Rozkminiamy właśnie z T słowo asortyment, bo zdaje mi się, że ostatnio nabrałam nie do końca właściwego zrozumienia tego wyrazu. Po polsku to chyba najbardziej odnosi się do zakresu towarów w sklepie (najlepiej, żeby asortyment był szeroki, bo inaczej nie ma się czym chwalić :)
A u mnie wepchnęło się do definicji asortymentu inne znaczenie - że to po prostu zbiór, zestaw różnych przedmiotów danego rodzaju; po angielsku tak właśnie można (bardzo poręczne jest też słówko assorted.) Podobnie, ale jednak nie to samo chyba.
I tak właśnie w tym tygodniu dostałam w prezencie od Rachel assortment tasiemek i wstążeczek - kawalątka są małe, może po 20 cm, ale moja dusza aż kwiczy z radości, bo lubi mieć rozmaitość, a takie krótkie odcinki nie zajmują dużo miejsca. Zaraz któryś wmontuję w jakąś karteluchę albo coś :)
A skoro już o kartkach mowa - powstały kolejne francuskie drzwi.
A gdyby ktoś miał ochotę wybrać się na wycieczkę, to Projekt Fotka zrobił znów kroczke do przodu; wystawiłam drugi odcinek wyprawy do Izraela. Tak, tak, sprzed roku.
sobota, 19 stycznia 2013
piątek, 18 stycznia 2013
1266. misje
O jednej misji napisałyśmy właśnie wczoraj z Mrouh na Craftypantkach - po trzech latach zabawy śmieciami i recyklingiem/upcyklingiem pod różnymi szyldami - na własnych blogach, w Imaginarium i Craftypantkach właśnie - postanowiłyśmy zamknąć ten interes, albo przynajmniej przymknąć na jakiś czas i ewentualnie odrodzić go w innym wydaniu. Nie żeby nam się śmieci w domu skończyły... ale pora może się przenieść na inną półkę :)
Nie oznacza to, rzecz jasna, końca naszej międzykontynentalnej znajomości oraz związanych z nią tradycji. Jedna z owych tradycji to wymiana przydasiowa - i w ten sposób sprytnie nawiązuję do poniższej kartki, w której tło to właśnie papier otrzymany od Mrouh, połączony z kraklowym ptakiem. Mniejsze ptactwo jakoś łatwiej jest wmontować w kartkę.
A złoty papier namalowałam sobie sama, akrylówką na białym kartonie - ma taką fajną, trochę matową fakturę i jak się dobrze popatrzy, to widać nawet ślady pędzla.
Misja druga - niekończąca się - czyli przygoda kuchenna. W środę ugotowałam najostrzejszą w życiu potrawę, do tego stopnia, że obawiałam się, czy w ogóle będzie to jadalne :)
Przepis na chili zawiera szaloną ilość przypraw - na czele z ćwiartką filiżanki chili powder. Następnym razem dam go jednak trochę mniej, bo mój proszek zakupiłam w dziale indyjskim i istnieje teoria, że ta wersja jest bardziej paląca od standardowej, amerykańskiej. Au! Na drugim końcu przepisu nie dałam już ostrego sosu, bo i tak konsumpcja tej mikstury wywołuje pot na twarzy.
Ale za to ma działanie leczniczo-przetykające - T i P połknęli wczoraj po solidnej porcji i ponoć im pomogło w zwalczaniu przeziębień. No i okazuje się, że schłodzenie przez noc w lodówce też powoduje obniżenie poziomu ostrości, jak również dodanie tartego sera i grzanek. Przepis dołączam niniejszym do naszego domowego jadłospisu. A w następnej kolejności będzie chyba zupa serowa, mocno kaloryczna, ale też dobra na przeziębione dni.
Nie oznacza to, rzecz jasna, końca naszej międzykontynentalnej znajomości oraz związanych z nią tradycji. Jedna z owych tradycji to wymiana przydasiowa - i w ten sposób sprytnie nawiązuję do poniższej kartki, w której tło to właśnie papier otrzymany od Mrouh, połączony z kraklowym ptakiem. Mniejsze ptactwo jakoś łatwiej jest wmontować w kartkę.
A złoty papier namalowałam sobie sama, akrylówką na białym kartonie - ma taką fajną, trochę matową fakturę i jak się dobrze popatrzy, to widać nawet ślady pędzla.
Misja druga - niekończąca się - czyli przygoda kuchenna. W środę ugotowałam najostrzejszą w życiu potrawę, do tego stopnia, że obawiałam się, czy w ogóle będzie to jadalne :)
Przepis na chili zawiera szaloną ilość przypraw - na czele z ćwiartką filiżanki chili powder. Następnym razem dam go jednak trochę mniej, bo mój proszek zakupiłam w dziale indyjskim i istnieje teoria, że ta wersja jest bardziej paląca od standardowej, amerykańskiej. Au! Na drugim końcu przepisu nie dałam już ostrego sosu, bo i tak konsumpcja tej mikstury wywołuje pot na twarzy.
Ale za to ma działanie leczniczo-przetykające - T i P połknęli wczoraj po solidnej porcji i ponoć im pomogło w zwalczaniu przeziębień. No i okazuje się, że schłodzenie przez noc w lodówce też powoduje obniżenie poziomu ostrości, jak również dodanie tartego sera i grzanek. Przepis dołączam niniejszym do naszego domowego jadłospisu. A w następnej kolejności będzie chyba zupa serowa, mocno kaloryczna, ale też dobra na przeziębione dni.
Labels:
ciekawe linki,
craftypantki,
kartki,
kuchnia,
papierrr,
przepisy
środa, 16 stycznia 2013
1265. różowo
Jedna karteluszka dzisiaj, inna, niż zwykle, bo wyzwaniem było wykorzystanie ścinków ze stołu, którymi coraz mocniej interesował się kot. Do tego guziczki, przedostatnie skraklowane serduszko - i tak zaczęłam dziś dzień. A przynajmniej tak chciałabym myśleć...
...bo tak naprawdę pierwszą czynnością było sprzątnięcię skutków kocich kłopotów żołądkowych, o piątej trzydzieści, czy jakoś tak. A skoro się już wstało, to się zrobiło pranie, gary umyło, posklejało kartkę. Aha, i jeszcze wypuściło na pikasę kompletne albumy o orłach z zeszłego weekendu i o Instytucie Orientalnym z listopada. Z niektórymi zdjęciami jestem blisko dwa lata do tyłu, ale się nie poddaję, czuję na sobie przymus kronikowania. Bo jak te fotki przejdą na dyski archiwalne, to prawdopodobnie już ich nie zobaczę (bo, przyznajmy się: kto tak naprawdę zagląda do zdjęć na cedeczkach? Pamiętając na dodatek dokładnie, co przedstawiają?)
...bo tak naprawdę pierwszą czynnością było sprzątnięcię skutków kocich kłopotów żołądkowych, o piątej trzydzieści, czy jakoś tak. A skoro się już wstało, to się zrobiło pranie, gary umyło, posklejało kartkę. Aha, i jeszcze wypuściło na pikasę kompletne albumy o orłach z zeszłego weekendu i o Instytucie Orientalnym z listopada. Z niektórymi zdjęciami jestem blisko dwa lata do tyłu, ale się nie poddaję, czuję na sobie przymus kronikowania. Bo jak te fotki przejdą na dyski archiwalne, to prawdopodobnie już ich nie zobaczę (bo, przyznajmy się: kto tak naprawdę zagląda do zdjęć na cedeczkach? Pamiętając na dodatek dokładnie, co przedstawiają?)
wtorek, 15 stycznia 2013
1264. skrzyżowanie
Jak już wspominałam, bywam ostatnio w Starbucksie i zdumiewam się tam wielorakością ludzkich ścieżek. Od dawna lubię się gapić na ludzi - choćby na lotniskach, a im bardziej egzotyczny port, tym lepiej, ciekawsze typy ludzkie się zdybie, odzienie bardziej niecodzienne. Na lotnisku większość ludzi jest jednak przelotem, jak sama nazwa wskazuje, nie jest to miejsce przeznaczenia.
A w kawiarni - inaczej. Przysiadają ludzie przy stolikach w złocistej szklanej klatce (bo okna duże, a meble z jasnego, ciepłego drewna) i są tam raczej celowo, nawet jeśli na tylko na chwilę. Spotykają się - i dość łatwo można dostrzec, kto nie mógł się spotkania doczekać, a kto tak naprawdę wolałby być gdzieś indziej.
Albo też spotykają się ze świętym spokojem, czyli właśnie na wycinek czasu, gdzie nikt nie będzie im zawracał głowy i posiedzą sobie nad laptopem czy inną tabliczką, albo nad papierem.
Na tym kawiarnianym skrzyżowaniu zasiadła w zeszłą sobotę tuż obok mnie ruda, krótkowłosa chudzinka w okularach, od której aż biła energia - może wpadająca nawet w nerwowość. Na wszystkie możliwe sposoby zakuwała anatomię, przede wszystkim dłoni: i z książkowego atlasu, i z karteluszków, które w kółko odwracała sprawdzając własne odpowiedzi - i z tabliczki elektronicznej, na której to pisała, to przeglądała znane nam wszystkim z widzenia rysunki kośćca i mięśni. A potem jeszcze przepowiadała sobie tę wiedzę na przykładzie własnej ręki, macając jej kolejne elementy. Posłałam jej w myśli dobre życzenia zdania egzaminu, bo zapewne jakiś wisiał jej nad głową.
