I już środek tygodnia... a człowiek jeszcze pohulać nie zdążył, a za dwa spania od jutra już weekend. Hm.
Tak mi się jakoś filozofuje. Zaczęłam myśleć nad sensem często używanego przez tubylców wyrażenia „great minds think alike” – że niby wielkie, wspaniałe umysły myślą podobnie. Przykład zastosowania:
- We should make pasta for lunch.
- I was thinking the same thing, pasta sounds awesome!
- Great minds think alike.
Czyli stosujemy raczej na luzie, nie odnosimy się do wielkości typu lekarstwo na raka. Bo tak naprawdę wielkie umysły nie myślą podobnie, jak wszyscy, tylko trochę po swojemu. Potem to swoje odrębne myślenie oceniają i wprowadzają w życie, albo nie.
Grzebnęłam w internecie i okazało się, że to wyrażenie po pierwsze jest bardzo stare, a po drugie – ma jeszcze drugą część: „and fools seldom differ”, czyli – głupcy rzadko się nie zgadzają? Wyróżniają? Odróżniają? I jak to połączyć z tą pierwszą częścią? Może chodzi o to, że wielkie umysły myślą w podobnym kierunku, ale jednak trochę inaczej (bo alike nie musi oznaczać, że identycznie), natomiast głupiec po prostu się ze wszystkim zgadza...
A do tego natknęłam się na problem z innej beczki: "If a tree falls in a forest and no one is around to hear it, does it make a sound?" Jeśli w lesie przewróciło się drzewo, a nie było nikogo, kto by to usłyszał, to czy wydało dźwięk? Nawet jest na ten temat artykuł w Wikipedii :)
Żeby jednak głowy nie poodpadały nam od myślenia, zapodam linki do twórczości z niespotykanych – a codziennych – materiałów, na fali makaronu i mąki. Ziemniak, mydło i powidło (zastępcze, bo zszywki się za nic nie zrymują z mydłem).
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pofilozujmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pofilozujmy. Pokaż wszystkie posty
środa, 24 lutego 2010
piątek, 15 maja 2009
O życiu, czyli bloom where you are planted
Do niniejszego przydługiego wpisu sprowokowały mnie wynurzenia dwóch osób na pewnym blogu (już one wiedzą, które, hehe) na temat życia, starości, śmierci, oraz jeszcze wiadomość gazeciana o historii pewnych dwóch rodzin. Nie chciałabym tu jednak tworzyć żadnej ponurości, bo w końcu weekend się zaczyna, w perspektywie kolejna wycieczka i generalnie nie mam na co w życiu narzekać.
Rzecz sprowadza się, w bardzo ogólnym sensie, do tego, jak się przeżyje życie. Nie ma ustalonego szablonu, że w wieku x się znajduje partnera, w wieku y ma się dzieci itd. Nie te czasy. Myślę, że jedyny szablon polega na tym, że gdzieś w latach dwudziestych należy się usamodzielnić, nabyć umiejętności samodzielnego funkcjonowania w szerokim sensie. Samemu, z partnerem, z jednym dzieckiem czy z pięciorgiem – to już obojętne.
Gdzieś w tym wszystkim trzeba znaleźć szczęście. Choćby było męczące, trudne, ale jeśli się stanie z boku i policzy, to się wychodzi na plus. Szczęście, moim zdaniem, wymaga budowania, samo raczej nie spadnie na głowę... budowania od zewnątrz, czyli zmiany okoliczności, w których się znajdujemy, oraz od wewnątrz – pozytywnego nastawienia do świata. Bloom where you are planted, kwitnij tam, gdzie jesteś posadzona.
Siada się potem, dziadkiem lub babcią będąc, i nawet z myślą, że być może maluję ten płot po raz ostatni, albo że w przyszłym roku siły nie pozwolą już tłuc się na koniec świata – ma się wewnętrzny spokój i uśmiech, że się płot pomalowało mnóstwo razy i w ten sposób upiększyło życie, albo że albumy są pełne zdjęć i wspomnień z cudownych chwil przeżytych, kiedy była taka możliwość.
Można też być dziadkiem kłócącym się ze wszystkimi, albo nieustannie krytykującym. Wracam jeszcze ciągle do tego pana, który mnie okrzyczał w poniedziałek, staram się zrozumieć, bo na naszym osiedlu sporo jest emerytów i nierzadko czepiają się różności, czy to przed blokiem, czy na zebraniu mieszkańców. Myślę, że to reakcja na to, że kontrolę nad światem przejmuje młodsze pokolenie, a taki dziadek ląduje na bocznym torze. Mógłby sobie na nim znaleźć swoją działkę - mnóstwo emerytów działa w charakterze wolontariuszy chociażby i w ten sposób się spełnia. A może też taki człowiek jest po prostu smutny, bo jeśli przez całe życie był nieszczęśliwy, to teraz może mu się zdawać, że zwyczajnie to życie zmarnował. Chodzi więc teraz i usiłuje jeszcze mieć trochę kontroli nad rzeczywistością i innymi, powołując się nawet na prawo – trochę jak ci faryzeusze z Ewangelii, którym się nieraz oberwało za drobiazgowe przestrzeganie Prawa bez względu na dobro człowieka.
I skoro już o Ewangelii mowa – nie sądzę, że chrześcijanin ma być człowiekiem smutnym i nieszczęśliwym, wiecznie umartwionym. „Radujcie się, znowu mówię: radujcie się!” Czyli – bądźcie szczęśliwi. Wiadomo, czasem jest naprawdę trudno...
Wpis zrobił się długaśny, ale jeszcze słowo o tych dwóch rodzinach. Czytałam dziś o świcie artykuł o dwóch rodzinach, które odkryły, że zamieniono im dzieci (jedną z sióstr-bliźniaczek). No i zadyma, sądy, odszkodowania, depresje, choroby psychiczne, wszyscy się wzajemnie nienawidzą, choć są dorośli i mogliby znaleźć przyjemniejsze wyjście z sytuacji. Taki sam przypadek w USA, gdzie ponoć jest aż nadmiar udawanego optymizmu i sztucznych uśmiechów: rodziny się skumplowały, razem jadą na wakacje, dziewczyny wspólnie obchodzą urodziny, nikt się nie przeprowadza, każdy zostaje w rodzinie, która wychowała. I to jest właśnie doskonały przykład bloom where you are planted. Nie marudzić, nie szukać winnych, wziąć to, co się ma – i jak najlepiej wykorzystać dla dobra wszystkich dookoła.
Rzecz sprowadza się, w bardzo ogólnym sensie, do tego, jak się przeżyje życie. Nie ma ustalonego szablonu, że w wieku x się znajduje partnera, w wieku y ma się dzieci itd. Nie te czasy. Myślę, że jedyny szablon polega na tym, że gdzieś w latach dwudziestych należy się usamodzielnić, nabyć umiejętności samodzielnego funkcjonowania w szerokim sensie. Samemu, z partnerem, z jednym dzieckiem czy z pięciorgiem – to już obojętne.
Gdzieś w tym wszystkim trzeba znaleźć szczęście. Choćby było męczące, trudne, ale jeśli się stanie z boku i policzy, to się wychodzi na plus. Szczęście, moim zdaniem, wymaga budowania, samo raczej nie spadnie na głowę... budowania od zewnątrz, czyli zmiany okoliczności, w których się znajdujemy, oraz od wewnątrz – pozytywnego nastawienia do świata. Bloom where you are planted, kwitnij tam, gdzie jesteś posadzona.
Siada się potem, dziadkiem lub babcią będąc, i nawet z myślą, że być może maluję ten płot po raz ostatni, albo że w przyszłym roku siły nie pozwolą już tłuc się na koniec świata – ma się wewnętrzny spokój i uśmiech, że się płot pomalowało mnóstwo razy i w ten sposób upiększyło życie, albo że albumy są pełne zdjęć i wspomnień z cudownych chwil przeżytych, kiedy była taka możliwość.
Można też być dziadkiem kłócącym się ze wszystkimi, albo nieustannie krytykującym. Wracam jeszcze ciągle do tego pana, który mnie okrzyczał w poniedziałek, staram się zrozumieć, bo na naszym osiedlu sporo jest emerytów i nierzadko czepiają się różności, czy to przed blokiem, czy na zebraniu mieszkańców. Myślę, że to reakcja na to, że kontrolę nad światem przejmuje młodsze pokolenie, a taki dziadek ląduje na bocznym torze. Mógłby sobie na nim znaleźć swoją działkę - mnóstwo emerytów działa w charakterze wolontariuszy chociażby i w ten sposób się spełnia. A może też taki człowiek jest po prostu smutny, bo jeśli przez całe życie był nieszczęśliwy, to teraz może mu się zdawać, że zwyczajnie to życie zmarnował. Chodzi więc teraz i usiłuje jeszcze mieć trochę kontroli nad rzeczywistością i innymi, powołując się nawet na prawo – trochę jak ci faryzeusze z Ewangelii, którym się nieraz oberwało za drobiazgowe przestrzeganie Prawa bez względu na dobro człowieka.
I skoro już o Ewangelii mowa – nie sądzę, że chrześcijanin ma być człowiekiem smutnym i nieszczęśliwym, wiecznie umartwionym. „Radujcie się, znowu mówię: radujcie się!” Czyli – bądźcie szczęśliwi. Wiadomo, czasem jest naprawdę trudno...
Wpis zrobił się długaśny, ale jeszcze słowo o tych dwóch rodzinach. Czytałam dziś o świcie artykuł o dwóch rodzinach, które odkryły, że zamieniono im dzieci (jedną z sióstr-bliźniaczek). No i zadyma, sądy, odszkodowania, depresje, choroby psychiczne, wszyscy się wzajemnie nienawidzą, choć są dorośli i mogliby znaleźć przyjemniejsze wyjście z sytuacji. Taki sam przypadek w USA, gdzie ponoć jest aż nadmiar udawanego optymizmu i sztucznych uśmiechów: rodziny się skumplowały, razem jadą na wakacje, dziewczyny wspólnie obchodzą urodziny, nikt się nie przeprowadza, każdy zostaje w rodzinie, która wychowała. I to jest właśnie doskonały przykład bloom where you are planted. Nie marudzić, nie szukać winnych, wziąć to, co się ma – i jak najlepiej wykorzystać dla dobra wszystkich dookoła.
piątek, 27 marca 2009
465. Porządkowanie kolorów i związków miejscowo-ludzkich
Uporządkowałam wczoraj drobne koraliki – seed beads – korzystając z zakupionego kontenerka z pojemniczkami jak na tik-taki. Po zebraniu zasobów pochowanych po rozmaitych szufladkach i pudełkach wyszło mi, że na zakup koralików należy założyć embargo (podobnie, jak na zakup świec, gdzie embargo trwa już od zeszłego roku i czeka, aż spalimy większość zachomikowanych zasobów). NIE jest mi potrzebne więcej. Co prawda, z koralikami jest inaczej, niż ze świecami, bo różne krafty proszą się o różne rozmary i kolory, ale z pewnością mi już wystarczy.
Uporządkowałam też drobne skrawki natchnienia, jakim są dla mnie znaczki pocztowe. Biorą się głównie z korespondencji ateciakowej i ciut z pracy, z zagranicznych listów. Bawi mnie to, ze przyjechały z bardzo odległych stron i że niosą w sobie ludzką historię – ktoś je kupił, wziął do ręki, przylepił na kopertę, wysłał. Ciekawe, w jakim miejscu się to wszystko działo? Przy jakiej pogodzie? Wyobrażam sobie, jak się do odbywało.
Odwrotnie mam, kiedy jestem na Wawelu i w innych starych miejscach. Zabudowania stoją, echo niesie kroki (na przykład zgrzytający żwir na wawelskim dziedzińcu), ale zastanawiam się nad ludźmi – echo mogłoby równie dobrze powielać dźwięk stóp dworzanina albo królowej Bony. Jest miejsce, trzeba sobie do-obrazić ludzi.
Zeskanowałam moje ulubione znaczki, wklejone na stronki w maleńkim segregatorku ze szkieukowymi zapiskami. Wpatruję się w szczegóły, w miniaturowe krajobraziki... wyobrażam sobie.
Uporządkowałam też drobne skrawki natchnienia, jakim są dla mnie znaczki pocztowe. Biorą się głównie z korespondencji ateciakowej i ciut z pracy, z zagranicznych listów. Bawi mnie to, ze przyjechały z bardzo odległych stron i że niosą w sobie ludzką historię – ktoś je kupił, wziął do ręki, przylepił na kopertę, wysłał. Ciekawe, w jakim miejscu się to wszystko działo? Przy jakiej pogodzie? Wyobrażam sobie, jak się do odbywało.
Odwrotnie mam, kiedy jestem na Wawelu i w innych starych miejscach. Zabudowania stoją, echo niesie kroki (na przykład zgrzytający żwir na wawelskim dziedzińcu), ale zastanawiam się nad ludźmi – echo mogłoby równie dobrze powielać dźwięk stóp dworzanina albo królowej Bony. Jest miejsce, trzeba sobie do-obrazić ludzi.
Zeskanowałam moje ulubione znaczki, wklejone na stronki w maleńkim segregatorku ze szkieukowymi zapiskami. Wpatruję się w szczegóły, w miniaturowe krajobraziki... wyobrażam sobie.
środa, 25 marca 2009
464. ciekawe, dlaczego
Oglądałam kilka wieczorów temu program w tiwi o Helenie Rubinstein i Elizabeth Arden, w którym pod koniec wspomniano, jak to obie panie prekursorki przemysłu kosmetycznego sprawiały wrażenie, jakoby zdawało im się, że nigdy nie umrą. Jedna z nich przynajmniej uporządkowała w miarę sprawy finansowe, druga zaś pozostawiła górę długów i ogólny bałagan, jakby właśnie czuła się niezniszczalna. A tu zonk.
Potem przyszło mi do głowy: jak to jest z nami krafciarkami, szczególnie skrapującymi? Utrwalamy namiętnie przemijające chwile, jakbyśmy się właśnie bały tego, że same znikniemy i nie pozostanie ślad. A może życie tak gwałtownie pędzi do przodu, że podświadomie staramy się skrapami spowolnić, zorganizować sobie chwilę na wspominanie tego, co bliskie naszym sercom. (Wiadomo, fajnie jest pobawić się nożyczkami, dziurkaczami i całą resztą, ale przecież to nie tylko zabawa.)
Odkąd pamiętam, mam manię zapisywania, która daaawno temu objawiła się pamiętnikowaniem, a kiedy internet otworzył się na blogowanie, to szkieuka aż zapiszczała z radości. Można klepać i klepać, wklejać obrazki, muzyczki, a World Wide Web wszystko przyjmie, worek bez dna. Można utrwalić dość szybko wspomnienia z wypraw, z czym człowiek sobie nie daje nawet rady na papierze, bo zwyczajnie nie nadąża, a chciałby jednak zachować jaką taką dokładność i chronologię.
Z drugiej strony - nie umiem produkować przedmiotów dla samych przedmiotów. Musi być kartka do wysłania, album do zakronikowania ważnego wydarzenia, zakładka do założenia w książce, kocyk dla kota, nosidełko do herbacianych torebek. A ateciaki... no właśnie, ateciaki mi tu nie pasują zbytnio, bo są do mania i do niczego innego. Ewentualnie do poćwiczenia rozmaitych technik. Mam czasem ateciakowe wyrzuty sumienia, szczerze mówiąc... ale z drugiej strony nie mogę się powstrzymać.
To może zostanie po mnie pudełko "sztuk", które ktoś kiedyś będzie sobie oglądał, doceniając artystyczne wysiłki osób z wielu krajów. Nie żebym się wybierała do opuszczania tego świata, ale lubię mieć jakieś wyjaśnienie, dlaczego robię tak, a nie inaczej. Temat zawsze otwarty.
Potem przyszło mi do głowy: jak to jest z nami krafciarkami, szczególnie skrapującymi? Utrwalamy namiętnie przemijające chwile, jakbyśmy się właśnie bały tego, że same znikniemy i nie pozostanie ślad. A może życie tak gwałtownie pędzi do przodu, że podświadomie staramy się skrapami spowolnić, zorganizować sobie chwilę na wspominanie tego, co bliskie naszym sercom. (Wiadomo, fajnie jest pobawić się nożyczkami, dziurkaczami i całą resztą, ale przecież to nie tylko zabawa.)
Odkąd pamiętam, mam manię zapisywania, która daaawno temu objawiła się pamiętnikowaniem, a kiedy internet otworzył się na blogowanie, to szkieuka aż zapiszczała z radości. Można klepać i klepać, wklejać obrazki, muzyczki, a World Wide Web wszystko przyjmie, worek bez dna. Można utrwalić dość szybko wspomnienia z wypraw, z czym człowiek sobie nie daje nawet rady na papierze, bo zwyczajnie nie nadąża, a chciałby jednak zachować jaką taką dokładność i chronologię.
Z drugiej strony - nie umiem produkować przedmiotów dla samych przedmiotów. Musi być kartka do wysłania, album do zakronikowania ważnego wydarzenia, zakładka do założenia w książce, kocyk dla kota, nosidełko do herbacianych torebek. A ateciaki... no właśnie, ateciaki mi tu nie pasują zbytnio, bo są do mania i do niczego innego. Ewentualnie do poćwiczenia rozmaitych technik. Mam czasem ateciakowe wyrzuty sumienia, szczerze mówiąc... ale z drugiej strony nie mogę się powstrzymać.
To może zostanie po mnie pudełko "sztuk", które ktoś kiedyś będzie sobie oglądał, doceniając artystyczne wysiłki osób z wielu krajów. Nie żebym się wybierała do opuszczania tego świata, ale lubię mieć jakieś wyjaśnienie, dlaczego robię tak, a nie inaczej. Temat zawsze otwarty.
środa, 18 lutego 2009
434. kilka(set) slow wieczorem
W drodze do domu zahaczylam o miejska biblioteke. Trzeba z niej koniecznie korzystac, bo finansowana jest ponoc z naszych podatkow. Z przyjemnoscia odnotowuje, ze zbior polskich ksiazek urosl juz do poltorej polki (jedna polka ma gdzies okolo metra dlugosci). Niestety, pozostajemy daleko w tyle za kolekcja w jezyku Gujarati (cale cztery wypchane polki), ale za to wyprzedzamy jezyk Tagalog - niecale pol metra.
Cieszy mnie ta miedzynarodowosc naszej biblioteki.
Przyciagnelam magazyny kraftowe oraz grubachna ksiazke "Malzensta krolewskie. Wladcy elekcyjni." Przeczytalam pierwszy rozdzial o Annie Jagiellonce i po raz kolejny przekonalam sie, ze krolewny mialy raczej przerypane w zyciu. Zadziwia mnie rowniez okladka - ksiazka jest gruba, w twardej, laminowanej oprawie, ale z jakiejs przyczyny wydrukowanej w postaci spikselowanej, takiej zabkowanej - jakby ktos wzial obrazek z internetu (72 dpi :) i puscil do drukarni. Jak to mozliwe, ze nikt po drodze nie zauwazyl takiego grubego kiksa??
Ogladam sobie rowniez jednoczesnie QVC, kanal sprzedajacy roznosci - dzisiejszy wieczor jest akurat poswiecony tworzeniu ni mniej, ni wiecej, tylko scrapbookow i kartek. Piekne papiery, fajne wzory... ale jakos marszcze czolko na widok tych wszystkich machin typu Sizzix czy Xyron, z ktorych kartki wyskakuja niemalze same. Gdzie tu sztuka... Albo maja tez zestawy czesci do robienia dwustronicowych layoutow, wszystko juz wyciete, do tego caly obrus instrukcji, jak to wszystko poskladac... Nie, jednak stanowczo wole kreatywnosc pochodzaca z glowy, uzewnetrzniana przy pomocy kilku prostych narzedzi, chocby nawet byla krzywa czy niedokladna. Ale z serca, a nie z machiny :)
Aa, popilam herbatki z imbirem, cytryna, mniodkiem (T chlapnal jeszcze troche pradu, a potem przyszedl zamieszac tzw. wysoka lyzeczka, na wypadek gdyby metal po wlozeniu do tej mikstury zaczal syczec i pryskac.) I chyba mi sie gadulstwo wlaczylo.
Cieszy mnie ta miedzynarodowosc naszej biblioteki.
Przyciagnelam magazyny kraftowe oraz grubachna ksiazke "Malzensta krolewskie. Wladcy elekcyjni." Przeczytalam pierwszy rozdzial o Annie Jagiellonce i po raz kolejny przekonalam sie, ze krolewny mialy raczej przerypane w zyciu. Zadziwia mnie rowniez okladka - ksiazka jest gruba, w twardej, laminowanej oprawie, ale z jakiejs przyczyny wydrukowanej w postaci spikselowanej, takiej zabkowanej - jakby ktos wzial obrazek z internetu (72 dpi :) i puscil do drukarni. Jak to mozliwe, ze nikt po drodze nie zauwazyl takiego grubego kiksa??
Ogladam sobie rowniez jednoczesnie QVC, kanal sprzedajacy roznosci - dzisiejszy wieczor jest akurat poswiecony tworzeniu ni mniej, ni wiecej, tylko scrapbookow i kartek. Piekne papiery, fajne wzory... ale jakos marszcze czolko na widok tych wszystkich machin typu Sizzix czy Xyron, z ktorych kartki wyskakuja niemalze same. Gdzie tu sztuka... Albo maja tez zestawy czesci do robienia dwustronicowych layoutow, wszystko juz wyciete, do tego caly obrus instrukcji, jak to wszystko poskladac... Nie, jednak stanowczo wole kreatywnosc pochodzaca z glowy, uzewnetrzniana przy pomocy kilku prostych narzedzi, chocby nawet byla krzywa czy niedokladna. Ale z serca, a nie z machiny :)
Aa, popilam herbatki z imbirem, cytryna, mniodkiem (T chlapnal jeszcze troche pradu, a potem przyszedl zamieszac tzw. wysoka lyzeczka, na wypadek gdyby metal po wlozeniu do tej mikstury zaczal syczec i pryskac.) I chyba mi sie gadulstwo wlaczylo.
poniedziałek, 16 lutego 2009
430. po walentynkach
Niektórzy twierdzą, że to święto raczej wątpliwe, kolejny amerykancki wynalazek... skoro jednak siedzę właśnie po amerykanckiej stronie Wielkiej Wody, to walentynki obeszliśmy. Tym bardziej, że Pisqlak akurat ma w ten dzień urodziny.
Udaliśmy się zatem z T na Navy Pier, do ajmaksa, na film o rafie koralowej. Przepięęęęknie było! Jakbyśmy się wybrali do Australii albo Papui... Tym piękniej, że dzięki gustownym (według jakiejś owadziej klasyfikacji może) paczałkom wszystko to podpływało nam pod same nosy. Stary koń ze mnie, ale ze dwa razy złapałam się na próbie dotknięcia koralowca :D
Potem jeszcze wsadziliśmy nos do szklarni, czyli Crystal Gardens, gdzie rozkminialiśmy, czy woda może, czy nie może wylatywać prostym strumieniem z jednego klombu i lądować w drugim. Wygląda na to, że może!
Wszystkie środki transportu nam się ładnie poskładały, więc wycieczka pomimo temperatur nieco mroźnych była całkiem przyjemna meteorologicznie.
Zaś a propos walentynek jeszcze... ciekawa sprawa, że w języku polskim jest tylko jedno słowo na single oraz lonely... Jakby się zakładało, że osoba pojedyncza nie może być szczęśliwa i nie-samotna. Ostatnio najwyraźniej używa się też pojęcia singiel - no i całe szczęście. Pamiętam, jak mnie wkurzało, kiedy byłam pojedyncza, jeśli ktoś mnie określał jako osobę samotną. Nie ma to jak komuś dowalić, choć najczęściej zupełnie niecelowo.
No i teraz tak: czy to język jest odbiciem uogólnionego, społecznego światopoglądu (czyli Polacy jako całość uważają, że single są smutne), czy może odwrotnie: statystyczny polski singiel będzie smutniejszy od równie statystycznego singla amerykańskiego, bo mu się owym językiem wtyka, że z założenia ma być samotny?
=====
Poza tym odkryłam właśnie playlisty na Tubce - można sobie pogrupować ulubioną muzyczkę i potem zapodać jedno po drugim, albo w kolejności losowej... to i słucham dzisiaj, skrycie podbierając bandwidth na zakładowym serwerze... A tu, proszę bardzo, piękny Verdi. Niesamowite, ci wszyscy ludzie wyglądają, jakby byli z kamienia, podobnie jak mury...
Udaliśmy się zatem z T na Navy Pier, do ajmaksa, na film o rafie koralowej. Przepięęęęknie było! Jakbyśmy się wybrali do Australii albo Papui... Tym piękniej, że dzięki gustownym (według jakiejś owadziej klasyfikacji może) paczałkom wszystko to podpływało nam pod same nosy. Stary koń ze mnie, ale ze dwa razy złapałam się na próbie dotknięcia koralowca :D
Potem jeszcze wsadziliśmy nos do szklarni, czyli Crystal Gardens, gdzie rozkminialiśmy, czy woda może, czy nie może wylatywać prostym strumieniem z jednego klombu i lądować w drugim. Wygląda na to, że może!
Wszystkie środki transportu nam się ładnie poskładały, więc wycieczka pomimo temperatur nieco mroźnych była całkiem przyjemna meteorologicznie.
Zaś a propos walentynek jeszcze... ciekawa sprawa, że w języku polskim jest tylko jedno słowo na single oraz lonely... Jakby się zakładało, że osoba pojedyncza nie może być szczęśliwa i nie-samotna. Ostatnio najwyraźniej używa się też pojęcia singiel - no i całe szczęście. Pamiętam, jak mnie wkurzało, kiedy byłam pojedyncza, jeśli ktoś mnie określał jako osobę samotną. Nie ma to jak komuś dowalić, choć najczęściej zupełnie niecelowo.
No i teraz tak: czy to język jest odbiciem uogólnionego, społecznego światopoglądu (czyli Polacy jako całość uważają, że single są smutne), czy może odwrotnie: statystyczny polski singiel będzie smutniejszy od równie statystycznego singla amerykańskiego, bo mu się owym językiem wtyka, że z założenia ma być samotny?
=====
Poza tym odkryłam właśnie playlisty na Tubce - można sobie pogrupować ulubioną muzyczkę i potem zapodać jedno po drugim, albo w kolejności losowej... to i słucham dzisiaj, skrycie podbierając bandwidth na zakładowym serwerze... A tu, proszę bardzo, piękny Verdi. Niesamowite, ci wszyscy ludzie wyglądają, jakby byli z kamienia, podobnie jak mury...
Labels:
chicago,
mjuzik,
o języku,
pofilozujmy,
z życia wzięte
czwartek, 22 stycznia 2009
415. Co tam w torbie, panie dziejku
Od dawna mam teorię, że kobietę rozpoznaje się nie po obcasach, szmince czy lakierowanych paznokciach, tylko po torbach, a konkretnie po tym , że wiecznie wlecze ze sobą jakieś klamoty. Panowie niosą sobie NIC, albo ewentualnie jakąś teczuszkę czy walizkę z laptopem, a my – przysłowiowe siaty, w wielu wcieleniach.
W moim przypadku otorbienie przedstawia się następująco:
Torebusia z kasą, dokumentami, komórką itp. – wiadomo, konieczność. Dość często się zmienia.
Następnie mniejsza torebka, zielonkawoniebieska, na lanczyk do pracy.
Następnie czerwona torba typu tote bag, taka większa, w której holuję na zakład to, co nie mieści się do poprzednich dwóch kontenerów: jakieś kajety, papiery, aparat, ściągacz zdjęć z karty, ewentualnie sok w większym pojemniku.
Na lekcje wlokę torbiszcze brązowe, podobnie jak czerwone uzyskane z Yves Rochera jako bonus przy zakupie kosmetyków. Coś się ostatnio ta torba ciężka zrobiła, muszę odbyć przegląd jej zawartości.
Do kościółka mam torbę zieloną, własnej roboty. Siedzi tam Biblia, ze trzy śpiewniki, kajet i księga z komentarzami. Taszczę też zwykle reklamówkę z żywnością, bo każdy coś przynosi i robimy ściepkę.
Do biblioteki mam torbę lnianą, kwieciście malowaną. Wczoraj naniosłam do chałupy tyle książek, że aż musiałam część trzymać w rękach: zapowiedziany podręcznik do Excela, „Dom nad rozlewiskiem” (tak, tak, po polsku, bibliotekarka nawet mówiła, że możemy zgłosić sugestie, jeśli chcemy, żeby coś nam kupili. Niemożebyć.) Oraz jeszcze jednego Jerzego Pilcha dla T, książkę do angielskiego takoż dla T, grubachne tomicho o tworzeniu kartek zgadnij-dla-kogo, i jeszcze stosik cedeczek, słucham sobie właśnie.
Następnie mamy kilka plecaczków, które obecnie znajdują się w stanie snu zimowego, bo się nie podróżuje. Najmniejszy plecaczek jest jasnoniebieski, potem jest średni, dżinsowy i jeszcze całkiem spory, na wycieczki więcej-niż-jednodniowe. I jeszcze walizeczka-lodóweczka, na jednodniową wycieczkę w dwie osoby, gdzie wchodzi kilka kanapek i ciasteczko. I jeszcze większa trochę torbo-lodówka, na więcej osób albo dni.
A nie wspominam nawet o reklamówkach z wszelakimi zakupami, które się ciągną za człowiekiem kilka razy w tygodniu.
A może po prostu ta moja teoria ma na celu umocnienie mnie samej w przekonaniu, że jestem kobietą, bo choć na polu obcasów, szminek i paznokci mam ciągłe niedobory, to prawie nie zdarza się, żebym miała przy sobie mniej, niż dwa pakuneczki :)
W moim przypadku otorbienie przedstawia się następująco:
Torebusia z kasą, dokumentami, komórką itp. – wiadomo, konieczność. Dość często się zmienia.
Następnie mniejsza torebka, zielonkawoniebieska, na lanczyk do pracy.
Następnie czerwona torba typu tote bag, taka większa, w której holuję na zakład to, co nie mieści się do poprzednich dwóch kontenerów: jakieś kajety, papiery, aparat, ściągacz zdjęć z karty, ewentualnie sok w większym pojemniku.
Na lekcje wlokę torbiszcze brązowe, podobnie jak czerwone uzyskane z Yves Rochera jako bonus przy zakupie kosmetyków. Coś się ostatnio ta torba ciężka zrobiła, muszę odbyć przegląd jej zawartości.
Do kościółka mam torbę zieloną, własnej roboty. Siedzi tam Biblia, ze trzy śpiewniki, kajet i księga z komentarzami. Taszczę też zwykle reklamówkę z żywnością, bo każdy coś przynosi i robimy ściepkę.
Do biblioteki mam torbę lnianą, kwieciście malowaną. Wczoraj naniosłam do chałupy tyle książek, że aż musiałam część trzymać w rękach: zapowiedziany podręcznik do Excela, „Dom nad rozlewiskiem” (tak, tak, po polsku, bibliotekarka nawet mówiła, że możemy zgłosić sugestie, jeśli chcemy, żeby coś nam kupili. Niemożebyć.) Oraz jeszcze jednego Jerzego Pilcha dla T, książkę do angielskiego takoż dla T, grubachne tomicho o tworzeniu kartek zgadnij-dla-kogo, i jeszcze stosik cedeczek, słucham sobie właśnie.
Następnie mamy kilka plecaczków, które obecnie znajdują się w stanie snu zimowego, bo się nie podróżuje. Najmniejszy plecaczek jest jasnoniebieski, potem jest średni, dżinsowy i jeszcze całkiem spory, na wycieczki więcej-niż-jednodniowe. I jeszcze walizeczka-lodóweczka, na jednodniową wycieczkę w dwie osoby, gdzie wchodzi kilka kanapek i ciasteczko. I jeszcze większa trochę torbo-lodówka, na więcej osób albo dni.
A nie wspominam nawet o reklamówkach z wszelakimi zakupami, które się ciągną za człowiekiem kilka razy w tygodniu.
A może po prostu ta moja teoria ma na celu umocnienie mnie samej w przekonaniu, że jestem kobietą, bo choć na polu obcasów, szminek i paznokci mam ciągłe niedobory, to prawie nie zdarza się, żebym miała przy sobie mniej, niż dwa pakuneczki :)
sobota, 17 stycznia 2009
412. Dodatkowy pokoj
Nie przywiazuje zbytnio wagi do snow - przychodza, odchodza, czasem tylko siedza rano w glowie nadzwyczaj mocno, nazbyt wyraziscie i przeszkadzaja w rzeczywistosci.
Od jakiegos czasu miewam jednak sen powtarzajacy sie - i juz tyle razy (moze z dziesiec?), ze zwrocilam na niego uwage. Chodzi mianowicie o dodatkowy pokoj. Przeprowadzamy sie do nowego miejsca zamieszkania i oprocz oczekiwanej kuchni, lazienki itd. znajduje tez niespodziewane pomieszczenie i wiem od razu, ze jest ono przeznaczone dla mnie, na krafty i wszystkie inne ulubione rzeczy.
Wyglada on przeroznie. Z tych, ktore jeszcze pamietam, byl pokoj pomalowany na bialo, z oknem na cala sciane i tuz nad morzem, z cudnym widokiem na fale. Byl pokoj rowniez bialy, ale oblozony soczyscie kafelkami malowanymi we wzory w charakterystycznym, "holenderskim" niebieskim. Na srodku byla kilkumetrowa "wyspa" - szafka z blatem i mnostwem porecznych szufladek. O, i jeszcze pokoj ze skosnym dachem, caly w drewnie. I jak wiktorianskie papiery do scrapbooka, z kilkoma fortepianami. I jeszcze jeden z wysokim sufitem, po drugiej stronie ciemnego korytarza ze stolikiem.
Ciekawe, co to oznacza? Bo jesli w kolko sni sie cos na tyle podobnego, ze podpada pod te sama idee, to moze cos jest na rzeczy... Jak chyba u wszystkich krafciarek, taki dodatkowy pokoj bylby calkiem fajna niespodzianka, umozliwiajaca posortowanie wszystkiego w zadowalajacym stopniu. A moze chodzi o to, ze nie nadazam za pomyslami :)
Lubie te sny, zawsze mi rano szkoda, ze sie koncza i ze z naszej sypialni nie ma drzwi do zadnego dodatkowego pokoju. Z drugiej strony jednak - kiedys takowy mialam, zanim sie Pisklaq wprowadzil, ale sluzyl tylko jako skladzik, bo i tak siedzialam ze wszystkim w "salonie", nie chcialabym sie zamykac gdzies w odosobnieniu (oraz zimnie, bo to pomieszczenie narozne i najchlodniejsze w domu). Wiec... jak to jest naprawde z tym pokojem?
Od jakiegos czasu miewam jednak sen powtarzajacy sie - i juz tyle razy (moze z dziesiec?), ze zwrocilam na niego uwage. Chodzi mianowicie o dodatkowy pokoj. Przeprowadzamy sie do nowego miejsca zamieszkania i oprocz oczekiwanej kuchni, lazienki itd. znajduje tez niespodziewane pomieszczenie i wiem od razu, ze jest ono przeznaczone dla mnie, na krafty i wszystkie inne ulubione rzeczy.
Wyglada on przeroznie. Z tych, ktore jeszcze pamietam, byl pokoj pomalowany na bialo, z oknem na cala sciane i tuz nad morzem, z cudnym widokiem na fale. Byl pokoj rowniez bialy, ale oblozony soczyscie kafelkami malowanymi we wzory w charakterystycznym, "holenderskim" niebieskim. Na srodku byla kilkumetrowa "wyspa" - szafka z blatem i mnostwem porecznych szufladek. O, i jeszcze pokoj ze skosnym dachem, caly w drewnie. I jak wiktorianskie papiery do scrapbooka, z kilkoma fortepianami. I jeszcze jeden z wysokim sufitem, po drugiej stronie ciemnego korytarza ze stolikiem.
Ciekawe, co to oznacza? Bo jesli w kolko sni sie cos na tyle podobnego, ze podpada pod te sama idee, to moze cos jest na rzeczy... Jak chyba u wszystkich krafciarek, taki dodatkowy pokoj bylby calkiem fajna niespodzianka, umozliwiajaca posortowanie wszystkiego w zadowalajacym stopniu. A moze chodzi o to, ze nie nadazam za pomyslami :)
Lubie te sny, zawsze mi rano szkoda, ze sie koncza i ze z naszej sypialni nie ma drzwi do zadnego dodatkowego pokoju. Z drugiej strony jednak - kiedys takowy mialam, zanim sie Pisklaq wprowadzil, ale sluzyl tylko jako skladzik, bo i tak siedzialam ze wszystkim w "salonie", nie chcialabym sie zamykac gdzies w odosobnieniu (oraz zimnie, bo to pomieszczenie narozne i najchlodniejsze w domu). Wiec... jak to jest naprawde z tym pokojem?
niedziela, 4 stycznia 2009
Post numer 400 :)
Niespodziewanie dla samej siebie wystąpiłam dziś w roli motivational speaker. Publiczność była jednoosobowa, ale pesymizmu i przygnębienia wystarczyłoby w niej na mały stadion. I to nie dlatego, że sypią się na nią jakieś specjalne nieszczęścia, tylko chyba raczej... z nudów. Nie dość, że sama nic ciekawego w życiu nie robi, to jeszcze innym skrzydła podcina, pitu pitu.
Nie wiem, czy nie nagadałam zbyt wiele... Nie sądzę też, że cokolwiek tym zmieniłam, głównie podtrzymałam się w przekonaniu co do hasła "róbmy swoje", czyli karawana jedzie dalej bez względu na podcinaczy skrzydeł.
- - - -
Uwielbiam, kiedy niespodziewanie znajdują się połączenia między punktem A - jakimś mało znanym, świeżo odkrywanym -a punktem B, gdzieś blisko. Coś w rodzaju zataczania okręgu. Będę przygotowywać referacik o wybranym małym proroku ze Starego Testamentu. Wybrałam sobie Nahuma, w znacznym stopniu na chybił-trafił. Od Nahuma do Niniwy, o której prorokował. Od Niniwy do jej władcy, Sennacheryba. Dalej do jego najazdu na Judę opisanego w 2 Księdze Królewskiej. Do glinianego wielościanu, na którym (mniej lub bardziej wiarygodnie) opisał tenże najazd i jego skutki. I gdzie ten wielościan jest? W Oriental Institute, w Chicago.
Jedziemy, koniecznie jedziemy zobaczyć, kiedy tylko przyjdą nowe baterie do aparatu.
Nie wiem, czy nie nagadałam zbyt wiele... Nie sądzę też, że cokolwiek tym zmieniłam, głównie podtrzymałam się w przekonaniu co do hasła "róbmy swoje", czyli karawana jedzie dalej bez względu na podcinaczy skrzydeł.
- - - -
Uwielbiam, kiedy niespodziewanie znajdują się połączenia między punktem A - jakimś mało znanym, świeżo odkrywanym -a punktem B, gdzieś blisko. Coś w rodzaju zataczania okręgu. Będę przygotowywać referacik o wybranym małym proroku ze Starego Testamentu. Wybrałam sobie Nahuma, w znacznym stopniu na chybił-trafił. Od Nahuma do Niniwy, o której prorokował. Od Niniwy do jej władcy, Sennacheryba. Dalej do jego najazdu na Judę opisanego w 2 Księdze Królewskiej. Do glinianego wielościanu, na którym (mniej lub bardziej wiarygodnie) opisał tenże najazd i jego skutki. I gdzie ten wielościan jest? W Oriental Institute, w Chicago.
Jedziemy, koniecznie jedziemy zobaczyć, kiedy tylko przyjdą nowe baterie do aparatu.
poniedziałek, 22 grudnia 2008
globalne ocieplenie????
Nie za bardzo wierzę w globalne ocieplenie i gości typu Al Gore, który przykładowo głosi, że w Polsce dzieci zwozi się do kopalni, żeby miały czym oddychać. Nie wierzę też na skutek zimki, która opanowała nas w Chi. Odczuwalna minus trzydzieści pięć to chyba najniższa temperatura, z jaką miałam w życiu do czynienia.
Śniegu też jest w bród i jeszcze ma jutro i w środę dosypać (włączają jutro w południe ostrzeżenie o śnieżycy.)
Na osiedlu mamy już całkiem konkretne śniegowe góry - ta, przykładowo, jest wyższa ode mnie. W lecie w tym miejscu jest płaski trawniczek.
Śniegu też jest w bród i jeszcze ma jutro i w środę dosypać (włączają jutro w południe ostrzeżenie o śnieżycy.)
Na osiedlu mamy już całkiem konkretne śniegowe góry - ta, przykładowo, jest wyższa ode mnie. W lecie w tym miejscu jest płaski trawniczek.wtorek, 7 października 2008
Wykład o uogólnieniach
Po pierwsze – fajny link do notesików zrobionych z próbek kolorów, jakie można znaleźć w tut. sklepach budowlano-remontowych. Kolejny pomysł do wypróbowania!
Po drugie zaś pobrzęczę sobie na temat uogólnień. Uogólnienia z natury są bzdurne, podobnie jak zwodnicza bywa statystyka (co T lubi udowadniać na przykładzie statystycznej ilości rąk i nóg posiadanych przez mieszkańców naszego domu, łącznie z kotem i jaszczurem.)
Jednym z najbardziej wkurzających mnie uogólnień jest to, że Amerykanie nie znają się jakoby na historii i geografii – tekst nader często wypisywany na rozmaitych forach. Oraz że amerykańskie szkolnictwo jest do chrzanu, bo produkuje takich straszliwych kołków. Po czym następują dowody owej niewiedzy w postaci tego, że Amerykanie nie wiedzą, gdzie jest Polska oraz nie znają szczegółów przykładowo II wojny światowej.
Pieni mnie to i natychmiast mam ochotę zadać takiemu bystremu niemożebnie Polakowi pytanie: a wiesz, gdzie jest Gwatemala? Bo skoro od Amerykanów wymaga się dokładnej orientacji, gdzie znajdują się rozmaite małe kraiki (Polska stanowi trzy procent powierzchni USA), to Polacy powinni również wiedzieć, gdzie szukać na mapie Palau, Kiribati i Namibii (ta ostatnia jest akurat większa od Polski).
Czy taki przeciętny Polak wie, jak się ma miasto Waszyngton do stanu Waszyngton, oraz miasto Nowy Jork do Stanu Nowy Jork? Jak daleko jest mniej więcej z Nowego Jorku do Chicago – było nie było, ogromne polskie społeczności, przerastające liczebnością Polaków większość polskich miast w Polsce.
No i właśnie tu dochodzimy do sedna sprawy: w każdym narodzie jest pewna ilość kołków i nie-kołków. Założę się, że gdyby losowo wybrać próbki z gromady ludzi na ulicy w podobnych rozmiarowo miastach w Polsce i tutaj, po czym zadać im pytania o Polsce, Stanach i o świecie w ogólności, to rozkład odpowiedzi trafnych i błędnych byłby analogiczny. I nie ma co wyskakiwać z opiniami, że Amerykanie nic nie wiedzą o świecie, bo to w końcu oni fruwają na Księżyc, wysyłają sondy na rogatki znanego przeciętnemu Ziemianinowi świata i zbierają noble.
I teraz najczęściej pojawia się argument, że to nie Amerykanie, tylko imigranci tak rządzą. To prawda – większość Amerykanów to rzeczywiście imigranci w którymś tam pokoleniu. Niemniej jednak przyjeżdżały tu nie tylko same bystrzaki, ale również całkiem zwyczajni ludzie oraz statystycznie przypadająca na daną ilość ludności grupa kołków. Zapewne jest też tak, że tutejsze uniwersytety czy ośrodki badawcze są atrakcyjne dla wybitnych jednostek z innych krajów i chętnie je przyjmują. Co prowadzi nas do wniosku, że jakoś ta Ameryka musi być dość sprytnie urządzona, skoro naukowcy chcą tu być i tu właśnie się rozwijać. Co należało dowieść.
Zaraz ktoś może powiedzieć, że się zamerykanizowałam, że bronię tego nowego kraju przeciwko staremu... ale zupełnie nie o to mi chodzi, lecz raczej o sprostowanie błędnych uogólnień, śmiem twierdzić – spowodowanych często zazdrością. Wiadomo, Polska jest krajem mniejszym, jak to często mówię T: Ameryka jest wielka, to ma wielkie góry, a Polska ma góry mniejsze, proporcjonalne do swojego rozmiaru. (Wiem, wiem , ta teoria nawala sromotnie w przypadku Nepalu :) Polacy jednak, miast pluć nieuzasadnionym jadem, winni się zająć organizowaniem kraju, budowaniem dróg i własnej osobowości, zamiast się obijać i chlać wódę po knajpach. Proszę bardzo! Uogólnionko równie sprawiedliwe, jak to, od którego zaczął się niniejszy wywód.
Na koniec zostawiam sobie perełkę, którą zamierzam zamieszczać na forach, gdzie spotkam się z uwagami o domniemanej amerykańskiej niewiedzy. Oficjalna strona polskiego środka masowego przekazu, mającego oświecać społeczeństwo, grzmoci takiego oto kulfona: Wielki Kanion w stanie Kolorado. Cztery razy tam byłam i za każdym razem ów kanion znajdował się w Arizonie! Kolorado to rzeka na jego dnie... I nie rozmawiamy tutaj o jakimś wąwozie w Pcimiu Dolnym, tylko o jednym z najbardziej znanych miejsc na globie, znajdującym się na UNESCOowej liście dziedzictwa światowego. I w książce do geografii o tym było - dokładnie pamiętam.
Nieprawdą jest również, że to takie strasznie niedostępne tereny – przyjeżdża tam koło pięciu milionów ludzi rocznie. To tak, jakby się jedna ósma Polski wybrała na wakacje w jedno miejsce. Nawet jeśli chodzi o nocowanie poniżej krawędzi, ilość śmiałków jest dość spora – rocznie wydaje się 13 000 pozwoleń na taką przygodę.
Tak, że nie ma się co śmiać i uogólniać. A jak ktoś nie wierzy, to niech klika, powiększa i sam czyta.
Po drugie zaś pobrzęczę sobie na temat uogólnień. Uogólnienia z natury są bzdurne, podobnie jak zwodnicza bywa statystyka (co T lubi udowadniać na przykładzie statystycznej ilości rąk i nóg posiadanych przez mieszkańców naszego domu, łącznie z kotem i jaszczurem.)
Jednym z najbardziej wkurzających mnie uogólnień jest to, że Amerykanie nie znają się jakoby na historii i geografii – tekst nader często wypisywany na rozmaitych forach. Oraz że amerykańskie szkolnictwo jest do chrzanu, bo produkuje takich straszliwych kołków. Po czym następują dowody owej niewiedzy w postaci tego, że Amerykanie nie wiedzą, gdzie jest Polska oraz nie znają szczegółów przykładowo II wojny światowej.
Pieni mnie to i natychmiast mam ochotę zadać takiemu bystremu niemożebnie Polakowi pytanie: a wiesz, gdzie jest Gwatemala? Bo skoro od Amerykanów wymaga się dokładnej orientacji, gdzie znajdują się rozmaite małe kraiki (Polska stanowi trzy procent powierzchni USA), to Polacy powinni również wiedzieć, gdzie szukać na mapie Palau, Kiribati i Namibii (ta ostatnia jest akurat większa od Polski).
Czy taki przeciętny Polak wie, jak się ma miasto Waszyngton do stanu Waszyngton, oraz miasto Nowy Jork do Stanu Nowy Jork? Jak daleko jest mniej więcej z Nowego Jorku do Chicago – było nie było, ogromne polskie społeczności, przerastające liczebnością Polaków większość polskich miast w Polsce.
No i właśnie tu dochodzimy do sedna sprawy: w każdym narodzie jest pewna ilość kołków i nie-kołków. Założę się, że gdyby losowo wybrać próbki z gromady ludzi na ulicy w podobnych rozmiarowo miastach w Polsce i tutaj, po czym zadać im pytania o Polsce, Stanach i o świecie w ogólności, to rozkład odpowiedzi trafnych i błędnych byłby analogiczny. I nie ma co wyskakiwać z opiniami, że Amerykanie nic nie wiedzą o świecie, bo to w końcu oni fruwają na Księżyc, wysyłają sondy na rogatki znanego przeciętnemu Ziemianinowi świata i zbierają noble.
I teraz najczęściej pojawia się argument, że to nie Amerykanie, tylko imigranci tak rządzą. To prawda – większość Amerykanów to rzeczywiście imigranci w którymś tam pokoleniu. Niemniej jednak przyjeżdżały tu nie tylko same bystrzaki, ale również całkiem zwyczajni ludzie oraz statystycznie przypadająca na daną ilość ludności grupa kołków. Zapewne jest też tak, że tutejsze uniwersytety czy ośrodki badawcze są atrakcyjne dla wybitnych jednostek z innych krajów i chętnie je przyjmują. Co prowadzi nas do wniosku, że jakoś ta Ameryka musi być dość sprytnie urządzona, skoro naukowcy chcą tu być i tu właśnie się rozwijać. Co należało dowieść.
Zaraz ktoś może powiedzieć, że się zamerykanizowałam, że bronię tego nowego kraju przeciwko staremu... ale zupełnie nie o to mi chodzi, lecz raczej o sprostowanie błędnych uogólnień, śmiem twierdzić – spowodowanych często zazdrością. Wiadomo, Polska jest krajem mniejszym, jak to często mówię T: Ameryka jest wielka, to ma wielkie góry, a Polska ma góry mniejsze, proporcjonalne do swojego rozmiaru. (Wiem, wiem , ta teoria nawala sromotnie w przypadku Nepalu :) Polacy jednak, miast pluć nieuzasadnionym jadem, winni się zająć organizowaniem kraju, budowaniem dróg i własnej osobowości, zamiast się obijać i chlać wódę po knajpach. Proszę bardzo! Uogólnionko równie sprawiedliwe, jak to, od którego zaczął się niniejszy wywód.
Na koniec zostawiam sobie perełkę, którą zamierzam zamieszczać na forach, gdzie spotkam się z uwagami o domniemanej amerykańskiej niewiedzy. Oficjalna strona polskiego środka masowego przekazu, mającego oświecać społeczeństwo, grzmoci takiego oto kulfona: Wielki Kanion w stanie Kolorado. Cztery razy tam byłam i za każdym razem ów kanion znajdował się w Arizonie! Kolorado to rzeka na jego dnie... I nie rozmawiamy tutaj o jakimś wąwozie w Pcimiu Dolnym, tylko o jednym z najbardziej znanych miejsc na globie, znajdującym się na UNESCOowej liście dziedzictwa światowego. I w książce do geografii o tym było - dokładnie pamiętam.
Nieprawdą jest również, że to takie strasznie niedostępne tereny – przyjeżdża tam koło pięciu milionów ludzi rocznie. To tak, jakby się jedna ósma Polski wybrała na wakacje w jedno miejsce. Nawet jeśli chodzi o nocowanie poniżej krawędzi, ilość śmiałków jest dość spora – rocznie wydaje się 13 000 pozwoleń na taką przygodę.
Tak, że nie ma się co śmiać i uogólniać. A jak ktoś nie wierzy, to niech klika, powiększa i sam czyta.
piątek, 3 października 2008
Ebay
Dopiero niedawno zaczęłam zabawę w kupowanie na Ebayu. Nie jakieś wielkie szaleństwa, kilka stempelków w cenach ulubionych, czyli niskich. Niektóre są unmounted, czyli same gumki. Dowiedziałam się jednak, co z nimi zrobić: skleić kilka warstw foamcore w kostkę i do tego przymocować stempelek. Foamcore to materiał mniej więcej centymetrowej grubości, przypominający konstrukcyjnie gipsomurek czyli drajło w pongliszu: dwie warstwy kartonu, w środku pianka. Świetnie się składa, że Pisklak właśnie ma kilkucalowe odpadki z budowania swoich Figur na zajęcia z architektury, w sam raz się wykorzysta.
Dzisiaj mamy randkę z Pisklakiem w sklepach kraftowych: będziemy kupować brystol, foamcore właśnie oraz museum board - taki sztywny karton, mniej więcej milimetrowej grubości. Oraz "taki klej" czyli Tacky Glue.
O Ebayu jeszcze chciałam powiedzieć to, że człowiek cieszy się jak głupi, że coś tam niby "wygrał", jakby miał za darmo dostać, a po sekundzie orientuje się, że właśnie ma zapłacić za tę przyjemność. Bardzo podstępna jest ta idea wygrywania czegokolwiek na aukcjach.
I have just recently started purchasing items on Ebay - nothing significant, just a few stamps at my favorite, low prices. Some of them are unmounted, so I will need to create foamcore cubes to attach them. Just in time, The Younger Unit has produced some leftovers from the models he is making for his architecture class.
We have a date today with TYU - we'll be meandering through local craft stores in order to obtain foamcore, bristol and museum boards, as well as Tacky Glue.
I also wanted to mention a few words about the sneakiness of Ebay purchasing: one is overjoyed about "winning" an item, until a couple seconds later the joy is stifled by the obligation to send over the appropriate funds. Very sneaky, this whole idea of "winning".




Dzisiaj mamy randkę z Pisklakiem w sklepach kraftowych: będziemy kupować brystol, foamcore właśnie oraz museum board - taki sztywny karton, mniej więcej milimetrowej grubości. Oraz "taki klej" czyli Tacky Glue.
O Ebayu jeszcze chciałam powiedzieć to, że człowiek cieszy się jak głupi, że coś tam niby "wygrał", jakby miał za darmo dostać, a po sekundzie orientuje się, że właśnie ma zapłacić za tę przyjemność. Bardzo podstępna jest ta idea wygrywania czegokolwiek na aukcjach.
I have just recently started purchasing items on Ebay - nothing significant, just a few stamps at my favorite, low prices. Some of them are unmounted, so I will need to create foamcore cubes to attach them. Just in time, The Younger Unit has produced some leftovers from the models he is making for his architecture class.
We have a date today with TYU - we'll be meandering through local craft stores in order to obtain foamcore, bristol and museum boards, as well as Tacky Glue.
I also wanted to mention a few words about the sneakiness of Ebay purchasing: one is overjoyed about "winning" an item, until a couple seconds later the joy is stifled by the obligation to send over the appropriate funds. Very sneaky, this whole idea of "winning".




poniedziałek, 29 września 2008
Gloryfikacja kurodomostwa?
Czytam sobie to Rozlewisko, wspomniane kilka wpisów wcześniej i całkiem, całkiem mi się podoba. Takie babskie czytadełko, o uczuciach, o domu, o wybojach życiowych. Jedną z głównych postaci jest Bronia, wzór gospodyni domowej: i przez wojnę jakoś rodzinę przeciągnęła, i po wojnie jakoś zmontowała dom w zrujnowanej chałupie w całkiem innym miejscu, bo ucieczka przed frontem rzuciła rodzinę do zupełnie innego miasteczka. Zdobywała żywność, sprzęty, lepiła gliną dziury w ścianach, malowała, piekła chleb, robiła słomianki do ocieplania, smażyła konfitury, przekopywała sad, zakładała warzywnik, gotowała wedzonki, szyła, haftowała, szydełkowała, leczyła, w międzyczasie przygarniając obce upośledzone dziecko, żywiąc dwójkę biednych dzieciaków z sąsiedztwa i jeszcze pracując w szkolnej świetlicy.
Po pierwsze – jak to możliwe? Czy da się być aż takim tytanem pracy? Czy starcza czasu na to wszystko?
Po drugie: narratorka gloryfikuje ten wszechstronnie zadbany dom, lokalne centrum wszechświata, można powiedzieć. Życie Broni-Kury Domowej było absolutnie potrzebne ludzkości, nie zostało przez te wszystkie przyziemności zmarnowane. Bronia robiła to jednak z radością, twórczo, z miłości do męża i tych wszystkich osób, którymi się zajmowała. I może tu właśnie tkwi różnica między kurodomostwem kręcącym się radośnie jak fryga, które zrzuca na mieszkańców błyszczące drobinki dobrych rzeczy, jak brokat w szklanej kopułce z zimową scenką; a to smaczny obiad, a to fajne ciasto, choinka, ozdóbka, czyste skarpetki – a kurodomostwem pod hasłem „wstawaj, bo tyle jest roboty”. Pierwsze to wspólnota domowego ogniska, drugie – wieczne zalatanie i nerwówka. Ot co.
Rozlewisko (a co to w ogóle jest rozlewisko? Usiłuję sobie wyobrazić...) zainspirowało mnie do działań kurodomowych – do upieczenia ciasta z 37 dkg mąki, do wyprasowania wielkiej góry ciuchów, wypucowania części kuchni. Mam jeszcze w rozumie długachną listę czynności, które będę się starała wykonać... żeby też było ciepło i zadbanie. Ciekawe, na ile mi starczy tego zapału :).
A z trzeciej strony – na znajomym blogu wyczytałam dziś, że pod pręgierz powinno się stawiać ludzi, którzy przedkładają mycie samochodu nad jedno spojrzenie w gwiazdy, na Wielki Wóz :).
Po pierwsze – jak to możliwe? Czy da się być aż takim tytanem pracy? Czy starcza czasu na to wszystko?
Po drugie: narratorka gloryfikuje ten wszechstronnie zadbany dom, lokalne centrum wszechświata, można powiedzieć. Życie Broni-Kury Domowej było absolutnie potrzebne ludzkości, nie zostało przez te wszystkie przyziemności zmarnowane. Bronia robiła to jednak z radością, twórczo, z miłości do męża i tych wszystkich osób, którymi się zajmowała. I może tu właśnie tkwi różnica między kurodomostwem kręcącym się radośnie jak fryga, które zrzuca na mieszkańców błyszczące drobinki dobrych rzeczy, jak brokat w szklanej kopułce z zimową scenką; a to smaczny obiad, a to fajne ciasto, choinka, ozdóbka, czyste skarpetki – a kurodomostwem pod hasłem „wstawaj, bo tyle jest roboty”. Pierwsze to wspólnota domowego ogniska, drugie – wieczne zalatanie i nerwówka. Ot co.
Rozlewisko (a co to w ogóle jest rozlewisko? Usiłuję sobie wyobrazić...) zainspirowało mnie do działań kurodomowych – do upieczenia ciasta z 37 dkg mąki, do wyprasowania wielkiej góry ciuchów, wypucowania części kuchni. Mam jeszcze w rozumie długachną listę czynności, które będę się starała wykonać... żeby też było ciepło i zadbanie. Ciekawe, na ile mi starczy tego zapału :).
