tylko brzegi się zwijają. Tę właściwość można wykorzystać - jeśli zrobi się w folii małe nacięcia, to po podgrzaniu powstają dziurki odsłaniające powierzchnię pod spodem.

Najlepiej byłoby zapewne pracować na większej powierzchni, zrobić embossing i dziurki, po czym przyciąć do ostatecznego rozmiaru - w ten sposób uniknie się zwiniętych nieładnie brzegów. Technika wymaga dopracowania :)

sobota, 15 maja 2010

746. Christmas in May?

W sklepie drugiej szansy ze dwa razy do roku trafiają się stempelki; z tego raz może są fajne, nie-dziecinne. Dzisiaj powędrowałam po śpioszki i ewentualnie inne ciuszki dla wnusi (nie ma sensu kupować wszystkiego w oryginale, skoro dzieciaczek założy to ledwo kilka razy i już wyrasta). No i cóż, moje dobre zamiary zostały sowicie nagrodzone, bo nie dość, że ubranka trafiły się bardzo fajne, a to w sumie rodzaj loterii - to jeszcze stemple były!! Cała poniższa grupa kosztowała aże $3.50, a jeszcze była poduszka z czarnym tuszem, która jakoś ze zdjęcia uciekła.

Najbardziej oczywiście raduje mnie latarnia morska, bo oglądałam już kiedyś na ebayu latarniowe pieczątki i ceny były zniechęcające. Wersety mnie cieszą podobnie jak ten obrazek, natomiast cała reszta była w woreczku, jako całość; stąd te osobliwe kółka (pewnie zakłada się je do jakiegoś trzymadełka, ale i tak się mogą kiedyś przydać). Z woreczka zależało mi na domkach i konewce, reszta - cóż, jak w tej przypowieści o człowieku, który kupił całe pole, żeby zdobyć skarb, który był w nim zakopany :)

Tak czy inaczej, czuję się, jakby właśnie spadł mi z nieba gwiazdkowy prezent i uśmiecham się od ucha do ucha. \_____/ <- szeroki uśmiech czyli... szaflik. A sztuka będzie, jak się dokończy.

piątek, 14 maja 2010

745. nie taka prosta sprawa z tym ma(ł)pkowaniem

W Imaginarium rzucono wyzwanie mapkowe. Do tej pory raczej nie korzystałam, ale kiedyś trzeba spróbować. Takoż i natworzyłam sobie elementów, napisików, kwiatków malowanych akwarelami i H2O po bezbarwnym embossingu, kuroneczkę z serweteczki wycięłam... no i kłopot powstał, bo całość ani rusz nie dawała się upchnąć na zamierzonej przestrzeni.


Podejście drugie: bez kuroneczki, za to z trzema słowami, standardowo występującymi w zestawie. I prawie-że się udało, ale omskło mi się przy przyklejaniu słów i „live” moim zdaniem powinno być bardziej ku lewej, żeby uniknąć takiej oczywistej symetrii.

Generalnie wygląda na to, że praca z mapkami nie jest moją najmocniejszą stroną. Bardziej mnie chyba ogranicza, niż pomaga.

Po sfotografowaniu dzisiejszych sztuk wychodzę z aparatem na balkon, gdzie – hurra – ziemniak nam rośnie! W porównaniu z zeszłym rokiem, czyli zupełną porażką, jesteśmy o co najmniej jeden kroczek do przodu, bo wylazły listki. Kibiców prosimy o dalsze trzymanie kciuków za ziemniaczane przedsięwzięcie.

I jeszcze fotka z pracy, na chybcika pstryknięta w jednej z sąsiednich dziupli – nowy dyzajn pudełek na chusteczki! Poleciałam na stronę Kleenexa, gdzie w dziale Products można sobie pooglądać rozmaite pudełka. Klinów, jak się okazuje, mamy cztery rodzaje – arbuz, pomarańcza, limonka i paski; celem obejrzenia należy zjechać ciut niżej, do „Kleenex Everyday Tissue” i potem kliknąć na „View Box Type and Designs”.

czwartek, 13 maja 2010

744. water water everywhere, czyli powódź błyskawiczna

Dziś zamiast sztuki (bo i tak statystycznie mam nadrobione :) będzie obrazek z drogi do pracy – wczoraj wieczorem zaczęła się burza z piorunami, lało chyba przez całą noc i jeszcze polewa, jako że nad naszymi terenami znajduje się obecnie cały wielki system burzowo-deszczowy. Od rana w TV ostrzegają o pozalewanych ulicach i o flash floods, czyli - wedle wikipedii – o powodziach błyskawicznych.

