W weekendowym upale i wilgoci udało mi się wysklejać conieco kartek, choć chwilami papier miękł (mięknął? ach, ta polszczyzna) od wody zawartej niewidzialnie w powietrzu.
Zdobyłam papier motylowy, podobny do Websterowych stron, ale nie Webster :) Pocięłam jedną sztukę, wyszło chyba ze sześć kartek - a ta przypadła mi do gustu najbardziej:
Wszędzie w domu zamelinowane są materiały recyklingowe - takoż i mamy okładkę lawendową ze starego magazynu, kalkę z używanej koperty, bibułkę z cudzego prezentu i bazę z folderu. I nawet tło jest recyklingowe - wnętrze z puszki z ciasteczkami :D
I trzeci przykład - tym razem recykling bardziej pocztowy (kontunuacja wyzwania w Imaginarium), bo i kalka z koperty, i wielowarstwowy kawałek plastikowej folii, w którą owinięta była paleta z pudłami, dostarczona do redakcji. Ach, ten nasz dział pocztowy jest niewyczerpanym źródłem natchnienia!
Uff. Dziś dzień będzie nie całkiem fajny - nie dość, że 8 godzin zebrania w pracy (!), to jeszcze w trakcie krótka wizyta u dentysty z ząbkiem z wypadniętą plombą. Stresuję się okrutnie, bo jak mi facet znowu powie, że należy zacząć myśleć o sztucznej szczęce... i dojdzie do konfrontacji... Albo może się też zdarzyć, że rentgen będzie popsuty, jak poprzednio... ech. Nie cierpię wizyt u dentysty.
Zrobiłam kartkę na słoikowe wyzwanie w Imaginarium (akhem, z zeszłego piątku, ale może jeszcze zdążę). Dodatkowo narzuciłam sobie format gotyckiego łuku, bo się ostatnio naoglądałam tego kształtu na rozmaitych blogaskach. Nie za bardzo jeszcze go czuję - niby prosi się o symetrię, którą lubię, ale jednocześnie chciałoby się go potyrpać i trochę uciekawić...
Centralny obrazek to stara okładka-reklama z magazynu - ojca naszych obecnych publikacji. Ilustracje te prezentują możliwości pewnej fabryki opakowań i szkoda, że na zdjęciach nie widać wypukłości i złoceń, bo w rzeczywistości są to finezyjne arcydziełka, które 100 lat temu wymagały zapewne nielichej techniki - to i producent się chwalił. Wiem to stąd, że na jednym z regałów w redakcji mamy cały rząd tych starych wydań, oprawionych w poważne, czarne okładki ze złotymi nadrukami.
Pstryknęłam dziś rano na chybcika kilka innych stron w jednym z woluminów - chciałoby się mieć taką puszeczkę w łazience jako eksponat, nieprawdaż?
Inna okładka - bardzo żółta, ale to już nie wina zdjęcia, tylko tego, że nadruk był żółciuchny jak jaskry.
Elegancja - Francja... albo Włochy?
Oczywiście w magazynach są nie tylko reklamy (haha); mamy przykładowo wielką, trzystronową rozkładówkę z fotografią z bankietu perfumiarzy. Coś się dziwnego podziało z niektórymi twarzami - czyż nie wyglądają na dwuwymiarowe, a jednocześnie trochę przekrzywione? Może to jakaś składanka (wczesny PhotoShop :D), bo ciężko było objąć taki szeroki tłum.
Są też zdjęcia, rysunki i reklamy z fabrykami - ach, jak ja lubię takie zabytki przemysłowe!
No i na koniec jeszcze paniusia z uśmiechem - mam wrażenie, że razem z tym kapeluszem i szpiczastym paluchem wygląda nieco wiedźmowato:
Odosobniłam się wczoraj w kraftpokoju i wbiłam zęby, czy też raczej oczy, w pierwszy z trzech przewodników po Alasce. Czego to się człowiek nie dowie! Kilka zaskoczeń już było – że Alaska jest taka wielka, że daleko, że nie ma tam pingwinów, a za to są olbrzymie komary i w zasadzie wszystkie owady gryźliwe takoż, że bardziej, niż dźwiedzia należy się obawiać łosia (bo w starciu z człowiekiem albo samochodem łoś prawie zawsze wygrywa), że tajga to niekoniecznie gęsty las, że na Alasce jest największy na świecie umiarkowany las deszczowy (temperate rainforest), że wioska North Pole wcale nie jest na biegunie północnym, no i że zorze polarne nie występują na okrągło przez cały rok. Na skutek tego ma się dylemat: jedzie się w zimie na zorze, albo w lecie za koło polarne.
