sobota, 19 października 2013

1382. znakologia 7 - salem, massachusetts

W naszej podróży przebyliśmy już... ha, zamiast powiedzieć od razu, napiszę tę cyfrę na samym końcu postu :)

Dzień zaczął się, jak zwykle, o świcie - na biwakach wstajemy jak tylko się zaczyna rozjaśniać, żeby jak najwcześniej zajechać w ciekawe miejsca i uniknąć tłumów. Poza tym - rano można trafić takie właśnie cudne obrazki:


Na moment zaglądamy do mapnika - przemieściliśmy się na południowy zachód, z grubsza w kierunku Bostonu.


W Salem zaczynamy dzień od morskiego historycznego miejsca narodowego (Salem Maritime National Historic Site) - od pozostałości wielkiego portu, niegdyś składającego się z wielu nabrzeży (pirsów?) wbijających się w morze. Dziś zostało ich jedynie kilka, przy niektórych cumują prywatne łodzie, a przy najdłuższym, półkilometrowym - replika osiemnastowiecznego żaglowca. Tak to wygląda z wysoka:


Na tablicach informacyjnych można zobaczyć, jak to miejsce wyglądało w czasach rozkwitu:


...a dziś w tym miejscu oglądamy Friendship of Salem:


Lubię sobie stanąć w danym miejscu i oglądać takie ilustracje - te ceglane budynki widoczne poniżej w tle nadal stoją, ale na miejscu beczek i mniejszych struktur jest jedynie trawnik i tablice z informacjami. Przymykam oczy, próbuję sobie wyobrazić, jak to było...


Gdybyśmy mieli czas, czytałabym wszystkie objaśnienia jak leci; im jestem starsza, tym większą czuję pazerność informacyjną, i na fakty, i na język. Z poniższego dowiaduję się, że istnieje słowo wharfage, pochodzące oczywiście od wharf - brzeg, nabrzeże, przystań. Pamiętam to słowo z przygotowań do egzaminu na studia, z działu rzeczowników o nieregularej liczbie mnogiej - wharves - ale widzę, że Merrian-Webster podaje również jako poprawną formę wharfs.

Osobny wpis językowy można by poświęcić na rozkminkę innych słów określających takie struktury - jetty, pier, levee, landing, quay, dock - ale to kiedy indziej. Wharfage z kolei to wedle dict.pl zespół nabrzeży albo wyposażenie nabrzeża, ale na poniższym cenniku chodzi chyba raczej o opłaty za przechowywanie towarów na nabrzeżu.


W Salem mieszkał też słynny dziewiętnastowieczny pisarz Nathaniel Hawthorne, autor Szkarłatnej litery.


Z nabrzeża powędrowaliśmy w stare miasto; po drodze zwróciło moją uwagę piękne ogrodzenie:


Oczywiście nie uszła naszej uwagi polska flaga, choć zupełnie, ale to zupełnie się jej tam nie spodziewaliśmy:


Pod flagą był polski sklep, a w nim takie na przykład mecyje:


Co kawałek napotyka się w Salem takie panie:


Nie spodziewaliśmy się też wielkiej ilości cegły - począwszy od muru Muzeum Piractwa, ozdobionego odnośnymi postaciami:


Ceglaność widać nawet z satelity - proszę uprzejmie zwrócić uwagę na rude uliczki...


...które z naszego punktu widzenia wyglądają tak:



Muszę przyznać, że troszkę się dziwnie czułam w tak jednostajnym otoczeniu - niby ten kolor jest bardzo ładny, ale taka ilość cegły jednak działa przytłaczająco, tym bardziej, że za następnym zakrętem ZNOWU wszędzie cegła. Zaczyna się odnosić wrażenie, że i niebo zaraz się pokryje czerwonymi kostkami.


I tyle na dziś - w kolejnym odcinku nadal będziemy zwiedzać Salem, ale od strony bardziej znanej, czyli czarownicowej.

PS. Odpowiedź na zagadkę z początku postu brzmi: 2800 kilometrów.

piątek, 18 października 2013

1381. dzień dobrych wiadomości

Po kilku wyczerpujących tygodniach nastał dzień meteorologicznie pochmurny, ale w duszy jasny i słoneczny. Zakończyła się wreszcie wczoraj procedura zakupu mieszkania dla Pisklaka - półtoragodzinną wizytą w odnośnym urzędzie, postawieniem kilku tuzinów podpisów i gadkami-szmatkami o wszystkim. Rejent podsuwał nam kolejne kartki i wyjaśniał co jest co (zdaje się, że to mój czwarty raz, więc nawet zaczynam się trochę orientować :), reszta zespołu powyciagała smartfony i chwaliła się dziećmi, psami i co tam miała.

Kiedy wszystkie papiery poszły, bank się trochę zaciął i zaczynało brakować tematów. Na szczęście obecny był Szczwany Lis, czyli reprezentant pożyczkodawcy, więc pchnął SMSa w znanym sobie kierunku i wnet urzędniczka z sąsiedniego pomieszczenia zawołała "We've got funding", co jest najbardziej kluczowym momentem wielomiesięcznego procesu.

Prawie nikt nie zwrócił jednak na to uwagi, jako że omawiano właśnie wyczyny potomstwa w różnych sportach szkolnych i jak można uzyskać dotacje na studia, jeśli się ma sportowe wyczyny.

Po wyjściu z biura dokonałyśmy z agentką typowego tubylczego huga, a także - nie bacząc na nasz wiek, który do kupy dobiegałby pewnie setki - pozwoliłyśmy sobie na ogłuszający pisk, niczym nastolatki na koncercie idola tychże.

Dziś rano nie wiedziałam, co ze sobą zrobić - była już jedenasta, a tu ani telefonów z banku, ani emaili od adwokata, ani żadnych formularzy... Zrozpaczona tą pustką napisałam email do Szczwanego.

Dodatkowo rano spotkałam na parkingu Panią z Dołu, która właśnie dwa tygodnie skończyła chemioterapię i mówi, że wszystko idzie ku dobremu. Nie obyło się bez dwóch hugów.

Potem koleżanka w pracy, która się przeprowadza, oznajmiła radośnie, że znalazła ludzi do pomocy w przeprowadzce.

Potem inna koleżanka, ta, która mówi po hebrajsku, opowiadała o swojej przygodzie z Izraelem.

Potem jeszcze Mike, który właśnie wrócił z Kolorado i Utah, opowiadał o tamtejszych krajobrazach i nawet pokazywał zdjęcia. Na smartfonie, rzecz jasna.

I czuję się ogólnie, jakby ktoś zdjął mi z pleców wór kartofli, jaki targałam od dłuższego czasu. Pięknie jest tak odetchnąć po długotrwałym wysiłku i przekierować się na coś nowego.

wtorek, 15 października 2013

1380. pierwsze koty za płoty...

...czy też raczej pierwsze jelenie. Zestaw kartek świątecznych numer jeden idzie dziś w świat. Najbardziej podobają mi się w nich jelonki, kolorki raczej mniej oczywiste. Niniejszym sezon uważamy za otwarty :)





poniedziałek, 14 października 2013

1379. zielony konik czyli jesienny festiwal w stadninie

Wczorajsza niedziela obdarzyła nas piękną, słoneczną pogodą, więc wybrałyśmy się z Alą na jesienny festiwal do pobliskiej stadniny. Trochę inaczej sobie to wyobrażałam - nie skojarzyłam, że to tak olbrzymie miejsce i impreza na setki (jeśli nie tysiące) samochodów. Dopiero kiedy skręcałyśmy z głównej drogi na mniejszą, prowadzącą do stadniny i zobaczyłyśmy policjantow kierujących ruchem (pomimo istniejącej na tym skrzyżowaniu sygnalizacji świetlnej) coś mnie tknęło.

Przedzierałyśmy się następnie przez kwadrans labiryntami ścieżek na miejsce, gdzie wyznaczono nam parkowanie. Oprócz tego, że ruszaliśmy się wszyscy powolusieńku, nie było zamieszania - co kawałek stał wolontariusz machający energicznie kolorowymi pałeczkami i wskazujący drogę. Niemniej jednak było to dla mnie lekko traumatyczne, bo nie jestem przywykła do wielkiej Tomkowej impali, a na dodatek trzeba było się przemieszczać po trawniku. No i zaparkować w chudym miejscu między samochodem a pomarańczowym stożkiem.

Dotarłyśmy wreszcie i najsampierw zainteresowałyśmy się pokazami na głównej arenie - grupa dziewcząt goniła akurat w różnych konfiguracjach i pozycjach.


Spora atrakcja to, oczywiście, szeroko pojęte krafty. Malowało się na przykład dynie...


...i robiło konia.


Nabywa się za symbolicznego dolara dwuwarstwowy koński łeb, koloruje, dziurkuje, przytwierdza grzywę - a na drugim końcu potężnego namiotu siedzą kolejni wolontariusze, którzy łeb zaopatrują w tekturowy kijaszek (a właściwie rurę) i można sobie na koniu galopować.