Taką właśnie powódź błyskawiczną napotkałam niedaleko redakcji – znaki odnośne ustawiono, jako się należy, kałuża zajęła całą drogę, więc odczekałam na dwa auta, żeby sprawdzić, czy się nie utopię (w międzyczasie pstrykając zdjęcie fotoreporterskie), a potem szuuuuuu, przeprawiłam się wolniutko na drugą stronę.

środa, 12 maja 2010

743. weź gazetę, nożyczki i klej...

...i targaj, układaj, przylepiaj. W Imaginarium słoik z zeszłego piątku zawierał przepis na superszybki kolaż z dowolnie wybranego magazynu. Takoż i wzięłam z pracy stary egzemplarz magazynu wydawanego w naszej redakcji, ciach-ciach i wyszedł taki zestaw:

Za tło posłużyła jedna z moich ulubionych reklam – kobietka w butelce (firma produkująca opakowania na środki piękności). Zabawa była przednia, nigdy chyba jeszcze tak destrukcyjnie nie podchodziłam do naszych wydawnictw, a jednocześnie bardzo personalnie myślałam o znanych mi od lat osobach, które przysyłają mi te materiały do publikacji i co by sobie x y z pomyślały o takim postępowaniu.
W pracy wyszło to, że sztuka i piękno są dostępne dla każdego, że dają wolność i sprawiają, że choć czas umyka, to jednak więcej (i piękniej) pozostaje z niego w duszy, gdy życie okraszone jest pięknem. A piękno jest wszędzie dookoła, w człowieku i w naturze. Ot co.

Skoro już cięło się magazyn, to z innego egzemplarza wzięło się fajny obrazek z wiosennymi brzozami oraz bardzo pomarańczową reklamę czegoś-tam i wkleiło się do gromadziennika obrazki z zeszłej niedzieli:
Natomiast w pracy miałam dość rzadką okazję podziałać plastycznie, a mianowicie sporządzić nową tablicę do śledzenia wyników finansowych. Co miesiąc zmieniamy z główną księgową wystrój – w lutym były serduszka, w marcu irlandzkie koniczynki, w kwietniu jajca i marchewki, a na maj wymyśliłam Mayflower, statek z pielgrzymami, którzy założyli pierwszą anglosaską osadę na tutejszym kontynencie. Każdy żagielek na statku i każda paka na łodzi to określona suma wpływów; po ich uzyskaniu przylepia się na tablicy przycięte odpowiednio karteczki z cyframi. Może to trochę dziecinne, ale ponieważ gazetka owa znajduje się w bardzo centralnym miejscu, to wszyscy znacznie lepiej orientują się w całokształcie finansowym, niż np. rok temu.

wtorek, 11 maja 2010

742. leje, a u mnie motyle

Rozpadało się dziś i to tak, że bez parasola się nie wyjdzie. Na kraftowym stole zamigotały zaś motyle – jakoś mi się wczoraj ten pomysł wymyślił, żeby wziąć małe serweteczki pod ciastka, pomalować je akwarelami i wyciąć skrzydełka. Malowałam na mokro, suszyłam suszarką do włosów celem przyspieszenia procesu, potem pomalowałam jeszcze raz opalizującymi farbkami H2O. Szkoda, że tego efektu zbytnio na zdjęciu nie widać, może jedynie odrobinę na zielonkawym detalu. Czekam na słońce, razem z moimi motylkami.

Część środkowa (jak ona się nazywa, oprócz tego, że głowa, tułów i odwłok? Ciało motyla?) jest zrobiona z jajecznego pojemnika, o którym wzmianek wszyscy mają pewnie dość, ale cóż ja poradzę na to, że ten materiał tak mi się spodobał? Można wycinać, malować, pieczątkować, a dzięki swojej grubości wprowadza efekt małej trójwymiarowości.