Wczoraj wyczytałam conieco o górach lodowych. Odrywają się takie kawały od głównego lodowca w procesie zwanym cieleniem :) (ice calving) i chlup! Pływa potem takie coś, ma różne kształty, oczywiście naukowo poklasyfikowane, a jakże. Ogólnie wiadomo, że na powierzchni widać tylko niewielką część (patrz niefortunna przygoda Titanika), ale na przykład pojęcia nie miałam, że podczas topnienia taki lodowy kamulec może uwalniać uwięzione w nim bąbelki ściśniętego powietrza (które było w śniegu, zanim stał się lodem) i syczy... a może puszcza bąki? :D
Dowiedziałam się też, że wyścig psich zaprzęgów, słynny Iditarod, zasuwa na trasie długości ponad 1700 km! Myślałam, że jest to o wiele krótszy dystans. Kolejne zdziwienie – Alaska to kolebka prawosławia na kontynencie północnoamerykańskim, sporo tam jest pięknych cerkwi i rozmaitych zabytków. Mam nadzieję, że uda nam się zahaczyć w Anchorage o katedrę św. Innocentego z cudnymi cebulastymi kopułami.
Można by tak jeszcze wymieniać różne ciekawostki – konkurs na zgadywanie, kiedy puszczą lody na pewnej rzece, albo loteria podczas Moose Droppings Festival polegająca na tym, że z helikoptera zrzuca się na wielką tarczę ponumerowane kupki łosiowe, na które to numery wcześniej przyjmowano zakłady :) Do zwiedzania zapisuję sobie jeszcze „domki duchów” na cmentarzu w Eklutna, wynik stopienia się prawosławia z lokalnymi wierzeniami.
Taka wyprawa to oczywiście wspaniała okazja do zanurzenia się w oceanie nowych słówek – i angielskich, i lokalnych, charakteryzujących się gęstą obecnością literki „q”. Grzebię, spisuję (tu jest fajna lista), zwracam szczególną uwagę na jedzenie, chociaż jeśli ktoś zaproponuje nam akutaq, to i tak trzeba będzie się dopytać, co tam nawrzucali, bo składniki mogą obejmować jagody, rybie wątróbki, foczy tłuszcz, gotowane ziemniaki, cukier, mleko, jajka, rodzynki i... śnieg :D
Wygrzebałam na światło dzienne te stempelki, które udało mi się nabyć nader okazyjnie w Sklepie Drugiej Szansy i tak oto powstała Wioska na Wzgórzach. Dziwna troszkę, bo wszystkie domki takie same, albo może ten sam wzór, ale różna wielkość – bo inaczej jak wytłumaczyć to, że rozmiar widać ten sam blisko i daleko?
Nachodzą się ludziska w tej mojej wiosce pod górę, oj, nachodzą... chyba, że mają tam magiczne drogi, jakie marzyły mi się, kiedy bywałam na wakacjach u cioć w Ż i J. Do obu domostw trzeba się było wdrapać pod solidną górę i podczas tej męczącej wędrówki hulały mi po głowie pomysły na jakieś obracane wzgórza, gdzie droga zawsze leciałaby w dół. Oczywiście teraz te podejścia nie wydają mi się już takie wielkie, ale wtedy ledwo zipałam, szczególnie, jeśli przyszło jeszcze ciągnąć jakiś plecak albo otorbienie. Ach, wspomnienia z dzieciństwa...
Oprócz tego powstały jeszcze na kraftostole chroboki na gazetkę w pracy – nie widać niestety ma zdjęciu tego, że część papierów jest opalizująca (?). Planuję sobie, że na środku gazetki będzie drzewo, po jednej stronie dzień, gdzie będzie się przyklejało chrząszczyki zielone obrazujące dochód z jednego działu, natomiast po drugiej stronie będzie noc i świetliki, ale ciemne. Po uzyskaniu danej sumy będzie się chrobokowi przylepiało świecący złoty zadek. A związek z czerwcem jest taki, że zielone chrząszczyki to June bugs, no i potem metodą skojarzeń doszły świetliki, czyli – dla amatorów zagranicznych słówek – ligthing bugs albo fireflies.
...na wyzwanie pocztowe w Imaginarium – wykorzystałam aże trzy pocztowe komponenty, a mianowicie wnętrze koperty (chmurka), folia bąbelkowa (jako stempelek) oraz „makarony” z pudełkowej tektury do sporządzenia ramki. Z tymi makaronami muszę się jeszcze pobawić, to kolejny fajny materiał odkryty w trakcie skrapowania codziennością. W środku kartki zapewne pojawi się jakiś mały tekścik typu „enjoy the journey”.
Wieczorem się zasmuciłam, bo odkryłam na kwiatkach mszyce. Tak pięknie rosły, tak nam ładnie i kolorowo rozkwitały – a tu chroboki. Spsikałam je chemią sklepową, a po kilku godzinach dołożyłam jeszcze mydlinami – słyszałam gdzieś, że właśnie mydliny są środkiem łagodnym, ale skutecznym na to paskudztwo. T wyczytał na jakimś forum, że na mszyce to tylko napalm... ale mam nadzieję, że do aż tak drastycznych metod nie trzeba się będzie uciekać.
I tak to jest z tą naturą. Człowiek ją podziwia, zachwyca się, głaska i hołubi, a ona czasem bywa niewdzięczna, odpowiada komarami, mszycami, rzygającym kotem i ptasią kupą na samym środku przedniej szyby.
...zamykają się w tym, że mamy rezerwację na autko na Alasce, oraz że wysklejałam i powiązałam Sztukę Florydzką, czyli ramki z eksponatami natury przyrodniczej, przywleczonymi z poprzedniej wyprawy. Zaprzyjaźniłam się trochę z płótnem workowym, bardzo przyjemnym materiałem kraftowym, no i mam nadzieję, że to nie ostatnia praca tego typu :)
Większość wczorajszego wieczoru spędziłam pomiędzy dzwonieniem na Alaskę, a studiowaniem źródeł papierowych i internetowych na temat przemieszczania się po tamtejszych drogach, ze szczególnym wskazaniem na drogi żwirowe. Brodziłam w dylematach i wątpliwościach, czy aby dobrze zrobiłam, rzucając się na tamte tanie bilety do Anchorage, co utrudnia wypożyczenie auta, zamiast kupić droższe do Fairbanks, a za to mieć łatwiej z pojazdem.
Wycieczka składa się z trzech segmentów: normalna droga z Anchorage do Fairbanks, potem kaaaaawał żwirowej (kilkaset km w jedną stronę) na północ, do Deadhorse, powrót do Fairbanks; trzeci segment to jazda z Fairbanks do Anchorage. Problem polega na tym, że większość wypożyczalni nie pozwala jeździć po żwirze, więc z mety odpadają wszelkie Hertze i Avisy. Drugi problem – mało kto daje auto do jechania w jedną stronę, a jeśli już daje, to kroi strasznie. Przyglądaliśmy się też na pociąg – trasa jest ponoć przepiękna, ale raz, że drogo to wychodzi, dwa – powoluśku, a niestety nie mamy aż tyle czasu. Od autobusów też odstraszyła nas cena i komplikacje oraz to, że nie można się zatrzymać w ciekawych miejscach po drodze. Między A i F mamy jeszcze zahaczyć o Denali, a tam też się trzeba jakoś poruszać. Do Denali wjeżdża się swoim autem tylko kawalątko, na dalsze zwiedzanie albo tupta się na nóżkach, albo jedzie rozklekotanym schoolbusem, na który rezerwację już mamy – dwunastogodzinna wycieczka grupowa, normalnie jak z PTTK-u :D Udało mi się wygrzebać dwie firmy, które hurra pozwolą jechać aż na samiuśką północ, a do tego pojazd można wziąć od razu w Anchorage, nie trzeba kombinować ze zmianami. Teraz trzeba będzie dokonać rezerwacji i wywiedzieć się, czy osprzęt do dziczy dają, czy trzeba sobie wykombinować: drugie zapasowe koło (niektórzy piszą, że i trzecie nie zawadzi), apteczka, kanistry na paliwo (skoro na kilkuset km nie ma NICZEGO, a tam, gdzie jest, benzyna jest przeraźliwie droga), radio CB (o komórce powyżej Fairbanks można zapomnieć, działa dopiero w Deadhorse), takie tam różne drobiazgi. A jak już się z tym uporam, to w kolejce są jeszcze dwie rezerwacje: w Deadhorse samemu nie można dojechać do Zimnego Morza, bo teren po drodze należy do kompanii naftowych. Trzeba się zapisać na wycieczkę i ponoć wysłać wcześniej swoje dane, żeby sprawdzili sobie, czy człowiek nie stanowi zagrożenia. Na koniec chcielibyśmy jeszcze popłynąć statkiem w Kenai, żeby zobaczyć lodowce wpadające do morza i ewentualnie jakieś morskie stwory. W życiu nie robiłam tyle rezerwacji na jedną wycieczkę. Bardzo to stresujące, aż mnie dziś główka boli.