Przeżyłam w tym namiocie chwilę rozterki. Obserwowałam inne mamy i babcie, które dość aktywnie włączały się w kraftowe działania: doradzały kolory, dziurkowały, przeciągały włóczkę, wiązały, zaplatały... Ja stałam obok i zamieniałam jedynie czasem jakieś zdanie z Alicją, nie doradzając nic, ani też nie robiąc. Skuli tego mamy konia po jednej stronie czarnego, a po drugiej... ZIELONEGO, ale czy należy dziecku tłumaczyć w tym kontekście, że zielonych koni nie ma?

Widząc, że naprzeciwsiedzące mamy porysowały na koniach cętki i zadały dzieciom ich kolorowanie, zapytałam Alę, czy chciałaby, żebym jej też zaznaczyła takie kółka. Ala na to: "Nope", po czym wzięła w garść pisak i sama wysmarowała sobie cudnie koślawe cętki, po czym zabrała się za ich zapełnianie kolorem. Myślałam, że pęknę w tym momencie z dumy - tym bardziej, że pozostałe dzieci były od Ali starsze :)

Pomogłam jej trochę przy robieniu dziurek na grzywę - Ala z dziurkaczem typu kleszcze jest oczywiście obeznana, ale zwyczajnie nie miała siły, żeby się przebić przez dość sztywny karton. No i nie ma jeszcze opanowanego wiązania, więc i tu potrzebne było wsparcie. (Przyholowałam jednak ze Sklepu Drugiej Szansy książeczkę z guzikiem, zamkiem, sznurowadłem itp. i potem wieczorem ćwiczyłyśmy - czasem się wiązanie udawało :)

Uff, po tym wtręcie emocjonalnym przechodzimy do naj-atrakcji, czyli hayride - i tu brakuje mi dobrego polskiego odpowiednika nieopisowego. (Podobnie brakuje mi porządnego angielskiego słowa na bakalie, ale to zupełnie inna działka.) Siada się na kostkach słomy (więc to straw-ride raczej niż hayride), a następnie traktor ciągnie ową przyczepę przez pola, zagajniki...


Traktor się co jakiś czas zatrzymuje i traktorzysta objaśnia świat. Można sobie wszystko pomacać i zabrać do domu.


Można też obejrzeć kombajny i inne ustrojstwa.


Po jeździe zatrzymałyśmy się jeszcze nad niby-jeziorkiem, gdzie łowiło się magnetyczne ryby.


Jedna z ostatnich atrakcji - analizowanie akhem odchodów różnych zwierząt - bezpiecznie, za szybą...

 
I tyle. Kilka godzin poznawania świata, obserwowania, natychania się złocistym jesiennym powietrzem... Za tydzień może pociąg? Zobaczymy, zaczekamy na prognozy meteo.

sobota, 12 października 2013

1378. znakologia 6 - whistle house, czyli kolejne opowieści spod latarni

Wracamy dziś do ostatniej wyprawy (od tamtego czasu zdążyliśmy już być w muzeum kolejowym w Union i w zeszłym tygodniu na farmie, więc wrażenia troszeczkę się zacierają... może właśnie tym bardziej trzeba do nich wracać i nie dać się przytrzasnąć sprawom codzienności.)

Zatrzymujemy się w Portland w stanie Maine - od dawna intrygował mnie fakt, że po niemal lustrzanej stronie amerykańskiego kontynentu jest drugie Portland, w Oregon.

Główną atrakcję Portland wschodniego stanowi latarnia morska - ponoć najbardziej obfotografowana latarnia wschodniego wybrzeża (ale jak to zmierzyć?) Stoi sobie ona na skale, jak przystało na rasową latarnię, a tuż obok jest drugi kamulec, oddzielony wąską wodą.

Latarnię zamówił sam George Washington; zlecając budowę murarzom zalecił, by postawić ją jak najmniejszym kosztem, bo tworzący się właśnie rząd był raczej ubogi; murarze mieli wykorzystać kamienie z brzegu i z okolicznych pól, żeby łatwo było je dostarczyć na miejsce budowy.


Mapka musi być - widać na niej, że zaczęliśmy zjeżdżać "w dół", czyli kierujemy się na południe, spychani trochę na zachód kształtem lądu. I tak już będzie przez dłuższy czas.


Pod latarnią znaleźliśmy się o zmierzchu i w mżawkowej aurze; tym lepiej dla nas - można było próbować uchwycić latarniane światło.


Zdaje mi się, że te skały powinny stać, a nie leżeć? Niezłe tu musiały być procesy geologiczne...


Na skałach wymalowany jest pamiątkowy napis o statku, który rozbił się tu w pewną Wigilię i nikt nie wie dlaczego - widoczność była dobra, kapitan znał szczegóły brzegu... a tu brzdęk, wjechali w tę dodatkową skałę. Załoga latarni zorganizowała akcję ratunkową i przeprowadziła podróżnych na ląd, więc obyło się bez ofiar. Pozostała jednak zagadka.


Kolejną postacią związaną z latarnią w Portland jest jeden z najbardziej znanych poetów amerykańskich - Henry Wadsworth Longfellow. Bywał on w tym miejscu, przyjaźnił się z latarnikiem, i w jego wierszach przewijała się tematyka morsko-latarniana. Fragment jednego z dzieł upamiętniono na tablicy:

"Sail on!" it says, "sail on, ye stately ships!
And with your floating bridge the ocean span;
Be mine to guard this light from all eclipse,
Be yours to bring man nearer unto man!"



W mglistej pogodzie słychać było wyraźnie buczący sygnał. W związku z nim udało mi się upolować kilka znaków do kolekcji:




Nareszcie jakaś trąbka! Pod latarnią zachowano malownicze urządzenie używane dawniej do ostrzegania w kiepskiej widoczności.



Na wypadek, gdyby ktoś nie miał jeszcze dość portretów latarni...


Uff, jedziemy wreszcie na nocleg. Salem - o którym będzie w następnym poście - wysepka z niemal niewidocznymi resztkami fortu i pięknie oświetloną elektrownią. Pod elektrownią tośmy chyba jeszcze nie biwakowali :)

piątek, 11 października 2013

1377. jak zwykle...

... występują kłopoty ze standardowymi kolorami świątecznymi. Zmuszam się do łączenia czerwonego z zielonym, bo inaczej wszystkie kartki byłyby np. różowe albo błękitnozielonkawe z koralowymi akcentami.

I w ogóle mnóstwo bieli.



Po wymodzeniu serii czerwono-zielonej daję sobie zwykle nagrodę w postaci takich właśnie nietypowych kolorków.

poniedziałek, 7 października 2013

1376. na farmie

Korzystając z pięknego jesiennego dnia wybrałyśmy się wczoraj z Alą na pobliską farmę. Tacie zaczęła się szkoła, więc przyszła pora na nasze babskie wycieczki po okolicy :)

 
Najsampierw trzeba było wsadzić nos do Visitor Center - między innymi w celu zakupu mydełka w kształcie owcy, ale niestety mydełek nie było. Doszła za to nowa atrakcja: dojenie krowy. Mam nadzieję, że dzieciaki nie nabiorą sobie do głów, że krowa daje wodę :D
 

Tuż obok znajduje się pole kukurydzy. Farma dokonuje zbiorów korzystając z darmowej siły roboczej, która przy tym ma masę frajdy.


No i można zobaczyć z bliska KONIS!


Inną atrakcją był wiatrak, który tym razem kręcił się na dość silnym wietrze.


Wiatrak podłączony jest do małej budki...


...i porusza w niej pompą, z której woda płynie najpierw do innej budku, do zbiornika, gdzie dawniej chłodzono bańki z mlekiem, a stamtąd - do kadzi na zewnątrz.


Oczywiście trzeba było odwiedzić owieczki.


I zajrzeć do KONIS - zastanawiałam się, skąd Ala wzięła akurat taką formę, ale to chyba nie jest od dopełniacza "koni" z angielską końcówką, tylko z nazbyt zmiękczonego "ń", czyli "koni" stanowiłoby mianownik w liczbie pojedynczej. No i KONIS robi się oczywiste.


Przyniosłyśmy do domu troche skarbów - przede wszystkim "mapę"; Ala ma dogłębnie przyswojone (i bardzo słusznie), że jak się gdzieś jedzie, to trzeba się rozejrzeć za mapą. Babcia też tak ma :)

I jeszcze był kot, i zwiedzanie starego domu, i kurnik, i analiza uli, i krowy na pastwisku... niestety, zagapiłam się ciut ze zdjęciami, bo spotkałyśmy na farmie znajomych i trzeba było podzielić uwagę na więcej części.


Znaleziska botaniczne trzeba było w domu pokroić, bo Ala ciekawa jest, co siedzi w środku takich różnych owocków.

Na przyszły tydzień, o ile pogoda zechce współpracować, wybierzemy się na Święto Jesieni do pobliskiej stadniny, gdzie będzie można jeździć na wozie z sianem. Przynajmniej tak sobie wyobrażam hayride.

Teraz jednak trzeba pędem nadrabiać to, czego się nie zdążyło wykonać w weekend :)

piątek, 4 października 2013

1375. rybeńki

Klei się powolusieńku kartki świąteczne (na początek korzystając z półproduktów pozostałych z zeszłego roku), ale na razie uwieczniamy jeszcze kartki z rybkami, akwarelowym tłem, bibułką do pakowania prezentów i perłowymi guziczkami przybyłymi aże z Chin.