Po burzliwej nocy nad jeziorem Sakakawea (którego zakręcona nazwa wyjaśni się już za moment) wyjechaliśmy w kierunku Knife River National Historic Site. Określenie "national" zwykle zwiastuje niebylejakie atrakcje, więc odczuliśmy lekkie rozczarowanie, przeleciawszy przez mikromuzeum, poniżej ukazany earthlodge, czyli wkopane nieco w ziemię indiańskie domostwo oraz dwie grupy zagłębień w gruncie - pozostałości wiosek składających się z takich właśnie konstrukcji. I tyle.
W samochodzie przeczytaliśmy jednak broszurę informacyjną - i to jednak JEST ważne miejsce! Otóż kiedy prezydent Jefferson zakupił od Francuzów ówczesną Luizjanę (o wieeeele większą od obecnej), wysłał oddział pod dowództwiem kapitanów Lewisa i Clarka, żeby zbadali, co też w tym nabytku się znajduje.
Lewis i Clark wyruszyli z St. Louis w górę rzeki Missouri i właśnie tu, koło ujścia do niej Knife River, zbudowali obóz zimowy. Wśród okolicznych Indian mieszkał francusko-kanadyjski traper, pożeniony z Indianką o imieniu Sakakawea, który spiknął się z podróżnikami i zaoferował swoje oraz żonine usługi translatorskie podczas dalszej wyprawy. Na wiosnę oboje wyruszyli wraz z oddziałem na zachód i okazali się bezcennymi pomocnikami, nie tylko umożliwiając komunikowanie się z Indianami, ale również zażegnując konflikty z tubylcami.
Sunąc dalej na północ, ku granicy z Kanadą, napotkaliśmy taki oto obrazek - łoś popyla sobie przez pola, patataj, patataj, tuż obok drogi:
Po drodze zatrzymaliśmy się w miasteczku Rugby, którego naczelną atrakcją jest słup z napisem, że to środek Ameryki Północnej. Słup fajny, ale jednocześnie mamy świadomość, że to lokalizacja jedynie przybliżona, a na dodatej tylko według jednej z kilku teorii wyjaśniających, jak ten środek należy obliczać.
W Kanadzie troszkę się znów rozczarowaliśmy, bo Riding Mountain National Park przywitał nas deszczem, a na dodatek nie jest taki znowu piorunująco ciekawy. Mają tam jednak ciekawostkę w postaci stada bizonów na pastwisku, przez które człowiek sobie jedzie autem i ma z niego nie wyłazić, szczególnie jeśli kilka metrów od niego pasie się stado tych pięknych zwierząt :)
Na koniec dnia powędrowaliśmy sobie jeszcze na szlak idący pomostem po mokradle i jeziorze. Szlak się telepał, bo platformy pływają na plastikowych bańkach, ale za to deszcz ustał i park uraczył nas przepięknym zachodem słońca.
Następnego dnia wstało się o czwartej, żeby zdążyć na popołudnie do Voyageurs National Park, już po stronie amerykańskiej. Kiedy świtało, wjeżdżaliśmy właśnie na drogę oznaczoną Trans Canada, co brzmi bardzo poważnie i jakoś tak odlegle.
Na rano dotarliśmy do Winnipeg, jednego z większych miast Kanady. Zwiedzanie zaczęliśmy od The Forks, gdzie spotykają się dwie rzeki i w tych właśnie widełkach powstał kompleks rozrywkowo-turystyczny. Zaintrygował nas okrąg otoczony tubami, na których przymocowano osobliwe żelaziwa - jakieś takie kółka, nożyczki, wiatraczki - cóż to takiego?
Zaglądaliśmy do nich, dmuchaliśmy, sądząc, że to może jakieś instrumenta muzyczne i wydadzą dźwięk. Nie wydały.
Poczytaliśmy jeszcze trochę tablice w obrębie koła... i olśniło nas! To koło, Oodena - "centrum miasta" w języku kanadyjskich Indian Kri - jest jednocześnie czymś w rodzaju obserwatorium astronomicznego! Kiedy stoi się na środku, dziwaczne kółka i nożyczki nakładają się na siebie i w określonych porach roku wskazują wybrane gwiazdy i konstelacje!
Wszystko to opisano na tablicach po angielsku, francusku i jakimś cudacznym alfabetem, który pachniał raczej Star Trekiem, niż czymkolwiek z naszej planety.
Po powrocie do domu zbadaliśmy sprawę i okazało się, że te znaczki to właśnie zapis języka Kri - sylabariusz wymyślony w połowie XIX wieku przez angielskiego misjonarza. Jest o tyle ciekawy, że ma bardzo niewiele znaków - każdy trójkącik czy haczyk to jedna spółgłoska. Kierunek położenia znaku wskazuje, jaka w tej sylabie jest samogłoska. Proste jak drut! (Troszkę mieszają w tym porządku znaki diakrytyczne, ale system cieszył się wśród Kri wielką popularnością; dało się go nauczyć w kilka godzin, a poza tym nie wyglądał jak pismo kolonialistów, więc po kilku latach znali go już wszyscy Indianie.)