Niedaleko była para, która mnie też zaintrygowała, bo młodzieniec zjawił się nie w dżinsach, tylko w jakichś srebrzystych, kościółkowych spodniach z kantką, a dziouszka też wyglądała niesobotnio. Mimo, że zasiedli przy kwadracie o dobre kilka metrów ode mnie, mogłabym wysłuchać każdziutkie słowo, bo młody człowiek posiadał głos niosący się echem nawet, gdy nie mówił zbyt donośnie... głos kaznodziejski, można powiedzieć, bo rozmowa toczyła się na tematy kościelne. Chodziło o przyjęcie do pracy albo do wolontariatu - nie skupiałam się na szczegółach; wszak mój rozum bujał w dalekich zakątkach Wszechświata, gdyż taki właśnie kosmiczny rozdział przypadł mi w bieżącym tłumaczeniu.
Kiedy zaś nie tłumaczyłam, to ciachałam sobie materiały na kolejne strony w zeszłorocznym jeszcze Gromadzienniku - nie ma nic gotowego, na razie same bazy, więc zastępczo przedstawię dwie kartki - świeżynki, z wykorzystaniem skraklowanego ptactwa oraz koralikowego kwiecia.
A w kawiarni - inaczej. Przysiadają ludzie przy stolikach w złocistej szklanej klatce (bo okna duże, a meble z jasnego, ciepłego drewna) i są tam raczej celowo, nawet jeśli na tylko na chwilę. Spotykają się - i dość łatwo można dostrzec, kto nie mógł się spotkania doczekać, a kto tak naprawdę wolałby być gdzieś indziej.
Albo też spotykają się ze świętym spokojem, czyli właśnie na wycinek czasu, gdzie nikt nie będzie im zawracał głowy i posiedzą sobie nad laptopem czy inną tabliczką, albo nad papierem.
Na tym kawiarnianym skrzyżowaniu zasiadła w zeszłą sobotę tuż obok mnie ruda, krótkowłosa chudzinka w okularach, od której aż biła energia - może wpadająca nawet w nerwowość. Na wszystkie możliwe sposoby zakuwała anatomię, przede wszystkim dłoni: i z książkowego atlasu, i z karteluszków, które w kółko odwracała sprawdzając własne odpowiedzi - i z tabliczki elektronicznej, na której to pisała, to przeglądała znane nam wszystkim z widzenia rysunki kośćca i mięśni. A potem jeszcze przepowiadała sobie tę wiedzę na przykładzie własnej ręki, macając jej kolejne elementy. Posłałam jej w myśli dobre życzenia zdania egzaminu, bo zapewne jakiś wisiał jej nad głową.
Niedaleko była para, która mnie też zaintrygowała, bo młodzieniec zjawił się nie w dżinsach, tylko w jakichś srebrzystych, kościółkowych spodniach z kantką, a dziouszka też wyglądała niesobotnio. Mimo, że zasiedli przy kwadracie o dobre kilka metrów ode mnie, mogłabym wysłuchać każdziutkie słowo, bo młody człowiek posiadał głos niosący się echem nawet, gdy nie mówił zbyt donośnie... głos kaznodziejski, można powiedzieć, bo rozmowa toczyła się na tematy kościelne. Chodziło o przyjęcie do pracy albo do wolontariatu - nie skupiałam się na szczegółach; wszak mój rozum bujał w dalekich zakątkach Wszechświata, gdyż taki właśnie kosmiczny rozdział przypadł mi w bieżącym tłumaczeniu.
Kiedy zaś nie tłumaczyłam, to ciachałam sobie materiały na kolejne strony w zeszłorocznym jeszcze Gromadzienniku - nie ma nic gotowego, na razie same bazy, więc zastępczo przedstawię dwie kartki - świeżynki, z wykorzystaniem skraklowanego ptactwa oraz koralikowego kwiecia.
Labels:
brzecze sobie,
kartki,
papierrr,
z życia wzięte
poniedziałek, 14 stycznia 2013
1263. trzynasta tama
Wycieczka inauguracyjna roku 2013 zaprowadziła nas nad Mississippi - nie byliśmy tam jeszcze w zimie, a słyszałam od kogoś, że o tej porze roku można tam oglądać orły. Przestudiowaliśmy mapy, poczytaliśmy - i wyjazd w jeden punkt, na tytułową trzynastą tamę, przekształcił się w wypad całodniowy.
Zaczęliśmy od przystanku na bieżącej budowie Tomka, największym domu w jego karierze (jedenastokrotnej powierzchni naszego mieszkania). Następnie włączyliśmy książkę "Opowieści o Nowym Testamencie" prof. Anny Świderkówny i tak dotarliśmy nad Rzekę - poprzez malowniczą drogę powiatową nr 9 prowadzącą grzbietem z cudnymi widokami na otaczające doliny, zajęte głównie przez liczne farmy.