Docelowo motylki znajdą się na kartkach, ale na razie nie zdążyłam ich jeszcze nakleić.

poniedziałek, 10 maja 2010

741. weekendowe przyjemności

Miniony weekend był w sporej części poświęcony na papier i podróżowanie, czyli to, co tygryski lubią najbardziej. W sobotę, dzięki odwołanej lekcji polskiego, wydawało mi się, że mam urlop. Ach, cóż za piękne uczucie! Powstał cały rządek różności, między innymi seria kartek z zakupionego niedawno bloczka papieru/kartonu. W studiu niemal zapachniało latem od tych słoneczno-łąkowych kolorków.

W ten sposób uważam dzieła na sobotę, niedzielę, dzisiaj i jutro za wykonane :D




W niedzielę większość dnia zajęła sześcioosobowa wyprawa z polskiego kościółka. Tym razem było trochę natury, ale i sporo techniki - farma wiatraków, gdzie można podjechać pod samą turbinę i doznać przytłoczenia jej ogromem; dość spora śluza na rzece Illinois, przez którą akurat przepychały się barki, oraz fragment historycznego kanału Illinois-Michigan (chodzi o rzekę Illinois i jezioro Michigan), z zabytkową śluzą i akweduktem, czyli bezkolizyjnym skrzyżowaniem kanału z rzeką.

Zdjęcia zapewne będą na pikasie, a póki co - piękne, choć tajne miejsce w Buffalo Rock State Park, urwisko z zardzewiałego piaskowca, połyskującego drobinami... no właśnie czego, krzemionki?

Na koniec jeszcze kolejny półprodukt: kwiatki wypieczątkowane i pokryte bezbarwnym embossingiem na gorąco, a potem pomalowane akwarelami. Jak ja lubię takie oczobipne kolorki :)

piątek, 7 maja 2010

740. nie dość, że różowo, to jeszcze niesymetrycznie...

...i pastelowo, czyli po trzykroć nie moja działka, ale przeciez trzeba od czasu do czasu wyjść poza granice, jakie sobie człowiek sam wytworzył swoim ulubieniem. Stanowczo lepiej czuję się wśród niebiesko-zielonego targania i recyklingu, choć i tu kwiatuszki powstały ze starych kopert zakiszonych z redakcyjnej korespondencji.

Kwiatysie nadają się na wyzwanie we młynie, a karteczka to chyba się przyda na urodziny jakiejś babci - emerytki :)


czwartek, 6 maja 2010

739. mechanicznie i organicznie

W odpowiedzi na myśl ze słoika w Imaginarium poskładałam takie dziełko... Tamta ilustracja mnie zaniepokoiła swoją mechanicznością, czarno-białością, chłodem - niby serce tam bije, ale też raczej zimne, opisane literkami... Trochę to wszystko wygląda jak Borg ze Star Treka, choć Borgi chyba nawet takich serc nie posiadały.

A ja człowieka - przynajmniej siebie - widzę całkiem inaczej: kolorowo, zawieszonego w zadumie i radości między niebem a ziemią, patrzącego nieustannie wprzód. Zamiast najeżonych zębami trybików falujące luźno w przestrzeni, przeplatające się warstwy znaczeń i rozumień. I oczywiście serce, czerwone i z daleka widoczne, nieważne, że niepoprawne anatomicznie.

Na zbliżeniu widać jeszcze gwiazdki na niebie i kształty listkowate na ziemi - eksperymenty z bezbarwnym proszkiem do embossingu dokonane za pomocą moich ulubionych stempli, sprezentowanych jakiś czas temu przez T. Muszę powiedzieć, że trafił sobie wyjątkowo - wszystkie inne pieczątki mieszkają w szufladkach i wychodzą tylko od czasu do czasu, a te mają stałe zakwaterowanie na stole, pod ręką.

738. czarny-żółty-czerwony...

...czyli w ogóle nie mój zestaw kolorów, ale takie akurat chciałam w tym przypadku. Po raz kolejny jajeczne kafelki i bibułki oraz embossing na gorąco.

Kilka fotek z wczorajszego świętowania... tak wyglądał stół zawierający większość smakołyków:

Było też na nim kilka ciekawych naczyń... uwielbiam takie ludowe gliniaki i plecionki.


Ogień w butelkach:

Nad całością zagadnienia czuwał wielki balon – Meksykanin z kapeluszem jak statek na niebie:

A tak wyglądał mój skromny wkład:

Popróbowałam różności – surowy ananas, niepuszkowy, jest fajny. Mięska przyrządzone przez mamę naszej Meksykanki, Marii, były za sto punktów. Guacamole – mniam. Większość innych składników takoż – mniej i bardziej palących. Nie jestem zbytnio fanką marynowanego kaktusa, choć wraz z innymi rzeczami wewnątrz taco da się zjeść. Jicama – ten owoc o dziwnej polskiej nazwie – hm, żyłam bez niego do tej pory i chyba mogę żyć dalej :) Natomiast papai będę raczej unikać.

Taco lubię między innymi za to, że jest nieskończenie twórcze – przy ilości i wersji istniejących dodatków można kombinować nowe odmiany i nie ma mowy o nudzie. Takie proste, a takie fajne.

środa, 5 maja 2010

737. Cinqo de Mayo, czyli dziś wszyscy jesteśmy Meksykanami

Świętujemy dziś na zakładzie Cinqo de Mayo, w związku z czym na lunch będą tacos – ludzie przynoszą komponenty, od placków poprzez guacamole, listki cilantro, pomidory, salsę, cebulkę, aż do kilku rodzajów mięs. Moja działka to taca z owocami – ananas, pomarańcze, jicama (po polsku wielce nieromantycznie kłębian kątowaty :D), papaja. Ach, będzie się działo!
Wczoraj skończyłam wpis gromadziennikowy o niedzielnej wycieczce. Mamy zatem stronę wstępną z narysowaną mapką przedsięwzięcia...

...rozkładówkę z roślinkami...

...mapę urzędową, jaką bierze się na początku szlaku...

...i resztę zdjęć razem z opisem wycieczki na moim ulubionym żółtym papierze w kratkę.

Gotowe są też półprodukty do dzisiejszej kartki – kafelki, jak zwykle, z jajecznego pojemnika. Suszą się i czekają na wmontowanie w całość.

wtorek, 4 maja 2010

736. gromadziennikowo

Wczoraj z lekka połknęło mnie kurodomostwo – zakupy żywnościowe, obiad, ciasto, sprzątanie po tym wszystkim... no i, jak to się mówi, zleciało. Dlatego też dzisiejszą sztukę (którą chciałam zrobić wczoraj) zaczęłam klecić dopiero dziś rano, a skończę pewnie wieczorkiem. Powklejałam mianowicie obrazki z niedzielnej wycieczki na gromadziennikowe kartki; rzecz jasna, będą jeszcze opisiki, tytuły, no i sprawozdanie z wyprawy.

Strony sfotografowałam na chybcika na tle kajetu z notatkami – przede wszystkim kraftowymi, ale co kawałek znajdą się też i zapiski kościółkowe, przeplatane (nader rzadko) zebraniami w pracy i sprawami wycieczkowymi.

poniedziałek, 3 maja 2010

735. same zielonkawe obrazki

Ledwo się maj zaczął, a ja już muszę prezentować codzienne sztuki z lekkim naciągnięciem. Niemniej jednak są: przedmiociki zrobione z plastikowej butelki, jako że w Craft Imaginarium mamy na ten miesiąc wyzwanie butelkowe właśnie, do udziału w którym serdecznie zapraszamy wszystkich chętnych. Można wykorzystać jakikolwiek fragment – zakrętkę, sam plastik, etykietkę; można wycinać, wyginać nad płomieniem, dziurawić, przeszywać; a gdyby tak zakrętką stemplować, gdyby się zdarzyła takowa z wzorkiem? Kiedyś sok pomarańczowy w kartonie miał ciekawą zakrętkę...

Pierwsze dziełko to akwarium na muszelki – słynna woda Nałęczowianka gazowana, w butelce o subtelnym zielonkawym zabarwieniu (to się będzie liczyło za sztukę z wczoraj), a drugie - bransoletka z Mountain Dew, z kwiatkami wyginanymi nad płomieniem (za dzisiaj). Akwarium ma na górze kółeczko, przez które można przeciągnąć łańcuszek i ma się naszyjnik.


Wczoraj większość dnia spędziliśmy przebierając nogami po szlaki w sąsiedniej Indianie – po raz kolejny poniosło nas na wydmy, na szlak Cowles Bog tym razem. Koło siedmiu-ośmiu kilometrów przewędrowaliśmy, po pagórkowatym lesie i nad bagnami, podziwiając wiosenną zieleń, rozmaitość kwiecia i ogłuszający wręcz śpiew ptactwa. I dziwując się czasem, że w Indianie rosną kaktusy. Albumik wycieczkowy będzie na pikasie. Później.