Kiedy rano udało mi się ugotować kalafior bez wykipienia, omal nie wysłałam triumfalnego smsa do T. Jest to rzadkość - zwykle białe piany nadzwyczaj podstępnie wyskakują z rondla w tym właśnie ułamku sekundy, kiedy nie patrzę, obsmarkowując ściany naczynia i momentalnie tworząc nieapetyczną skorupę na blaszce wokół palnika.
Nie należy jednak chwalić dnia przed zachodem słońca, ani kalafiorowej procedury przed jej ukończeniem. Sypnęłam tartej bułki na patelnię celem sporządzenia posypki. W międzyczasie zabrałam się za zamiecienie podłogi, co samo w sobie nie przyniosłoby żadnej szkody, ale przy tej czynności natrafiłam na telefon, który właśnie skończył się ładować i zawiadomił mnie, że otrzymał wiadomość multimedialną.
W przypadku mojej przedpotopowej komórki jest to zdarzenie nadzwyczajne, zarazem zapychające przeważnie całą pamięć urządzenia. Zajęłam się otwieraniem przesyłki... i w tym momencie poczułam swąd. Bułkowe okruszki z znacznej części uległy kompletnemu zwęgleniu. Trzeba było je wysypać do kosza wyłożonego reklamówką, patelnię umyć i zacząć proces od początku.
Przy drugim podejściu pilnowałam patelni bardzo skrzętnie, uzmysławiając sobie tymczasem, że nie mam prawdziwego masła - kiedy T leciał ostatnio na zakupy, zamówiłam masło, ale nie doprecyzowałam, że chodzi o masło prawdziwe, w słupkach. Takoż z wyrobem masłopodobnym używanym do chleba jesteśmy ustawieni gdzieś do połowy wakacji (nie ma się co obawiać przeterminowania, produkt jest ważny do października); słupki dokupi się pewnie w weekend.
Wspomniany wyrób masłopodobny po dodaniu do podpieczonej bułki najpierw zwodniczo udaje, że się rozpuszcza, ale zaraz potem zbija okruchy w bobki (a o bobkach wiem z zeszłotygodniowej opieki nad królikiem podróżującej koleżanki). Nie wiem, jaka dokładnie reakcja zachodzi przy tym na patelni, ale wygląda na jakąś polimeryzację.
Myślę, że produkt nie jest trujący (a przynajmniej nie natychmiastowo), więc jakoś to zjemy. Nie był to jednak koniec kalafiorowej pomsty - ponieważ okruszki w śmietniku dość mocno woniały spalenizną, postanowiłam je wynieść razem ze stojącą już przy drzwiach wyjściowych reklamówką zawierającą ścinki owoców i warzyw. Tu należałoby zacytować klasyka:
Idzie Grześ przez wieś,
Worek piasku niesie;
A przez dziurkę piasek ciurkiem
Sypie się za grzesiem.
Wsi całej, co prawda, nie zasypałam, ale trzeba było na nowo zamiatać kuchnię i pokój z piaseczku, i to nadpalonego.
A żeby już nie było żadnych wątpliwości, reklamówka z obierkami też okazała się nieszczelna i zostawiła na posadzce mokrą plamę.
Dlatego nie należy się cieszyć z niewykipienia kalafiora, bo konsekwencje są drastyczne, a sprzątania o wiele więcej, niż zwykłe umycie garnka i pieca.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brzecze sobie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brzecze sobie. Pokaż wszystkie posty
piątek, 20 maja 2016
poniedziałek, 16 maja 2016
16:20. pudełka z garażu, czyli gmeranie w przeszłości
W nocy śniło mi się najpierw łażenie po strasznie niepewnych strukturach z lin i kawałków drewna, gdzieś na wysokościach i nad głęboką wodą. Potem byłam na wypasionej wycieczce w jakimś egzotycznym kraju, ale wszystkie atrakcje przechodziły mi koło nosa, choćbym nie wiem jak się starała przygotować i stawić się w określonym czasie w określonym miejscu. Znakomita metafora wczorajszych zdarzeń...
Potrzebna była plastikowa skrzynka. Najprostsze rozwiązanie – przejrzenie gratów w czterech istniejących pudłach, konsolidacja, wyrzucenie części, oddanie innych rzeczy do Sklepu Drugiej Szansy.
Problem w tym, że pudełka zawierają historię: tę najstarszą (łącznie z bawełnianą wstążeczką ze szpitala, kiedy się urodziłam!), maleńkie zabawki, chusteczkę z księciem i księżniczką w wieży; nowszą trochę – karta Ligi Ochrony Przyrody z wczesnej podstawówki, tarcze, ręcznie pisane kajety z piosenkami, gazetka, którą pisałyśmy i rysowałyśmy z koleżanką...
Sporo zdjęć – w wielgaśnych albumach, więc postanowiłam je wszystkie powyciągać z foliowych kieszonek i umieścić w jakimś pudełku, co zajmie o wiele mniej miejsca. To dość długie zadanie, więc spakowałam do skrzynki celem zaniesienia do domu.
Z kolekcją ramek też poszło łatwo, chyba z dziesięć wyjedzie do Drugiej Szansy.
A wspomniany powyżej problem bierze się stąd, że w pudłach mieszkają też zdjęcia i drobiazgi z Lat Najgorszych. Natknęłam się na obstrzępiony pamiętniczek z pierwszych miesięcy w Stanach, kartki wyharatane z notesu na metalowej spiralce. Strona za stroną smutków, samotności, poczucia, że mimo prób nie da się nic zmienić. A miało być – jeśli nie „tak pięknie”, to przynajmniej nie aż tak źle.
Pewnie odrobinę sama sobie byłam winna, bo przy niemal zerze doświadczenia życiowego (a o mądrości to nie ma w ogóle co wspominać, młoda byłam i głupia i na dodatek z fatalnym gustem) nie potrafiłam sobie sprytnie radzić z okolicznościami. Z ludźmi, którzy z natury nie byli źli, nie mieli nieprzyjemnych intencji, ale byli zupełnie, zupełnie inni i ciężko było liczyć na jakąkolwiek dozę kompatybilności. Z pewną dozą buractwa. Z człowiekiem, który sam nie potrafił sobie znaleźć miejsca w życiu, zakorzenione głęboko kompleksy i brak poczucia własnej wartości nagminnie nadrabiając poniżaniem innych. A ja byłam pod ręką...
Jeśli jednak sama trochę się dokładałam do tego stanu duszy, to zewnętrzne czynniki miały wpływ nieporównywalnie większy. I nie było znikąd wspomagania, bo z wierzchu wydawało się, że jest w porządku.
Dawno chyba nie zaliczyłam takiego doła i to z zaskoczenia, bo do garażu leciałam z entuzjazmem, że się conieco uporządkuje. Nie spodziewałam się, że po ponad piętnastu latach wspomnienia mogą wypłynąć w tak desktrukcyjny sposób. Nie jest to absolutnie żałowanie czegokolwiek (bo czego w sumie??), tylko raczej wyciągnięcie na powierzchnię nieprzyjemnych obrazów i słów przysypanych masą nowszych wspomnień.
Wieczorem uchlipałam się na jakimś babskim filmie, postanowiłam rozprawić się czym prędzej z tymi foto-albumami przy wsparciu kieliszka wina od przyjacióły, która też niejedno ma za sobą. Części nawet nie wyjmowałam z kieszonek, zupełnie nie mają znaczenia. Poszły na śmietnik razem z albumami. Na koniec przestałam się patyczkować i folie targałam, bo część zdjęć przylgnęła do nich zbyt mocno, żeby po prostu je wysunąć. A ileż można nad tym siedzieć.
Zdjęcia posortowałam na lubiane, tzn. ja i znajomi, oraz nielubiane – z Lat Najgorszych, z osobami, które te lata stworzyły i z miejscami, w których działa się ta historia. Najprościej by było te zdjęcia (i inne pozostałości) po prostu wywalić, ale tu zaś włącza się chomik i proponuje schowanie tych fotek w jakimś zakopanym głęboko pudełku.
Wyciskam z tych cytryn sok i robię przysłowiową lemoniadę – bardzo świadomie mówię sobie, jak dobrze jest teraz. Kto wie, może gdyby nie Lata Najgorsze, nie potrafiłabym docenić tego, co dzieje się obecnie.
Potrzebna była plastikowa skrzynka. Najprostsze rozwiązanie – przejrzenie gratów w czterech istniejących pudłach, konsolidacja, wyrzucenie części, oddanie innych rzeczy do Sklepu Drugiej Szansy.
Problem w tym, że pudełka zawierają historię: tę najstarszą (łącznie z bawełnianą wstążeczką ze szpitala, kiedy się urodziłam!), maleńkie zabawki, chusteczkę z księciem i księżniczką w wieży; nowszą trochę – karta Ligi Ochrony Przyrody z wczesnej podstawówki, tarcze, ręcznie pisane kajety z piosenkami, gazetka, którą pisałyśmy i rysowałyśmy z koleżanką...
Sporo zdjęć – w wielgaśnych albumach, więc postanowiłam je wszystkie powyciągać z foliowych kieszonek i umieścić w jakimś pudełku, co zajmie o wiele mniej miejsca. To dość długie zadanie, więc spakowałam do skrzynki celem zaniesienia do domu.
Z kolekcją ramek też poszło łatwo, chyba z dziesięć wyjedzie do Drugiej Szansy.
A wspomniany powyżej problem bierze się stąd, że w pudłach mieszkają też zdjęcia i drobiazgi z Lat Najgorszych. Natknęłam się na obstrzępiony pamiętniczek z pierwszych miesięcy w Stanach, kartki wyharatane z notesu na metalowej spiralce. Strona za stroną smutków, samotności, poczucia, że mimo prób nie da się nic zmienić. A miało być – jeśli nie „tak pięknie”, to przynajmniej nie aż tak źle.
Pewnie odrobinę sama sobie byłam winna, bo przy niemal zerze doświadczenia życiowego (a o mądrości to nie ma w ogóle co wspominać, młoda byłam i głupia i na dodatek z fatalnym gustem) nie potrafiłam sobie sprytnie radzić z okolicznościami. Z ludźmi, którzy z natury nie byli źli, nie mieli nieprzyjemnych intencji, ale byli zupełnie, zupełnie inni i ciężko było liczyć na jakąkolwiek dozę kompatybilności. Z pewną dozą buractwa. Z człowiekiem, który sam nie potrafił sobie znaleźć miejsca w życiu, zakorzenione głęboko kompleksy i brak poczucia własnej wartości nagminnie nadrabiając poniżaniem innych. A ja byłam pod ręką...
Jeśli jednak sama trochę się dokładałam do tego stanu duszy, to zewnętrzne czynniki miały wpływ nieporównywalnie większy. I nie było znikąd wspomagania, bo z wierzchu wydawało się, że jest w porządku.
Dawno chyba nie zaliczyłam takiego doła i to z zaskoczenia, bo do garażu leciałam z entuzjazmem, że się conieco uporządkuje. Nie spodziewałam się, że po ponad piętnastu latach wspomnienia mogą wypłynąć w tak desktrukcyjny sposób. Nie jest to absolutnie żałowanie czegokolwiek (bo czego w sumie??), tylko raczej wyciągnięcie na powierzchnię nieprzyjemnych obrazów i słów przysypanych masą nowszych wspomnień.
Wieczorem uchlipałam się na jakimś babskim filmie, postanowiłam rozprawić się czym prędzej z tymi foto-albumami przy wsparciu kieliszka wina od przyjacióły, która też niejedno ma za sobą. Części nawet nie wyjmowałam z kieszonek, zupełnie nie mają znaczenia. Poszły na śmietnik razem z albumami. Na koniec przestałam się patyczkować i folie targałam, bo część zdjęć przylgnęła do nich zbyt mocno, żeby po prostu je wysunąć. A ileż można nad tym siedzieć.
Zdjęcia posortowałam na lubiane, tzn. ja i znajomi, oraz nielubiane – z Lat Najgorszych, z osobami, które te lata stworzyły i z miejscami, w których działa się ta historia. Najprościej by było te zdjęcia (i inne pozostałości) po prostu wywalić, ale tu zaś włącza się chomik i proponuje schowanie tych fotek w jakimś zakopanym głęboko pudełku.
Wyciskam z tych cytryn sok i robię przysłowiową lemoniadę – bardzo świadomie mówię sobie, jak dobrze jest teraz. Kto wie, może gdyby nie Lata Najgorsze, nie potrafiłabym docenić tego, co dzieje się obecnie.
sobota, 19 marca 2016
16:03. Wtręt przygotowaniowy:.
Przerywamy nadawanie pamiętniczka z Utah, by spisać słów kilka o nadchodzącej wyprawie do Kalifornii. Troszkę z wybojami to idzie, bo na przykład okazuje się, że od znajomych w Los Angeles nijak nie ma sensu jazda na północ i potem z powrotem na południe, bo to wszystko jest za daleko. Trzeba od razu sunąć w kierunku południowym, do San Diego.
Dalej odkrywam, że wymarzone przez T Zoo-Safari w San Diego wcale nie mieści się w San Diego, bliziutko kampingów (bo tam jest Zoo zwykłe), tylko w Escondido, dobrą godzinę od tego miejsca.
Potem wyjaśnia się, dlaczego Google Maps uparcie sugeruje przejazd z Mono do San Francisco z olbrzymim czubem na górze, prawie że pod Jezioro Tahoe: otóż droga na przestrzał, przez Yosemite, zamknięta jest aż do maja. W wyższych partiach pewnie leżą śniegi i i nie puszczają.
Z podobnej przyczyny odpada Devils Postpile National Park - tam drogi otwierają się dopiero na koniec czerwca.
Przypomina mi to przygodę podczas jednej z wczesnych wycieczek. Jechaliśmy przez piękną, zieloną dolinę, zatrzymaliśmy się nawet u jakichś mnichów i zakupiliśmy produkty rolnicze. Słońce, ciepełko. Na jednej z dróg stoi tablica, że za ileś tam mil nie ma przejazdu z powodu śniegu. Nie daliśmy temu znaku wiary; wszak otoczenie naprawdę nie współgrało z takim ostrzeżeniem.
W ten sposób nadłożyliśmy kilkadziesiąt mil, bo okazało się, że droga zasuwa w górę (a było to jeszcze przed smartfonami i GPSami, więc się na bieżąco nie dało zbytnio nic sprawdzić) i rzeczywiście jest zamknięta. Od tej pory wierzymy znakom.
Skoro zaś mowa o urządzeniach, to z wycieczki na wycieczkę wzrasta nam moc obliczeniowa, jak określił to zgrabnie T. Dawno przekroczyliśmy już zapewne możliwości sprzętu wykorzystywanego w pierwszych lotach kosmicznych.*
Teraz będziemy mieć dodatkowo smartfon. Po raz pierwszy też - co dla mnie, mocno zorientowanej na celulozę, stanowi rewolucję - nie drukujemy też instrukcji, tylko wszystko będzie w PDFach na Kindlu. Przetestowałam tak i siak, działa to znakomicie - można napchać informacji właściwie bez ograniczenia, każdy dzień zamknąć w osobnym przewodniku - dokumencie ze wszystkimi ciekawymi obiektami po kolei. Kopiuję więc i wklejam kawalątka mapek, zdjęcia, informacje z wiki i innych stron. Dokumenty puchną, bo przybywa atrakcji, nawet takich, które po prostu siedzą przy drodze, nie trzeba wydłużać trasy.
Co więcej, na Kindlu świetnie działają też PDFowe mapy parków narodowych, które na wydruku zasiane sa arcydrobnym druczkiem, wnet niemożliwym do odczytania. A na moim tableciku mapki można sobie w dowolnym punkcie powiększać i oglądać wszyściusieńkie szczegóły!
Opisane plany będą teraz na stronie WYPRAWY (patrz lista po prawej stronie), każdy dzień podlinkowany osobno. Wydrukuje się jedynie rezerwacje i bilety.
Ponieważ mam nieco obaw, że Kindlowi może braknąć prądu (choć zabieramy mała samochodową elektrownię) albo że w ogóle się popsuje i będziemy ugotowani, wezmę też sobie wszystkie dokumenty na jakimś innym nośniku - karcie albo tzw. Ząbku.
Tym sposobem Kindelek po raz kolejny przerósł oczekiwania. Służy oczywiście do czytania książek i magazynów razem z robieniem notatek i zaznaczaniem fragmentów. Ponadto daje też możliwości notowania (klawiaturą i pismem odręcznym), przeglądania internetów (jeśli jest w okolicy wi-fi), szkicowania, robienia i obrabiania zdjęć (oraz wystawiania ich na FB :), a nawet gier, które wymieniam na samym końcu, ale przyznać się trzeba, że bywają w użyciu. Aha, i ostatnio udało mi się też przylutować doń WhatsAp, i nawet można za jego pośrednictwem wysyłać zdjęcia. I teraz jeszcze przewodnik na wycieczki.
Dalej odkrywam, że wymarzone przez T Zoo-Safari w San Diego wcale nie mieści się w San Diego, bliziutko kampingów (bo tam jest Zoo zwykłe), tylko w Escondido, dobrą godzinę od tego miejsca.
Potem wyjaśnia się, dlaczego Google Maps uparcie sugeruje przejazd z Mono do San Francisco z olbrzymim czubem na górze, prawie że pod Jezioro Tahoe: otóż droga na przestrzał, przez Yosemite, zamknięta jest aż do maja. W wyższych partiach pewnie leżą śniegi i i nie puszczają.
Z podobnej przyczyny odpada Devils Postpile National Park - tam drogi otwierają się dopiero na koniec czerwca.
Przypomina mi to przygodę podczas jednej z wczesnych wycieczek. Jechaliśmy przez piękną, zieloną dolinę, zatrzymaliśmy się nawet u jakichś mnichów i zakupiliśmy produkty rolnicze. Słońce, ciepełko. Na jednej z dróg stoi tablica, że za ileś tam mil nie ma przejazdu z powodu śniegu. Nie daliśmy temu znaku wiary; wszak otoczenie naprawdę nie współgrało z takim ostrzeżeniem.
W ten sposób nadłożyliśmy kilkadziesiąt mil, bo okazało się, że droga zasuwa w górę (a było to jeszcze przed smartfonami i GPSami, więc się na bieżąco nie dało zbytnio nic sprawdzić) i rzeczywiście jest zamknięta. Od tej pory wierzymy znakom.
Skoro zaś mowa o urządzeniach, to z wycieczki na wycieczkę wzrasta nam moc obliczeniowa, jak określił to zgrabnie T. Dawno przekroczyliśmy już zapewne możliwości sprzętu wykorzystywanego w pierwszych lotach kosmicznych.*
Zaczynaliśmy od dwóch głupiutkich komórek, a wszystkie informacje były na papierze. Kilka lat temu doszedł laptop, niedawno na zmianę z Kindlem, zależnie od środka transportu (do samolotu laptopa raczej się nie wlecze). No i GPS, nadzwyczaj przydatny, usuwający stres, szczególnie w gestej zabudowie. Nie wiem, czy przez wielkie metropolie na wschodnim wybrzeżu przebilibyśmy się z samym papierem.
Teraz będziemy mieć dodatkowo smartfon. Po raz pierwszy też - co dla mnie, mocno zorientowanej na celulozę, stanowi rewolucję - nie drukujemy też instrukcji, tylko wszystko będzie w PDFach na Kindlu. Przetestowałam tak i siak, działa to znakomicie - można napchać informacji właściwie bez ograniczenia, każdy dzień zamknąć w osobnym przewodniku - dokumencie ze wszystkimi ciekawymi obiektami po kolei. Kopiuję więc i wklejam kawalątka mapek, zdjęcia, informacje z wiki i innych stron. Dokumenty puchną, bo przybywa atrakcji, nawet takich, które po prostu siedzą przy drodze, nie trzeba wydłużać trasy.
Co więcej, na Kindlu świetnie działają też PDFowe mapy parków narodowych, które na wydruku zasiane sa arcydrobnym druczkiem, wnet niemożliwym do odczytania. A na moim tableciku mapki można sobie w dowolnym punkcie powiększać i oglądać wszyściusieńkie szczegóły!
Opisane plany będą teraz na stronie WYPRAWY (patrz lista po prawej stronie), każdy dzień podlinkowany osobno. Wydrukuje się jedynie rezerwacje i bilety.
Ponieważ mam nieco obaw, że Kindlowi może braknąć prądu (choć zabieramy mała samochodową elektrownię) albo że w ogóle się popsuje i będziemy ugotowani, wezmę też sobie wszystkie dokumenty na jakimś innym nośniku - karcie albo tzw. Ząbku.
Tym sposobem Kindelek po raz kolejny przerósł oczekiwania. Służy oczywiście do czytania książek i magazynów razem z robieniem notatek i zaznaczaniem fragmentów. Ponadto daje też możliwości notowania (klawiaturą i pismem odręcznym), przeglądania internetów (jeśli jest w okolicy wi-fi), szkicowania, robienia i obrabiania zdjęć (oraz wystawiania ich na FB :), a nawet gier, które wymieniam na samym końcu, ale przyznać się trzeba, że bywają w użyciu. Aha, i ostatnio udało mi się też przylutować doń WhatsAp, i nawet można za jego pośrednictwem wysyłać zdjęcia. I teraz jeszcze przewodnik na wycieczki.
*Okazuje się, że z tą mocą obliczeniową komputerów rzecz jest bardziej skomplikowana (jak większość spraw w życiu, gdy tylko skrobnie się głębiej niż po samej powierzchni). W tej chwili MOŻNA wysłać w kosmos pojazd zawierający komputer z ogromnymi możliwościami, ale się tego nie robi, bo nie jest to potrzebne - ważniejsze, by ustrojstwo przetrwało wyboje wynikające z grawitacji i promieniowania.
piątek, 9 października 2015
15:84. Świąteczne gęsi
Choć za oknem nie powstały jeszcze nawet porządne jesienne złocistości, staram się tu i ówdzie coś świątecznego wykleić... czas wszak zasuwa bez względu na moje opóźnienia.
Cieszy mnie jednak ten wstęp do jesieni. Wracałam wczoraj z pracy w zniżającym się słońcu, z leciuchną mgłą - a może to tylko złudzenie? T jeszcze nie był przyjechał, więc wyszliśmy z kotem na balkon powdychać chłodne powietrze. Kot wychodzi z wahaniem, bo nie ma już ulubionego ciepełka; nawet ostatnio przestał zalegać na tym końcu kanapowego oparcia, który znajduje się przy oknie; przeniósł się na poduchę zlokalizowaną bliżej centrum pokoju, bo tam zawsze odrobinkę cieplej.
Na dachu długiego budynku garażowego baraszkowały ptaki z pomarańczowymi brzuszkami - to drozdy wędrowne, u nas pospolite, do Polski nie doleciały. Na Wysokich Drzewach - ostatnio przetrzebionych przez Gibsonów, którzy są ich właścicielami i pewnie boją się gałęzi spadających na dach ich dość obskurnej szopy - przemykają wiewiórcze ogony... Jeszcze trochę i takie oglądanie się skończy, bo będziemy wracać do domu po zmroku.
Do kraftów wracając oraz do tytułu notki - zmontowałam kartkę ze świątecznymi gęsiami. Elementy pochodzą z prezentu od Mrouh, same gęsi zaś - ze stempelka nabytego w Sklepie Drugiej Szansy.
Ciekawi mnie, skąd się ten gęsi temat wziął - pingwiny to jeszcze rozumiem, przynajmniej mają związek z zimowym krajobrazem. Może chodzi o lawn geese, które Amerykanie wystawiają sobie na trawniki i stroją zależnie od pory roku?
Można sobie poguglać lawn goose outfit albo coś podobnego... tylko przypominam, że jeśli się coś zobaczy, to już się nie da odzobaczyć :)
Cieszy mnie jednak ten wstęp do jesieni. Wracałam wczoraj z pracy w zniżającym się słońcu, z leciuchną mgłą - a może to tylko złudzenie? T jeszcze nie był przyjechał, więc wyszliśmy z kotem na balkon powdychać chłodne powietrze. Kot wychodzi z wahaniem, bo nie ma już ulubionego ciepełka; nawet ostatnio przestał zalegać na tym końcu kanapowego oparcia, który znajduje się przy oknie; przeniósł się na poduchę zlokalizowaną bliżej centrum pokoju, bo tam zawsze odrobinkę cieplej.
Na dachu długiego budynku garażowego baraszkowały ptaki z pomarańczowymi brzuszkami - to drozdy wędrowne, u nas pospolite, do Polski nie doleciały. Na Wysokich Drzewach - ostatnio przetrzebionych przez Gibsonów, którzy są ich właścicielami i pewnie boją się gałęzi spadających na dach ich dość obskurnej szopy - przemykają wiewiórcze ogony... Jeszcze trochę i takie oglądanie się skończy, bo będziemy wracać do domu po zmroku.
Do kraftów wracając oraz do tytułu notki - zmontowałam kartkę ze świątecznymi gęsiami. Elementy pochodzą z prezentu od Mrouh, same gęsi zaś - ze stempelka nabytego w Sklepie Drugiej Szansy.
Ciekawi mnie, skąd się ten gęsi temat wziął - pingwiny to jeszcze rozumiem, przynajmniej mają związek z zimowym krajobrazem. Może chodzi o lawn geese, które Amerykanie wystawiają sobie na trawniki i stroją zależnie od pory roku?
Można sobie poguglać lawn goose outfit albo coś podobnego... tylko przypominam, że jeśli się coś zobaczy, to już się nie da odzobaczyć :)
Labels:
brzecze sobie,
kartki,
papierrr,
u nas na wsi,
Xmas
piątek, 18 września 2015
15:79. odkopywanie się
Wróciliśmy już niby dawno - w niedzielę, wczesnym popołudniem. Trudno się jednak odkopać i z prania, i w pracy, i z różnych załatwień. Oczywiście jesteśmy pełni wrażeń, bo udało się niemal wszystko; jednego miejsca całkiem zwyczajnie nie udało się znaleźć (obawiam się, że pozyskane na jakimś blogasku wskazówki były zwyczajnie niepełne, nie należy ślepo ufać blogaskom). Z drugiej zaś strony dorzuciliśmy kilka punktów nieplanowanych albo dopisanych do listy na zasadzie fakultetów, czyli "jeśli będzie czas, to wsadzimy nos."
Wszystkie noce przespaliśmy na kampingach - czasem dość ekstremalnych, bo w połowie drogi tak wertepiastej, że GPS obawiał się nawet o tym wcześniej powiadomić (albo może była to jego zemsta za to, że nie podłączyliśmy go do gniazdka w odpowiednim czasie i prądziunio mu się skończył.) Na najdroższym noclegu przydzielono nam kawałek marnawego trawnika tuż przy wykopkach, z których wystawały jakieś rury. Za to łazienka (choć czynna tylko do 8 wieczorem) była urządzona z rozmachem w stylu wiktoriańskim.
Raz spaliśmy też na ponat trzech tysiącach metrów, w Great Basin National Park w Nevadzie. Potem skrobaliśmy się jeszcze wyżej, na szlak prowadzący do sosenek mających kilka tysięcy lat. Jeśli chodzi o ekstremalne wysokości, to w Rocky Mountains NP dobraliśmy się na ponad 3700 metrów - działo się to tak szybko, że troszkę nas przyatakowała choroba wysokościowa.
Dalej przesypują mi się jeszcze w rozumie obrazy niesamowitych formacji skalnych, czerwonych kamulców w Utah, jeżdżenia po soli nad Wielkim Słonym Jeziorem, dziesiątek, a czasem setek kilometrów dróg aż po horyzont, na których nic się nie dzieje i spotkanie z innym pojazdem to powód do rozmowy, bo stanowi wielką rzadkość.
I petroglify jeszcze w niejednym miejscu, i tama nad Jeziorem Powella, i pływanie statkiem...
...a zaczęło się od równin i krów, jeszcze w Kolorado. I studiowania mechanizmu wiatraka wyciągającego wodę dla bydełka.
Opowieści byłoby mnóstwo. Najpierw jednak trzeba skończyć zeszłoroczną serię o Montanie i dopiero potem zabrać się za blisko pięćdziesiąt (!) odcinków o Utah :)
Wszystkie noce przespaliśmy na kampingach - czasem dość ekstremalnych, bo w połowie drogi tak wertepiastej, że GPS obawiał się nawet o tym wcześniej powiadomić (albo może była to jego zemsta za to, że nie podłączyliśmy go do gniazdka w odpowiednim czasie i prądziunio mu się skończył.) Na najdroższym noclegu przydzielono nam kawałek marnawego trawnika tuż przy wykopkach, z których wystawały jakieś rury. Za to łazienka (choć czynna tylko do 8 wieczorem) była urządzona z rozmachem w stylu wiktoriańskim.
Raz spaliśmy też na ponat trzech tysiącach metrów, w Great Basin National Park w Nevadzie. Potem skrobaliśmy się jeszcze wyżej, na szlak prowadzący do sosenek mających kilka tysięcy lat. Jeśli chodzi o ekstremalne wysokości, to w Rocky Mountains NP dobraliśmy się na ponad 3700 metrów - działo się to tak szybko, że troszkę nas przyatakowała choroba wysokościowa.
Dalej przesypują mi się jeszcze w rozumie obrazy niesamowitych formacji skalnych, czerwonych kamulców w Utah, jeżdżenia po soli nad Wielkim Słonym Jeziorem, dziesiątek, a czasem setek kilometrów dróg aż po horyzont, na których nic się nie dzieje i spotkanie z innym pojazdem to powód do rozmowy, bo stanowi wielką rzadkość.
I petroglify jeszcze w niejednym miejscu, i tama nad Jeziorem Powella, i pływanie statkiem...
...a zaczęło się od równin i krów, jeszcze w Kolorado. I studiowania mechanizmu wiatraka wyciągającego wodę dla bydełka.
Opowieści byłoby mnóstwo. Najpierw jednak trzeba skończyć zeszłoroczną serię o Montanie i dopiero potem zabrać się za blisko pięćdziesiąt (!) odcinków o Utah :)
Labels:
brzecze sobie,
turystycznie,
Utah 2015
sobota, 27 czerwca 2015
15:58. sobotni poranek
Taki poranek, że nie wiadomo, od czego zacząć. Nie mam porannej kraftolekcji, to mi się struktura dnia chwieje. Lista rzeczy, które można/należałoby zrobić jest długachna, od napoczętej strony do art journala poprzez zakupy i kończenie Samsonek aż po gotowanie i rozmaite formy kurodomostwa.
Na razie piję kawkę i chyba zaraz potem przystąpię do wyprania dywaników z łazienki - trzeba je wywiesić na balkonie, bo obawiam się, że podczas suszenia w maszynie zbyt wiele ich ubędzie. Dzisiaj zapowiada się dzień mniej wilgotny niż ostatnie tygodnie, więc w sam raz pora na takie przedsięwzięcie.
W związku z czym - oraz z poprzednim wpisem o portugalskim mydle - archiwalny teledysk Filipinek o portugalskich praczkach :)
Na razie piję kawkę i chyba zaraz potem przystąpię do wyprania dywaników z łazienki - trzeba je wywiesić na balkonie, bo obawiam się, że podczas suszenia w maszynie zbyt wiele ich ubędzie. Dzisiaj zapowiada się dzień mniej wilgotny niż ostatnie tygodnie, więc w sam raz pora na takie przedsięwzięcie.
W związku z czym - oraz z poprzednim wpisem o portugalskim mydle - archiwalny teledysk Filipinek o portugalskich praczkach :)
środa, 17 czerwca 2015
15:53. taka sytuacja
Wychodzę z biura kilkadziesiąt kroków za gościem z działu konferencji. Słyszę, że ktoś w okolicy się wydziera, choć nie wiem dokładnie o co, bo rozpoznaję tylko gęsto lecące "f...". Daleko szukać nie trzeba - na drugiej części parkingu stoi nastolatek wymachujący rękami i generujący niezrozumiałe wrzaski.
Kolega z pracy idzie do swojego auta, ja też. Kiedy on już jedzie, a ja otwieram drzwi, przy młodzieńcu pojawia się jeszcze dwóch. Wrzeszczący wali kilka razy pięścią w bagażnik auta, obok którego stoi, oczywiście nie swojego. Kumple coś tam mu mówią, chłopak przestaje tłuc w blachę, cała trójka szybko się ulatnia.
Nie ma właściwie czasu na reakcję, bo sytuacja zmienia się zbyt szybko. Zresztą - co zrobić? Na policję dzwonić nie ma sensu, nawrzeszczeć na typka strach, bo może być na prochach i z tego powodu agresywny, może mieć broń, może się okazać, że jutro mam powybijane szyby w moim własnym aucie.
Widzę, że biurowy kolega zwalnia, przejeżdżając koło tamtego auta, ale nie wysiada, jedzie jednak dalej. Ja też prawie że się zatrzymuję - widzę na klapie bagażnika delikatne nierówności, pewnie od pięści. Kto wie, właściciel może nawet nie zauważy, auto jest srebrzystozłociste, kaloryfer taki, to nie bardzo się rzuca w oczy.
Tylko przez cały wieczór odczuwam dysonans - bo nie powstrzymałam się od myślenia "znowu te Murzyny", jako że cała trójka rozrabiaków była właśnie afroamerykańska. A jak się już tak zacznie myśleć, to wystarczy zrobić maleńki krok i już się przypomina, jak to spory segment porannych niedzielnych wiadomości poświęcony jest zwykle strzelaninom na "Murzynowie" i innym dziejącym się tam przypadkom.
A następnie myśli się o temacie dość częstym w ostatnich dniach, a mianowicie o filmie "Chiraq", który właśnie kręci się w Chicago i nawiązuje tytułem do tego, że afroamerykańskie okolice, tzw, "South Side" to niemal strefa wojny (gdzie ginie w strzelaninach więcej ludzi, niż żołnierzy amerykańskich na Bliskim Wschodzie).
I chciałby człowiek traktować wszystkich po równo, szlachetnym być... a tu co jakiś czas pojawia się taka czkawka. Sprawa nie do rozwiązania.
Z drugiej strony - moją najbliższą koleżanką w pracy jest teraz BBest. Afroamerykanka :) Kobietka mądra, bystra, bardzo ładna, z zębem i niezwykle solidna. A przy tym trochę taki przypominacz, żeby ludzi nie szufladkować :)
Kolega z pracy idzie do swojego auta, ja też. Kiedy on już jedzie, a ja otwieram drzwi, przy młodzieńcu pojawia się jeszcze dwóch. Wrzeszczący wali kilka razy pięścią w bagażnik auta, obok którego stoi, oczywiście nie swojego. Kumple coś tam mu mówią, chłopak przestaje tłuc w blachę, cała trójka szybko się ulatnia.
Nie ma właściwie czasu na reakcję, bo sytuacja zmienia się zbyt szybko. Zresztą - co zrobić? Na policję dzwonić nie ma sensu, nawrzeszczeć na typka strach, bo może być na prochach i z tego powodu agresywny, może mieć broń, może się okazać, że jutro mam powybijane szyby w moim własnym aucie.
Widzę, że biurowy kolega zwalnia, przejeżdżając koło tamtego auta, ale nie wysiada, jedzie jednak dalej. Ja też prawie że się zatrzymuję - widzę na klapie bagażnika delikatne nierówności, pewnie od pięści. Kto wie, właściciel może nawet nie zauważy, auto jest srebrzystozłociste, kaloryfer taki, to nie bardzo się rzuca w oczy.
Tylko przez cały wieczór odczuwam dysonans - bo nie powstrzymałam się od myślenia "znowu te Murzyny", jako że cała trójka rozrabiaków była właśnie afroamerykańska. A jak się już tak zacznie myśleć, to wystarczy zrobić maleńki krok i już się przypomina, jak to spory segment porannych niedzielnych wiadomości poświęcony jest zwykle strzelaninom na "Murzynowie" i innym dziejącym się tam przypadkom.
A następnie myśli się o temacie dość częstym w ostatnich dniach, a mianowicie o filmie "Chiraq", który właśnie kręci się w Chicago i nawiązuje tytułem do tego, że afroamerykańskie okolice, tzw, "South Side" to niemal strefa wojny (gdzie ginie w strzelaninach więcej ludzi, niż żołnierzy amerykańskich na Bliskim Wschodzie).
I chciałby człowiek traktować wszystkich po równo, szlachetnym być... a tu co jakiś czas pojawia się taka czkawka. Sprawa nie do rozwiązania.
Z drugiej strony - moją najbliższą koleżanką w pracy jest teraz BBest. Afroamerykanka :) Kobietka mądra, bystra, bardzo ładna, z zębem i niezwykle solidna. A przy tym trochę taki przypominacz, żeby ludzi nie szufladkować :)
wtorek, 26 maja 2015
15:48. perturbacje informacyjne
Weekend minął najbardziej chyba pod znakiem nowych informacji i mentalnych zmagań z wiadomościami ciekawymi, ale wątpliwymi. To ciężka sprawa, zahaczająca o dysonans poznawczy wynikły z tego, że miejsce pozyskania informacji z definicji traktuję jako wiarygodne; takoż i do osób je przekazujących chciałabym mieć szacunek naukowy. A tu okazuje się, że wieści są co najmniej podejrzane, o ile w ogóle nie bzdurne.
Słyszę na przykład entuzjastyczną godzinną przemowę o tym, że w każdym języku można znaleźć ślady języka edeńskiego (tego z raju), co poznaje się po tym, że w każdym języku znajdziemy słowa podobne do hebrajskich, a hebrajski jest do edeńskiego najbliższy.
Hmmmmm. Fajnie by było... ale coś pachnie podejrzanie. Oczywiście zagadnienie jest bardzo emocjonalne, bo łączy się blisko ze sprawami religijnymi. Staram się jednak oddzielić emocje od jakiej takiej naukowości. Sprawdzam stronę wynalazcy tej teorii, patrzę na listę polskich słów - wygląda na to, że osoba, która tę listę sporządziła, w ogóle nie zna polskiego, bo przykładowo nie zdaje sobie sprawy z prostego faktu, że po polsku "c" czyta się jako "ts", a nie "k"! Pomija też w ogóle fakt istnienia liter diakrytyzowanych. I widzę też kwiatki typu:
GEBA (mug) - hebr. GaBHeeYah - cup, chalice (ang. cup)
Osioł jakiś chyba wyczytał w słowniku o mug w sensie twarzy, jak w "mugshot", ale że mug oznacza też kubek - to wykoncypował, że gęba musi oznaczać kubek. No absurd przecież.
Pół nocy nie spałam. Ułożyłam sobie wreszcie wyjaśnienie i zredukowałam dysonans: otóż prawdą jest, że w każdej parze języków będą słowa podobne. Ale nie można na tej podstawie wnioskować, że wszystko akurat wzięło się z hebrajskiego. No i nie można teorii podpierać tak bylejakimi "badaniami" przez kogoś, kto nijak się na rzeczy nie zna.
Dowiaduję się następnie, z całkiem innej beczki, w kontekście nefilimów czyli biblijnych olbrzymów, że niedawno Sąd Najwyższy USA nakazał Smithsonian Institution ujawnienie tajnych materiałów o tym, że na początku XX wieku owa instytucja zniszczyła wykopane w Ameryce Północnej szkielety gigantów.
Znów mi coś nie pasuje, więc biegnę do internetów i widzę od razu dwie rzeczy: że owa wiadomość pochodzi ze strony z założenia satyrycznej i zawierającej zmyślone wiadomości oraz że strona snopes.com z buta wykazuje nieprawdziwość tej sensacji. Ten dysonans udało mi się w miarę szybko spacyfikować, uznałam go po prostu za bzdurę, tylko trochę nie mogę sobie dać rady z autorytetem, jakim jest dla mnie mówca, który ów śmieć informacyjny puścił publicznie ze sceny.
Czytam sobie potem w domu książkę o Przybytku, między innymi o tym, że deski umieszczano w podstawach, a następnie na skutek wilgotności deski pęczniały, przez co następowało zespolenie elementów. Że co? Deski pęcznieją na skutek wilgotności NA PUSTYNI???
No i słyszę jeszcze powtarzane dość często słowo unctuous - w sensie tego, żeby nasze słowa były takie właśnie. Oj, mam nadzieję, że nie są i nie będą - bo wyraz ten oznacza obślizgły, obrzydliwy, a nie, jak się używającym go w kółko wydaje... nie wiem w sumie, co im się wydaje, ale na pewno coś wielce pozytywnego, co ma wynikać z zestawienia unctuous and blessed. A nie fałszywa, udawana, nadskakująca przychylność, do której nie można mieć zaufania. Tyle, że to słowo pojawia się w często cytowanym tekście sprzed ponad stu lat, stworzonym przez Ważnego Pisarza, i nikt chyba nie zagląda do słownika, co by też taki rzadki wyraz mógł oznaczać.
A dla mnie to problem i jednocześnie wyzwanie dla rozumu, w pozytywnym sensie. Problem polega na tym, że jeśli pozyskuję przez weekend sto informacji, a cztery z nich są bzdurne albo mocno podejrzane, to trochę mi się psuje wiarygodność źródła jako całości, coś na kształt łyżki dziegciu wpadającej do beczki miodu. Ale z drugiej strony - każdy jest sam odpowiedzialny za wiadomości, które słyszy i przyjmuje, więc trzeba mieć przy tym wszystkim rozum otwarty i odsiewać to, co nie bardzo odpowiada logice. Powyrzucać z informacyjnej sieci stare gumiaki i glonowate butelki, zostawić tylko wartościowe ryby.
Słyszę na przykład entuzjastyczną godzinną przemowę o tym, że w każdym języku można znaleźć ślady języka edeńskiego (tego z raju), co poznaje się po tym, że w każdym języku znajdziemy słowa podobne do hebrajskich, a hebrajski jest do edeńskiego najbliższy.
Hmmmmm. Fajnie by było... ale coś pachnie podejrzanie. Oczywiście zagadnienie jest bardzo emocjonalne, bo łączy się blisko ze sprawami religijnymi. Staram się jednak oddzielić emocje od jakiej takiej naukowości. Sprawdzam stronę wynalazcy tej teorii, patrzę na listę polskich słów - wygląda na to, że osoba, która tę listę sporządziła, w ogóle nie zna polskiego, bo przykładowo nie zdaje sobie sprawy z prostego faktu, że po polsku "c" czyta się jako "ts", a nie "k"! Pomija też w ogóle fakt istnienia liter diakrytyzowanych. I widzę też kwiatki typu:
GEBA (mug) - hebr. GaBHeeYah - cup, chalice (ang. cup)
Osioł jakiś chyba wyczytał w słowniku o mug w sensie twarzy, jak w "mugshot", ale że mug oznacza też kubek - to wykoncypował, że gęba musi oznaczać kubek. No absurd przecież.
Pół nocy nie spałam. Ułożyłam sobie wreszcie wyjaśnienie i zredukowałam dysonans: otóż prawdą jest, że w każdej parze języków będą słowa podobne. Ale nie można na tej podstawie wnioskować, że wszystko akurat wzięło się z hebrajskiego. No i nie można teorii podpierać tak bylejakimi "badaniami" przez kogoś, kto nijak się na rzeczy nie zna.
Dowiaduję się następnie, z całkiem innej beczki, w kontekście nefilimów czyli biblijnych olbrzymów, że niedawno Sąd Najwyższy USA nakazał Smithsonian Institution ujawnienie tajnych materiałów o tym, że na początku XX wieku owa instytucja zniszczyła wykopane w Ameryce Północnej szkielety gigantów.
Znów mi coś nie pasuje, więc biegnę do internetów i widzę od razu dwie rzeczy: że owa wiadomość pochodzi ze strony z założenia satyrycznej i zawierającej zmyślone wiadomości oraz że strona snopes.com z buta wykazuje nieprawdziwość tej sensacji. Ten dysonans udało mi się w miarę szybko spacyfikować, uznałam go po prostu za bzdurę, tylko trochę nie mogę sobie dać rady z autorytetem, jakim jest dla mnie mówca, który ów śmieć informacyjny puścił publicznie ze sceny.
Czytam sobie potem w domu książkę o Przybytku, między innymi o tym, że deski umieszczano w podstawach, a następnie na skutek wilgotności deski pęczniały, przez co następowało zespolenie elementów. Że co? Deski pęcznieją na skutek wilgotności NA PUSTYNI???
No i słyszę jeszcze powtarzane dość często słowo unctuous - w sensie tego, żeby nasze słowa były takie właśnie. Oj, mam nadzieję, że nie są i nie będą - bo wyraz ten oznacza obślizgły, obrzydliwy, a nie, jak się używającym go w kółko wydaje... nie wiem w sumie, co im się wydaje, ale na pewno coś wielce pozytywnego, co ma wynikać z zestawienia unctuous and blessed. A nie fałszywa, udawana, nadskakująca przychylność, do której nie można mieć zaufania. Tyle, że to słowo pojawia się w często cytowanym tekście sprzed ponad stu lat, stworzonym przez Ważnego Pisarza, i nikt chyba nie zagląda do słownika, co by też taki rzadki wyraz mógł oznaczać.
A dla mnie to problem i jednocześnie wyzwanie dla rozumu, w pozytywnym sensie. Problem polega na tym, że jeśli pozyskuję przez weekend sto informacji, a cztery z nich są bzdurne albo mocno podejrzane, to trochę mi się psuje wiarygodność źródła jako całości, coś na kształt łyżki dziegciu wpadającej do beczki miodu. Ale z drugiej strony - każdy jest sam odpowiedzialny za wiadomości, które słyszy i przyjmuje, więc trzeba mieć przy tym wszystkim rozum otwarty i odsiewać to, co nie bardzo odpowiada logice. Powyrzucać z informacyjnej sieci stare gumiaki i glonowate butelki, zostawić tylko wartościowe ryby.
piątek, 22 maja 2015
15:47. jak nie fortepian, to torby
Odwiązałam się dziś na fejzbuku od śledzenia pewnej osoby, co zdarza mi się baaaardzo rzadko. Z raz albo dwa w ogóle się odprzyjaźniłam (ze względu na wulgaryzmy na tablicy i ogólną niezgodność charakterów), odśledzenie miało miejsce też pierwszy albo drugi raz. Powód? Przebrała się miarka infografik o zdrowotności. Patrzeć już nie mogę na wieści o zbawiennych skutkach spożywania oleju kokosowego, o alkalicznym stylu życia, odkwaszaniu organizmu, piciu zmiksowanych warzyw o podejrzanej kolorystyce, naciskaniu na palec, żeby poprawić wzrok i takich tam. Część porad jest oczywiście jak najbardziej rozsądna, ale jeśli ktoś pakuje sobie na tablicę po kilkanaście takich obrazków dziennie, to sorki, ale straciłam cierpliwość. Tym bardziej, że osoba w swoich postach tworzy chcący bądź niechcący wrażenie "o, patrzcie, jestem lepsza od was wszystkich, bo zajadam mielony szpinak i kotlety z buraków, a wy nie, ha!"
Infografiki przywaliły mnie do tego stopnia, że śniło mi się, iż wylądowałam w gabinecie jakiejś takiej mega-zdrowotnej pańci-doradczyni, z którego chciałam od razu wyjść, ale pani powiedziała, że guzik - muszę zapłacić za "wizytę" i to jakąś wielką kwotę. Dałam grosze, wykręcając się, że więcej nie mam, a zarazem trzymając mentalne kciuki za to, żeby zdrowotna nie dojrzała w portmonetce kart kredytowych.
I właściwie mi się udało, tylko że jakoby za karę narosło mi rzeczy do zabrania, które nijak się nie chciały pomieścić do toreb, jakie byłam w stanie zabrać. To też powracający motyw senny, jak opisywany wcześniej fortepian. Nie wiem nawet, jak się to pakowanie skończyło, może po prostu się obudziłam. Miau dba, żebyśmy za długo nie spali.
Tak więc ilość infografik ukróciłam, żeby mi się już oleje kokosowe nie śniły po nocach.
W domciu zaś trwają zajęcia stoczniowe - prawie że skończyłam elementy na jutrzejszą szkółkę. Jeszcze tylko pozostało sporądzić ławeczki do łódek i pociąć pianki modelarskie na prostokąty, żeby każdy mógł sobie zrobić swoje Morze Galilejskie.
Infografiki przywaliły mnie do tego stopnia, że śniło mi się, iż wylądowałam w gabinecie jakiejś takiej mega-zdrowotnej pańci-doradczyni, z którego chciałam od razu wyjść, ale pani powiedziała, że guzik - muszę zapłacić za "wizytę" i to jakąś wielką kwotę. Dałam grosze, wykręcając się, że więcej nie mam, a zarazem trzymając mentalne kciuki za to, żeby zdrowotna nie dojrzała w portmonetce kart kredytowych.
I właściwie mi się udało, tylko że jakoby za karę narosło mi rzeczy do zabrania, które nijak się nie chciały pomieścić do toreb, jakie byłam w stanie zabrać. To też powracający motyw senny, jak opisywany wcześniej fortepian. Nie wiem nawet, jak się to pakowanie skończyło, może po prostu się obudziłam. Miau dba, żebyśmy za długo nie spali.
Tak więc ilość infografik ukróciłam, żeby mi się już oleje kokosowe nie śniły po nocach.
W domciu zaś trwają zajęcia stoczniowe - prawie że skończyłam elementy na jutrzejszą szkółkę. Jeszcze tylko pozostało sporądzić ławeczki do łódek i pociąć pianki modelarskie na prostokąty, żeby każdy mógł sobie zrobić swoje Morze Galilejskie.
Labels:
3D,
brzecze sobie,
szkółka niedzielna
wtorek, 19 maja 2015
15:45. nie mogę znaleźć fortepianu
Wraca od czasu do czasu taki sen: jestem w pięknym domu z wieloma pomieszczeniami - każde z nich to uczta dla oczu. A to cud widoki, na przykład na morze, a to kotary z drogich materiałów, a to fikuśne parkiety i wymyślne meble. I wiem, że w którymś pokoju jest fortepian oraz odczuwam wielką chęć zagrania na nim, ale nijak nie mogę go znaleźć. Już-już widzę jakieś pudło, które by przypominało instrument, ale podchodzę i okazuje się, że to jednak szafka albo coś, żadnych klawiszy nie ma. Albo ma, tylko całkiem nie do użytku.
Może to obraz pracy w pracy. Choćbym nie wiem jak się starała, od powrotu nie jestem w stanie "zagrać", to znaczy znaleźć się w punkcie, gdzie mogłabym głębiej odetchnąć i mieć poczucie, że ogarniam. Mozolnie przemieszczam się od jednego zadania do drugiego, a lista ciągle się wydłuża i ciągle są jakieś błędy - trochę moje, trochę innych osób. Dzisiaj okazało się, że albo ja źle pewną rzecz zrozumiałam, albo druga osoba założyła, że rozumiem i nie trzeba mi detalicznie wyjaśniać... w każdym razie wydawało mi się, że mam do czynienia z zadaniem prostym i niezbyt czasochłonnym, a okazało się, że to mała puszka Pandory. I tak co chwilę, z małego zawiniątka wyłażą niekończące się potargańce.
Za to w domu kraftuję dwie sprawy - obie są dziś w stanie "praca w toku". Filiżance potrzebne jest jeszcze denko, wnetrze i talerzyk, a łódź być może dorobi się żagla na słomce. A następnie piętnastu kopii na sobotę :)
Może to obraz pracy w pracy. Choćbym nie wiem jak się starała, od powrotu nie jestem w stanie "zagrać", to znaczy znaleźć się w punkcie, gdzie mogłabym głębiej odetchnąć i mieć poczucie, że ogarniam. Mozolnie przemieszczam się od jednego zadania do drugiego, a lista ciągle się wydłuża i ciągle są jakieś błędy - trochę moje, trochę innych osób. Dzisiaj okazało się, że albo ja źle pewną rzecz zrozumiałam, albo druga osoba założyła, że rozumiem i nie trzeba mi detalicznie wyjaśniać... w każdym razie wydawało mi się, że mam do czynienia z zadaniem prostym i niezbyt czasochłonnym, a okazało się, że to mała puszka Pandory. I tak co chwilę, z małego zawiniątka wyłażą niekończące się potargańce.
Za to w domu kraftuję dwie sprawy - obie są dziś w stanie "praca w toku". Filiżance potrzebne jest jeszcze denko, wnetrze i talerzyk, a łódź być może dorobi się żagla na słomce. A następnie piętnastu kopii na sobotę :)
Labels:
brzecze sobie,
papierrr,
praca w toku,
szkółka niedzielna
środa, 15 kwietnia 2015
15:39. niespodzianka kolorystyczna
Z jednej strony, to trudno byłoby sobie wyobrazić lepsze warunki na zakładzie do przebycia przedurlopowego tygodnia. Jesteśmy akurat między wydaniami, więc nie wpada mi na głowę zylion emaili. Szparag w Hiszpanii na targach, takoż i trzy piąte reklamowej drużyny. Pozostałe dwie piąte dzielą się między wizytę w Australii i Singapurze a pracę z domu z przyczyny zapalenia płuc. Cisza więc błoga, nikt nie zawraca głowy i nikt nie KASZLE, co w zeszłym tygodniu było sporym problemem. Mogę sobie ciupać zadane sprawy ciach ciach jedną po drugiej.
Z drugiej strony jednak ciężko o wszystkim pamiętać. Piętnaście zadań poszło dobrze, o szesnastym się zapomniało. Ale to nic, można nadrobić.
A czasem wpadają niespodzianki. Zakupiłam sobie ładny szal do wiązania w tej całej Jordanii na głowie. Kolorki znakomicie komponujące się z pustynnym ubarwieniem większości odzieży, jaką zabieram - bordo i łagodna żółć wpadająca w beż. Postanowiłam szmatkę wyprać,bo to ze Sklepu Drugiej Szansy. Całe szczęście, że nie wpadło mi do głowy wrzucenie jej do pralki z czymkolwiek innym!
Po zanurzeniu szala woda natychmiast przybiera kolor barszczu, nic, tylko uszka dorzucić. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam do czynienia z czymś tak wściekle farbującym - możliwe, że były to tanie chińskie podkoszulki z targowiska jeszcze przed wyjazdem z Polski, ze dwie dekady temu :) Pustynny brązik znikł, zastąpiony... różowinką. Tak, różowinką. Bordo oczywiście trzyma się znakomicie. Jeśli spadnie deszcz, to gotowe mi przeleźć na włosy.
Co więcej, w krótkiej chwili między praniem a płukaniem owo bordo zdołało zafarbować conieco owej różowości w sposób plamisty. Na szczęście trochę się wypłukało, a po pół godzinie na balkonie widzę, że plamy nie są jakieś bardzo widoczne. Szal i tak będzie w większości zwinięty i skręcony, więc nie sądzę, że będzie to miało znaczenie.
Kto jednak wyprodukował takiego siarczystego bubla? Amerykanie generalnie nie są przyzwyczajeni do tego, że coś może farbować, więc naprawdę może ich spotkać przykra niespodzianka...
Z drugiej strony jednak ciężko o wszystkim pamiętać. Piętnaście zadań poszło dobrze, o szesnastym się zapomniało. Ale to nic, można nadrobić.
A czasem wpadają niespodzianki. Zakupiłam sobie ładny szal do wiązania w tej całej Jordanii na głowie. Kolorki znakomicie komponujące się z pustynnym ubarwieniem większości odzieży, jaką zabieram - bordo i łagodna żółć wpadająca w beż. Postanowiłam szmatkę wyprać,bo to ze Sklepu Drugiej Szansy. Całe szczęście, że nie wpadło mi do głowy wrzucenie jej do pralki z czymkolwiek innym!
Po zanurzeniu szala woda natychmiast przybiera kolor barszczu, nic, tylko uszka dorzucić. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam do czynienia z czymś tak wściekle farbującym - możliwe, że były to tanie chińskie podkoszulki z targowiska jeszcze przed wyjazdem z Polski, ze dwie dekady temu :) Pustynny brązik znikł, zastąpiony... różowinką. Tak, różowinką. Bordo oczywiście trzyma się znakomicie. Jeśli spadnie deszcz, to gotowe mi przeleźć na włosy.
Co więcej, w krótkiej chwili między praniem a płukaniem owo bordo zdołało zafarbować conieco owej różowości w sposób plamisty. Na szczęście trochę się wypłukało, a po pół godzinie na balkonie widzę, że plamy nie są jakieś bardzo widoczne. Szal i tak będzie w większości zwinięty i skręcony, więc nie sądzę, że będzie to miało znaczenie.
Kto jednak wyprodukował takiego siarczystego bubla? Amerykanie generalnie nie są przyzwyczajeni do tego, że coś może farbować, więc naprawdę może ich spotkać przykra niespodzianka...
sobota, 11 kwietnia 2015
15:37. meteorefleksja
Wczorajszy dzień w pracy był trudny, a przynajmniej jego pierwsza część. Cieszę się jednak i doceniam, że mimo wszystko przebiegał rutynowo - wstałam, śniadanie, poczta, internet, nieco kurodomostwa, praca. Kilkadziesiąt kilometrów na zachód ludzie wstali i nie mają domów. Dzień wcześniej przeszło tornado i jedną wioskę - około dwustuosobową - całkiem zniszczyło, nie ostała się ani jedna struktura. W wielu innych miasteczkach poniszczyło część budynków. Straty w ludziach na szczęście nie były wielkie: na całej trasie tornada zginęły tylko dwie osoby, co oczywiście też jest ważne, ale dzięki temu, że istnieje system ostrzegania i ludzie wiedzą, co robić, zdołali się pochować i przeżyć.
Oglądam wiadomości z wioskowej restauracji, gdzie w piwnicy ukryło się dwanaście osób: właściciele, kilkoro gości i jeszcze kilka osób, które akurat przejeżdżały, a że to jedyny budynek w całej okolicy, to schowali się razem z pozostałymi. Z budynku pozostała ruina , ale nikomu nic się nie stało. O dziwo, przetrwały też wytłoczki z jajkami w spiżarni.
Czytam o małym ZOO, które też ucierpiało od tornada. Zginęły dwa zwierzaki, reszta żyje - a do ZOO zbiegły się setki wolontariuszy, żeby pomagać przy sprzątaniu, odbudowie płotów i innych struktur. Inni przywożą wodę, jedzenie dla pracujących, pożywienie dla zwierzów. Uruchomiono konto, gdzie można wpłacać datki - wczoraj wieczorem było 50 000 dolarów, około jednej czwartej kwoty, jaka będzie potrzebna na naprawy.
W innych miejscach również trwa sprzątanie i naprawa. Pracują, oczywiście, organizacje rządowe, ale też i masa zwykłych ludzi.
I takie wydarzenia podkreślają, że jest wiele dobra w człowieku. I że trzeba doceniać to, co się nie stało.
czwartek, 9 kwietnia 2015
15:36. wydarzenia
Właściwie wszystko kręci się tak szybko, że nie wiem nawet, co wybrać do utrwalenia. Chociaż może powinnam to stwierdzenie zmienić, bo niektóre sprawy wcale nie są szybkie. Może raczej gęste. W tej charakterystyce zmieściłoby się wiele spraw z pracy, które z wierzchu wyglądają na proste i krótkie, ale jak się zacznie je załatwiać, to okazują się całą matrioszką, z której wyłazi coraz to nowa warstwa zapytań i potrzeb.
Ale jakoś się to wszystko posuwa. Nauka hebrajskiego przyschła, ale zamówiłam sobie rozmówki, które na dniach winny dotrzeć - będę sobie czytać w samolocie (jedenaście i pół godziny, olaboga). Mam wyobrażenie i kolejność zwiedzania Jordanii. Wizyta u fryzjera zaliczona. Paczauki zamówione. Obuwie zakupione. Zdobyłam też linijkę z "plastikiem powiększającym" do ewentualnego czytania drobnego druczku na mapach, gdyby się okazało, że te moje testy okularowo-kontaktowe nie były jednak tak skuteczne, jak mi się natenczas wydaje.
T czeka jeszcze na statyw i kijaszek do aparatu (zdaje się, że pojedzie tylko kijaszek). Przećwiczyłam wiązanie chusty na głowie. Same chusty (oraz plecak codzienny) trzeba jeszcze wyprać, ale czekam na suchszy dzień, bo dziś na przykład leje i nawet przebąkują coś o zagrożeniu tornadowym.
I jeszcześmy na koncertach byli - na Pasji wg. św. Jana w Harris Theater w Mieście, jeszcze przed Wielkanocą. Potem, w zeszłą sobote całkiem spontanicznie popędziliśmy w środku nocy do Planetarium na oglądanie zaćmienia Księżyca. Bonusowo zobaczyliśmy też Saturna - cudna sprawa, naprawdę widać pierścienie! Ale się musiał zdziwić pierwszy człowiek, który sobie zdał z tego sprawę.
No i wczoraj jeszcze byliśmy na (głównie) niemieckich piosenkach z tak 20-tych i 30-stych. (Pasja też była po niemiecku... coś nam się proporcje obecności języków w życiu zamieszały ostatnio).
I jeszcze montowanie paczki, bo Pasierbiczka się przeprowadziła do Hiszpanii, a zarazem nadchodzą jej urodziny. I przygotowanie zmrzlin dla Pisklaka w ramach barteru opieka nad kotem = wyżywienie człowieka. Jest co robić :) I wstępne przygotowania do robienia dekoracji na imprezie dla panny młodej 17 maja. I jeszcze konwencja nadchodzi (ale to dopiero końcówka maja na szczęście) - krafty na szkółki się będzie robiło.
Dzięki temu wszystkiemu nie mam nawet przestrzeni w rozumie, żeby się głęboko zastanawiać nad tym, że są ludzie, którzy trochę ciągną mnie w dół. To dłuższe zagadnienie: na ile jest się odpowiedzialnym za innych? Pewnie, że można zupełnie machnąć ręką - szczególnie, jeśli ktoś jest starszy i skuli tego na logikę powinien być mądrzejszy - ale jeśli właśnie logiki tej czy innej osobie brakuje? I ściąga w dół bzdurnym gadaniem albo czynami, które trudno postawić sobie za wzór do naśladowania? Myślę whatever i zasuwam dalej. Bo nie da się wszystkiego upchnąć w życiu, więc wybieram sprawy pożyteczniejsze, przydatne dla większej ilości osób. I takie, które ciągną w górę. Tylko gdzieś tam czai się drobny wyrzut sumienia, mimo wszystko.
Ale jakoś się to wszystko posuwa. Nauka hebrajskiego przyschła, ale zamówiłam sobie rozmówki, które na dniach winny dotrzeć - będę sobie czytać w samolocie (jedenaście i pół godziny, olaboga). Mam wyobrażenie i kolejność zwiedzania Jordanii. Wizyta u fryzjera zaliczona. Paczauki zamówione. Obuwie zakupione. Zdobyłam też linijkę z "plastikiem powiększającym" do ewentualnego czytania drobnego druczku na mapach, gdyby się okazało, że te moje testy okularowo-kontaktowe nie były jednak tak skuteczne, jak mi się natenczas wydaje.
T czeka jeszcze na statyw i kijaszek do aparatu (zdaje się, że pojedzie tylko kijaszek). Przećwiczyłam wiązanie chusty na głowie. Same chusty (oraz plecak codzienny) trzeba jeszcze wyprać, ale czekam na suchszy dzień, bo dziś na przykład leje i nawet przebąkują coś o zagrożeniu tornadowym.
I jeszcześmy na koncertach byli - na Pasji wg. św. Jana w Harris Theater w Mieście, jeszcze przed Wielkanocą. Potem, w zeszłą sobote całkiem spontanicznie popędziliśmy w środku nocy do Planetarium na oglądanie zaćmienia Księżyca. Bonusowo zobaczyliśmy też Saturna - cudna sprawa, naprawdę widać pierścienie! Ale się musiał zdziwić pierwszy człowiek, który sobie zdał z tego sprawę.
No i wczoraj jeszcze byliśmy na (głównie) niemieckich piosenkach z tak 20-tych i 30-stych. (Pasja też była po niemiecku... coś nam się proporcje obecności języków w życiu zamieszały ostatnio).
I jeszcze montowanie paczki, bo Pasierbiczka się przeprowadziła do Hiszpanii, a zarazem nadchodzą jej urodziny. I przygotowanie zmrzlin dla Pisklaka w ramach barteru opieka nad kotem = wyżywienie człowieka. Jest co robić :) I wstępne przygotowania do robienia dekoracji na imprezie dla panny młodej 17 maja. I jeszcze konwencja nadchodzi (ale to dopiero końcówka maja na szczęście) - krafty na szkółki się będzie robiło.
Dzięki temu wszystkiemu nie mam nawet przestrzeni w rozumie, żeby się głęboko zastanawiać nad tym, że są ludzie, którzy trochę ciągną mnie w dół. To dłuższe zagadnienie: na ile jest się odpowiedzialnym za innych? Pewnie, że można zupełnie machnąć ręką - szczególnie, jeśli ktoś jest starszy i skuli tego na logikę powinien być mądrzejszy - ale jeśli właśnie logiki tej czy innej osobie brakuje? I ściąga w dół bzdurnym gadaniem albo czynami, które trudno postawić sobie za wzór do naśladowania? Myślę whatever i zasuwam dalej. Bo nie da się wszystkiego upchnąć w życiu, więc wybieram sprawy pożyteczniejsze, przydatne dla większej ilości osób. I takie, które ciągną w górę. Tylko gdzieś tam czai się drobny wyrzut sumienia, mimo wszystko.
poniedziałek, 30 marca 2015
15:35. testów ciąg dalszy
Co do spraw ocznych, wiem już że:
Przetestowałam też w tygodniu bluzkę na spotkanie z Żydami mesjańskimi, gdzie trzeba się ubrać skromnie i niejako po żydowsku. W niedzielę zbadałam całość stroju - może być. Z ciekawości poeksperymentowałam też wczoraj wieczorem z zawojem na głowę czyli tichel - nie jest to zbyt skomplikowane i nawet posiadam szal, z którego można zmontować całkiem niezłe nakrycie głowy.
No i nauka/sprawdzanie hebrajskiego - kursywka. Mam listę słówek napisanych alfabetem kwadratowym oraz kursywą - przepisuję zatem kwadraty kursywą i sprawdzam potem, czy dobrze.
Widzę pewne problemy z rzadko używanymi literkami oraz z kilkoma, które piszą mi się w lustrzanym odbiciu. Odczuwam też pewne zamieszanie wynikające z wariantów - bo mam w tej chwili co najmniej trzy wersje zawijasków z różnych źródeł i każda jest trochę inna; co niby jest normalne, bo podobnie byłoby z europejskim alfabetem, ale jednak mąci.
Przekładanie kwadratowego na kursywę mam już więc względnie opanowane (chyba wskrzesiło się to, co umiałam dwa lata temu, bo niemożliwe, żebym w dwa dni spamiętała ponad trzydzieści znaczków). Kolejnym etapem będzie ćwiczenie czytania tychże zawijasków, do czego muszę sobie najpierw napisać kilka tekstów, bo nie mogę trafić na takowe w internetach.
W następnej kolejności koniecznie muszę się zagłębić w czasowniki. Mam pewien plan - zrobię sobie najsampierw układankę z jakimś podstawowym czasownikiem: rozmieszczanie karteczek z poszczególnymi formami w kratkach osobowo-rodzajowo-czasowych. To mi da generalną orientację w końcówkach. Potem będzie się pod to podłączało podstawowe czasowniczki.
- kontakty dwuogniskowe - mowy nie ma; widzę dobrze tylko w ograniczonej odległości, nawet rejestracja samochodu przed maską jest już trochę zamazana. Na dodatek bardzo niedobrze jest mi w nich na zewnątrz nawet przy lekkim słońcu i w ogóle oczy bolą nawet wewnątrz. Co ciekawe, ŚWIETNIE widzę w nich rozmówcę - wszystkie pory na pyszczydle :) Ale na tym to akurat nie bardzo mi zależy.
- kontakty zwykłe 3.00 - na odległość jako tako, czytanie - szczególnie małych literek i w kiepskim świetle - bardzo niefajnie. Przypomina mi się wieczorna jazda w Kostaryce, gdzie próbowałam czytać mapę przy samochodowym kinkiecie i wszystko było tak zamazane, że zdawało mi się, iż kontakty w ogóle wypadły mi z ocząt.
- kontakty zwykłe 2.75 - nadal w fazie testów - prawdopodobnie będzie to najlepsze rozwiązanie podróżne.
- paczauki najzwyklejsze szklane 3.00 i 2.75 - najlepsze rozwiązanie na codzienne działania: na odległość i w biurze dobrze, zdejmujemy do czytania (szczególnie Kindla).
Przetestowałam też w tygodniu bluzkę na spotkanie z Żydami mesjańskimi, gdzie trzeba się ubrać skromnie i niejako po żydowsku. W niedzielę zbadałam całość stroju - może być. Z ciekawości poeksperymentowałam też wczoraj wieczorem z zawojem na głowę czyli tichel - nie jest to zbyt skomplikowane i nawet posiadam szal, z którego można zmontować całkiem niezłe nakrycie głowy.
No i nauka/sprawdzanie hebrajskiego - kursywka. Mam listę słówek napisanych alfabetem kwadratowym oraz kursywą - przepisuję zatem kwadraty kursywą i sprawdzam potem, czy dobrze.
![]() |
| Źródło |
Widzę pewne problemy z rzadko używanymi literkami oraz z kilkoma, które piszą mi się w lustrzanym odbiciu. Odczuwam też pewne zamieszanie wynikające z wariantów - bo mam w tej chwili co najmniej trzy wersje zawijasków z różnych źródeł i każda jest trochę inna; co niby jest normalne, bo podobnie byłoby z europejskim alfabetem, ale jednak mąci.
Przekładanie kwadratowego na kursywę mam już więc względnie opanowane (chyba wskrzesiło się to, co umiałam dwa lata temu, bo niemożliwe, żebym w dwa dni spamiętała ponad trzydzieści znaczków). Kolejnym etapem będzie ćwiczenie czytania tychże zawijasków, do czego muszę sobie najpierw napisać kilka tekstów, bo nie mogę trafić na takowe w internetach.
W następnej kolejności koniecznie muszę się zagłębić w czasowniki. Mam pewien plan - zrobię sobie najsampierw układankę z jakimś podstawowym czasownikiem: rozmieszczanie karteczek z poszczególnymi formami w kratkach osobowo-rodzajowo-czasowych. To mi da generalną orientację w końcówkach. Potem będzie się pod to podłączało podstawowe czasowniczki.
Labels:
brzecze sobie,
iwrit,
Izrael/Jordania 2015
czwartek, 26 marca 2015
15:34. żelazeczko, czyli w stronę glampingu i inne testy
Testowałam wczoraj żelazeczko zakupione w celach podróżnych. Chcielibyśmy w Izraelu wyglądać dość przyzwoicie, a nie ma gwarancji, że hotele zapewnią prasowanie, więc T zamówił malutkie bejbi żelazko.
Wyprasowałam wczoraj kilka sztuk i żelazeczko spisuje się znakomicie. Nawet biała bawełniana koszula z zakładeczkami i falbaneczkami wyszła całkiem przyzwoicie.
Niniejszym przemieszczamy się w stronę glampingu, czyli glamour camping - gdzie niby śpi się w namiocie, ale ma się wszelakie wygody, na przykład jacuzzi albo łazienkę. To w sumie żart, bo nie sądzę, żebyśmy ciągnęli żelazko w dzicz, gdzie rzadko bywa taki intensywny prąd. Nasza mała elektrownia samochodowa, podłączana do zapalniczki, daje radę przy laptopie, ładowarce do baterii-paluszków, przy namiotowej lampie, przy różnych rzeczach łączonych przez USB - ale żelazko jednak wymaga gęstego prądu i auto tyle aż nie da.
Testowanie trwa też na froncie laszon ha-kodesz, czyli hebrajskim. Przebijam się przez gromady słówek w sposób tematyczny. Odkrywam, że trochę już znam albo prawie znam - śledź to hering, łosoś - salmon, sardynka - sardin, rozmaryn - rozmarin, imbir - dżindżer itd.
Jadę z koksem w postaci karteluszek ze słówkami czyli flashcards - w pudełku po serku już się skończyło miejsce, przejdę chyba do mydelniczki. Na jednej stronie piszę sobie polskie słowo na górze i hebrajską wymowę na dole; na drugiej stronie wyraz hebrajski. W ten sposób mogę się testować na wszystkie strony - zaczynając od polskiego, od hebrajskiego brzmienia albo hebrajskiej pisowni. Jak na razie słówka spamiętuję, ale niedokładnie - szczególnie samogłoski, które w liczbie mnogiej czy statusie constructusie lubią się wymieniać na inne i stwarzać w ten sposób kłopot dla pamięci.
Powtarzam też alfabet "pisany" czy też kursywę - nie wiem nawet, jak się to najbardziej prawidłowo nazywa. Liczę na to, że gdzieś w rozumie siedzą już te połączenia, bo w końcu kiedyś to prawie-że umiałam, tylko przestałam używać i nauka poszła w las. A nie ma się co oszukiwać - bez tego drugiego alfabetu w Izraelu będzie bida, bo pojawia się on nader często w napisach w sklepach i innych potocznych miejscach.
To dość ciekawe zjawisko, bo niektóre litery wyglądają podobnie do polskich, albo nawet całkiem tak samo - tylko trzeba sobie wbić do głowy, że czytają się inaczej. Na przykład kółko, które dl tej pory zawsze przedstawiało o, teraz będzie s. Małe n to teraz będzie ch, ale nie ma się co rozpędzać, bo duże N to będzie m - ale tylko na początku albo w środku wyrazu, bo na końcu trzeba napisać kółko z patyczkiem, ale nie jak nasze a, tylko w lustrzanym odbiciu.
I z jednej strony zjawisko jest już znane - w końcu c po rosyjsku to s, wszyscy wiedzą - ale przyswajanie nowego rozumienia istniejących symboli to dobrowolne mącenie sobie w rozumie. Dobrze, że nie ma przebicia między wszystkimi trzema alfabetami; może ewentualnie niedokończone małe p, które w rosyjskim byłoby r, a w hebrajskim k. (I można by rozwinąć jeszcze ten wątek w kierunku tego, jak względne są litery i że to wszystko to jedna wielka społeczna umowa - i każde społeczeństwo może sobie kółko interpretować według własnego widzimisię.)
I manie dwóch alfabetów to też nic dziwnego - przecież i w naszym zwyczajnym, europejskim, mamy litery duże i małe, które nie zawsze są bardzo podobne. W cyrylicy też. Na dodatek istnieją różne warianty - na przykład a i a z okrągłym brzuszkiem czy g i g. I to dla nas takie oczywiste, nikt się nawet nie zastanawia nad tym faktem.
No i dzisiaj testuję też soczewki dwuogniskowe.
Wyprasowałam wczoraj kilka sztuk i żelazeczko spisuje się znakomicie. Nawet biała bawełniana koszula z zakładeczkami i falbaneczkami wyszła całkiem przyzwoicie.
Niniejszym przemieszczamy się w stronę glampingu, czyli glamour camping - gdzie niby śpi się w namiocie, ale ma się wszelakie wygody, na przykład jacuzzi albo łazienkę. To w sumie żart, bo nie sądzę, żebyśmy ciągnęli żelazko w dzicz, gdzie rzadko bywa taki intensywny prąd. Nasza mała elektrownia samochodowa, podłączana do zapalniczki, daje radę przy laptopie, ładowarce do baterii-paluszków, przy namiotowej lampie, przy różnych rzeczach łączonych przez USB - ale żelazko jednak wymaga gęstego prądu i auto tyle aż nie da.
Testowanie trwa też na froncie laszon ha-kodesz, czyli hebrajskim. Przebijam się przez gromady słówek w sposób tematyczny. Odkrywam, że trochę już znam albo prawie znam - śledź to hering, łosoś - salmon, sardynka - sardin, rozmaryn - rozmarin, imbir - dżindżer itd.
Jadę z koksem w postaci karteluszek ze słówkami czyli flashcards - w pudełku po serku już się skończyło miejsce, przejdę chyba do mydelniczki. Na jednej stronie piszę sobie polskie słowo na górze i hebrajską wymowę na dole; na drugiej stronie wyraz hebrajski. W ten sposób mogę się testować na wszystkie strony - zaczynając od polskiego, od hebrajskiego brzmienia albo hebrajskiej pisowni. Jak na razie słówka spamiętuję, ale niedokładnie - szczególnie samogłoski, które w liczbie mnogiej czy statusie constructusie lubią się wymieniać na inne i stwarzać w ten sposób kłopot dla pamięci.
Powtarzam też alfabet "pisany" czy też kursywę - nie wiem nawet, jak się to najbardziej prawidłowo nazywa. Liczę na to, że gdzieś w rozumie siedzą już te połączenia, bo w końcu kiedyś to prawie-że umiałam, tylko przestałam używać i nauka poszła w las. A nie ma się co oszukiwać - bez tego drugiego alfabetu w Izraelu będzie bida, bo pojawia się on nader często w napisach w sklepach i innych potocznych miejscach.
To dość ciekawe zjawisko, bo niektóre litery wyglądają podobnie do polskich, albo nawet całkiem tak samo - tylko trzeba sobie wbić do głowy, że czytają się inaczej. Na przykład kółko, które dl tej pory zawsze przedstawiało o, teraz będzie s. Małe n to teraz będzie ch, ale nie ma się co rozpędzać, bo duże N to będzie m - ale tylko na początku albo w środku wyrazu, bo na końcu trzeba napisać kółko z patyczkiem, ale nie jak nasze a, tylko w lustrzanym odbiciu.
I z jednej strony zjawisko jest już znane - w końcu c po rosyjsku to s, wszyscy wiedzą - ale przyswajanie nowego rozumienia istniejących symboli to dobrowolne mącenie sobie w rozumie. Dobrze, że nie ma przebicia między wszystkimi trzema alfabetami; może ewentualnie niedokończone małe p, które w rosyjskim byłoby r, a w hebrajskim k. (I można by rozwinąć jeszcze ten wątek w kierunku tego, jak względne są litery i że to wszystko to jedna wielka społeczna umowa - i każde społeczeństwo może sobie kółko interpretować według własnego widzimisię.)
I manie dwóch alfabetów to też nic dziwnego - przecież i w naszym zwyczajnym, europejskim, mamy litery duże i małe, które nie zawsze są bardzo podobne. W cyrylicy też. Na dodatek istnieją różne warianty - na przykład a i a z okrągłym brzuszkiem czy g i g. I to dla nas takie oczywiste, nikt się nawet nie zastanawia nad tym faktem.
No i dzisiaj testuję też soczewki dwuogniskowe.
Labels:
brzecze sobie,
iwrit,
Izrael/Jordania 2015,
turystycznie
wtorek, 24 marca 2015
15:33. jak okiem sięgam
Bieżący tydzień to czas wielkiego testu okulistycznego. Sprawdzam mianowicie, jakie paczauki powinnam używać, bo najwyraźniej zachodzą zmiany trudne do uchwycenia. A może to jakaś oczywista sprawa, tylko ja nie ogarniam.
W sumie nie jest bardzo źle. W okularach widzę całkiem nieźle, z wyjatkiem dłuższego czytania książki, szczególnie na Kindlu. Wtedy okulary się zdejmuje. Problem pojawia się na wycieczkach, gdzie najczęściej zakładam kontakty (celem używania okularów słonecznych), bo albo widzę budynek, albo opis budynku -a nie da się soczewek myk wyjmować u zakładać.
Wczoraj testowałam zatem kontakty 3.00, czyli te, które miałam do tej pory i wydają się ciut za mocne. Dzisiaj mam 2.75 - oczko słabsze. Na dłuższą metę w pracy z komputerem nie są jednak całkiem wygodne. Jutro zakładam trzecią parę - dwuogniskowe oh la la!
No i w sumie nie wiem, mam niewyraźne odczucia co do tego całego badania. Wczoraj okulista sprawdzał najpierw, jak widzę w okularach tablicę z literkami - widzę bardzo dobrze, czytam nawet najmniejsze. Potem zakładał rozmaite szkieuka do machiny - na moment poczułam się jak hipochondryk konfabulator, bo znów wyszło, że najlepiej widzę przez to, co mam.
Tylko to czytanie i patrzenie z bliska. Złapałam się na tym, że na talerz z jedzeniem zerkam "pod" okularami, bo nie widzę, co jem :) Do kraftów często okulary zdejmuję i do maleńkiego druku... czyli jednak coś jest na rzeczy.
Całkiem możliwe, że nie będzie rozwiązania jednoprzedmiotowego - to znaczy nawet jeśli się względnie dopasuje kontakty, to i tak trzeba będzie nabyć okulary do czytania. Już się widzę z takimi chudymi szkłami na końcu nosa :)
Dobra wiadomość w tym wszystkim jest taka, że moje oczka raczą być popsute w taki sam sposób - a to oznacza, że wystarczy zakupić jedno pudełko kontaktów, a nie dwa, skoro korzystam z nich tak rzadko. I myślę, że przed Izraelem uda się dokonać tak wyboru, jak i zakupu.
Z innej beczki zaś - bez względu na dioptrie widzę dookoła ŚNIEG.
W sumie nie jest bardzo źle. W okularach widzę całkiem nieźle, z wyjatkiem dłuższego czytania książki, szczególnie na Kindlu. Wtedy okulary się zdejmuje. Problem pojawia się na wycieczkach, gdzie najczęściej zakładam kontakty (celem używania okularów słonecznych), bo albo widzę budynek, albo opis budynku -a nie da się soczewek myk wyjmować u zakładać.
Wczoraj testowałam zatem kontakty 3.00, czyli te, które miałam do tej pory i wydają się ciut za mocne. Dzisiaj mam 2.75 - oczko słabsze. Na dłuższą metę w pracy z komputerem nie są jednak całkiem wygodne. Jutro zakładam trzecią parę - dwuogniskowe oh la la!
No i w sumie nie wiem, mam niewyraźne odczucia co do tego całego badania. Wczoraj okulista sprawdzał najpierw, jak widzę w okularach tablicę z literkami - widzę bardzo dobrze, czytam nawet najmniejsze. Potem zakładał rozmaite szkieuka do machiny - na moment poczułam się jak hipochondryk konfabulator, bo znów wyszło, że najlepiej widzę przez to, co mam.
Tylko to czytanie i patrzenie z bliska. Złapałam się na tym, że na talerz z jedzeniem zerkam "pod" okularami, bo nie widzę, co jem :) Do kraftów często okulary zdejmuję i do maleńkiego druku... czyli jednak coś jest na rzeczy.
Całkiem możliwe, że nie będzie rozwiązania jednoprzedmiotowego - to znaczy nawet jeśli się względnie dopasuje kontakty, to i tak trzeba będzie nabyć okulary do czytania. Już się widzę z takimi chudymi szkłami na końcu nosa :)
Dobra wiadomość w tym wszystkim jest taka, że moje oczka raczą być popsute w taki sam sposób - a to oznacza, że wystarczy zakupić jedno pudełko kontaktów, a nie dwa, skoro korzystam z nich tak rzadko. I myślę, że przed Izraelem uda się dokonać tak wyboru, jak i zakupu.
Z innej beczki zaś - bez względu na dioptrie widzę dookoła ŚNIEG.
środa, 18 marca 2015
15:31. co się zmieści do rozumu
Ostatnio dość intensywnie mieści się praca. Odkąd nastał nowy szef, Szparagiem zwany ze względu na swą długość i cienkość (kolor raczej nie, choć może sprawiać dość blade wrażenie, szczególnie w połączeniu z częstym pokasływaniem na skutek alergii), efektywność działań znacznie się podniosła. Samo się to jakoś stało, po prostu dlatego, że DZIEJE SIĘ, nowe strategie, raporty, nowe podejście.
W kwestii mojej osobistej obecność Szparaga skutkuje nowym materiałem leksykalnym. Gość ewidentnie charakteryzuje się polotem językowym - do tego stopnia, że zakleiłam cały komputer samoprzylepkami z nowym słownictwem. Przyniosłam wreszcie notesik, bo karteluszki zaczęły wspinać się na monitor.
Oprócz nowinek angielskich intensywnie upycham w rozumie hebrajski - wszak do wyjazdu pozostał równo miesiąc! Wieczorem czytam sobie skrót podstaw gramatyki - nie ogarniam wszystkiego, ale przynajmniej mam świadomość, że istnieje. Nie dam rady na bieżąco zakuć przykładowo wszystkich afiksów spełniających rolę zaimków dzierżawczych.
Wczoraj podciął mi trochę skrzydła status constructus, czyli potrzeba uczenia się każdego rzeczownika w czterech wersjach: absolutus pojedynczy i mnogi oraz constructus pojedynczy i mnogi. A, no i jeszcze niektóre słówka przydałoby się spamiętać w liczbie podwójnej. Oj wej.
Przymiotniki również występują w czterech formach - rodzaj żeński i męski trzeba przemnożyć przez liczbę pojedynczą i mnogą. Na szczęście jest to względnie regularne. Podcięte skrzydła odrastają też, kiedy pomyślę sobie, ile wersji każdego słowa musi spamiętać uczący się naszego pięknego polskiego! Nie tylko liczbę pojedynczą i mnogą rzeczownika, ale jeszcze odmianę; to samo z przymiotnikami (tylko gorzej, bo jeszcze są rodzaje), liczebnikami...
Nauka dzieli mi się z grubsza na cztery działy, co opisać można zgrabnie metaforą budowlaną: zaprawa czyli gramatyka, cegiełki czyli nabijanie słówek (za pomocą tej strony i tej) oraz czasowniki (osobna półka, bo trzeba pruć na pamięć odmiany), i dział czwarty - prefabrykaty, czyli gotowe wyrażenia i zdania z rozmówek. Nijak się to ma chyba do bardziej standardowych podejść do nauki języków obcych, ale trudno, taki sobie plan wymyśliłam :)
I właściwie można by się puknąć w czółko: po co mi to? W Izraelu i tak będziemy z przewodniczką, a poza tym i tak masa ludzi mówi po angielsku. Kręci mnie jednak niesamowicie to, że może uda się conieco przeczytać tu i ówdzie, może nawet zamienić z kimś słowo? No i jest też korzyść długoterminowa, choć na razie istniejąca tylko w zalążku - wgryzanie się w Stary Testament w oryginale.
Poza tym im bardziej się używa rozumu, tym bledsze widmo demencji i alzheimerów. To też ważne. Tym bardziej, że w przypadku hebrajskiego konstruowanie nowych połączeń w mózgu jest znacznie trudniejsze od takiego choćby hiszpańskiego.
Na koniec odnotuję jeszcze jedno ciekawe zjawisko: w początkach zmagań z hebrajskim pojawił się problem doboru materiałów, bo w internetach oczywiście jest masa pomocy anglojęzycznych, ale też i słownik iwrit.pl wraz z czasownikami i kapką gramatyki. W polskojęzycznym słowniku łatwiej mi jest, rzecz jasna, ogarnąć zapis wymowy. Z anglojęzycznych nie ma co rezygnować, bo to bogatość.
I przez ostatnie kilka dni intensywnej nauki odnoszę wrażenie, że polski i angielski wylądowały w jednym worku. W kajecie skrobię tak i siak - zależnie od źródła informacji, bez zastanowienia. Czy to rozsądne podejście? Czy może należałoby zadecydować, w którym języku człowiek będzie poznawał ten nowy? Może po prostu machnąć ręką i jechać z koksem - po linii najmniejszego oporu :)
W kwestii mojej osobistej obecność Szparaga skutkuje nowym materiałem leksykalnym. Gość ewidentnie charakteryzuje się polotem językowym - do tego stopnia, że zakleiłam cały komputer samoprzylepkami z nowym słownictwem. Przyniosłam wreszcie notesik, bo karteluszki zaczęły wspinać się na monitor.
Oprócz nowinek angielskich intensywnie upycham w rozumie hebrajski - wszak do wyjazdu pozostał równo miesiąc! Wieczorem czytam sobie skrót podstaw gramatyki - nie ogarniam wszystkiego, ale przynajmniej mam świadomość, że istnieje. Nie dam rady na bieżąco zakuć przykładowo wszystkich afiksów spełniających rolę zaimków dzierżawczych.
Wczoraj podciął mi trochę skrzydła status constructus, czyli potrzeba uczenia się każdego rzeczownika w czterech wersjach: absolutus pojedynczy i mnogi oraz constructus pojedynczy i mnogi. A, no i jeszcze niektóre słówka przydałoby się spamiętać w liczbie podwójnej. Oj wej.
Przymiotniki również występują w czterech formach - rodzaj żeński i męski trzeba przemnożyć przez liczbę pojedynczą i mnogą. Na szczęście jest to względnie regularne. Podcięte skrzydła odrastają też, kiedy pomyślę sobie, ile wersji każdego słowa musi spamiętać uczący się naszego pięknego polskiego! Nie tylko liczbę pojedynczą i mnogą rzeczownika, ale jeszcze odmianę; to samo z przymiotnikami (tylko gorzej, bo jeszcze są rodzaje), liczebnikami...
Nauka dzieli mi się z grubsza na cztery działy, co opisać można zgrabnie metaforą budowlaną: zaprawa czyli gramatyka, cegiełki czyli nabijanie słówek (za pomocą tej strony i tej) oraz czasowniki (osobna półka, bo trzeba pruć na pamięć odmiany), i dział czwarty - prefabrykaty, czyli gotowe wyrażenia i zdania z rozmówek. Nijak się to ma chyba do bardziej standardowych podejść do nauki języków obcych, ale trudno, taki sobie plan wymyśliłam :)
I właściwie można by się puknąć w czółko: po co mi to? W Izraelu i tak będziemy z przewodniczką, a poza tym i tak masa ludzi mówi po angielsku. Kręci mnie jednak niesamowicie to, że może uda się conieco przeczytać tu i ówdzie, może nawet zamienić z kimś słowo? No i jest też korzyść długoterminowa, choć na razie istniejąca tylko w zalążku - wgryzanie się w Stary Testament w oryginale.
Poza tym im bardziej się używa rozumu, tym bledsze widmo demencji i alzheimerów. To też ważne. Tym bardziej, że w przypadku hebrajskiego konstruowanie nowych połączeń w mózgu jest znacznie trudniejsze od takiego choćby hiszpańskiego.
Na koniec odnotuję jeszcze jedno ciekawe zjawisko: w początkach zmagań z hebrajskim pojawił się problem doboru materiałów, bo w internetach oczywiście jest masa pomocy anglojęzycznych, ale też i słownik iwrit.pl wraz z czasownikami i kapką gramatyki. W polskojęzycznym słowniku łatwiej mi jest, rzecz jasna, ogarnąć zapis wymowy. Z anglojęzycznych nie ma co rezygnować, bo to bogatość.
I przez ostatnie kilka dni intensywnej nauki odnoszę wrażenie, że polski i angielski wylądowały w jednym worku. W kajecie skrobię tak i siak - zależnie od źródła informacji, bez zastanowienia. Czy to rozsądne podejście? Czy może należałoby zadecydować, w którym języku człowiek będzie poznawał ten nowy? Może po prostu machnąć ręką i jechać z koksem - po linii najmniejszego oporu :)
wtorek, 25 listopada 2014
15:10. niedoskonałość człowiecza
...czyli właściwie jeszcze parę słów o złodziejach czasu. Od zeszłego tygodnia patrzę na te wszystkie chwile, które znikają w czarnej dziurze naprawiania pomyłek. W pracy zaczęłam zaznaczać na świstku krzyżykami kolejne przypadki. Wczoraj było ich trzynaście... marnacja czasu na wielką skalę. I nie chodzi nawet o to, że wyrzuca się w ten sposób pieniądze, tylko po prostu o stratę czasu, niedbałość, niechlujstwo. Na tej zbylejaczonej diecie któreś tam ogniwo biurowego łańcucha pokarmowego dostaje wreszcie niestrawności, bo cyferki nie kłamią i księgowość po prostu nie przepuści obliczeń nie mających sensu, kwadratowego banera nie da się wstawić w prostokątną przestrzeń, wydrukowanie dwóch reklam full page na jednej stronie nie jest fizycznie możliwe.
I po prostu NIE DA SIĘ pewnych rzeczy zrobić bez ich naprawienia. A przeprowadzenie dochodzenia i naprawienie usterki zwykle zajmuje więcej czasu niż przyłożenie się i zrobienie danej rzeczy dobrze za pierwszym razem.
Złodziejami czasu są też ludzie całkiem bez sensu przychodzący porozmawiać. Nie cierpię tych przylatujących z hasłem Did you see my email? - szczególnie jeśli ów email był wysłany pięć sekund wcześniej, bo autor poderwał się z krzesła i pędził szybciej niż elektrony w drucikach przewodzących informacje. Człowieku, dajże mi chwilę na zareagowanie. Miej szacunek do tego, że może nie mam w tej chwili czasu na to, żeby rzucić wszystkim i przeczytać twój email, który najczęściej nie jest aż tak pilny.
Na drugiej stronie świstka z wpadkami zaczęłam stawiać krzyżyki po każdej wizycie i przerwaniu pracy. Po czterech godzinach dojechałam do dwudziestu siedmiu i... przestałam notować. Nie ma sensu. Niczego to nie zmieni. Chyba tylko dało mi to pocieszenie, że nie tracę rozumu i nie przesadzam, że ciężko mi jest cokolwiek w pracy zrobić, bo jak nie pomyłki, to nieustające wizyty. Gdybym miała drzwi, to byłyby obrotowe.
Zaczynam powoli myśleć, że to jedno z gorszych miejsc, w jakich mi przyszło siedzieć (a było ich co najmniej tuzin). Na skrzyżowaniu głównych arterii, przy drzwiach wejściowych (których otwieranie jest również moim obowiązkiem). Czasem przyjdą ze trzy osoby na dzień, jak dziś, czasem z dziesięć. I znowu trzeba się oderwać, rozkminić, po co przyszły, zadzwonić do osoby, jak nie odbiera, to przelecieć się po biurze i poszukać. I znów pięć - dziesięć minut poszło się paść. I tak w kółko...
Ale żeby nie było tak dołująco - zadowolona jestem z tego maleńkiego skrawka księgowości, jaki udało mi się opanować :) I intrygują mnie księgowe mechanizmy. Jeśli już się uczę, to chcę poznać proces, nie tylko bezmyślnie wklepać na pamięć poszczególne kroki. A jak dają naukę za darmo, to trzeba ją brać, nigdy nie wiadomo, co się w życiu przyda :)
I po prostu NIE DA SIĘ pewnych rzeczy zrobić bez ich naprawienia. A przeprowadzenie dochodzenia i naprawienie usterki zwykle zajmuje więcej czasu niż przyłożenie się i zrobienie danej rzeczy dobrze za pierwszym razem.
Złodziejami czasu są też ludzie całkiem bez sensu przychodzący porozmawiać. Nie cierpię tych przylatujących z hasłem Did you see my email? - szczególnie jeśli ów email był wysłany pięć sekund wcześniej, bo autor poderwał się z krzesła i pędził szybciej niż elektrony w drucikach przewodzących informacje. Człowieku, dajże mi chwilę na zareagowanie. Miej szacunek do tego, że może nie mam w tej chwili czasu na to, żeby rzucić wszystkim i przeczytać twój email, który najczęściej nie jest aż tak pilny.
Na drugiej stronie świstka z wpadkami zaczęłam stawiać krzyżyki po każdej wizycie i przerwaniu pracy. Po czterech godzinach dojechałam do dwudziestu siedmiu i... przestałam notować. Nie ma sensu. Niczego to nie zmieni. Chyba tylko dało mi to pocieszenie, że nie tracę rozumu i nie przesadzam, że ciężko mi jest cokolwiek w pracy zrobić, bo jak nie pomyłki, to nieustające wizyty. Gdybym miała drzwi, to byłyby obrotowe.
Zaczynam powoli myśleć, że to jedno z gorszych miejsc, w jakich mi przyszło siedzieć (a było ich co najmniej tuzin). Na skrzyżowaniu głównych arterii, przy drzwiach wejściowych (których otwieranie jest również moim obowiązkiem). Czasem przyjdą ze trzy osoby na dzień, jak dziś, czasem z dziesięć. I znowu trzeba się oderwać, rozkminić, po co przyszły, zadzwonić do osoby, jak nie odbiera, to przelecieć się po biurze i poszukać. I znów pięć - dziesięć minut poszło się paść. I tak w kółko...
Ale żeby nie było tak dołująco - zadowolona jestem z tego maleńkiego skrawka księgowości, jaki udało mi się opanować :) I intrygują mnie księgowe mechanizmy. Jeśli już się uczę, to chcę poznać proces, nie tylko bezmyślnie wklepać na pamięć poszczególne kroki. A jak dają naukę za darmo, to trzeba ją brać, nigdy nie wiadomo, co się w życiu przyda :)
czwartek, 20 listopada 2014
15:09. time thieves - złodzieje czasu
Ze złodziejami czasu kojarzą się zwykle zajęcia typu oglądanie telewizji, grzebanie w internetach czy granie w gry... ale są też i ludzie - złodzieje czasu, którzy przez swoją bezmyślność, niedbałość i popełnianie w kółko głupich błędów okradają z czasu człowieka, który musi te krzywości jakoś naprostować.
Tak się właśnie dziś czuję po pracy (którą przecież bardzo lubię)... kiedy mi nerwy puściły i ręce się trzęsły oraz w zasadzie wszystko inne. Kiedy człowiek, skądinąd sympatyczny, ale bez-myślny i bez-troski, znów narobił głupich błędów i najwyraźniej spodziewał się, że poprawię, co tam trzeba. Ale od jakichś dwóch tygodni nie ma chyba dnia, żeby czegoś nie spartaczył. Właściwie to nie wiem, czy od tych dwóch tygodni było coś czego NIE spartaczył.
Ucho się więc urwało, kropla przelała dzban. Trach. Od jutra wszystkie partactwa będą zwracane - na piśmie i z kopią do szefostwa, tak mojego, jak i człowieka. I ani nie drgną, dopóki nie zostaną poprawione. Nie jestem już w stanie pracować w taki sposób - żeby za dnia odkręcać to, co popsuli inni, a swoją przydziałową pracę robić wieczorem. Koniec okradania mnie z czasu. I koniec nerwów.
Wydrukowałam sobie piękny napis:
KEEP CALM
AND
DON'T LET TIME THIEVES
ROB YOU OF YOUR INNER PEACE.
I plan mam taki, że jutro zamknę się z laptopem w pokoju z drzwiami, wystawię kartkę, że pracuję nad pilnymi projektami. I może wreszcie się odkopię.
środa, 12 listopada 2014
15:03. miejmy nadzieję, że zmiany
Okoliczności zewnętrzne robią się stopniowo spokojniejsze, więc może się uda coś popchnąć do przodu na rozmaitych frontach. O porządkach w kraftowni już wspominałam - dziś rano wyznaczyłam sobie pół godzinki czasu na ten proces i znów udało się zrobić torbę śmieci i zredukować któreś pudełko. Na razie jeszcze stan pomieszczenia można określić jako "jest gorzej, zanim będzie lepiej", ale po kawałeczku robię postępy.
Bo przecież czeka w kolejce odnowienie łazienki! T zamówił mi piękną zasłonkę (proszę uprzejmie zwrócić uwagę na obecność latarni morskich). Do niej właśnie dobierze się kolory ścian - brąz jest już w meblach, więc myślę o białym, granatowym i może jeszcze jakimś pośrednim.
Na ścianach będą napisy zrobione szablonem - prawdopodobnie nazwy latarni, które odwiedziliśmy.
Jak już się uporam z łazienką, to zawsze można pomalować taki korytarzyk obok łazienki - obecnie malinowy z przezierającym spod spodu kremowym, niby-że na staro.
Z innych spraw - zaliczyłam dziś po baaardzo długiej przerwie sporty, więc na jutro przewiduję boleści i cierpienia w związku z uruchomieniem dawno nie używanych mięśni.
Nadrabiam wykłady o niewoli babilońskiej - dziś rano gość czytał kroniki babilońskie po akkadyjsku, na co od razu przyszło mi do głowy pytanie: a skąd wiadomo, jak czytać akkadyjski? Okazuje się, że fonetyka bazuje na przypuszczeniach i pokrewieństwie z innymi językami z tego rejonu. Czyli coś w rodzaju łaciny - gdzie łacina polska jest dość odmienna od angielskiej.
Może i dobrze jest się od czasu do czasu przewlec przez koszmarne dni w pracy, żeby potem docenić te spokojniejsze... i oddychać.
Bo przecież czeka w kolejce odnowienie łazienki! T zamówił mi piękną zasłonkę (proszę uprzejmie zwrócić uwagę na obecność latarni morskich). Do niej właśnie dobierze się kolory ścian - brąz jest już w meblach, więc myślę o białym, granatowym i może jeszcze jakimś pośrednim.
![]() |
| Źródło |
Na ścianach będą napisy zrobione szablonem - prawdopodobnie nazwy latarni, które odwiedziliśmy.
![]() |
| Źródło |
Jak już się uporam z łazienką, to zawsze można pomalować taki korytarzyk obok łazienki - obecnie malinowy z przezierającym spod spodu kremowym, niby-że na staro.
Z innych spraw - zaliczyłam dziś po baaardzo długiej przerwie sporty, więc na jutro przewiduję boleści i cierpienia w związku z uruchomieniem dawno nie używanych mięśni.
Nadrabiam wykłady o niewoli babilońskiej - dziś rano gość czytał kroniki babilońskie po akkadyjsku, na co od razu przyszło mi do głowy pytanie: a skąd wiadomo, jak czytać akkadyjski? Okazuje się, że fonetyka bazuje na przypuszczeniach i pokrewieństwie z innymi językami z tego rejonu. Czyli coś w rodzaju łaciny - gdzie łacina polska jest dość odmienna od angielskiej.
Może i dobrze jest się od czasu do czasu przewlec przez koszmarne dni w pracy, żeby potem docenić te spokojniejsze... i oddychać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