Trochę nas to GPSowe prowadzenie niepokoiło, bo najpierw zarządzał skręcanie w zamknięte boczne drogi do parku Mississippi Palisades (okazało się potem, że park w ogóle jest nieczynny), a potem wpakowaliśmy się w drogi w ogóle nie odśnieżone, dziewicze... Udało się go jednak przekierować w odpowiednie miejsce i zatrzymaliśmy się - zastępczo, skoro na Palisady się nie dało - na Miller's Landing, tuż nad samiuśką wodą.
Stanęliśmy też na moment na poboczu przy torach, by rzucić okiem na mój ulubiony niebiesi most między Savanną a Sabulą.
W Sabuli trochę się znów pogubiliśmy, bo plan był, żeby dotrzeć do Clinton na południu, a GPS upierał się, by sunąć w kierunku północnym. Okazało się, że miał jednak rację i doprowadził nas sprytnie do parku Eagle Point. Można było za to pooglądać Rzekę od strony stanu Iowa, pięknie i z wysoka, z tamą w oddali - tą tamą, która miała stanowić główny punkt wycieczki.
Szukaliśmy w owym parku kamiennej wieży, co nie od razu się udało, bo część dróg była pozamykana dla aut. Wybraliśmy się tam na nogach, pozyskawszy w skrzyneczce blade ksero nabazgranej odręcznie mapy. Czuliśmy się jak skauci, ale nie za dobrze nam poszło - w poszukiwaniu skróciku wpakowaliśmy się w chaszcze i wertepy, trza było zawracać, trzymać się lepiej poznaczonych ścieżek, na których oprócz naszych śladów były jedynie i tak tylko stada zwierzęcych tropów.
Do wieży w końcu dotarliśmy, ale kiedy wydrapaliśmy się na szczyt, cały widok polegał w zasadzie na oglądaniu czubków drzew. Sfotografowaliśmy za to drewniane orły przy bramie, na wypadek, gdyby nie udało się napotkać prawdziwych :)
Nastała pora lunchu, więc w Clinton zahaczyliśmy szybkiego badziewiaka i przeprawiliśmy się z powrotem na stronę Illinois, tym razem przez most zielony, jakoś słabiej przemawiający do moich mostowych emocji, niż tamten pierwszy, niebieski.
Trafiliśmy wreszcie na tamę, wpakowawszy się uprzednio, całkiem niepotrzebnie, w osiedla domków jednorodzinnych. Zimno tam było nieprzeciętnie, nad samą wodą, na dodatek z mocnym wiatrem... Warto jednak było wystawić się na te mrozy, bo oto po drugiej stronie wody dostrzegliśmy drzewo, na którym rezydował dobry tuzin najprawdziwszych orłów!
Na ich lot trzeba było się przyczaić, bo mew fruwały stada, a orły, jakoby bardziej dostojne, zrywały się z drzew tylko od czasu do czasu.
Przejechaliśmy potem jeszcze na moment na cypel powyżej tamy - aż sobie kazałam tam zrobić zdjęcie obrazujące, jak wygląda człowiek obserwujący orły :)
Wypatrzyliśmy tam też orły siedzące na krawędzi lodu, na drugim planie, za mewami.
A na koniec, kiedy się już rozpakowaliśmy z warstw i zasiedliśmy w aucie, by rozpocząć podróż do domu - przyleciał bliziutko jeden z orłów siedzących wcześniej na lodzie! Jak wisienka na wycieczkowym torcie, takie piękne zakończenie :)
Do zobaczenia, mokradła... przyjedziemy tu może znów na wiosnę, posłuchać żabich śpiewów.
Zaczęliśmy od przystanku na bieżącej budowie Tomka, największym domu w jego karierze (jedenastokrotnej powierzchni naszego mieszkania). Następnie włączyliśmy książkę "Opowieści o Nowym Testamencie" prof. Anny Świderkówny i tak dotarliśmy nad Rzekę - poprzez malowniczą drogę powiatową nr 9 prowadzącą grzbietem z cudnymi widokami na otaczające doliny, zajęte głównie przez liczne farmy.
Trochę nas to GPSowe prowadzenie niepokoiło, bo najpierw zarządzał skręcanie w zamknięte boczne drogi do parku Mississippi Palisades (okazało się potem, że park w ogóle jest nieczynny), a potem wpakowaliśmy się w drogi w ogóle nie odśnieżone, dziewicze... Udało się go jednak przekierować w odpowiednie miejsce i zatrzymaliśmy się - zastępczo, skoro na Palisady się nie dało - na Miller's Landing, tuż nad samiuśką wodą.
Stanęliśmy też na moment na poboczu przy torach, by rzucić okiem na mój ulubiony niebiesi most między Savanną a Sabulą.