Zadowoleni z rozgryzienia tajemnicy Oodena udaliśmy się jeszcze do Królewskiej Mennicy, gdzie produkuje się calusieńki kanadyjski bilon oraz walutę dla 72 innych krajów. Była sobota, więc nie udało nam się obejrzeć linii produkcyjnej w ruchu, ale i tak zdumiałam się, że taka masa kasy powstaje w tak niewielkim zakładzie - zaledwie kilka niezbyt dużych hal. No i pooglądaliśmy sobie też muzeum, łącznie ze starymi machinami do bicia monet.
W następnym odcinku udamy się na północny brzeg Jeziora Górnego i będzie ogólnie wodniście :)
środa, 12 października 2011
wtorek, 11 października 2011
1003. na zachód, na północ (1/3)
Przyturlaliśmy się wczoraj pod wieczór z wyprawy, więc czas na małe sprawozdanko (w trzech częściach, bo ileż zdjęć można wytrzymać :)
Oto plan wyprawy - we wtorek wieczorem wyjechaliśmy z domu i w środę rano, po krótkiej drzemce na parkingu przydrożnym, byliśmy w Minnesocie, u źródeł Mississippi.
Mississippi na początku wygląda zupełnie niewinnie; ot, rzeczka wypływająca z ni to jeziora, ni to mokradła, odgrodzonego rządkiem kamieni:
Na pniaku-słupku obok wypisane jest, że to ważne miejsce, początek wielkiej i długiej rzeki, która następnie turla się 3700 km z okładem do Nowego Orleanu, a czyni to nader leniwie, bo różnica poziomów na tej odległości wynosi jedynie 450 metrów.
Na chwilę rzeczka staje się jeszcze węższa - przekroczyć się jej nie da, ale przejść na bosaka jak najbardziej.
W parku stanowym Itasca mają sobie też trzydziestometrową wieżę, której czubek dość mocno telepie się na wietrze. Byłam jednak dzielna, wylazłam, i sfotografowałam rozpalone jesienne ulistnienie otaczających lasów:
Potem czekał nas długi skok do południowowschodniego rogu Północnej Dakoty - można jechać na pilocie automatycznym, bo autostrada I-94 przez cały niemal stan zasuwa sobie "poziomo", wschód-zachód, prawie że nie ma okazji, żeby sobie pokręcić kierownicą :)
Odmiana nastąpiła koło Dickinson, gdzie przy autostradzie zobaczyliśmy takie coś - rzeźbę ze złomu ponoć, sygnalizującą, że należy zjechać na południe, na Enchanted Highway...
...przy którym stoi siedem takich wielkich rzeźb. Zapadał już zmierzch, co podkręciło atmosferę tajemniczości, a przy rybach poczuliśmy się, jakbyśmy wpadli na dno akwarium:
Nocleg zaplanowaliśmy w miasteczku Amidon, prawie że najmniejszym mieście powiatowym w calusieńkich Stanach, bo liczącym aże... dwadzieścioro mieszkańców. (Mniejsze jest tylko jedno w Teksasie - dziewiętnaście :) Miałam trochę wątpliwości, czy ten kamping naprawdę istnieje, a z drugiej strony było już całkiem ciemno, więc się cokolwiek zestresowałam... Kamping jednak był! I nawet były znaki, że się doń zbliżamy!
Kiedy podjechaliśmy, panowała tam głucha cisza. Niedługo zjawił się jednak zarośnięty młodzian, który na zapytanie o kawalątko ziemi pod nasz namiot machnął ręką ku trzem drzewom i pobrał $10. Podejrzewam, że była to transakcja typu z-ręki-do-kieszeni, z pominięciem urzędu podatkowego :)
Trzy drzewa jedynie troszkę chroniły przed nocnymi wichrami, które omal nie powyrywały szpilek z ziemi, ale niezmiernie wdzięczni byliśmy, że wśród dwudziestu mieszkańców Amidon znalazł się jeden, który nas przyjął na swój teren.
Rano wstaliśmy przed świtem i pojechaliśmy na pola, gdzie dawniej płonął pod ziemią węgiel. Teraz, po ponad stu latach, już wygasł, ale za to po drodze odbył się piękny wschód słońca.
Główną atrakcją dnia był Theodore Roosevelt National Park, pełen niezwykłych formacji z udziałem bentonitu (który powstał ponoć z pyłów wulkanicznych, jakie spadły na te tereny w czasach, gdy powstawały Góry Skaliste bardziej na południe)...
...oraz scorii - tu też niegdyś płonął pod ziemią węgiel, który wypalił wierzchnią warstwę piasku i gliny na cegłę (sprawdzałam - nawet dzwoni w ten miły dla ucha sposób, charakterystyczny dla cegły):
Jeden z przystanków na parkowej pętli to widok na koryto rzeki Little Missouri. Miało się tylko patrzeć, a zlazło się do kanionu... i potem się wyłaziło wąską rynną w zboczu, wyrobioną przez potok w porze bardziej deszczowej, omal nie wdepując w małego wężyka, który raczył się zwinąć na jednym z domniemanych stopni.
Na wspomnianej pętli można by się zatrzymywać co kilkaset metrów, bo zjawiska tam są zaiste niezwykłe. Trzeba jednak sunąć naprzód...
...jeśli jednak widzi się samotnego bizona spokojnie wcinającego trawę, to przecież KONIECZNIE trzeba stanąć i uwiecznić:
Noc nad sztucznym jeziorem Sakakawea, utworzonym przez tamę na Missouri, była trudna - nasz samotny, jedyny na całym polu namiotowym domek targany był wichrami i zalewany wodą. Zakończyło się to tylko jedną kałużą wewnątrz, która dała się dość łatwo wysączyć. Nic to w porównaniu z potopem podczas lipcowej wyprawy do Missouri.
Za to następny dzień zaczął się ładnie i indiańsko... ale o tym już w następnym odcinku :)
Oto plan wyprawy - we wtorek wieczorem wyjechaliśmy z domu i w środę rano, po krótkiej drzemce na parkingu przydrożnym, byliśmy w Minnesocie, u źródeł Mississippi.
Mississippi na początku wygląda zupełnie niewinnie; ot, rzeczka wypływająca z ni to jeziora, ni to mokradła, odgrodzonego rządkiem kamieni:
Na pniaku-słupku obok wypisane jest, że to ważne miejsce, początek wielkiej i długiej rzeki, która następnie turla się 3700 km z okładem do Nowego Orleanu, a czyni to nader leniwie, bo różnica poziomów na tej odległości wynosi jedynie 450 metrów.
Na chwilę rzeczka staje się jeszcze węższa - przekroczyć się jej nie da, ale przejść na bosaka jak najbardziej.
W parku stanowym Itasca mają sobie też trzydziestometrową wieżę, której czubek dość mocno telepie się na wietrze. Byłam jednak dzielna, wylazłam, i sfotografowałam rozpalone jesienne ulistnienie otaczających lasów:
Potem czekał nas długi skok do południowowschodniego rogu Północnej Dakoty - można jechać na pilocie automatycznym, bo autostrada I-94 przez cały niemal stan zasuwa sobie "poziomo", wschód-zachód, prawie że nie ma okazji, żeby sobie pokręcić kierownicą :)
Odmiana nastąpiła koło Dickinson, gdzie przy autostradzie zobaczyliśmy takie coś - rzeźbę ze złomu ponoć, sygnalizującą, że należy zjechać na południe, na Enchanted Highway...
...przy którym stoi siedem takich wielkich rzeźb. Zapadał już zmierzch, co podkręciło atmosferę tajemniczości, a przy rybach poczuliśmy się, jakbyśmy wpadli na dno akwarium:
Nocleg zaplanowaliśmy w miasteczku Amidon, prawie że najmniejszym mieście powiatowym w calusieńkich Stanach, bo liczącym aże... dwadzieścioro mieszkańców. (Mniejsze jest tylko jedno w Teksasie - dziewiętnaście :) Miałam trochę wątpliwości, czy ten kamping naprawdę istnieje, a z drugiej strony było już całkiem ciemno, więc się cokolwiek zestresowałam... Kamping jednak był! I nawet były znaki, że się doń zbliżamy!
Kiedy podjechaliśmy, panowała tam głucha cisza. Niedługo zjawił się jednak zarośnięty młodzian, który na zapytanie o kawalątko ziemi pod nasz namiot machnął ręką ku trzem drzewom i pobrał $10. Podejrzewam, że była to transakcja typu z-ręki-do-kieszeni, z pominięciem urzędu podatkowego :)
Trzy drzewa jedynie troszkę chroniły przed nocnymi wichrami, które omal nie powyrywały szpilek z ziemi, ale niezmiernie wdzięczni byliśmy, że wśród dwudziestu mieszkańców Amidon znalazł się jeden, który nas przyjął na swój teren.
Rano wstaliśmy przed świtem i pojechaliśmy na pola, gdzie dawniej płonął pod ziemią węgiel. Teraz, po ponad stu latach, już wygasł, ale za to po drodze odbył się piękny wschód słońca.
Główną atrakcją dnia był Theodore Roosevelt National Park, pełen niezwykłych formacji z udziałem bentonitu (który powstał ponoć z pyłów wulkanicznych, jakie spadły na te tereny w czasach, gdy powstawały Góry Skaliste bardziej na południe)...
...oraz scorii - tu też niegdyś płonął pod ziemią węgiel, który wypalił wierzchnią warstwę piasku i gliny na cegłę (sprawdzałam - nawet dzwoni w ten miły dla ucha sposób, charakterystyczny dla cegły):
Jeden z przystanków na parkowej pętli to widok na koryto rzeki Little Missouri. Miało się tylko patrzeć, a zlazło się do kanionu... i potem się wyłaziło wąską rynną w zboczu, wyrobioną przez potok w porze bardziej deszczowej, omal nie wdepując w małego wężyka, który raczył się zwinąć na jednym z domniemanych stopni.
Na wspomnianej pętli można by się zatrzymywać co kilkaset metrów, bo zjawiska tam są zaiste niezwykłe. Trzeba jednak sunąć naprzód...
...jeśli jednak widzi się samotnego bizona spokojnie wcinającego trawę, to przecież KONIECZNIE trzeba stanąć i uwiecznić:
Noc nad sztucznym jeziorem Sakakawea, utworzonym przez tamę na Missouri, była trudna - nasz samotny, jedyny na całym polu namiotowym domek targany był wichrami i zalewany wodą. Zakończyło się to tylko jedną kałużą wewnątrz, która dała się dość łatwo wysączyć. Nic to w porównaniu z potopem podczas lipcowej wyprawy do Missouri.
Za to następny dzień zaczął się ładnie i indiańsko... ale o tym już w następnym odcinku :)
środa, 5 października 2011
wtorek, 4 października 2011
1001. sterty wszystkiego
Tysięczny post odhaczony, nagrody wysłane - jedziemy dalej. Zajmiemy się dzisiaj scenami balkonowymi (choć Romeo i Julia nie mają z tym nic wspólnego). Chodzi raczej o stertę, jako że Collage Cafe zaproponowało w ostatnim słoiku przyjrzenie się stosikom wszelkiego rodzaju.
U mnie stosów nie brak, jako że chomictwo jest jedną z moich cech wrodzonych i odziedziczonych genetycznie. Powstała więc kwestia tego, który wybrać - i postanowiłam sfotografować stosik najbardziej bieżący, a w miarę ładny, czyli przewodniki związane z wycieczką, na którą wyruszamy dziś wieczorem.
Nie wszystkie książki z nami jadą, bo zaś bez przesady, ale do wszystkich wsadziłam nos. Mamy więc z samego dołu broszury pozyskane ze stanowych stron turystycznych oraz centrów dla zwiedzających podczas niedawnej wyprawy do Minnesoty. Potem - "Scenic Wonders of America", wintażowa księga ze Sklepu Drugiej Szansy, dzięki której znaleźliśmy już wiele mniej znanych, a ciekawych miejsc. Następnie leży sobie kilka przewodników z biblioteki, a na samym czubku przewodnik po polsku, przysłany niedawno przez Teściową z Krakowa.
W to wszystko wplątał się jeszcze przewodnik po Jerozolimie i Ziemi Świętej, bo mamy taką tradycję, że pod koniec danej wyprawy zaczynamy się przygotowywać do następnej :) Czasu, co prawda, jeszcze dość sporo, bo aże do końca lutego, ale pewnie zleci jak z bicza przysłowiowego trzasł i ani się spodziejemy, a trzeba będzie pakować się do Stambułu i Tel Awiwu. Napisałam sobie nazwy, bo przesypywanie takich egzotycznych słów przez rozum sprawia mi nielichą przyjemność :)
I kiedy wytaszczyłam tę literaturę na poranny balkon celem sfotografowania, zza węgła wychyliła się pewna zdumiona twarzyczka, która zaraz uciekła, ale po chwili namysłu wróciła sprawdzić, co się dzieje, i klapnęła na oknie od kraftowni...
...a potem dopiero, niezbyt śpiesznie, opuściła nasz teren - głową w dół:
Na balkonie suszą się też papryki - w sumie jedna z dwóch rzeczy, które nam się udały w tym roku (oprócz bazylii...
...a poranną paletę uzupełnia pięknie żółciuchne drzewo, na którym po naszym powrocie nie będzie zapewne ani listeczka, bo ono zawsze tak.
Niniejszym przerywamy nadawanie mniej więcej na tydzień, zabieramy sterty (łącznie z ciuchami na wszystkie pory roku praktycznie, od krótkich portek po czapki i szaliki)... i jeszcze jedna dniówka na zakładzie i ziuuuuuu!
U mnie stosów nie brak, jako że chomictwo jest jedną z moich cech wrodzonych i odziedziczonych genetycznie. Powstała więc kwestia tego, który wybrać - i postanowiłam sfotografować stosik najbardziej bieżący, a w miarę ładny, czyli przewodniki związane z wycieczką, na którą wyruszamy dziś wieczorem.
Nie wszystkie książki z nami jadą, bo zaś bez przesady, ale do wszystkich wsadziłam nos. Mamy więc z samego dołu broszury pozyskane ze stanowych stron turystycznych oraz centrów dla zwiedzających podczas niedawnej wyprawy do Minnesoty. Potem - "Scenic Wonders of America", wintażowa księga ze Sklepu Drugiej Szansy, dzięki której znaleźliśmy już wiele mniej znanych, a ciekawych miejsc. Następnie leży sobie kilka przewodników z biblioteki, a na samym czubku przewodnik po polsku, przysłany niedawno przez Teściową z Krakowa.
W to wszystko wplątał się jeszcze przewodnik po Jerozolimie i Ziemi Świętej, bo mamy taką tradycję, że pod koniec danej wyprawy zaczynamy się przygotowywać do następnej :) Czasu, co prawda, jeszcze dość sporo, bo aże do końca lutego, ale pewnie zleci jak z bicza przysłowiowego trzasł i ani się spodziejemy, a trzeba będzie pakować się do Stambułu i Tel Awiwu. Napisałam sobie nazwy, bo przesypywanie takich egzotycznych słów przez rozum sprawia mi nielichą przyjemność :)
I kiedy wytaszczyłam tę literaturę na poranny balkon celem sfotografowania, zza węgła wychyliła się pewna zdumiona twarzyczka, która zaraz uciekła, ale po chwili namysłu wróciła sprawdzić, co się dzieje, i klapnęła na oknie od kraftowni...
...a potem dopiero, niezbyt śpiesznie, opuściła nasz teren - głową w dół:
Na balkonie suszą się też papryki - w sumie jedna z dwóch rzeczy, które nam się udały w tym roku (oprócz bazylii...
...a poranną paletę uzupełnia pięknie żółciuchne drzewo, na którym po naszym powrocie nie będzie zapewne ani listeczka, bo ono zawsze tak.
Niniejszym przerywamy nadawanie mniej więcej na tydzień, zabieramy sterty (łącznie z ciuchami na wszystkie pory roku praktycznie, od krótkich portek po czapki i szaliki)... i jeszcze jedna dniówka na zakładzie i ziuuuuuu!
Labels:
domek,
turystycznie,
u nas na wsi,
wyzwania,
zwierzecosc
środa, 28 września 2011
1000!!!!
Nadeszła pora tysięcznego posta, czyli dzień losowania! Zamkneło się niniejszym listę, spisało wszystkie zgłoszenia w Excelu i skorzystało z Randoma celem wybrania osoby, do której pofrunie nagroda.
Komentarzy było aże 142, w tym jeden wymazany przez autorkę (pewnie podwójne zgłoszenie), jedno zgłoszenie podwójne i jedno potrójne. Po sprawiedliwości każdą osóbkę liczyłam tylko raz, co dało 138.
Pierwsze generowanie wybrało numer 107, czyli Arimor, autorkę malowniczego komentarza o skarbcu złotego smoka gdzieś w górach :D
Ponieważ zaś ilość zgłoszeń przeszła moje najśmielsze oczekiwania, złoty smok postanowił ułożyć jeszcze jeden stosik skarbów, zapewne trochę mniejszy, ale zawsze coś - i owa wice-nagroda pofrunie do numeru 41, czyli Scraperki.
Będę do powyższych osób wysyłać emaile i jeśli się do końca niedzieli nie zgadamy z adresami, to losowanie odbędzie się ponownie.
PS. Będzie jeszcze trzeci drobiazg... dla JaMajki, bo właśnie się wpisała na listę, podczas tworzenia tego postu, po losowaniu, a przed jego opublikowaniem. No koniec świata, co za wyczucie czasu :D
Komentarzy było aże 142, w tym jeden wymazany przez autorkę (pewnie podwójne zgłoszenie), jedno zgłoszenie podwójne i jedno potrójne. Po sprawiedliwości każdą osóbkę liczyłam tylko raz, co dało 138.
Pierwsze generowanie wybrało numer 107, czyli Arimor, autorkę malowniczego komentarza o skarbcu złotego smoka gdzieś w górach :D
Ponieważ zaś ilość zgłoszeń przeszła moje najśmielsze oczekiwania, złoty smok postanowił ułożyć jeszcze jeden stosik skarbów, zapewne trochę mniejszy, ale zawsze coś - i owa wice-nagroda pofrunie do numeru 41, czyli Scraperki.
Będę do powyższych osób wysyłać emaile i jeśli się do końca niedzieli nie zgadamy z adresami, to losowanie odbędzie się ponownie.
PS. Będzie jeszcze trzeci drobiazg... dla JaMajki, bo właśnie się wpisała na listę, podczas tworzenia tego postu, po losowaniu, a przed jego opublikowaniem. No koniec świata, co za wyczucie czasu :D
wtorek, 27 września 2011
999. kwiatek zrobiłam!
Mianowicie z kursiku zapodanego przez Michelle na naszym blogu craftypantkowym. Przepis na harmonijkowe kwiecie mnie był urzekł już wczoraj, więc przyniosłam sobie na lunch starą książkę, nici i guziki. (Nożyczki i klej mam standardowo na biurku :)
No i wyszło, choć dokonałam po drodze kilku odkryć - na przykład takiego, że kartki z tej starej książki ("Great Expectations") są pięknie poźółknięte, a zarazem wątłe i kiepsko znoszą składanie. Nadają się raczej do wykorzystania na płask.
Następnie - ostatni etap, czyli sklejanie płatków trzeba chyba robić stopniowo, bo inaczej to w żaden sposób się nie uda utrzymać. Mi się udało zlepić najpierw trzy, potem dodać dwa, a potem jeden na końcu.
Efekt jest jednak kapitalny i myślę, że jeszcze takie kwiatysie powstaną, tylko z jakiegoś mocniejszego papieru.
A z całkiem innej beczki - to już chyba ostatni dzwonek na zapisy na rozdawnictwo z okazji tysięcznego postu, bośmy już radośnie dojechali do 999! :)
No i wyszło, choć dokonałam po drodze kilku odkryć - na przykład takiego, że kartki z tej starej książki ("Great Expectations") są pięknie poźółknięte, a zarazem wątłe i kiepsko znoszą składanie. Nadają się raczej do wykorzystania na płask.
Następnie - ostatni etap, czyli sklejanie płatków trzeba chyba robić stopniowo, bo inaczej to w żaden sposób się nie uda utrzymać. Mi się udało zlepić najpierw trzy, potem dodać dwa, a potem jeden na końcu.
Efekt jest jednak kapitalny i myślę, że jeszcze takie kwiatysie powstaną, tylko z jakiegoś mocniejszego papieru.
A z całkiem innej beczki - to już chyba ostatni dzwonek na zapisy na rozdawnictwo z okazji tysięcznego postu, bośmy już radośnie dojechali do 999! :)
poniedziałek, 26 września 2011
998. deszczowo, czyli dzień kiepskich fotek
Co prawda marna jakość poniższych fotek związku z dzisiejszym deszczem zbytnio nie ma, ale co tam, wykręt jest :)
Skrobnąć należy słówko o sobotnim kiermaszu, który pożarł mi cały wolny czas przez minione półtora tygodnia - i wyglądał o, tak:
A teraz czeka mnie rozpakowanie całego majdanu po powrocie, co nie nastąpiło wczoraj, bo a) kościółek, b) gotowanie i pieczenie, c) wizyta u Pisklaków d) przecież koniecznie trzeba obejrzeć "Przepis na życie" i posłuchać trochę hiszpańskiego, bo się na nadchodzący weekend kroi wydarzenie po hiszpańsku właśnie. Będę w nim uczestniczyć pasywnie, czyli słuchając, a jeśli ktoś by mnie miał zahaczyć o cokolwiek, to przygotuję sobie frazę "ja mówię tylko ciut, ale tu jest Cristina". Cristina is from Argentina i oczywiście mówi biegle, gdyż to jej pierwszy język.
A kraftownia wygląda w tej chwili tak, jak widać na poniższym zdjęciu - klozet zwymiotował i zawalił podłogę wszystkim, wymieszanym. Bo ja oczywiście nie miałam z tym bałaganem nic wspólnego.
A tak naprawdę, to sprzątam, bo w tym klozecie czyli garderobie jest multum wszystkiego i mam nadzieję, że mi się conieco uda wyrzucić, a takie przykładowo zabawki umieścić w pudłach, żeby łatwo je było wyciągnąć i schować, zależnie od potrzeby. I w ogóle zaprowadzić tam jakąś organizację, najlepiej szybko, bo za tydzień jedziemy do Kanady i czem prędzej trzeba wymyślać marszrutę.
Skrobnąć należy słówko o sobotnim kiermaszu, który pożarł mi cały wolny czas przez minione półtora tygodnia - i wyglądał o, tak:
A teraz czeka mnie rozpakowanie całego majdanu po powrocie, co nie nastąpiło wczoraj, bo a) kościółek, b) gotowanie i pieczenie, c) wizyta u Pisklaków d) przecież koniecznie trzeba obejrzeć "Przepis na życie" i posłuchać trochę hiszpańskiego, bo się na nadchodzący weekend kroi wydarzenie po hiszpańsku właśnie. Będę w nim uczestniczyć pasywnie, czyli słuchając, a jeśli ktoś by mnie miał zahaczyć o cokolwiek, to przygotuję sobie frazę "ja mówię tylko ciut, ale tu jest Cristina". Cristina is from Argentina i oczywiście mówi biegle, gdyż to jej pierwszy język.
A kraftownia wygląda w tej chwili tak, jak widać na poniższym zdjęciu - klozet zwymiotował i zawalił podłogę wszystkim, wymieszanym. Bo ja oczywiście nie miałam z tym bałaganem nic wspólnego.
A tak naprawdę, to sprzątam, bo w tym klozecie czyli garderobie jest multum wszystkiego i mam nadzieję, że mi się conieco uda wyrzucić, a takie przykładowo zabawki umieścić w pudłach, żeby łatwo je było wyciągnąć i schować, zależnie od potrzeby. I w ogóle zaprowadzić tam jakąś organizację, najlepiej szybko, bo za tydzień jedziemy do Kanady i czem prędzej trzeba wymyślać marszrutę.
piątek, 23 września 2011
997. mandala-la-la
Craftypantki reprezentowane tym razem przez Mrouh zajęły się dziś mandalą, a to w związku z trwającym wyzwaniem piaszczysto-kamiennym. Związek mianowicie jest taki, że klasyczne mandale tybetańskie robi się właśnie z piasku.
Na blogu znalazł się wywiad ze specjalistką od przepięknych mandal w bajecznych kolorach, a także prace naszego składu. Mój wkład był poniekąd monotonny, gdyż przypięłam się do jednej pieczątki z zestawu hinduskiego i najpierw wyszły mi z niej cztery kartki świąteczne...
Zapraszam do oglądania dzieł pozostałych dziewczyn z naszego zespołu!
