czwartek, 22 stycznia 2009

415. Co tam w torbie, panie dziejku

Od dawna mam teorię, że kobietę rozpoznaje się nie po obcasach, szmince czy lakierowanych paznokciach, tylko po torbach, a konkretnie po tym , że wiecznie wlecze ze sobą jakieś klamoty. Panowie niosą sobie NIC, albo ewentualnie jakąś teczuszkę czy walizkę z laptopem, a my – przysłowiowe siaty, w wielu wcieleniach.
W moim przypadku otorbienie przedstawia się następująco:
Torebusia z kasą, dokumentami, komórką itp. – wiadomo, konieczność. Dość często się zmienia.
Następnie mniejsza torebka, zielonkawoniebieska, na lanczyk do pracy.
Następnie czerwona torba typu tote bag, taka większa, w której holuję na zakład to, co nie mieści się do poprzednich dwóch kontenerów: jakieś kajety, papiery, aparat, ściągacz zdjęć z karty, ewentualnie sok w większym pojemniku.
Na lekcje wlokę torbiszcze brązowe, podobnie jak czerwone uzyskane z Yves Rochera jako bonus przy zakupie kosmetyków. Coś się ostatnio ta torba ciężka zrobiła, muszę odbyć przegląd jej zawartości.
Do kościółka mam torbę zieloną, własnej roboty. Siedzi tam Biblia, ze trzy śpiewniki, kajet i księga z komentarzami. Taszczę też zwykle reklamówkę z żywnością, bo każdy coś przynosi i robimy ściepkę.
Do biblioteki mam torbę lnianą, kwieciście malowaną. Wczoraj naniosłam do chałupy tyle książek, że aż musiałam część trzymać w rękach: zapowiedziany podręcznik do Excela, „Dom nad rozlewiskiem” (tak, tak, po polsku, bibliotekarka nawet mówiła, że możemy zgłosić sugestie, jeśli chcemy, żeby coś nam kupili. Niemożebyć.) Oraz jeszcze jednego Jerzego Pilcha dla T, książkę do angielskiego takoż dla T, grubachne tomicho o tworzeniu kartek zgadnij-dla-kogo, i jeszcze stosik cedeczek, słucham sobie właśnie.
Następnie mamy kilka plecaczków, które obecnie znajdują się w stanie snu zimowego, bo się nie podróżuje. Najmniejszy plecaczek jest jasnoniebieski, potem jest średni, dżinsowy i jeszcze całkiem spory, na wycieczki więcej-niż-jednodniowe. I jeszcze walizeczka-lodóweczka, na jednodniową wycieczkę w dwie osoby, gdzie wchodzi kilka kanapek i ciasteczko. I jeszcze większa trochę torbo-lodówka, na więcej osób albo dni.
A nie wspominam nawet o reklamówkach z wszelakimi zakupami, które się ciągną za człowiekiem kilka razy w tygodniu.
A może po prostu ta moja teoria ma na celu umocnienie mnie samej w przekonaniu, że jestem kobietą, bo choć na polu obcasów, szminek i paznokci mam ciągłe niedobory, to prawie nie zdarza się, żebym miała przy sobie mniej, niż dwa pakuneczki :)

2 komentarze:

ania pisze...

Ja akurat nie cierpie targac ze soba wiecej niz jedna torebke, wiec jak mi sie lunch nie miesci w moja regularna torebke, to koniecznosc brania kolejnej mnie rozwala. Poza tym, Ty zdaje sie dojezdzasz autem do pracy, wiec jedna torebka wiecej nie robi roznicy. A w pociagu owszem.

mrouh pisze...

Oj, Szkieukowa dziewczyno, jak ja Cię rozumiem! Wprawdzie nienawidzę po prostu taszczyc ze sobą więcej niż jednej torby, bo wszędzie zasuwam piechotą. To oznacza jedynie, że w moja tzw. normalną babską torebkę musi się zmieścic wszystko, co potrzebne w ciagu dnia. Od kasy, dokumentów, kluczy, dwóch komórek, mp3, miliona długopisów, notatnika, książek pracowych (jakoś nie potrafię ich zostawić w szafce, bo albo nie posiadam takowej albo tęsknię za nimi w domu, jak się przygotowuję do następnego dnia:-)) i butelki wody, a w drodze powrotnej dodatkowo a to dzieciowe zeszyty, a to klasowki, a to zakupy ze spożywczaka jak zapomnę greenbaga zabrać. Wiadomo jak wygląda moja torba, dobrze, że postawne ze mnie babsko, bo by większa ode mnie była:-) No i oczywiście na różne okoliczności i okazje mam różne torby, tak na oko ze 20... W żadnej nie uświadczysz szminki:-)