Wyprawa do polskiego kościółka dalsza, niż zwykle, w mniej znane tereny, co mnie lekko stresuje, powrót akhem ciut okrężny, ale tak się zdarza, kiedy jedzie się za kimś, kto dopiero zakupił GPS :) GPS może i jest fajny i pomocny, ale myślę, że ogłupia - człowiek przestaje się orientować w terenie, a to jednak przydatna umiejętność.
Nareperowałam Tomkowe ubrania robocze, odrobiłam zadanie domowe z pracy, porozwiązywałam problemy egzystencjalno-sztukowe, zawiozłam makulaturę do schroniska dla zwirzów, poutyskiwałam trochę, bo popsuła nam się ledwie pięcioletnia lodówka i trzeba jakoś ten problem rozwiązać... No i pokleiłam conieco, przy czym jeden z eksperymentów w ogóle się nie udał. Wyszły natomiast trzy serie karteluszek.
Z gorącym embossingiem na kalce:







I tyle. Padam na nos. Kraftownia wygląda, jakby ktoś spuścił na nią małą bombkę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz