Pokazywanie postów oznaczonych etykietą crazy quilts. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą crazy quilts. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 stycznia 2008

kraftuje się

W czasach trudnych decyzji kraftuje się dla zajęcia mózgu i niemyślenia, jeśli zamęczanie się myśleniem i tak by nic nie dało. Koleżanka B mówiła mi, że w ostatnim, przedrozwodowym roku swojego małżeństwa produkowała jeden quilt tygodniowo, co mi się nie mieści w głowie, bo to tyyyyle roboty - co prawda, zszywa je z dużych kawałków, ale i tak.
Wczoraj wieczorem eksperymentowałam zatem z malowaniem wspomnianych już masosolnych serduszek - mam taki poliuretan (czy to aby polskie słowo?) i sprawdzam. Powstały też dwa ateciaki (zdjęcia ciut nieostre), zimowa kartka urodzinowa (zapomniałam sfotografować), obszyłam Szaloną Szmatkę koronką i wybrałam stosik koralików, guzików i findings do ostatecznego przyozdobienia. Będzie tych ozdobieństw aż nadmiar - ale za to ile oglądania :)



I jeszcze fajny link do pięknej kolekcji starych druków roślinno-ogrodowych, znajdującej się niedaleko stąd w sumie - w Madiscon (Wisconsin). Trafiłam tam za pośrednictwem strony szmatkowej z Australii :).

wtorek, 8 stycznia 2008

CQ progress

Kolejny odcinek CQ Progress, czyli kończenia Szalonej Szmatki. Obszyłam brzeg wstążką - mocno niedoskonale, gdybym miała robić jakiegoś quilta na poważnie, to wypadałoby się nauczyć porządnie wykańczać narożniki. Koronka na wierzchu jest na razie przypięta szpilencjami - zapewne uzyska jakieś okoralikowanie, bo przecież nie może zostać taka łysa.

A za mną chodzi już następny pomysł - biscornu. Taka poduszeczka do igieł byłaby nawet całkiem przydatna i chyba nie bardzo pracochłonna; wyszywa się na kanwie dwa kwadraty i potem łączy - róg do środka boku. Na koniec guziki na środku i gotowe.
Ze smutniejszych wieści - rozważamy przesunięcie Gwatemali na następny rok... wszystkie znaki na niebie i na ziemi tak się składają, że jednak nie pasuje. A miało być tak pięknie... trudno. Czasem decyzje są bardziej rozsądne, niż przyjemne. Na pocieszenie myślę sobie o wycieczce do północnego Wisconsin i zachodniej Północnej Dakoty - może się w maju uda?

poniedziałek, 7 stycznia 2008

na szybko

Kilka krótkich zdjęć. Ateciaki żywiołowe, które dotarły od Babska (kapitalny pomysł z wycinanką i jej "negatywem" na kopercie); postęp na Szalonej Szmatce – jeszcze kilka szwów i będzie gotowe do obszywania; zakupiłam wstążkę i koronkę w odpowiednich kolorach. Na sam koniec zostaną dodane „findings” czyli rozmaite drobiazgi: guziki, metalowe koraliki, zawieszadełka.
Zdjęcie trzecie – serduszka z masy solnej, jeszcze nie polakierowane – efekt ZPT w pracy. Tło – postarzone w herbacie obrazki roślinne, które zamierzam wykorzystać na kartkach. Jedna jest mi potrzebna już dziś na jutro.
W pracy się trochę mąci – zapodano mi dziś propozycję w zasadzie nie do odrzucenia, która byłaby chyba dobra dla wszystkich, z wyjątkiem... mnie. Betty mianowicie odchodzi i miałabym ją zastąpić – połączyć to, co robię teraz (minus trochę mi odejmą oraz nowy system ma wszystko usprawnić) z jej zajęciami... Aj aj aj. Czyli organizowanie podróży pracowników, wysyłki klamotów na targi i w zasadzie wszystkiego, co wpadnie do koszyka. Bo od tego jest Publisher’s Assistant.

czwartek, 3 stycznia 2008

Pierwsze w tym roku wiadomości kraftowe

Posuwa się do przodu praca nad Szaloną Szmatką (tak sobie postanowiłam przetłumaczyć crazy quilt). Kolory może nieco oczobipne, ale tak sobie właśnie wyobrażam dżunglę i ciepłe południowe morza. W święta nadłubałam kilka połączeń – tak to wygląda obecnie:

Otrzymałam wczoraj, po niecałych dwóch miesiącach podróży, żywiołowe ateciaki. Zdjęcie zamieści się jutro.
A wczorajszy wieczór spędziłam na lekcji polskiego oraz w sklepie Archivers, który ZAMYKAJĄ! Tzn. zamykają jego oddział w mojej okolicy, pozostanie ich jeszcze w Chicagolandzie sześć, ale wyprawa do najbliższego to dobre pół godziny jazdy. Nie będzie się więc robiło już wyskoków po lekcjach albo podczas lanczyku.
Dobra wiadomość wynikająca z tego jest taka, że ogłoszono wyprzedaż. Na razie część towarów jest obniżona o 25%, ale spodziewam się, że przed samym zamknięciem będzie lepiej. Ponieważ zaś dostałam na święta kartę na $50, poleciałam ją wczoraj częściowo wydać. Zakupiłam „gilotynę” czyli trimmer – nie jest to chyba tak naprawdę gilotyna, bo ostrze nie spada z góry, tylko jeździ na przesuwadełku, ale już chyba gilotyną zostanie. No i do tego sterta papieru i karton na zapas. Żeby tylko mieć czas na dłubanie – bo teraz raczej szmatki mnie fascynują :).

czwartek, 27 grudnia 2007

...i po świętach.