W Sabuli trochę się znów pogubiliśmy, bo plan był, żeby dotrzeć do Clinton na południu, a GPS upierał się, by sunąć w kierunku północnym. Okazało się, że miał jednak rację i doprowadził nas sprytnie do parku Eagle Point. Można było za to pooglądać Rzekę od strony stanu Iowa, pięknie i z wysoka, z tamą w oddali - tą tamą, która miała stanowić główny punkt wycieczki.
Szukaliśmy w owym parku kamiennej wieży, co nie od razu się udało, bo część dróg była pozamykana dla aut. Wybraliśmy się tam na nogach, pozyskawszy w skrzyneczce blade ksero nabazgranej odręcznie mapy. Czuliśmy się jak skauci, ale nie za dobrze nam poszło - w poszukiwaniu skróciku wpakowaliśmy się w chaszcze i wertepy, trza było zawracać, trzymać się lepiej poznaczonych ścieżek, na których oprócz naszych śladów były jedynie i tak tylko stada zwierzęcych tropów.
Do wieży w końcu dotarliśmy, ale kiedy wydrapaliśmy się na szczyt, cały widok polegał w zasadzie na oglądaniu czubków drzew. Sfotografowaliśmy za to drewniane orły przy bramie, na wypadek, gdyby nie udało się napotkać prawdziwych :)
Nastała pora lunchu, więc w Clinton zahaczyliśmy szybkiego badziewiaka i przeprawiliśmy się z powrotem na stronę Illinois, tym razem przez most zielony, jakoś słabiej przemawiający do moich mostowych emocji, niż tamten pierwszy, niebieski.
Trafiliśmy wreszcie na tamę, wpakowawszy się uprzednio, całkiem niepotrzebnie, w osiedla domków jednorodzinnych. Zimno tam było nieprzeciętnie, nad samą wodą, na dodatek z mocnym wiatrem... Warto jednak było wystawić się na te mrozy, bo oto po drugiej stronie wody dostrzegliśmy drzewo, na którym rezydował dobry tuzin najprawdziwszych orłów!
Na ich lot trzeba było się przyczaić, bo mew fruwały stada, a orły, jakoby bardziej dostojne, zrywały się z drzew tylko od czasu do czasu.
Przejechaliśmy potem jeszcze na moment na cypel powyżej tamy - aż sobie kazałam tam zrobić zdjęcie obrazujące, jak wygląda człowiek obserwujący orły :)
Wypatrzyliśmy tam też orły siedzące na krawędzi lodu, na drugim planie, za mewami.
A na koniec, kiedy się już rozpakowaliśmy z warstw i zasiedliśmy w aucie, by rozpocząć podróż do domu - przyleciał bliziutko jeden z orłów siedzących wcześniej na lodzie! Jak wisienka na wycieczkowym torcie, takie piękne zakończenie :)
Do zobaczenia, mokradła... przyjedziemy tu może znów na wiosnę, posłuchać żabich śpiewów.
Labels:
fotoreportaż,
turystycznie,
zwierzecosc
sobota, 12 stycznia 2013
1262. karteluszki dwie
T zgłosił zapotrzebowanie na karteczkę dziękującą, więc powstało takie dziełko, z bloczku zakupionego już dość dawno, którego ciągle mi szkoda... a przecież chodzi o to, żeby jednak zużywać, żeby kartki i miłe słowa szły w świat, żeby ludzie się uśmiechali... może by to było dobre postanowienie na nowy rok, żeby zużywać to, co zakiszone, rozsyłać, rozdawać.
A to druga kartka, niejako na zamówienie, ale bez określenia tematu - wiedziałam tylko, że dla kobitki po trzydziestce na urodziny. Nie wiem, czy trafiłam... bo wyszło może trochę artystycznie, może trochę nazbyt poważnie. Sama nie wiem, ale już poszło, więc - too late.
Wzór mi się jednak spodobał, zresztą nie pierwszy raz z niego korzystam, a i papierów hinduskich mam całe pudełko, więc zrobiłam już drugą, jeno się suszy. Papiery wspomniane być może nie są tak ściśle hinduskie, ale na pewno bardziej egzotyczne od zwykłych skrapowych, grube, chyba z bawełny, a nie z drewna? I mają piękne nadruki, i kupiłam je w postaci asortymentu, czyli multum ścinków. Lubię takie.
A że ostatnio wypisuję zawartość prezentową każdego dzieła, to i tu nadmienię, że niebieskie kryształki to donacja od koleżanki z pracy, przeprowadzającej się do Nowego Jorku i pozbywającej kraftklamotów. Wszak mieszkania na Manhattanie ponoć tycie, a drogie.
Zaś z całkiem innej beczki - Ala wciąga rano szklanicę mleka:
Odkryłyśmy również, że stemple na drewienkach znakomicie funkcjonują jako klocki - można budować wieże, że ho-ho!
A to druga kartka, niejako na zamówienie, ale bez określenia tematu - wiedziałam tylko, że dla kobitki po trzydziestce na urodziny. Nie wiem, czy trafiłam... bo wyszło może trochę artystycznie, może trochę nazbyt poważnie. Sama nie wiem, ale już poszło, więc - too late.
Wzór mi się jednak spodobał, zresztą nie pierwszy raz z niego korzystam, a i papierów hinduskich mam całe pudełko, więc zrobiłam już drugą, jeno się suszy. Papiery wspomniane być może nie są tak ściśle hinduskie, ale na pewno bardziej egzotyczne od zwykłych skrapowych, grube, chyba z bawełny, a nie z drewna? I mają piękne nadruki, i kupiłam je w postaci asortymentu, czyli multum ścinków. Lubię takie.
A że ostatnio wypisuję zawartość prezentową każdego dzieła, to i tu nadmienię, że niebieskie kryształki to donacja od koleżanki z pracy, przeprowadzającej się do Nowego Jorku i pozbywającej kraftklamotów. Wszak mieszkania na Manhattanie ponoć tycie, a drogie.
Zaś z całkiem innej beczki - Ala wciąga rano szklanicę mleka:
Odkryłyśmy również, że stemple na drewienkach znakomicie funkcjonują jako klocki - można budować wieże, że ho-ho!
Labels:
kartki,
papierrr,
wnuczka,
z życia wzięte
piątek, 11 stycznia 2013
1261. tajemnicza postać
Moje poranne życie obfituje ostatnio w mnóstwo wydarzeń i zajęć. Wstaje się, piecze, gotuje, sprzata, klei, pierze - co popadnie.
A w drodze do auta napotyka się czasem Tajemniczą Postać sunącą ruchem kiwającym między krzakami, a następnie robi się jej niewyraźne zdjęcia, czując się tak, jakby się właśnie natknęło niespodziewanie na yeti.
A to po prostu nasz lokalny dydelf, północny zresztą, który z bliska prezentuje się tak:
A w drodze do auta napotyka się czasem Tajemniczą Postać sunącą ruchem kiwającym między krzakami, a następnie robi się jej niewyraźne zdjęcia, czując się tak, jakby się właśnie natknęło niespodziewanie na yeti.
A to po prostu nasz lokalny dydelf, północny zresztą, który z bliska prezentuje się tak:
| Zdjęcie z Wikipedii |
czwartek, 10 stycznia 2013
1260. odgrzewany kotlet czyli poranne kulinaria
Wstało się przed świtem jeszcze, wrzuciło się w piekarnik ciasto do pracy - peach cobbler, superłatwy, ciasto oszukańcze, można powiedzieć: owoce z puszki na dno, następnie proszek ciastowy, następnie listki masła i ziu. Najlepiej spożywać na ciepło i oczywiście nie ma co liczyć, że będzie się owo ciasto kroiło - bo chodzi o to, żeby właśnie było rozlatujące się i do jedzenia łyżeczką albo widelczykiem.
Podczas gdy cobbler bulgotał sobie leniwie w piekarniku, zabrałam się za tytułowego odgrzewanego kotleta, czy też raczej kilka, które zostały z wczoraj i przedwczoraj. Pokroiłam je w paski, zalałam sklepowym sosem pomidorowym podrasowanym zeszkloną cebulką, bazylią, oregano i papryką, na wierzch poszedł tarty ser, skwarki z bekonu oraz zielona pietruszka i pomarańczowa papryka dla ozdobienia.
Chwila w piekarniku i będzie jak znalazł na wieczór, do makaronu świderki. Natomiast po powrocie z pracy zabieram się za przygodę z zupą cebulową, French onion soup. Troszkę mnie straszy naciupanie ośmiu filiżanek cebuli... kroi się płacz (i może nawet zgrzytanie zębów z tego powodu :)
Podczas gdy cobbler bulgotał sobie leniwie w piekarniku, zabrałam się za tytułowego odgrzewanego kotleta, czy też raczej kilka, które zostały z wczoraj i przedwczoraj. Pokroiłam je w paski, zalałam sklepowym sosem pomidorowym podrasowanym zeszkloną cebulką, bazylią, oregano i papryką, na wierzch poszedł tarty ser, skwarki z bekonu oraz zielona pietruszka i pomarańczowa papryka dla ozdobienia.
Chwila w piekarniku i będzie jak znalazł na wieczór, do makaronu świderki. Natomiast po powrocie z pracy zabieram się za przygodę z zupą cebulową, French onion soup. Troszkę mnie straszy naciupanie ośmiu filiżanek cebuli... kroi się płacz (i może nawet zgrzytanie zębów z tego powodu :)
środa, 9 stycznia 2013
1259. głównie różowinki
...ale na początek jednak niebieszczynka. Dostałam filcowe kwiecie metodą "takie coś mam, zobacz, czy ci się przyda, jak nie, to daj komuś albo wyrzuć." Doszyłam koraliki, dołożyłam łodyge ze ścinka takiej marszczonej papierowej wstążki zakupionej w dawnym zabawkowym w Ch. - i mamy następującą roślinność:
W zapasie zostały jeszcze trzy kwiatki różowe (w tym dwa już z koralikami) i dwa turkusowe.
A skoro już o różowych mowa - dokończyłam dwie kartki z kraklowymi serduchami, jednym symetrycznym, drugim krzywym.
W zapasie zostały jeszcze trzy kwiatki różowe (w tym dwa już z koralikami) i dwa turkusowe.
A skoro już o różowych mowa - dokończyłam dwie kartki z kraklowymi serduchami, jednym symetrycznym, drugim krzywym.
wtorek, 8 stycznia 2013
1258. świetliste chicago w gromadzienniku
Zgodnie z zapowiedzią chwalę się postępem prac w Gromadzienniku.
Po pierwsze - okładka, nic super specjalnego, bo zwyczajnie nie mam czasu się nad tym rozwodzić. Papier z wielkiego bloku, literki, guziki (o ile mnię pamięć nie myli, z niedawnego prezentu od Jamajki :), ważna cyferka 2, bo to drugi tom na rok 2012, pierwszy będzie później.
Pierwsza strona świetlistego wpisu; elementami łączącymi całą historyjkę były pieczątki z lampami i żyrandolami oraz miastowy szlaczek na dole strony, wyciachany dziurkaczem otrzymanym od T. W kieszonce zamieszkała karta z kolejki, a sama kieszonka to opakowanie z karty prezentowej od koleżanki z pracy. (Normalnie szczęściara ze mnie, tyle prezentów rozmaitych dostaję :) A, bo jeszcze tło to jaskrawiste papiery z kolejnego prezentu urodzinowego.
Strony o centrum, gdzie była makieta oraz wystawa o ewentualnych budynkach przyszłości - gdyby za mojego życia powstały takie krzywulce jak na załączonej ulotce, to byłabym w siódmym niebie!
W ramach tła - oprócz jaskrawców - występuje torebka z Panery, w której przynieśliśmy do domu niedokończony chleb. Mamy tu również papierowe taśmy świąteczne... ha, tym razem prezent gwiazdkowy :) I po prawej stronie szlaczek na górze - z koperty z kartki świątecznej.
Jeśli zwiedzamy witraże, to zwykle zdjęcia lądują na specjalnych, czarnych stronach. Mogą być obrysowane miedzianym markerem o charakterystycznym, chemicznym smrodku... a to już prezent, który kupiłam sama sobie :D
O, coś się pomieszało w zdjęciach - znowu torebka, ze zdjęciem Zupy w Chlebie, sponsorowanej przez koleżankę Sandy. Mniam.
No i na koniec jeszcze rozkładówka bez żadnych cudów, sam papier. I zero prezentów, choć wycieczki traktuję jako prezenty, które dajemy sami sobie.
A na weekend planujemy drugie podejście do orłów, bo pierwsze jakoś się rozmyło.
Po pierwsze - okładka, nic super specjalnego, bo zwyczajnie nie mam czasu się nad tym rozwodzić. Papier z wielkiego bloku, literki, guziki (o ile mnię pamięć nie myli, z niedawnego prezentu od Jamajki :), ważna cyferka 2, bo to drugi tom na rok 2012, pierwszy będzie później.
Pierwsza strona świetlistego wpisu; elementami łączącymi całą historyjkę były pieczątki z lampami i żyrandolami oraz miastowy szlaczek na dole strony, wyciachany dziurkaczem otrzymanym od T. W kieszonce zamieszkała karta z kolejki, a sama kieszonka to opakowanie z karty prezentowej od koleżanki z pracy. (Normalnie szczęściara ze mnie, tyle prezentów rozmaitych dostaję :) A, bo jeszcze tło to jaskrawiste papiery z kolejnego prezentu urodzinowego.
Strony o centrum, gdzie była makieta oraz wystawa o ewentualnych budynkach przyszłości - gdyby za mojego życia powstały takie krzywulce jak na załączonej ulotce, to byłabym w siódmym niebie!
W ramach tła - oprócz jaskrawców - występuje torebka z Panery, w której przynieśliśmy do domu niedokończony chleb. Mamy tu również papierowe taśmy świąteczne... ha, tym razem prezent gwiazdkowy :) I po prawej stronie szlaczek na górze - z koperty z kartki świątecznej.
Jeśli zwiedzamy witraże, to zwykle zdjęcia lądują na specjalnych, czarnych stronach. Mogą być obrysowane miedzianym markerem o charakterystycznym, chemicznym smrodku... a to już prezent, który kupiłam sama sobie :D
O, coś się pomieszało w zdjęciach - znowu torebka, ze zdjęciem Zupy w Chlebie, sponsorowanej przez koleżankę Sandy. Mniam.
No i na koniec jeszcze rozkładówka bez żadnych cudów, sam papier. I zero prezentów, choć wycieczki traktuję jako prezenty, które dajemy sami sobie.
A na weekend planujemy drugie podejście do orłów, bo pierwsze jakoś się rozmyło.
Labels:
albumy,
chicago,
gromadziennik,
papierrr,
turystycznie
poniedziałek, 7 stycznia 2013
1257. kraklowane ptactwo
Dostałam - chyba jeszcze w październiku, na urodziny - asortyment tekturkowych kształtów, miedzy innymi ptactwa. Przy innej okazji szefowa przyniosła mi worek różności ze słowami "Takie coś miałam, przejrzyj sobie, jak się nic nie przyda, to wyrzuć" - a tam była całkiem nowa buteleczka jednoskładnikowego krakla! W poprzednim wpisie było o serduszku, teraz właśnie wzięłam się za ptaszory.
Zastosowałam ogromną ilość procesów, jak na moje zwyczaje :) Gesso, dwie akrylówki, brokat, krakiel i jeszcze błękitnosrebrzysta farbka w spękaniach. Mniam.
Teraz trzeba będzie wykombinować jakieś sprytne zastosowanie, w kartce najzapewniej.
Poza tym weekend minął dość spokojnie, choć wnuczka Alicja przebywała u nas aże dwie doby, z dwoma noclegami - i przygodami biegunkowymi, ale tu Pisklak naprawdę wykazał się jako ociec i dbał, prał, bawił, karmił i usypiał.
A mnie oprócz tego cieszy, kiedy Ali uda się wytworzyć całe zdanie po polsku, bez mieszania języków, choćby występowały w nim tylko trzy wyrazy :)
Ja zaś spędziłam, zgodnie z planami, kilka godzin w Starbucksowej kawowej atmosferze i była to dla mnie fantastyczna przygoda - na początku środowisko było dość hałaśliwe i musiałam przycupnąć przy najmniejszym stoliczku, który zdawał się siedzieć na środku ludzkiej autostrady, ale po chwili upolowałam mebel nieco większy (i kwadratowy, a nie okrągły - zawsze to trochę więcej powierzchni) i w kątku, na dodatek w arcyprzyjemnych promieniach słoneczka - i tak to bym już mogła pół dnia przesiedzieć :)
A, i jeszcze był taki bonus, że przez następną dobę z kurtki sączył mi się dyskretny kawowy aromat.
Tak, że mam do pokazania trochę gromadziennika - wnętrza i okładek... zaległości nawet w tym jednym rozdziale nie są jeszcze nadrobione, ale posuwam się do przodu. Teraz jednak trzeba będzie stworzyć nieco kartek, bo na stanie mam ledwie kilka, a baby zaczynają się pytać.
Zastosowałam ogromną ilość procesów, jak na moje zwyczaje :) Gesso, dwie akrylówki, brokat, krakiel i jeszcze błękitnosrebrzysta farbka w spękaniach. Mniam.
Teraz trzeba będzie wykombinować jakieś sprytne zastosowanie, w kartce najzapewniej.
Poza tym weekend minął dość spokojnie, choć wnuczka Alicja przebywała u nas aże dwie doby, z dwoma noclegami - i przygodami biegunkowymi, ale tu Pisklak naprawdę wykazał się jako ociec i dbał, prał, bawił, karmił i usypiał.
A mnie oprócz tego cieszy, kiedy Ali uda się wytworzyć całe zdanie po polsku, bez mieszania języków, choćby występowały w nim tylko trzy wyrazy :)
Ja zaś spędziłam, zgodnie z planami, kilka godzin w Starbucksowej kawowej atmosferze i była to dla mnie fantastyczna przygoda - na początku środowisko było dość hałaśliwe i musiałam przycupnąć przy najmniejszym stoliczku, który zdawał się siedzieć na środku ludzkiej autostrady, ale po chwili upolowałam mebel nieco większy (i kwadratowy, a nie okrągły - zawsze to trochę więcej powierzchni) i w kątku, na dodatek w arcyprzyjemnych promieniach słoneczka - i tak to bym już mogła pół dnia przesiedzieć :)
A, i jeszcze był taki bonus, że przez następną dobę z kurtki sączył mi się dyskretny kawowy aromat.
Tak, że mam do pokazania trochę gromadziennika - wnętrza i okładek... zaległości nawet w tym jednym rozdziale nie są jeszcze nadrobione, ale posuwam się do przodu. Teraz jednak trzeba będzie stworzyć nieco kartek, bo na stanie mam ledwie kilka, a baby zaczynają się pytać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















































