W niedzielę jak zwykle zbudziliśmy się przed szóstą - ale w cudnym chłodzie, przy balkonie otwartym tak szeroko, jak tylko się dało. Cóż za rozkoszna zmiana po wielu tygodniach nieznośnych upałów, nawet o świcie! Szczerze mówiąc, nie do końca chciało mi się wyłazić spod ciepłej kołderki, ale T roztoczył wizję oglądania żuraweli w rezerwacie, gdzie widział ptactwo w drodze do pracy.
Takoż i zajechaliśmy do Busse Forest Preserve, zawierającego kilka lśniących w porannym słońcu niczym lustra jezior.
Żurawele też były - trochę daleko, stąd marna jakość zdjęć (robionych z ręki, oczywiście), ale i tak lepiej niż na poprzednich dwóch wypadach w niedzielne poranki!
Nie było żadnego problemu z obejrzeniem gęsi - one zawsze wtykają się w obiektyw, chociaż trochę przy tym syczą. I nawet nie chce im się wytrzeć dzioba z trawy przed pozowaniem do portretu.
T wypatrzył ścieżkę wiodącą w chaszcze - mieliśmy nadzieję, że może nad kolejną zatokę, ale okazało się, że nie; wróciliśmy do lasu. Przypomniało mi się nasze rodzinne słowo "chaszczowanie" - chyba zasługujemy na to określenie, wszak zielsko czasem wyrastało nawet ponad nasze głowy.
No i mimozy. Cudne, oślepiające wręcz swoją żółcią mimozy... a tak naprawdę nawłocie. Koniecznie trzeba w tym miejscu zacytować piosenkę Czesława Niemena, jeden z moich najulubieńszych utworów wszech czasów. Trochę niby za wcześnie, bo jeszcze nie październik, ani nawet nie wrzesień... ale nawłocie są już obecne.
Z mimozami namącił ponoć sam Julian Tuwim, autor tego pięknego wiersza. Mimozy to całkiem inne rośliny, a żółte krzaczory, w Polsce w zasadzie rośliny inwazyjne, to właśnie nawłoć (goldenrod).
Oczywiście są już i inne objawy końca lata i wkraczania jesieni... na trojeściach (milkweed) pojawiły się bulwy, które w późniejszym czasie zbrązowieją i popękają, a z wnętrza zaczną się wysypywać nasiona z jedwabistymi kitkami.
W rezerwacie były też dęby i żołędzi w futrzanych czapach (wspominałam już, że było chłodno?) Takie nakrycia głowy kojarzą mi się z całkiem innym gatunkiem :)
Czernice! Rzekł T - a ja na to: jakie czernice? Ostrężyny. Tyle razy już się je widziało, a ciagle zachwycają intensywnością barw.
Wyraźnie jednak widać, że nie mamy już do czynienia z soczystą letnią zielenią...
Na koniec jeszcze tajemnicza roślina, któej nazwy nie udało mi się wyguglać. Nie przypominam sobie, żebym wcześniej widziała takie kwiatki okręcone wokół łodygi.
A osty wyglądają, jakby się chciały ewakuować z parku przed nadejściem jesieni... choćby przyszło im w tym celu przekroczyć zbiornik wodny.
I brakło tylko jednego elementu... epoletnika krasnoskrzydłego :) Może za chłodno mu było.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz