
Wniosek jest taki, że trzeba sobie porządnie usiąść, przy porządnym stole i świetle, a nie uśtyrmać się (słowo domowe z domu w Polsce) przy niskim stoliku kawowym i bylejaczyć o poranku. Łatwo bowiem wtedy nacisnąć zbyt mocno i przedziurawić kalkę, a i wytłaczanki nie wychodzą w równomiernym białym kolorze. I tak sobie myślę, że jajowate wzory może by się nadały na jakie kartki wielkanocne?
I tak sobie siedziałam, dziabałam, aż tu nagle włączył się przeraźliwy pisk alarmu pożarowego. Alarm ów z pewnością wybudziłby z najgłębszego snu, choć pipczył na korytarzu. Kot bidok skitrał się bardzo mocno – kto wie, może on słyszy „bardziej”, jakieś pasma dźwięku, których my nie odbieramy?
Nie minęło pięć minut, ledwie nawdziałam na się odzież bardziej cywilizowaną od piżamy (lubię sobie bowiem pokraftować ranną porą w piżamie), a już pod budynek zajechał wóz strażacki oraz – na wszelki wypadek – paramedycy. Wparowali obłożeni sprzętem (zastanawiam się czasem, kto miał cięższą zbroję – średniowieczny rycerz, czy dzisiejszy strażak?) i zaczęli od pytania, kto przypalił jakieś papu. Zalatywało właśnie jakimś spieczonym jedzeniem, a magiczna skrzyneczka w przedsionku od razu powiedziała strażakom, że to ci z 203. (Muszę napomknąć T, żeby ostrożnie robił te swoje spalonki, bo jeszcze straż przyjedzie :D).
Długo rzecz nie trwała, poleciałam pstryknąć fotkę, ale prawdziwy wóz strażacki już był odjechał, zostali tylko paramedycy, i to w ruchu:

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz