niedziela, 18 lipca 2010

791. Opowieści alaskańskie 3: Dalton Highway, czyli wpis na 666 km

Dzisiaj zapraszam Was na wyprawę na Dalton Highway – 666 km drogi niezwykłej poprzez swoją odludność i nieturystyczne przeznaczenie. Zaczyna się ona kilkadziesiąt mil na północ od Fairbanks, a kończy w Deadhorse, niemal nad Oceanem Arktycznym, przy polach naftowych Prudhoe Bay. Zbudowano ją jako drogę zaopatrzeniową dla Deadhorse oraz dla Wielkiej Rury, czyli Transalaskańskiego Rurociągu przepychającego ropę blisko 1300 km, właśnie z Prudhoe Bay do Valdez – ponoć ropa przebywa tę odległość w około osiem dni. Głównymi użytkownikami są zatem wielkie ciężarówki (160-250 na dobę zależnie od pory roku), zaskakująca ilość motocyklistów oraz – od wielkiego dzwonu – ekspedycje podobne do naszej.

Dalton okazał się mniej straszny, niż go malują w wielu źródłach – standardowe przewodniki nieśmiało umieszczają go na samym końcu alaskańskich atrakcji, z licznymi ostrzeżeniami – poczynając od tego, że nie należy do takiej wyprawy podchodzić lekkomyślnie, poprzez „bez trzech zapasowych kół nie ma się co wybierać” aż po „droga połyka auta w całości i nikt nie uchodzi z życiem.” Dalton jest jednak w sporej części asfaltowy, a na reszcie, choć określanej jest jako „żwirowa”, nawierzchnia składa się ze żwiru posklejanego na twardo jakimś związkiem wapnia. Przy suchej pogodzie zasuwa się tym niemal jak asfaltem, ale w deszczu natychmiast tworzy się śliskie błotko (a tylna szyba zaczyna przypominać najpierw rzadką zupę grzybową, a następnie gulasz).

Straszące opisy biorą się również zapewne z tego, że określenie „highway” zobowiązuje: na takie hasło widzi się piękną autostradę, co najmniej dwa pasy w każdą stronę, bezkolizyjne skrzyżowania, precyzyjne oznakowanie. Jeśli ktoś wybierze się na Dalton z takim wyobrażeniem, to rzeczywiście srodze się zawiedzie, a i może się wpakować w niebezpieczeństwo.

Wypożyczalnie samochodów typu Budget czy Hertz nie pozwalają zabierać swoich pojazdów na tę trasę; po obdzwonieniu chyba z tuzina numerów udało nam się znaleźć dwie firmy, które dają auta na taką wyprawę. Trzeba jednak zostawić $1000 depozytu na wypadek popsucia samochodu, które najczęściej polega na pobitej przedniej szybie (kamyki spod kół ciężarówek) i pękniętych dętkach (dziury w nawierzchni). Okazało się jednak, że naprawdę nieprzyjemnych dziur było może ze 40 km, a ciężarówki są miłe, tylko trzeba im zjeżdżać z drogi, szczególnie w trudnych miejscach. One wtedy też starają się zwalniać i zjeżdżać na bok, a większość kierowców przyjaźnie macha.

Na tych 666 kilometrach są trzy przystanki z ludźmi: knajpa i visitor center nad rzeką Yukon (kilometr 90), Coldfoot (282, 13 mieszkańców) i wioseczka Wiseman (304, 22 osoby), przy czym paliwo znajduje się tylko nad Yukonem i w Coldfoot, więc trzeba się obowiązkowo zaopatrzyć mimo niebotycznych cen. Potem do samego końca nie ma już niczego oprócz Wielkiej Rury, prymitywnego lotniska i kilku przepompowni.

Na samym początku drogi jest znak oblepiony licznymi naklejkami. Kiedy zatrzymaliśmy się tam celem pstryknięcia fotki, z zaparkowanego niedaleko pickupa wyskoczył brodacz i zaproponował, że sfotografuje nas oboje. Gadka-szmatka, okazało się, że jest z miasteczka North Pole. Sądząc po wyglądzie, mógł to być sam Mikołaj!!

Mila 56 – 700-metrowy most na rzece Yukon, co w języku lokalnych indian oznacza „wielka rzeka”. Most raczej nieciekawy, ale praktyczny – nawierzchnia jest z drewna, natomiast metalowa konstrukcja pod spodem ma niespotykaną ilość „luzu”, żeby przetrwała wielkie skoki temperatury. Zabieraliśmy się tu do tankowania, ale dziouszka w knajpie obsługującej jednocześnie cysternę z paliwem powiedziała, że im się kończy, więc jeśli przetrzymamy do Coldfoot, to byłoby miło, gdybyśmy benzynę zostawili dla bardziej zdesperowanych, co też uczyniliśmy.

Mila 75: Rollercoaster – szczególnie stromy zjazd, a zaraz potem równie szalony podjazd. Ciężarówki ponoć w ogóle nie lubią tego miejsca.