Nie do końca jeszcze po świętach, bo będzie ciut wolnego noworocznego, ale potem to już tyrka do maja... albo do lutego, bo całkiem poważnie zabieramy się do przygotowań do Gwatemali. Może nawet wysmażę małą podstronkę z planami. Wczoraj omal nie kupiliśmy biletów, ale oboje chyba mamy lekkiego cykora :)
Lecielibyśmy do Cancun w Meksyku, następnie wypożyczylibyśmy pojazd mechaniczny i udali się na południe, do Belize, gdzie ogląda się rafy koralowe, delfiny i pozostałości po starych cywilizacjach. Dalej jedzie się do Belize City i na zachód do Gwatemali, do miasteczka Flores, które ponoć jest bazą wypadową do najgłówniejszego cely wyprawy - ruin miasta Tikal, schowanego w gwatemalskieh dżungli. Potem zmierzamy w kierunku północno-zachodnim, by w innych częściach Jukatanu zbadać dalsze ruiny, np. Chichen Itza. I może ewentualnie jakiś wulkanik dymiący by się trafił.
Póki co jednak, święta minęły trochę leniwie - przybyła półka z Ikei, na której znalazły się sterty kraftowych klamotów. Z radości sporządziłam całą stertę ateciaków.

We wtorek rano pojechaliśmy do Downtown pooglądać świąteczny świat; udało nam się wreszcie wsadzić nos do "krużganków" - naprzeciwko Hancock Building, jednego z najwyższych wieżowców na świecie, jest prezbiteriański kościół z krużgankami właśnie, pachnący starą Anglią, mający w środku cudo-witraże... Budynek ma niecałe sto lat, ale i tak wrażenie jest niesamowite, kiedy wśród wielkich i nowoczesnych struktur trafia się taka perełka.



Zabrałam się za nieco poważniejszy rozmiarowo przykład crazy quilt. Docelowo zamierzam zrobić sobie w ten sposób okładzinę na "gołą" torebkę zakupioną w kraftowym sklepie. Poniższy przykład jest wielkości mniej więcej pocztówki.


Zanim się zabrałam za pocztówkę, powstał jeszcze jeden ateciak.
A jeśli się nie ma czasu na igłę, to można crazy quilt zrobić też z papieru i konturówki :)

piątek, 21 grudnia 2007

kraftowo i świątecznie

Dzisiaj będzie cały przedświąteczny "kiermasz" rozmaitości, bo tyle się różnych pomysłów przewinęło przed moimi oczętami przez kilka ostatnich dni, że nadążyć nie mogę. I aż mi się ręce trzęsą przy robieniu zdjęć :)
Kto pamięta Zalipie? O tę malowaną wieś mi chodzi? Tak mi się jakoś przypomniało i aż grzebnęłam w necie i natknęłam się na artykuł, z którego pożyczyłam poniższe zdjęcie. Fantastycznie są te kwiatysie!

Na którejś ze stron o ateciakach wyczytałam hasło "zentangle". Dziwna to trochę sztuka, bo nie wymagająca jakichś specjalnych uzdolnień - może z wyjątkiem cierpliwości, bo narysowanie takiego czegoś trwa w nieskończoność. Znalazłam stronkę z objaśnieniami i galeriami - stąd i obrazek poniższy.

Crazy quilts! Od jakiegoś czasu mnie intryguje ta sztuka, w której zeszywa się nieregularne kawałki szmatek, ozdabiając dzieło koralikami, wstążeczkami, cekinami, koronkami - czym popadnie. Na flickrze jest piękny zestaw fotek z twórczości pewnej pani z Norwegii. Zainspirował mnie do tego stopnia, że złapałam wczoraj za igłę i wytworzyłam tą techniką próbnego ateciaka (bo takie też można robić i jest to znakomita wprawka, zanim przejdzie się do jakichś bardziej czasochłonnych projektów. A marzy mi się np. torebka... albo okładka na kajet...)

Wczoraj wpadłam też na moment do "sklepu drugiej szansy", żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie ma tam pieczątek za śmiszną cenę. Nie było - za to nabyłam po 25 centów dwie karteczki-świąteczki, których chyba nikomu nie wyślę, bo się już zdążyłam przywiązać. Jedna to staloryt (?), a druga przypomina mi czasy dzieciństwa, lata siedemdziesiąte i osiemndziesiąte, kiedy na uroczystych kartkach pojawiał się taki specyficzny brokat. Takoż i na choince jest obecny, choć na zdjęciu niezbyt go widać.

W pracy zawierucha kartkowo - prezentowa - pochwalę się ulubionym prezencikiem: herbata-nie-w-torebkach i zaparzałka. T uważa, że jest to herbata o smaku choinki. Hm.

Uff, dojechaliśmy wreszcie do masy solnej. Gwiazdki wykonane, rozdane - i radocha, bo jedna koleżanka z Kurnika chciałaby sobie zrobić tą techniką ozdóbki na ślub! Zapewne ma na myśli jakieś różowe serduszka. Ponieważ parę innych osób się zainteresowało, w czwartek po świętach przynoszę klamoty do pracy i będą małe warsztaty masosolne. Yessssss! Zasiało się!

I jeszcze na koniec kartka urodzinowa na 25 grudnia - kwadraciki z masy solnej z dziurką na środku. Nie do końca jestem pewna, czy przylepienie ich na gorącym kleju będzie trwałe - w każdym razie napisałam wewnątrz, że jest to produkt eksperymentalny i że w razie rozklejenia można zwrócić do naprawy :)