Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mjuzik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mjuzik. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 sierpnia 2012

1198. coeli enarrant gloriam Dei

Dla przerwy w  karteluchach zajrzymy dziś do art journala, na strony utworzone z miesiac temu, jak nie lepiej. Jakoś tak "mi schodzi"...

Strony są na temat nieba i Psalmu 19, który właśnie o tym powiada - "Niebiosa opowiadają chwałę Bożą, dzień dniowi podaje wiadomość" (cytuję z pamięci, więc może niedokładnie). Piękne słowa, a do tego budzą we mnie radość związaną z wyprawą zaczynającą się już za tydzień i troszkę! Zdecydowaliśmy bowiem, że nadkładamy drogi, kasujemy jedną albo dwie z zaplanowanych pierwotnie atrakcji i zasuwamy do Socorro w Nowym Meksyku, a potem jeszcze kawałek na zachód, do Very Large Array, gdzie zwiedza się pole ogromniastych radioteleskopów.

Miejsce dla nas niejako kultowe - aż gęsiej skórki dostaję na myśl, jak daleko tam zaglądają i chociaż nie mają nic do czynienia z poszukiwaniem przysłowiowych zielonych ludzików, to kwazary, czarne dziury i insze odległe galaktyki brzmią nawet wspanialej.


Ilustracja z teleskopem jest trochę niedokładna, bo miski w Very Large Array wyglądają przecież całkiem inaczej, ale idea jest podobna. A gwiazdeczki dostałam daaawno temu od koleżanki w PL i czekały na zastosowanie... aż wreszcie niedawno wysypały mi się na podłogę i mimo bardzo starannego zbierania znajdowałam je potem wszędzie, łącznie z parkingiem.



Wypisałam na stronach pierwsze cztery zwrotki dziewiętnastego Psalmu - poniżej dla ciekawskich jest cały tekst (swoją drogą ciekawe, że Kochanowski sobie "pojechał" dość luźno i wcale nie zaczął swojej wersji od niebios i chwały :) TUTAJ można posłuchać chóralnego nagrania tego psalmu (przekład właśnie Jana Kochanowskiego, z muzyką jego funfla Mikołaja Gomółki); lubię sobie wyobrażać, jak muzyka dopasowuje się do myśli wyrażonych w pierwszej zwrotce: zamieszanie w pierwszych wersach o szaleństwie i głupocie, potem wysoko, wysoko w górę na myśl o Bogu, pędem na dół, bo mowa o niezbyt wzniosłym, cielesnym oku - i wreszcie raz jeszcze w górę, w słowach o niebie - i to szyrokim, która to szerokość jest jakoby pędzlem namalowana w jednym słowie rozłożonym na całą wiązkę nutek.

Gdyby zaś ktoś miał pragnienie usłyszeć ów psalm w oryginale, to może sobie kliknąć TU.

Głupia mądrości, rozumie szalony,
Gdyś na umyśle tak jest zaślepiony,
Że Boga nie znasz, tym cielesnym okiem,
Pojźrzy przynamniej po niebie szerokiem!

Jest kto, krom Boga, o kim byś rozumiał,
Żeby albo mógł, albo więc i umiał
Ten sklep zawiesić nieustanowiony,
Złotymi zewsząd gwiazdami natkniony?

Dzień ustawicznie nocy naszladując,
Noc także dniowi wzajem ustępując
Opatrzność Pańską jawnie wyznawają;
Toż i porządne nieba powiadają,

Nie ludzkim głosem, który nie jest taki,
Aby go człowiek mógł słyszeć wszelaki,
Lecz sprawą swoją, ruchem jednostajnym,
Który wszytkiemu światu nie jest tajnym.

Stąd wdzięczne światło na wszytek świat daje
Ogień słoneczny, który kiedy wstaje,
Jako z łożnice nowy oblubieniec,
Niosąc na głowie świetny złoty wieniec.

A gdy w bieg jego pojźrzysz przyrodzony,
Nie jest tak prędki obrzym niewściągniony,
Kiedy do kresu przed wszytkimi bieży,
Gdzie dar zwycięzcy obiecany leży.

Od wschodnich granic wynika ku biegu,
A zostawa się na zachodnym brzegu;
Jako świat wielki, nie masz miejsca tego,
Gdzie by się schronić przed promieńmi jego.

Ale porządek i ozdoba rzeczy
Nie tak za sobą ciągną wzrok człowieczy,
Jako pobożny zakon Pański snadnie
Duszę nawraca i myślami władnie.

Jego świadectwa próżne obłudności
Dziateczkom małym dodają mądrości;
Serce weseli jego Pańskie zdanie,
Oczy rozświeca jasne przykazanie.

Święta rzecz bojaźń Pańska; póki świata,
Nie uszczerbią jej zazdrościwe lata.
Wyroki Pańskie wszytki są prawdziwe,
Wszytki stateczne, wszytki sprawiedliwe.

Miód nie tak słodki, złoto w takiej cenie
I perły nie są, i drogie kamienie;
Z nich Twoje wolą sługa Twój poznawa,
Pewien nagrody, gdy przy niej zostawa.

Kto grzechów swoich liczbę wiedzieć może?
Z tajemnej zmazy oczyść mię, mój Boże!
Pozbaw' mię pychy; tak oczyścion będę
I grzechu ze wszech brzydliwszego zbędę.

Daj, Boże, aby ust moich śpiewanie,
Także i serca mego rozmyślanie
G'myśli Twej było, o Pocieszycielu
I Twierdzo moja, o mój Zbawicielu!

wtorek, 21 sierpnia 2012

1196. french door, czyli otwieramy bramy

Dziś trzy kartki sporządzone wedle jednego schematu, otwierającego się symetrycznie na boki, co tubylcy nazwaliby właśnie francuskimi drzwiami. Myśląc "francuskie drzwi" widzę lato, rozwianą na wietrze białą firankę, promienie słońca wpadające przez nią do pokoju - i przez te właśnie otwarte na oścież drzwi wychodzimy najpierw na ceglane patio pełne donic z kwiatami, a potem zieloniusieńką łąkę.





Z francuskimi drzwiami i ogólnie otwieraniem, dosłownym i metaforycznym kojarzy mi się jeszcze taka piękna piosenka, też bardzo letnia:


A teraz proszę zapiąć pasy... na jutro przygotowana jest nowa paczka psiuńciów.

piątek, 15 czerwca 2012

1167. przedweekendowe cukiernictwo

Myślałam, że Maria ma jutro urodziny, wczoraj się pośpieszyłam, ukleiłam dość prototypową kartkę z tortem... a tu się okazuje, że pokiełbasiłam daty i urodziny będą dopiero dwudziestego drugiego!

No nic, przynajmniej raz w życiu jestem do przodu :)

Torcik w sumie ze ścinków, do tego papierowa serwetka, trochę brokatu, samoprzylepne półperełki. W następnych wersjach myślę, że dodam jakąś półkę, no i cały tort powinien być troszkę wyżej, bo jakoś mi się pionowa symetria zaburza. Taki torcik można by cały w bieli też zrobić...


Z całkiem innej beczki - druga wyklejanka z art journala, popełniona jakiś czas temupodczas przechowywania się w meksykańskiej knajpce. Kiedy zobaczyłam ten obraz w jakiejś gazecie, od razu przypomniał mi się utwór "Keep your lamps trimmed and burning".


czwartek, 5 stycznia 2012

1063. światło

O świetle dzisiaj będzie, a to w związku z wyzwaniem w Galerii Rae. Gdzieś tam się napatoczyła wiadomość o tym temacie, na biurku od pewnego czasu leżała kartka ze świecą wytargana z jakiegoś magazynu, a do tego słuchało się przez święta Mesjasza... i tak się te elementy wyskładały w stronę do art journala:



Tekst to werset z Proroctwa Izajasza 9:2, który właśnie w Mesjaszu występuje. Poniżej wykonanie tego fragmentu, które wygrzebałam na Tubce i doznałam zachwytu - chyba jeszcze nigdy nie patrzyłam komuś śpiewającemu w twarz z aż tak bliska :) Normalnie czuć wibracje głosu z ekranu.

 

Werset zaczyna się śpiewać dopiero w trzeciej minucie, ale i wstęp warto obejrzeć - te zapadające ciemności widać na twarzy Pana Solisty, aże się można wystraszyć! A potem następuje radość z pojawienia się światłości.

Z innych tematów: na sportach byłam dziś ze Stefkiem-Anglikiem, co wymagało pewnego dostosowania emocjonalnego, bo oto facetowi, który zna mnie tylko z biura, czyli w "ładnym" wyglądzie, trzeba się będzie przedstawić w różowych gatkach dresowych, a po kilku minutach i moja facjata nabierze równie jaskrawego odcienia fuksja-pink. Oraz będzie się malowniczo ociekało potem.

Poszło jednak całkiem miło - w następnej edycji dołączy zapewne Żółty, że tak sobie niepoprawnie politycznie pozwolę napisać.

Z kolei odnośnie nadchodzącej wyprawy - trochę nam przycięto skrzydła, bo okazuje się, że bilet do Petry - samo wejście - kosztuje $135 od łebka! Myśleliśmy, że całość uda się zmieścić w $200 od osoby razem z dojazdem - tyle bym jeszcze wydała na ten cud świata, ale najwyraźniej nie ma mowy, żeby tak się stało, nawet jeśli zamiast dołączyć do (droższej) zorganizowanej wycieczki z Eilat podjęlibyśmy trud dostania się tam na własną rękę.

Trudno - zamiast tego kroi się snorklowanie w jeden dzień, oraz łapanie oddechu po dość morderczym locie nocnym do Turcji, mini-zwiedzaniu Stambułu, również nocnym locie do Tel Avivu i pięciu godzinach telepania się autobusem przez pustynię do Eilat. Uff, na samą myśl czuję się zmęczona... W drugi dzień chcielibyśmy zobaczyć Timnę.

Drugim podcięciem była wiadomość, że wycieczka nie przewiduje wyłażenia na Masadę na własnych nogach - będzie można ewentualnie zlecieć. Wyjeżdża się kolejką. Trudno. Nie zawsze pierwszy maja - no i dlatego właśnie wyprawy generalnie organizujemy sobie sami :)

poniedziałek, 12 grudnia 2011

1050. przedświąteczna atmosfera

Świąteczną atmosferę podkręciliśmy wczoraj za pomocą koncertu - wybraliśmy się w szóstkę, co nam się jeszcze chyba nigdy w kwestii muzyki nie zdarzyło. Fantastyczna muzyka Christmasowa, kolędy z najbardziej znanych - i utwory, których wcześniej nigdy nie słyszałam. No i można było śpiewać z chórem, a zaśpiew przez trzy tysiące osób (w przybliżeniu) naprawdę robi wrażenie.

Koncert zakończył się brawurowym Hallelujah z Mesjasza - podziwiam chór, że po dwóch godzinach występu miał w sobie tyle mocy. Fajnie jest budować sobie takie wspomnienia :)


Na kraftostole nie działo się zbyt wiele, bo pochłonęły mnie inne zajęcia, powstała jedynie malutka karteluszka dziękująca za pomoc koleżance z pracy (bez której nie rozplątałabym supła fakturowego, największego wyzwania w tym roku). Karteczka jest wielkości mniej więcej dwóch pudełek zapałczanych i składa się głównie ze ścinków.


A oprócz tego jedzie się z koksem komponentowym - zimny embossing na następną serię kartek.




W muzeum mamy zaległości, bo weekend przeleciał pędem... na sobotę zaplanowana była kartka wypiekowa. Wydrukowano ją na zwykłym półkredowym (?) kartonie, ale bardzo lubię się przyglądać temu zdjęciu, bo tyyyyyle na nim wszystkiego!


Na niedzielę zaś przypadła kartka artystyczno-religijna drukowana na grubszym kartonie udającym kanwę - niniejszym dziękujemy Leonardowi za urozmaicenie muzeum :)

środa, 29 czerwca 2011

963. in the jungle, the mighty jungle the lion roars tonight

Miało być dziś o koralikach, które wczoraj zmontowałam niespodziewanie dla samej siebie... ale coś zdjęcia na blogasek nie wchodzą. Przedstawiam zatem filmik z niedzieli - byliśmy z wnuczką Alicją w ZOO i wśród sterty fajnych zwirzowych portretów mamy też filmik z ryczącym lwem. Chyba jeszcze nigdy czegoś takiego nie słyszałam - przynajmniej nie od lwa, hehe.



Wyobraziłam sobie od razu, że siedzę gdzieś w Afryce, wieczorkiem, a dookoła ryczą takie bestie. Ciarki przechodzą! Niemniej jednak jest to wspaniałe zwierzę, taaaaaki majestat... Te łapska, ten ogon z kleksem na końcu (było o tym w jakiejś książeczce dla dzieci), ta twarz...

Poniżej zaś piosenka - inspiracja dzisiejszego tytułu:

wtorek, 24 maja 2011

946. są małe i wielkie światy

"Ja znam się na tym
Są małe i wielkie światy
A nasz świat
jest akurat..."
Zdjęcia w trybie makro są oczywiście fascynujące, tyle razy zadziwiałam się tym, co na nich widać - a to jakaś włochatość na łodydze, albo haczyki w kwiecie mleczu, albo coś, co widać tylko z bliska i pod światło - prawie jak przez mikroskop. (Nawet chodziło mi po głowie nabycie takiego prostego mikroskopu albo szkła superpowiększającego, żeby na naszych wyprawach wsadzać nos w tę warstwę leżącą tuż pod progiem dostrzegania tzw. gołym okiem; odkryłoby się to i owo....)

Póki co, zajęłam się dziś rano bardzo próbnie szklanymi bąblami, pustymi w środku, jakie powkładałam sobie do balkonowych doniczek w ramach dekoracji (patrz poprzedni post). Polecam otwarcie fotek, czyli maksymalne powiększenie - bo wtedy widać i krople wilgoci, i nierówności samego szkła, i odbicia światła, szczególnie to na dnie pierwszej fotki - jak migotanie na wodzie :)


Będą pewnie dalsze eksperymenty... a te wzięły się po części z pięknego snu ostatniej nocy, gdzie wędrowałam korytarzem z wnękami zajętymi bajecznie kolorowymi strukturami ze szkła - czasem jak zwykłe witraże, a czasem awangardowymi, jak szklane szaszłyki na pionowych prętach. Wszystko było cudnie podświetlone i nawet mój czerwonowinny aparat jarzył się w swojej purpurze niezwykłym blaskiem :)

Tytuł posta wziął się z kolei z piosenki Michała Bajora, właśnie o małych światach, jak ten w moim szklanym bąblu:


piątek, 30 kwietnia 2010

733. Parsley, Sage, Rosemary and Thyme

Posadziłam wczoraj kwiatki na balkonie – nie wiem, czy się trochę nie wyrwałam z tym ogrodnictwem, ale co tam, mam z głowy. Przymrozków już chyba nie będzie. Głównie będą rosły kwiatki, a z zielska – rozmaryn, ruta (!) i bazylia. No i jeszcze ziemniak, T zamierza go posadzić, kiedy wróci z pracy. Ziemniaczaną próbę podjęliśmy już kiedyś, ale nic z niej nie wyszło, bo zdaje się, że użyliśmy ziemniaka sklepowego, „zaprawianego”, żeby tzw. kły nie rosły. Tym razem mamy ziemniaka już trochę gotowego, z kłami, więc powinno się udać.

Doniczek mamy wystarczającą ilość, ale nie mogłam się powstrzymać, kiedy zobaczyłam w sklepie to cudeńko za jedyne parę $$... teraz to będzie moja ulubiona.

Poprzednia wisząca doniczka się była popsuła po kilku latach ozdabiania balkonu, więc zakupiłam takie coś. Fajnie i rustykalnie, ale przecieka na potęgę, czego się można było spodziewać (i np. wyłożyć folią z dziurką jedynie na dolnym czubku). Mam nadzieję, że mieszkająca pod nami Szczupła Pani z Dołu, ani też Pani Bocian z parteru nie będą miały nam za złe, jeśli czasem zafundujemy im mały deszczyk filtrowany przez glebę i włosienicę.

Cały czas chodziła mi po głowie piosenka „Parsley, Sage, Rosemary and Thyme”, czyli tak naprawdę „Are You Going to Scarborough Fair”. Nie jest ona z natury ogrodnicza, ale za to wymienia zioła. Co prawda, z tej listy posadziłam tylko rozmaryn (i w lodówce mam mrożoną pietruszkę), niemniej jednak się kojarzy.

Na koniec jeszcze, skoro wyszedł taki ogrodniczy wpis, przedstawiam zajączki (dzikie króliki?), jakie pasły się dziś rano na osiedlu. Widać najlepsza trawa jest tuż obok mojego auta, bo na mój widok wcale nie zbierały się do odejścia.


PS. Ciekawy kraft.

piątek, 5 marca 2010

708. Bereszit bara Elohim et haszamajim...

Czyli "Na początku stworzył Bóg niebo..."

Wczoraj trochę niespodziewanie zrobił nam się kosmiczny wieczór - zaglądanie właśnie w niebo, na ile pozwala nam domowy sprzęt. Tak więc najsampierw obejrzeliśmy start rakiety (ruch na tym Przylądku Canaveral jest większy, niz kiedykolwiek sądziłam) na NASA-tv. Fascynująca sprawa, odliczanie, czekanie, nasłuch na to, co tam sobie gadają i wreszcie fffffuch i poooooszłooooo!

Potem T wyjechał na balkon z aparatem - dotarł bowiem trójnóg, ostatni zamówiony dodatek do nowego nabytku. Udało mu się nawet zrobić zdjęcie Oriona - jak się fotkę powiększy, to widać pas, widać mgławice w "spódniczce" i Syriusza w lewym dolnym rogu.

Jak się ma naprawdę dobry sprzęt, to ta część nieba wygląda następująco: [zdjęcie z Wiki]

A tu jest mapa [równiez z Wikipedii]:

Następnie otworzyliśmy teleskop i podglądnęliśmy conieco M-42, czyli Mgławicę Oriona - widać było troszkę jaśniejszej mgiełki wobec świecących punkcików, niewiele, ale zawsze coś :)
I wreszcie na koniec, dziś rano przed wyjściem do pracy, T pstryknął jeszcze kilka portretów Księzyca:


Niebo jest nie-sa-mo-wite. Wystarczy zadrzeć głowę i od razu wpada się w podziw...

środa, 3 marca 2010

706. małe czytelnictwo

Że bluzka zakupiona za pare $$ w Wielkim Supermarkecie wyprodukowana została w Nikaragui, to mnie nie dziwi. Często na zakupach ciuchowo-obuwniczych przelatuje się pędem przez cały globus.
Że być może rozleci się po kilku praniach – to też mnie nie zaskoczy, bo takiej wybździnce raczej długiej egzystencji nie wróżę (zakupiłam ją ze względu na pięęęęękny fioletowy kolor).
Ale że zrobiona jest częściowo z bambusa?!?

Nie ma się jednak co ekscytować, że człowiek przyodział się ekologicznie i zielono, bo wystarczy wrzucić „bamboo rayon” w wyszukiwarkę, a posypią się artykuły o tym, że to jednak trochę kit.

A zmieniając temat – książkę fajną mam z biblioteki, o kartonie pudłowym i co można fajnego z niego zrobić – taką małą zajawkę przedstawię, aż mnie kusi, żeby poeksperymentować, bo na zakładzie zawsze jest za dużo pudeł.


No i jeszcze fajny kwiatyś, wygląda na dość prosty...
A, i zapomniałabym – trwa właśnie narodowy miesiąc kraftowania...

...więc należy się brać do rrrrroboty! Do rrrroboty!

czwartek, 21 stycznia 2010

676. zakładka propagandowa

Zaczęło się od tego, że wygrzebałam z czeluści klozetu ceramiczny domek na świeczkę i zapach – przyjechał z Polski, był prezentem od Kasi. Niespodziewanie bardzo się Tomkowi spodobał, być może ze względu na jego domkową profesję. Skoro już zaczęliśmy gadać o świeczkach, to wyciągnęłam z innych czeluści lampkę „alchemiczną”, która z kolei wieeeeele lat temu została zakupiona w Niemczech, potem mieszkała w Polsce, aż wreszcie przybyła tu. Też fajna i chcieliśmy ją odpalić, ale jest pewne utrudnienie, bo potrzebna jest do niej oliwa, a nie świeca.

T udał się w zeszłą niedzielę na Wielkie Poszukiwania – wbrew pozorom, zakup oliwy (a może oleju?) do tego rodzaju świecidełka to nie taka prosta sprawa. Namierzył ją wreszcie w Michaels – i przy okazji na wyprzedaży (czyli na selu, jakby powiedzieli tut. Polacy) nabył dla mnie dziurkacz Marthy Stewart z wzorkiem miastowym. Do pewnego stopnia przypomina on nawet Chicago – wyraźnie ma Sears Tower i budynek z bańką wodną na dachu, choć nie widać wcale Hancocka. Może się po prostu nie zmieścił w krajobrazie.

I stąd właśnie wzięła się propagandowa zakładka, recyklingowa zresztą – Chicago, my kind of town.
A tu jest odnośna piosenka:

sobota, 16 stycznia 2010

674. dwie rzeczne piosenki na niedzielę

Skacząc z linka na link przypomniałam sobie o pewnej starej amerykańskiej piosence z musicalu Showboat, mianowicie "Ol' Man River". Najbardziej znane chyba wykonanie śpiewane było przez Paula Robesona w wersji filmowej. Piosenka ogólnie mówi o mizerii murzynów pracujących ciężko na łodziach i statkach na Mississippi, podczas gdy biali korzystają sobie na luzie z życia. Te smutki i trudy porównane są do Mississippi, której wody turlają się do przodu bez względu na wszystko.


Zaczęłam grzebać za dalszymi informacjami i dowiedziałam się, że ekwiwalentem tego utworu w całkiem innym miejscu na świecie - aczkolwiek również związanym z rzeką - jest piosenka o burłakach na Wołdze!

Dwa światy - a jednak podobnie :) (Tym bardziej, że Paul Robeson też tę Wołgę śpiewał.)

czwartek, 8 października 2009

615. lightbox, czyli świetliste pudełko

Zmajstrowałam sobie podświetlane pudełko celem ułatwienia pracy z blaszkami, czyli embossingu na zimno. Składa się ono z pudełka po czekach, połowy pudełka na cedeczko, przedłużacza i małej lampki, którą się wtyka prosto do kontaktu celem oświetlenia ciemnego korytarza na przykład. Lampeczka jest dość słaba, więc nie daje za bardzo po oczach, ale do podświetlenia papieru w sam raz wystarcza.

To teraz mogę jechać z koksem – zrobiłam na razie w ten sposób jedną śnieżynkę i uwierzyć nie mogę, jak takie pudełko ułatwia pracę!


Druga radosna wiadomość – zakupiłam wczoraj bilety na koncert świąteczny – tę samą imprezę, na której byliśmy dwa lata temu. Miejsca tym razem są o wiele bliżej sceny, a cieszę się tym bardziej, że bilety rozchodzą się wtrymiga: kupowałam jakieś trzy godziny po otwarciu sprzedaży i więcej, niż połowa sali była już sprzedana, z najlepszymi miejscami na czele, rzecz jasna.

Zabieramy Pisklaka i Pisklakową, jak również Pisklakównę – niech sobie Alicja też posłucha muzyki (z przyczyn technicznych i tak się nie będzie dało jej nie zabrać :D) Na razie wspomnieniowo zapodam filmik z poprzedniego koncertu.

piątek, 22 maja 2009

511. przed wyjazdem

Jesteśmy spakowani, a mnie do rozumu przyczepiła się poniższa melodia i śpiewa mi się... Tu można znaleźć tłumaczenie na angielski, bardzo przyjemny obrazek, powiedziałabym.

Aha, będę testować wysyłanie smsowych notek na bloga z odległości kilkuset kilometrów... kiedy wysyłałam je z bliska, z biurka w pracy, to wszystko pięknie działało, więc mam nadzieję, że i z dalsza się uda :) Choć te klawiszyki takie tycie na komórce, trudno się klepie, notki będą króciutkie.

piątek, 24 kwietnia 2009

490. ważny dzień

Zaczniemy od tematycznej piosenki mówiącej o milach...

...a to z tej przyczyny, że wczoraj stuknęło mi 10 000 mil w autku :) Nie omieszkałam pstryknąć fotki, specjalnie jeździłam od mili numer 9999 po chudych uliczkach, żebym mogła się zatrzymać i sfotografować.

Działo się to w drodze powrotnej od Tenese. Przesiedziałyśmy jakieś cztery godziny, ona zrobiła dwie strony (rozkładówkę) z papierem, zmiętymi bibułkami, kwiatkami, wstążeczką, pasmanterią, zdjęciem i kilkoma miejscami na tekst. Myślę, że jak na najpierwsiejszy raz w życiu, poszło całkiem nieźle, choć mogłoby się zdawać, że bardzo powoli. Zostawiłam jej pudełko zabawek - dziurkaczy, kropkowników, tuszu, jak również bibułki. Będzie kontynuowała samodzielnie. Ma wybrane zdjęcia, ma plan, zakupiła sobie zestawy skordynowanych papierów, a poza tym posiada też torbę ciekawych kartonów zebranych z zasobów wyrzucanych w pracy.

Ja natomiast zrobiłam pierwszego taga do tagowej kroniki - styczeń, wielkie zimnisko oraz powitanie nowego roku.

Maluję też sterty produktów z masy solnej - eksperymentuję troszkę. Niebieskie serduszko ma wzór z metalowej kulki do karnisza - coś podobnego do tego, tylko nieco inny wzorek. Próbuję odbijać napisy, ale chyba trzeba bardziej rozstrzelić litery. Miś też jest nowy - nie spodziewałam się, że oszlifowanie go będzie takie pracochłonne, a tu zonk! Na dodatek trudno jest się dostać papierem ściernym w te wszystkie kąciki, więc zastosowałam pilniczki do paznokci, takie tanie, jednorazowe jakoby. Poza tym miś był wycinany plastikową foremką, a te zawsze zostawiają bardzoej chropowate brzegi przy spodzie, niż foremki metalowe - jakby nie docinały do końca.


Natomiast jutro nie mam lekcji polskiego i planuję w związku z tym pomalowanie dwojga drzwi, czyli działania na większą skalę.

wtorek, 31 marca 2009

469. rodzina Jożina z Bażin?

Skaczę sobie po muzykach na Tubce i trafiam na takie coś. Jedna z moich ulubionych piosenek, choć przygnębiająca. Ale teraz tak: facet wygląda trochę jak Johnny Depp w roli Willy Wonki; z cylindrów zwisa gościom spaghetti, z tyłu na początku wygląda jakiś Rumburak, a potem pojawia się pani, której z głowy sterczy skręcona antenka... i jeszcze listki się z góry sypią... i jeszcze ta krzaczasta sceneria... Pełny odjazd. Ale piosenka cudo :)


piątek, 27 lutego 2009

441. brzdęk! i Norwegia.

Przyniosłam sobie ostatnio z biblioteki kolejną stertkę cedeczek – podróż przez kontynenty i stulecia, można powiedzieć: Irlandia, Japonia, Chiny, muzyka starożytnego Egiptu (ściągnięta z jakichś piramidalnych nagrań?), oraz Secret Garden. Z Norwegii. Zapodałam sobie wczoraj ten Secret Garden na samym końcu i – olśnienie! Uo matko, jaka fajna muzyka! Słuchałam w kółko, powtarzając niektóre kawałki po pięć razy. Przyczepiły mi się do rozumu i brzęczały sobie tam cały wieczór, podczas tarcia sera na lasagna, podczas oglądania Fleczerowej i nawet przed samym snem.
Trochę mnie zaniepokoiło, kiedy grzebnąwszy w necie wyczytałam coś o ich związku z festiwalem Eurowizji, ale co tam. Muzyka ichnia przypomina mi trochę Enyę, trochę 1492. Dwie małe próbki. Ilustracje w drugiej próbce pomijam... janioły i smoki w takim wydaniu to raczej nie ja, ale mjuzik jest pięęękny, szczególnie druga połowa.




poniedziałek, 16 lutego 2009

430. po walentynkach

Niektórzy twierdzą, że to święto raczej wątpliwe, kolejny amerykancki wynalazek... skoro jednak siedzę właśnie po amerykanckiej stronie Wielkiej Wody, to walentynki obeszliśmy. Tym bardziej, że Pisqlak akurat ma w ten dzień urodziny.
Udaliśmy się zatem z T na Navy Pier, do ajmaksa, na film o rafie koralowej. Przepięęęęknie było! Jakbyśmy się wybrali do Australii albo Papui... Tym piękniej, że dzięki gustownym (według jakiejś owadziej klasyfikacji może) paczałkom wszystko to podpływało nam pod same nosy. Stary koń ze mnie, ale ze dwa razy złapałam się na próbie dotknięcia koralowca :D
Potem jeszcze wsadziliśmy nos do szklarni, czyli Crystal Gardens, gdzie rozkminialiśmy, czy woda może, czy nie może wylatywać prostym strumieniem z jednego klombu i lądować w drugim. Wygląda na to, że może!
Wszystkie środki transportu nam się ładnie poskładały, więc wycieczka pomimo temperatur nieco mroźnych była całkiem przyjemna meteorologicznie.
Zaś a propos walentynek jeszcze... ciekawa sprawa, że w języku polskim jest tylko jedno słowo na single oraz lonely... Jakby się zakładało, że osoba pojedyncza nie może być szczęśliwa i nie-samotna. Ostatnio najwyraźniej używa się też pojęcia singiel - no i całe szczęście. Pamiętam, jak mnie wkurzało, kiedy byłam pojedyncza, jeśli ktoś mnie określał jako osobę samotną. Nie ma to jak komuś dowalić, choć najczęściej zupełnie niecelowo.
No i teraz tak: czy to język jest odbiciem uogólnionego, społecznego światopoglądu (czyli Polacy jako całość uważają, że single są smutne), czy może odwrotnie: statystyczny polski singiel będzie smutniejszy od równie statystycznego singla amerykańskiego, bo mu się owym językiem wtyka, że z założenia ma być samotny?
=====
Poza tym odkryłam właśnie playlisty na Tubce - można sobie pogrupować ulubioną muzyczkę i potem zapodać jedno po drugim, albo w kolejności losowej... to i słucham dzisiaj, skrycie podbierając bandwidth na zakładowym serwerze... A tu, proszę bardzo, piękny Verdi. Niesamowite, ci wszyscy ludzie wyglądają, jakby byli z kamienia, podobnie jak mury...

środa, 11 lutego 2009

428. różowiutko

Pogoda nader przygnębiająca... mgła i mżawka, ale lepsze to, niż zwały śniegu. A u mnie różowości, czyli kolor najmniej chyba używany na codzień. Z okazji walentynek odbyła się jednak produkcja różowych serduszek; większość powstała z masy solnej, a dwa ostatnie – z filcu. Nie chodzi jednak o ufilcowanie igłą z pasemek kłaczków, tylko o uszycie z filcowych szmatek :)
Teraz można już myśleć o kraftach wielkanocnych. Tej zielonej farby mam jeszcze całe mnóstwo.





Na dobranoc czytam sobie... romans historyczny. Coraz szybciej go czytam, prawie że przeskakując linijki, popędzając akcję. Coś mi się wydaje, że romanse tego rodzaju nie są moim ulubionym typem lektury... nawet, jeśli są sukienkowe. Film zapewne obejrzałabym chętnie, podobnie jak powtarzane dość często na jednym z tut. kanałów Dumy i uprzedzenia (piszę w liczbie mnogiej, bo są dwie wersje), Emmy itd. Odkryłam też, że telewizja publiczna pokazuje Herculesa Poirot – mniam! Właśnie sobie wczoraj oglądnęłam odcineczek.
A na koniec – w prysznicu przypomniały mi się dziś ruskie piosenki, jakich uczyliśmy się w szkole. Przed odwiezieniem Pisqlaka na uczelnię wpadłam na chwilę do Tubki... a tam tyyyyle wersji rozmaitych! Zaczniemy od totalnego hardkoru – Dia de la Victoria, z hiszpańskimi napisami :D. Pan z Przedziałkiem rządzi. I wszystko jest, chór dziecięcy, orkiestra, żołnierze...


poniedziałek, 15 grudnia 2008

zimowe zajęcia

Generalnie lubię zimę i śnieżek, ale są dni, kiedy jest całkiem inaczej. Na przykład dzisiaj, kiedy wstałam i zobaczyłam, że zwykła temperatura wynosi -15C, a odczuwalna -28. Przez co zamarzły mi z kretesem drzwi w aucie, a pół centymetra lodu na przedniej szybie za nic w świecie nie chciało się dać zeskrobać. W takich temperaturach lód wygrywa.
Nawet witrażyk w kuchni omarzł:
Nie marudząc jednak dalej, przechodzę do spraw fajniejszych; przede wszystkim – wczorajszy Mesjasz. Zaniepokoił mnie nieco fakt, że nie ma chóru jako takiego, bo spodziewałam się, że jeśli „sing-along”, to będzie orkiestra, soliści, chór oraz zwykli śmiertelnicy, troszkę podśpiewujący. A tu okazało się, że śmiertelnicy to chór!
Od razu było wiadomo, gdzie ma siadać która sekcja. Umieściliśmy się w sopranach, ale był to pic na wodę, bo okazało się, że po pierwsze trzeba sobie przynieść mniej więcej calową książkę z nutami i najlepiej umieć choć z grubsza to, co się w niej znajduje. Po drugie, że trzeba umieć śpiewać nutki, które obrastają pięciolinię gęsto, jak winogronka. Po trzecie, trzeba umieć śpiewać nutki nad pięciolinią, bo soprany wyjeżdżają strasznie wysoko. A do tego wszystkiego trzeba się nie wzruszyć do łez, co nam się z Lady Elizabeth w ogóle nie udało.
Niesamowite było to, że zeszli się ludziska, którzy wcześniej nigdy z sobą nie śpiewali i całkiem przyzwoicie wykonali ambitny w końcu utwór. No dobra, kilka fragmentów, ale i tak jest to dla mnie rzecz niezwykła. I że im się chce. Dzielę się zatem dwoma krótkimi filmikami i zdjęciem Sali.


W połowie był przerywnik w postaci Pana Tenora śpiewającego przy akompaniamencie organów „O, Holy Night” – moją najulubieńszą kolędę wszech czasów. Tego akurat nie mamy na filmiku, ale pożyczę inną wersję z Tubki – Josha Grobana:

A po powrocie natworzyłam jeszcze zapowiedzianych pierniczków – część zostawiłam w ubarwieniu naturalnym, część polukrowałam.