środa, 23 czerwca 2010

771. wybuchowe pudełko

Po niedawnej fali codziennego papierkowania nastąpiła niejaka susza - zeszły tydzień wykończył mnie tymi zebraniami, wena poszła, gdzie pieprz rośnie. Poza tym wypatrzyłam stronkę podróżniczą, gdzie można opisywać swoje przygody i dostawać za to pieniążki - tycie, bo tycie, ale zawsze coś. Takoż i piśmiennictwo zaczęło mi zajmować trochę czasu.

Zebrałam się jednak i wysklejałam exploding box, napoczęty już wcześniej. Pomysł jest super, myślę, że powstanie ich więcej, bo znakomicie nadają się na album: dzieci dla mamy, historia małżeństwa na rocznicę ślubu, fotki narzeczonych na prezent ślubny - końca nie widać. Nie jestem natomiast przekonana co do akurat takiego zestawienia papierów, jakie wybrałam, oraz do dziurkaczowych kwiatysiów... wyszło coś na kształt gęstego ogrodu, ze wszystkim na tak zwanej kupie. Więc może następnym razem bardziej jednolite ukwiecenie, albo mniej, ale za to większe... To i tak pewnie nie zdarzy się od razu, bo do Wielkiej Wyprawy zostało półtora tygodnia i chociaż przygotowania są już bardzo zaawansowane i wszelkie potrzebne rezerwacje poczynione, to zostaje jeszcze skomponowanie Xięgi do czytania w drodze, no i oczywiście Gromadziennik.



Nawiasem mówiąc, w życiu nie narobiłam tyle rezerwacji, co na tą wycieczkę :) Nie do końca to wygodne dla mojej pustelniczej natury, ale trudno, inaczej raczej się nie da.
Klepnęliśmy przede wszystkim bilet na samolot, co się udało zrobić nadzwyczaj tanio. Potem poszedł kamping i wycieczka autobusowa w Denali (własnym autem się nie da, a na nóżkach jest za daleko, jak na nasz harmonogram.) Dalej - auto, wymagające sporo researchu, bo zwykłe wypożyczalnie nie udzielają pojazdów na żwirowe drogi. Wycieczka statkiem po parku narodowym Kenai z fiordami i lodowcami - miałam zaklepać 6-godzinną w internecie, ale zadzwoniłam, żeby się zapytać, czy nie mają jakichś promocji. Znów mieliśmy szczęście, bo jest promocja na wycieczkę 8-godzinną z obiadem praktycznie za tę samą cenę, co 6 godzin.

Dziś wreszcie zadzwoniłam na koniec świata, do Deadhorse, prawie że nad samym Morzem Arktycznym. Do Zimnej Wody nie da się dojechać własnym pojazdem, bo na drodze leżą pola naftowe i trzeba znowu zapisać się na te kilka mil na wycieczkę autobusem, dodatkowo podając wcześniej numer prawa jazdy, bo ponoć sprawdzają, czy nie jesteśmy niebezpiecznymi osobnikami.

Hm, przypomniałam sobie, że jeszcze jedną rzecz trzeba załatwić... zadzwonić do ubezpieczenia samochodu i dowiedzieć się, czy nasze ubezpieczenie pokrywa również pojazdy wypożyczone. A już myślałam, że dzwonienie się skończyło :)

3 komentarze:

Mrouh pisze...

Faktycznie pudełko stworzyło się na podobieństwo nieco zachaszczonego ogrodu, gdzie natura robi, co chce, bez strzyzonych żywopłotów, za to z pnącymi się roślinkami, z cienistymi zakatkami. Przy otwarciu wybucha zielenia jak ogród na wiosnę...

kasia | szkieuka pisze...

no wlasnie... chwasciasto, dobre okreslenie :D nic to, nastepnym razem bedzie lepiej.

cynka pisze...

wciąż zachwycam się Waszymi planami niesamowitymi:)))