
W sobotę zwiedzaliśmy carillon, czyli wieżę w 67-ma dzwonami. Wjeżdża się wysoko, ale nie najwyżej – do pomieszczonka z klawiaturą do grania na owych dzwonach. Potem można jeszcze wyskrobać się krętymi czerwonymi schodami na samiuśką górę; bałam się okropnie, bo koło schodów jest dziura do samej ziemi, ale pokonawszy lęk, wylazłam na czubek.
Lincolna, można powiedzieć, mamy wyzwiedzanego ze wszystkich stron: miejsce narodzin i chatka w Kentucky, dom w Springfield, teatralny fotel, na którym zginął (obecnie w muzeum w Detroit), grobowiec, a właściwie mauzoleum na cmentarzu w Springfield. Pozostaje jeszcze Waszyngton.
W Springfield oprócz pokazanego niżej domku, znajdującego się na środku miniskansenu w wydzielonej cząstce miasta, jest jeszcze stacja, z której AL odjeżdżał do Waszyngtonu, jest w kościele ławka rodziny L, jest w banku księga podatkowa z Lincolnowymi wpisami, kancelaria prawna AL i kolegi... oraz trzydzieści metalowych statuetek rozsianych po niewielkim w sumie centrum miasta. Aha, jeszcze biblioteka Lincolna, biblioteka PREZYDENCKA Lincolna, lotrnisko im. Lincolna, Lincoln Motel, w którym spaliśmy... i zapewne to jeszcze nie wszystko.
I można mieć mieszane uczucia. Z jednej strony wielki podziw, że gość z tyciej, jednoizbowej chałupki w środku kukurydzianych pól w Kentucky zaszedł aż do Białego Domu. Takoż i mowa propagandowa przewodnika wzruszyła mnie do łez, bo „bierze” mnie trochę ta cała idea „American Dream”. Myślę jednak, że jemu samemu przeszkadzałoby to olbrzymie zamieszanie wokół jego osoby. Szczególnie zaś ogromny pomnik, jaki grzmotnięto mu na miejskim cmentarzu.
Najbardziej spodobało mi się biureczko – tycie, będzie na późniejszych zdjęciach, autentyk stojący w sypialni państwa L. Tam właśnie Abraham naskrobał różne swoje mowy, część przemówienia spod Gettysburga (słynny Gettysburg Address), a z całą pewnością mowę „A house divided cannot stand”, czyli „podzielony dom się nie ostoi”, w odniesieniu do podziału na stany popierające niewolnictwo i te, które się mu sprzeciwiały. Trzeba tu jednak znowu powiedzieć, że większość ludzi uważa, że to właśnie Lincoln wymyślił tę frazę, a to przecież cytat z Nowego Testamentu, a na dodatek nie on pierwszy z niego skorzystał!
W Springfield oprócz pokazanego niżej domku, znajdującego się na środku miniskansenu w wydzielonej cząstce miasta, jest jeszcze stacja, z której AL odjeżdżał do Waszyngtonu, jest w kościele ławka rodziny L, jest w banku księga podatkowa z Lincolnowymi wpisami, kancelaria prawna AL i kolegi... oraz trzydzieści metalowych statuetek rozsianych po niewielkim w sumie centrum miasta. Aha, jeszcze biblioteka Lincolna, biblioteka PREZYDENCKA Lincolna, lotrnisko im. Lincolna, Lincoln Motel, w którym spaliśmy... i zapewne to jeszcze nie wszystko.
I można mieć mieszane uczucia. Z jednej strony wielki podziw, że gość z tyciej, jednoizbowej chałupki w środku kukurydzianych pól w Kentucky zaszedł aż do Białego Domu. Takoż i mowa propagandowa przewodnika wzruszyła mnie do łez, bo „bierze” mnie trochę ta cała idea „American Dream”. Myślę jednak, że jemu samemu przeszkadzałoby to olbrzymie zamieszanie wokół jego osoby. Szczególnie zaś ogromny pomnik, jaki grzmotnięto mu na miejskim cmentarzu.
Najbardziej spodobało mi się biureczko – tycie, będzie na późniejszych zdjęciach, autentyk stojący w sypialni państwa L. Tam właśnie Abraham naskrobał różne swoje mowy, część przemówienia spod Gettysburga (słynny Gettysburg Address), a z całą pewnością mowę „A house divided cannot stand”, czyli „podzielony dom się nie ostoi”, w odniesieniu do podziału na stany popierające niewolnictwo i te, które się mu sprzeciwiały. Trzeba tu jednak znowu powiedzieć, że większość ludzi uważa, że to właśnie Lincoln wymyślił tę frazę, a to przecież cytat z Nowego Testamentu, a na dodatek nie on pierwszy z niego skorzystał!





Tak więc zaliczyliśmy z Tomusiem kolejną wycieczkę – jak to fajnie mieć chłopka, któremu się chce poznawać świat :).
PS. Wewnątrz Dana-Thomas House nie wolno robić zdjęć. Powyższe obrazki zacytowane są z ichniej strony.
4 komentarze:
Rzeczywiscie w Taliesinie ceny za zwiedzanie sa z kosmosu i tez mnie zniechecily. Natomiast w Oak Park bylam pare miesiecy temu i zdaje sie, ze zaplacilam po $12 od osoby. A warto, bo dom jest piekny, a wycieczka ciekawa.
ha, to moze sie kiedys wybierzemy... ciekawie by bylo zobaczyc i porownac.
ale wam zazdroszczę tego zwiedzania ;) strasznie mi się kiedyś podobały domy wrighta, tak na odległość oczywiście, nie mam pojęcia jakie byłyby moje odczucia na żywo. pamiętam nawet że w VIII klasie w wypracowaniu napisałam o willi Bear Run nad wodospadem :P dlatego przeczytałam z wielkim zaciekawieniem.
a - jestem okropna wiem, ale springfield kojarzyło mi się dotąd głównie z Simpsonami :P
czyzby simpsony mieszkaly w springfield? moja znajomosc telewizji chyba nie wychodzi daleko poza CSI i Law & Order... oraz Telewizje Kraftowa.
Natomiast ten dom Wrighta ma swoj urok przez to, ze projekt jest niezwykle konsekwentny, nawet na obrusach sa wyhaftowane te same motywy, ktore sa na witrazach (choc akurat obrusy przybyly pozniej) - ale chyba jednak mieszkanie w takich kanciastosciach na dluzsza mete byloby uciazliwe.
Prześlij komentarz