Żeby nie było, że wymiękłam na ostatnich metrach maratonu, zapodaję kilka stron z gromadziennika, tworzonego na bieżąco podczas wycieczki w ostatni weekend. Zabrałam tym razem jedynie malutkie puzderko z narzędziami – klej, nożyczki, dziurkacz do okrągłych dziurek, skalpelek (chyba nie użyłam), malutki czarny tusz (takoż objechał bez wykorzystania), ołówek, czarny cienkopis, plastikowe torebeczki na eksponaty, taśma dwustronnie lepna. Muszę jeszcze dołożyć do tego zestawu pieczątkę „serendipity”, czyli niespodziewane, a miłe odkrycie, bo często się przydaje :)
Na pierwszych prezentowanych stronach pocięłam nieco folderów i gazet, jakie za darmo można pozyskać w różnych ciekawych miejscach. Większość z nich ląduje w kopertach albo po przedziurkowaniu wpina się na kółka, ale te mniej ciekawe można ciachnąć. Tekst jest na odwrocie mapki, widocznej po otwarciu strony.
Rozkładówka druga – sama pisanina, plus torebusie z dwoma rodzajami kukurydzianych produktów, umielonych właśnie w zwiedzanym przez nas młynie.
I przykład trzeci – głównie zbieranina kwitków (ale jak fajnie jest oglądać i wspominać po kilku latach takie bzdurki!). Na kółka zaś można wczepiać nawet kartki niewymiarowe, co znakomicie zmniejsza ilość klejenia, no i umożliwia też oglądanie eksponatu po obu stronach.
I jeszcze dla zmiany tematu dwie karteczki, zrobione wcześniej w maju.
W Imaginarium ogłoszono wyzwanie na czerwiec – poczta, proszę państwa! Można korzystać z wszystkiego, co nam w skrzynce wyląduje i nie tylko, bo wielkie paki kartonowe do skrzynki nie wejdą, a tektury, taśmy i sznurki mogą jak najbardziej brać udział w zabawie.
Jako przykłady wygrzebałam ateciaki malowane z wkomponowanymi znaczkami, a także kota, jaki kiedyś powstał z folii bąbelkowej w pracy, ot tak, na chybcika. Podobna chybcikowa metoda została zastosowana w konstruowaniu akwarium też z folii, ale większego formatu: dwa wielkie bąble są sklejone denkami, pomiędzy nimi rybka, do tego postumencik z tektury z pocztowego odpadku. I mam sobie życie morskie na biurku :)
I jeszcze będzie kilka zdjęć z natchnieniami sztukowymi z wycieczki – trudno było wybrać, kroi się jeszcze druga porcja :) Na sam początek – jedno z okien u Johna Deere’a. Takich dekoracji była cała seria, z krowami, kogutami, owocami różnymi – ot, agrykultura rozmaita.
W starym kapitolu zachwyciły mnie wielkie żyrandole – w końcu to rodzaj szkieuek, było nie było. A tu jeszcze takie stare...
Na środku kapitolu były niesamowite kręcone schody. Niby symetryczne toto i regularne, ale jak się popatrzyło z samej góry, to plątanina przyprawiała o zawrót głowy.
W amańskiej kolonii było do oglądania mnóstwo, a szczególnie przypadło mi do gustu takie oto symetryczne żelaziwo: Natknęliśmy się też na wystawkę o wykopaliskach z indiańskimi garnkami – zdjęcie niesamowicie marne, odpowiadające jakością oświetleniu tejże ekspozycji, ale jakoś nigdy nie wpadłam na to, że Indianie mieli na swoich naczyniach wykłuwane wzorki:
Sklepik w Dyersville, niedaleko bazyliki – kołderki, czyli quilts. Sztuka, której chyba nigdy nie wykonam, bo cierpliwości brakłoby mi gdzieś przy pierwszej jednej setnej projektu:
No i na koniec jeszcze malowidlo z bazyliki i witraże – pierwszy z motywem ludowym, czyli indiańskim, a drugi z historyjką. Franciszek Ksawery, patron bazyliki, działał ponoć w Indiach. Kiedy więc zamawiano okna do kościoła, poproszono o przedstawienie jego pracy misjonarskiej wśród „Indians”. Szklarz witrażysta nie wpadł na to, że może chodzić o „Indians” z Indii, więc trzasnął piękne okno z Indianami – i dlatego Franciszek udziela błogosławieństwa gościom w pióropuszach, choć w sumie nie miał z nimi nic wspólnego :)
Naklepię na szybko kilka słów o weekendowej wycieczce – przebyliśmy prawie tysiąc mil, połowy zwiedzanych ciekawostek nie było nawet w planie, bo ów plan skończył się znienacka w w niedzielę, a tu jeszcze został poniedziałek :) Od czego jednak improwizacja i trochę szczęścia, że np. udało nam się znaleźć kamping bez rezerwacji, albo że przez pomyłkę wjechaliśmy do parku zamiast na most, a w parku było fajne miejsce widokowe.
Wycieczkę zaczęliśmy od wizyty u Johna Deere’a, w salach, gdzie z góry wydawało się, że są pełne zielono-żółtych zabawek, a z dołu – że te zabawki przytłaczają swym ogromem, szczególnie taki kombajn do zbierania kukurydzy, z kosiarą szeroką jak dom i kołem, gdzie spokojnie można było zasiąść i odpocząć.
W parku stanowym Wildcat Den, tuż po wjechaniu do Iowa, zatrzymaliśmy się na chwilę w starym młynie nad rzeka. Choć pora mielenia uciekła nam sprzed nosa, bardzo ciekawe było wędrowanie w piwnicy między pasami transmisyjnymi. Aż mi skóra cierpła, kiedy wyobraziłam sobie, jak to wszystko hulało.
W Iowa City bez trudu znaleźliśmy stary kapitol, obecnie pełniący funkcję muzeum na terenie uniwersytetu. Pięknie odrestaurowane biura i sale, no i sama symetryczność budynku – jak ja lubię takie widoki. Na wieczór wylądowaliśmy w Amana Colonies, na ogromnej łące zastawionej kampersami – pole namiotowe było na szczęście kawałek dalej, na odosobnieniu.
Pod wieczór poszliśmy jeszcze pozwiedzać Amanę właściwą, oprócz której istnieją jeszcze East Amana, Middle Amana, High Amana, West Amana i South Amana. Takie osobliwe zbiorowisko wiosek zostało w XIX w. założone przez pewną grupę religijną, która emigrowała z Niemiec na skutek prześladowań i marnej sytuacji ekonomicznej. Ludzie ci przez 70 lat mieszkali tu w komunie, nie korzystając z pieniędzy (!), żywiąc się we wspólnych kuchniach, oddając ubrania do własnych pralni itd., i 11 razy na tydzień uczestnicząc w nabożeństwach. W latach 30-tych XX w. struktura tej społeczności uległa zmianie, można powiedzieć, że się sprywatyzowała, ale etyka i wartości ponoć pozostały. Dziś główna Amana to swego rodzaju skansen z całą ulicą sklepów, restauracji itp. w malowniczych, starych domkach.