Na blogu znalazł się wywiad ze specjalistką od przepięknych mandal w bajecznych kolorach, a także prace naszego składu. Mój wkład był poniekąd monotonny, gdyż przypięłam się do jednej pieczątki z zestawu hinduskiego i najpierw wyszły mi z niej cztery kartki świąteczne...
....potem jedna nieświąteczna, ale za to z efektem trójwymiarowości na małych, lepkich gąbeczkach...
...a na koniec resztka z powyższego znalazła się na jednej z torebeczek z żółtymi karteczkami:
Zapraszam do oglądania dzieł pozostałych dziewczyn z naszego zespołu!
Labels:
craftypantki,
kartki,
papierrr,
post-it-notes,
Xmas
środa, 21 września 2011
996. wysyp sypie się dalej
Truskawki gotowe...
...słonie gotowe...
...choinki w trakcie...
... w kolejce czeka fajny papier.
A na rozgrzewkę wystemplowałam sobie wczoraj torbki do pakowania ewentualnych zakupów.
...słonie gotowe...
...choinki w trakcie...
... w kolejce czeka fajny papier.
A na rozgrzewkę wystemplowałam sobie wczoraj torbki do pakowania ewentualnych zakupów.
wtorek, 20 września 2011
online stock trading at Firstrade.com
If you are looking for a convenient platform and low fees for your online trading,
Firstrade.com would be a great option to check out. The company was
created over 20 years ago, when they adopted the core values of "Low
Costs, Higher Standards". Since then, Firstrade has received numerous
accolades in trade publications for being one of the best in the online broker category.
Firstrade Securities, Inc. offers an opportunity to create quite a diversified portfolio with a complete suite of investment products: Online Stock Trading, Options, over 11,000 Mutual Funds, Exchange Traded Funds (ETFs), Bonds, Treasuries, Agencies and CDs. They also set up IRA accounts (both Traditional and Roth IRAs) with no additional fees.The most convenient way to place orders and monitor activity is the user-friendly and intuitive website. Another option is mobile trading - trading on-on-the go with one's internet-enabled device. You can access the site or download Firstrade's iPhone App and enjoy the flexibility, while the same low commissions are applied. There is also an option of calling a toll-free number to talk to a representative.
The Promos section of the website is always worth checking - it offers a number of incentives, such as free trades or even a cash bonus for referring a friend, as well as rebates on wire transfer fees and free Antivirus and Antispyware software. Happy trading!
Firstrade Securities, Inc. offers an opportunity to create quite a diversified portfolio with a complete suite of investment products: Online Stock Trading, Options, over 11,000 Mutual Funds, Exchange Traded Funds (ETFs), Bonds, Treasuries, Agencies and CDs. They also set up IRA accounts (both Traditional and Roth IRAs) with no additional fees.The most convenient way to place orders and monitor activity is the user-friendly and intuitive website. Another option is mobile trading - trading on-on-the go with one's internet-enabled device. You can access the site or download Firstrade's iPhone App and enjoy the flexibility, while the same low commissions are applied. There is also an option of calling a toll-free number to talk to a representative.
The Promos section of the website is always worth checking - it offers a number of incentives, such as free trades or even a cash bonus for referring a friend, as well as rebates on wire transfer fees and free Antivirus and Antispyware software. Happy trading!
poniedziałek, 19 września 2011
994. weekendowe krafty
Mała armia torebeczek z karteczkami-samoprzylepkami (nareszcie się nieco ścinków wykorzystało)...
...stertka notesów małych i dużych (z odpadków z drukarni)...
...kartki świateczne (z wykorzystaniem elementów z zeszłego roku)...
...kartki jesienne, mniamuśne papiery - K&Company, ofkors :)
Szczegóły - bo i papier fajny, z błyszczącą powłoką na niektórych elementach, i sklepowe przydasie też mi się podobają.
A to nie koniec maratonu... będzie tak do piątku, a w sobotę - kiermasz!
...stertka notesów małych i dużych (z odpadków z drukarni)...
...kartki świateczne (z wykorzystaniem elementów z zeszłego roku)...
...kartki jesienne, mniamuśne papiery - K&Company, ofkors :)
Szczegóły - bo i papier fajny, z błyszczącą powłoką na niektórych elementach, i sklepowe przydasie też mi się podobają.
A to nie koniec maratonu... będzie tak do piątku, a w sobotę - kiermasz!
Labels:
akcja ścinek,
kartki,
kiermasz,
papierrr,
post-it-notes,
recykling,
teapot creations
piątek, 16 września 2011
What in the world is WATG?
A crafter can never have too many supplies and too many tools. A knitter will always be on a lookout for more yarn in new colors and textures, and an additional pair of needles is not a bad thing, either. WATG - the Wool And The Gang wool shop - will be a wonderful source in this case: you can purchase there kits of yarn, needles, patterns and accessories, from simple to sophisticated. Their wool for knitting is top quality, and it comes all the way from the heart of Peru's Andean Highlands. Other kits include everything needed to knit super soft 100% cotton sweaters and accessories.