Mila 85 – dookoła widzimy mnóstwo fireweed (wierzbówka kiprzyca, nie do spamiętania); myślałam, że nazwa pochodzi od jadowitego koloru, ale okazało się, że jest to zielsko o wyjątkowo głębokich korzeniach, które dzięki temu jest w stanie przetrwać pożar i pojawia się jako pierwsze na spalonych terenach. Pożary zaś są potrzebne, bo bez nich nie pootwierają się tamtejsze świerkowe szyszki i nie będzie nowego lasu.

Na fotoprzystanku napotkaliśmy dziadka, który przyjechał na Alaskę z Florydy (nie przyleciał, przyjechał) – zaczął jechać pod koniec kwietnia, czyli ponad dwa miesiące wcześniej. Ha, emerytura ma swoje plusy!

Mila 98 – Finger Mountain, przykład tora, czyli szpiczastego ostańca. Przepiękna tundra – mchy, porosty, mnóstwo kwiecia. Chyba moje ulubione miejsce na całej trasie.


Mila 115 – Koło Polarne! W ogóle nie jest zimno. Na własne oczy widzę, że koło trzeba sobie wyobrazić, bo żadnej kreski na gruncie nie ma. Tu zawraca większość turystów.

Mila 175 – Coldfoot. Obskurna i błotnista w deszczu mieścinka, właściwie jeden plac i tyle, przystanek ciężarówek, ale jest benzyna!

Mila 200 – pięknie lśniąca w słońcu góra Sukakpak, odróżnia się wśród wszystkich innych, ciemnych i pokrytych roślinnością. Zatrzymujemy się na lanczyk u jej podnóża, nad jedną z wielu „cementowych” rzek; ponieważ biorą się one z lodowców, niosą mnóstwo „skalnej mąki” (rock flour). Wyglądają właśnie tak, jakby ktoś do nich nasypał błękitnawego cementu.

Mila 235 – ostatnie drzewo. Niestety – przegapiliśmy w obie strony, ponoć stoi tam stary świerk zniszczony przez wandali, a tuż obok rośnie młody. Od tej pory będzie tundra.

Mila 244 – przełęcz Atigun, 1415 m.n.p.m. Najwyższy punkt drogowy na Alasce, w zimie mocno niebezpieczny ze względu na ostry podjazd i lawiny (widzieliśmy nawet postumenty pod antylawinowe działka). Nieziemskie widoki i kamień spada z serca (a wręcz cała lawina kamieni), kiedy człowiek znajduje się po drugiej stronie.





Mila 325 – po nocy w aucie (deszcz + nieznośna ilość komarów, o których będzie chyba osobny wpis) zatrzymaliśmy się nad rzeką Sagavanirktok, gdzie odziawszy się w siatki i opsikawszy solidnie komarozolem ugotowaliśmy Najlepszą Kawę na Świecie. Odkryłam, że gazowy palnik na wietrze wcale nie chce odpalić i trzeba go chować w szparze między kamulcami. Podróże kształcą.
Mila 347 – przystanek celem zapoznania się z tundrą. Po kilku minutach na grząskiej łące mam całą garść eksponatów do sekcji zielnikowej Gromadziennika.


Mila 350 – spotkanie z karibu.

Mila 380 – urozmaicenie w dość jednostajnym krajobrazie: kolorowe Franklin Bluffs.

Mila 405: Nareszcie widać Deadhorse!

Uff. Zmęczyłam się samym opisywaniem tej trasy :). Jest to jednak niecodzienna przygoda, z pewnością warta wysiłku. A, dodam jeszcze, że depozyt zwrócono nam niemal w całości, bo całe 2250 mil udało się przebyć bez szwanku, ale że mieliśmy wykupione jedynie 2000 mil, to trzeba było uiścić za nadprogram. Dalton Highway rządzi!

PS. T mówi, że pora kończyć, bo blogasek pęknie i będzie syczał jak dętka. To już kończę.

4 komentarze:

Mrouh pisze...

Nooo, teraz dopiero widać, że jednak czasem było tam chłodno:-) Droga niesamowita. Czy w Stanach wszystkie ciężarówy są takie standardowo vintage'owe z przodu:-)? A jakie ładne kwiatki fioletowe na tych polach! U nas dziś zimno jak na Aalasce, w porównaniu do zeszłego tygodnia, 18 stopni tylko:-)

cynka pisze...

ale widoki!!!!
dech zapiera!!!

kasia | szkieuka pisze...

...albo moze brakuje tchu ze zmeczenia po tym tasiemcowym poscie :D

Mrouh - sporo ciezarowek lubi sie stroic, swiatelka, chromiki, takie tam bajery. Na tak zwanych trak stopach, czyli przystaniach dla ciezarowek, bywaja sklepy z takimi fajnymi swiecidlami, ze aby sie prosilo je do jakiegos krafta wykorzystac.

T powiada, ze ciezarowki dziela sie na zwykle i classic. Oraz Volvo, ktorych za ciezarowki sie ponoc nie uwaza. Classic maja wlasnie sporo chromu, komin z przodu (czyli rure wydechowa), a w srodku drewniane elementy. Maja tez z tylu kabiny sypialnie, lazienki... oo, czyzby sie nalezalo zrobic post o "trakach"? :) Moze po nastepnej wycieczce.

Kasia pisze...

Wspaniała wyprawa. Piękna wyprawa. Zazdroszczę.