Na drugi dzień poszliśmy w las, najpierw do parku stanowego Wapsipinicon (w języku Indian Ojibwe coś w rodzaju „rzeka, nad którą rośnie mnóstwo wodnych karczochów”) oraz Maquoketa. Te nazwy to normalnie człowieka rozwalają, ledwo człowiek jedną spamięta, to już musi się uczyć następnego połamańca :D.
Maquoketa jest ponoć najbardziej niezwykłym parkiem w Iowa – i rzeczywiście powalił nas na kolana niezliczonymi chodniczkami, schodkami i mostkami wśród niesamowitych form krajobrazowych, a przede wszystkim wielkim skalnym mostem. Było duszno i gorąco, komary cięły jak dzikie, tuptanie po schodach w górę i w dół prowadziło co chwilę do zadyszki, ale te zakamarki warte są każdej kropli potu.
W Anamosa zatrzymaliśmy się w Narodowym Muzeum Motocykli, gdzie T zachwycał się jeździdełkami, a ja, ponieważ o motorach mam pojęcie raczej nikłe, przyglądałam się raczej motocyklowym kraftom. Niedaleko było jeszcze Stone City, znane z tego, że miał tam swoją artystyczną kolonię i szkołę niejaki Grant Wood, autor słynnego (przynajmniej na tym kontynencie) obrazu „American Gothic”. W Stone City jest cała seria budynków wykonanych z kamienia pochodzącego z ichniego kamieniołomu, na przykład ten kościół, o wyglądzie żywcem wyjętym z angielskiego pejzażu. Niestety, był zamknięty, więc nie udało mi się obejrzeć od środka licznych szkieuek w jego oknach. Poszczęściło nam się za to w Bazylice Franciszka Ksawerego w Dyersville, maleńkim miasteczku wśród pól (które to pola oglądaliśmy przez jakieś 97% tej wycieczki). Rzecz to niezwykła, bo z 53 amerykańskich bazylik 50 znajduje się w metropoliach – a tu taka niespodzianka, z pięknymi witrażami i malowidłami (o których może więcej w jutrzejszym poście.)
Na nocleg mieliśmy nadzieję w kolejnym parku stanowym, Pike’s Peak, i akurat były dwie wolne działki. Rozbiwszy namiot, powędrowaliśmy jeszcze na szlak, gdzie na początku ogląda się przepiękną panoramę Mississippi oraz dołączającą do niej rzekę Wisconsin: W dalszej części szlaku jest jeszcze dość fajny wodospad, obecnie trochę podsuszony, ale i tak wlezienie za wodny parawanik jest bardzo kuszące.
Obok parkowego centrum dla zwiedzających wypatrzyliśmy... poidełka dla kolibrów. Zdjęć pstryknęliśmy im chyba ponad setkę, ale kolibry majtają skrzydełkami w takim tempie, że wyszło tylko kilka. A zawsze myślałam, żekolibry żyją tylko w tropikach! Kiedy się zmierzchało, T sporządził tradycyjną kolacyjkę – nie ma o takiej porze nic lepszego, niż grillowane mięsko i nieco piwa. Na trzeci dzień zaczęliśmy się przemieszczać w stronę domu, ale przecież nie można było nie wsadzić nosa do śluzy na Mississippi, tym bardziej, że akurat wpływała do niej wielka 15-wagonowa barka. Po pierwsze – kierowca holownika, czy też raczej pchacza, musi wpływać do śluzy bardzo precyzyjnie, bo ma może jakieś pół metra luzu po każdej stronie, a to taka olbrzymia struktura! Po drugie zaś – wyczytałam, że gdyby towar z jednej takiej barki przesypać do ciężarówek i ustawić je w rządku, to zajęłyby... 16 kilometrów. Nic dziwnego, że barki są tak popularne i chyba za każdym razem, kiedy lądujemy na śluzie, to akurat jakaś jest w okolicy.
Z niejakim trudem znaleźliśmy ostatni park na trasie – Natural Bridge w Wisconsin, schowany wśród pól i wiejskich dróg, których nawet nie ma na mapie. Dobrze, że chociaż na miejscu są znaki, jak dojść do skalnego łuku nad jaskinią.
I tyle. Znowu wyszła dość intensywna wycieczka, ale chyba inaczej nie potrafimy :)