If you are too impatient to knit your own pieces, do not despair: Wool And The Gang is not only a wool yarn shop, but they also sell ready-made knitwear. The spectrum is just as wide as the variety of yarn colors: there are models for women, men, children and animals, and also pieces for the home - they are all produced by women with exotic and magical names such as Catalina, Segundina, Graciela, Martina, Pelegrina, Esperenza, Edelmira, Efigenia etc. This already feels like a trip to a far-away land, which you can wrap around your neck as a winter shawl, or wear all day long with your favorite jeans!
WATG's collections are selections of basic pieces, and there are also seasonal extras, with specially selected designs, colors and finishes. The classic craft of hand-knitting is thus combined with high-end raw materials, which offers a wonderful product and great experience to the wearer. The website is also and adventure - apart from the obvious and described above, you can take advantage of their tutorials, and also find out about the whole idea of "The Gang", about the founders, who, by the way, came from two very different parts of the world. There is also a frequently updated blog - have a peek at their travel, inspiration, some extra tutorials and really cool photos!
If you are too impatient to knit your own pieces, do not despair: Wool And The Gang is not only a wool yarn shop, but they also sell ready-made knitwear. The spectrum is just as wide as the variety of yarn colors: there are models for women, men, children and animals, and also pieces for the home - they are all produced by women with exotic and magical names such as Catalina, Segundina, Graciela, Martina, Pelegrina, Esperenza, Edelmira, Efigenia etc. This already feels like a trip to a far-away land, which you can wrap around your neck as a winter shawl, or wear all day long with your favorite jeans!
WATG's collections are selections of basic pieces, and there are also seasonal extras, with specially selected designs, colors and finishes. The classic craft of hand-knitting is thus combined with high-end raw materials, which offers a wonderful product and great experience to the wearer. The website is also and adventure - apart from the obvious and described above, you can take advantage of their tutorials, and also find out about the whole idea of "The Gang", about the founders, who, by the way, came from two very different parts of the world. There is also a frequently updated blog - have a peek at their travel, inspiration, some extra tutorials and really cool photos!
środa, 14 września 2011
992. osobliwe zjawisko
Dziś zupełnie nie o kraftach, ani nawet nie o podróżowaniu - hm, chociaż właściwie jest to swego rodzaju podróż. Otóż zaczęło się od tego, że wracając wczoraj z pracy zauważyłam, że jakoś dziwnie świat jest zadymiony (i nie chodzi o to, że w aucie mam brudną szybę, bo w myjni nie było całe wieki). W okolicznej dolince siedziały jakoby mgły, więc pomyślałam sobie, że pewnie się coś nadpaliło.
Ano - pali się, od 18 sierpnia, kiedy to piorun trzasnął w las w... Minnesocie, na granicy z Kanadą. Pożar ostatnio się bardzo rozszerzył, a warunki atmosferyczne złożyły się wczoraj tak, że przepchały dym SIEDEMSET KILOMETRÓW aż do nas. Kto by pomyślał, że takie coś jest w ogóle możliwe???
TU można zobaczyć animację dymu widzianego z satelity (początkowa faza jego wędrowania), TU jest fotka z całą masą dymu, a tu mapka drogi z miasteczka Ely, koło którego trwa ten pożar, do nas. Google Maps twierdzi, że gdyby jechać drogami, odległość wyniosłaby 898 km, ale w prostej linii będzie oczywiście znacznie mniej, bo nie trzeba objeżdżać Jeziora Górnego.
Swoją drogą - właśnie się w tamte okolice wybieraliśmy w październiku... a z trzeciej strony być może wyjaśnia to tajemnicę z naszej pierwszej wyprawy, kiedy zwiedzaliśmy wulkan ostatnio wybuchnięty zylion lat temu, a ja, jak słowo honoru, czułam spaleniznę. Ognia żadnego w okolicy nie było - ale może właśnie dym przywiało, gdzieś z bardzo daleka?
Ano - pali się, od 18 sierpnia, kiedy to piorun trzasnął w las w... Minnesocie, na granicy z Kanadą. Pożar ostatnio się bardzo rozszerzył, a warunki atmosferyczne złożyły się wczoraj tak, że przepchały dym SIEDEMSET KILOMETRÓW aż do nas. Kto by pomyślał, że takie coś jest w ogóle możliwe???
TU można zobaczyć animację dymu widzianego z satelity (początkowa faza jego wędrowania), TU jest fotka z całą masą dymu, a tu mapka drogi z miasteczka Ely, koło którego trwa ten pożar, do nas. Google Maps twierdzi, że gdyby jechać drogami, odległość wyniosłaby 898 km, ale w prostej linii będzie oczywiście znacznie mniej, bo nie trzeba objeżdżać Jeziora Górnego.
Swoją drogą - właśnie się w tamte okolice wybieraliśmy w październiku... a z trzeciej strony być może wyjaśnia to tajemnicę z naszej pierwszej wyprawy, kiedy zwiedzaliśmy wulkan ostatnio wybuchnięty zylion lat temu, a ja, jak słowo honoru, czułam spaleniznę. Ognia żadnego w okolicy nie było - ale może właśnie dym przywiało, gdzieś z bardzo daleka?
Subskrybuj:
Posty (Atom)





