A z trzeciej strony – na znajomym blogu wyczytałam dziś, że pod pręgierz powinno się stawiać ludzi, którzy przedkładają mycie samochodu nad jedno spojrzenie w gwiazdy, na Wielki Wóz :).
sobota, 29 marca 2008
eko-notka, cała zielona
W pracy rozmawialiśmy wczoraj o dzisiejszym wyłączaniu światła. Jak zwykle wsadzam kijki w mrowisko, bo w takich ekologicznych gadkach najczęściej okazuje się, że jeśli zaoszczędzimy coś na jednym końcu, to na innym dzieje się coś, co to zaoszczędzenie likwiduje. Przykład - pakujemy zakupy do płóciennych toreb... ale w czym zbieramy śmieci? (U nas na osiedlu jest zarządzenie, że śmieci nie mogą być wyrzucane luzem.) Lecimy do sklepu i kupujemy worki-śmieciorki!
Inny przykład: jeździmy autami-hybrydami. No i pięknie, ale przecież energia w akumulatorach też się nie bierze z powietrza, a poza tym po pewnym czasie zostaje całe mnóstwo zużytych akumulatorów, dość ciężkich do zutylizowania.
Jedyne rozwiązanie to po prostu nie zużywać: gasić światło w nieużywanych pokojach, nie marnować papieru, brać krótsze prysznice. Podobna rozmowa była wczoraj.
Kelly: Jak to fajnie, jutro oszczędzamy prąd, pomożemy ziemi!
szkieukowa: No ale jak wszyscy włączą świeczki, to się dopiero nasmrodzi i gazów szkodliwych narobi!
K: Fakt... szkoda, że takiej godziny bez prądu nie zarządzą w lecie, bo wtedy nie musielibyśmy siedzieć w ciemnościach.
Sz: No ale... jeśli jest jasno i światła się nie świeci, to ciężko wtedy zaoszczędzić prąd przez niewłączanie światła...
[koniec rozmowy - zrobiło się absurdalnie.]
Myślę więc, że dzisiejsza akcja miała wymiar symboliczno-uświadamiający, a realne oszczędności były znikome. Nawet jak ktoś laptopa z gniazdka na ten czas wyłączył i jechał na baterii, to się nie ma co cieszyć, bo prąd i tak zużywał.
Zielony Komitet na zakładzie rozmyśla, jakby tu pomóc Ziemi w kwietniowe święto ekologii. Jeden pomysł jest taki, żeby zrobimy ściepkę, kupimy drzewo i zasadzimy je gdzieś przy redakcji. No i dobrze, o ile będą osoby, które zajmą się jego podlewaniem... A ja wymyśliłam dziś i zaraz w poniedziałek Komitetowi zapodam, że moglibyśmy się skrzyknąć w grupę i podłączyć się do akcji zbierania śmieci w okolicznych parkach i na szlakach turystycznych.
Inny przykład: jeździmy autami-hybrydami. No i pięknie, ale przecież energia w akumulatorach też się nie bierze z powietrza, a poza tym po pewnym czasie zostaje całe mnóstwo zużytych akumulatorów, dość ciężkich do zutylizowania.
Jedyne rozwiązanie to po prostu nie zużywać: gasić światło w nieużywanych pokojach, nie marnować papieru, brać krótsze prysznice. Podobna rozmowa była wczoraj.
Kelly: Jak to fajnie, jutro oszczędzamy prąd, pomożemy ziemi!
szkieukowa: No ale jak wszyscy włączą świeczki, to się dopiero nasmrodzi i gazów szkodliwych narobi!
K: Fakt... szkoda, że takiej godziny bez prądu nie zarządzą w lecie, bo wtedy nie musielibyśmy siedzieć w ciemnościach.
Sz: No ale... jeśli jest jasno i światła się nie świeci, to ciężko wtedy zaoszczędzić prąd przez niewłączanie światła...
[koniec rozmowy - zrobiło się absurdalnie.]
Myślę więc, że dzisiejsza akcja miała wymiar symboliczno-uświadamiający, a realne oszczędności były znikome. Nawet jak ktoś laptopa z gniazdka na ten czas wyłączył i jechał na baterii, to się nie ma co cieszyć, bo prąd i tak zużywał.
Zielony Komitet na zakładzie rozmyśla, jakby tu pomóc Ziemi w kwietniowe święto ekologii. Jeden pomysł jest taki, żeby zrobimy ściepkę, kupimy drzewo i zasadzimy je gdzieś przy redakcji. No i dobrze, o ile będą osoby, które zajmą się jego podlewaniem... A ja wymyśliłam dziś i zaraz w poniedziałek Komitetowi zapodam, że moglibyśmy się skrzyknąć w grupę i podłączyć się do akcji zbierania śmieci w okolicznych parkach i na szlakach turystycznych.
wtorek, 18 marca 2008
Męczennictwo
Nie znam się zbyt głęboko na tematyce polityczno społecznej i grzebanie w niej nie należy do moich ulubionych zajęć. Takoż i na blogasku niniejszym nie ruszam takich spraw. Dzisiaj jednak sprowokowała mnie historyjka ogłaszana z hukiem na kilku, co najmniej, portalach, a mianowicie jak to amerykańska stacja telewizyjna nabija się z Donalda T.
Poszło o to, że w programie satyrycznym Saturday Night Live, w którym kpi się ze wszystkiego, prezenterka parodii wiadomości zapodała następującą informację:
“Poland's prime minister, Donald Tusk, visited President Bush in Washington this week to discuss modernizing the Polish military. Specifically, replacing all the screen doors on Polish submarines".
No i zrobiło się wielkie larum, że Amerykanie są okropni i wstrętni, bo kpią sobie z naszego Tuska, że chce – według tłumaczenia na wspomnianych portalach – modernizować armię poprzez wymianę moskitier w łodziach podwodnych. Grzebnęłam więc w necie, chcąc zgłębić zagadnienie i naturę moskitierowego żartu.
Zacznę od tego, że od razu widać kołkowatość osoby, która rozpętała burzę – bo odkąd to pisze się „moskitierów”??? O ile mi wiadomo, moskitiera jest rodzaju żeńskiego. Jeśli więc ktoś tak strasznie patriotycznie się oburza, to niechaj się najpierw swojego ojczystego języka nauczy.
Po drugie, nie jestem przekonana, że screen doors to akurat moskitiera. Screen doors to drzwi z siatką, montowane na zewnątrz zwykłych drzwi, zapobiegające wlatywaniu owadów do domu, więc niby jakieś pokrewieństwo z moskitierą jest. Ale chyba dalekie. Ha, a może screen doors tłumaczy się właśnie na MOSKITIER?
Wedle Wikipedii moskitiera to mosquito net. A prostego odpowiednika screen doors może nie ma, bo w Polsce się takowych nie używa (a szkoda).
Po następne: wyrażenie „screen door on a submarine” to określenie kogoś czy czegoś absolutnie zbędnego, a jednocześnie dowcip stosowany, jak przypuszczam, podobnie jak nasze „weź wiaderko i przynieś dwa litry prądu”, czy coś w tym rodzaju. Żarcik idzie nawet dalej, przekształacając się w dłuższe stwierdzenie: „Na łodziach podwodnych nie ma screen doors, bo nikt nie wie, jak zamontować je na drzwiach obrotowych”. Których, jak zapewne wszystkim wiadomo, na łodziach podwodnych również się nie stosuje – z oczywistych powodów. [The new Ohio-class SSGNs definitely don't have screens, because they can't figure out how to fit them over the revolving doors.]
Tak, że wykorzystano ten koncept w parodii wiadomości w programie satyrycznym, gdzie nie oszczędza się nikogo – ale przykładowo amerykańscy politycy osobiście się w tym programie pojawiają, wchodzą w interakcje ze swoimi „sobowtórami” parodiującymi ich w cotygodniowych skeczach, sami z siebie się śmieją. Nikomu kapelusz z głowy nie spada, a spotkałam się nawet z opinią, że pojawienie się w treści SNL uważane jest za zaszczyt, bo jest to program z kilkudziesięcioletnią tradycją itp.
Polacy jednak muszą się obrazić, rozdmuchać rzecz do rozmiarów międzykontynentalnego skandalu, trąbić wszem i wobec, że oto nastąpił niemalże zamach stanu. I dlatego nie sądzę, że przestanie się opowiadać Polish jokes, bo nawet jeśli same w sobie nie są śmieszne, to nasza reakcja może dostarczyć niezłej rozrywki.
Tyle. Wyluzujmy trochę. Albo powalczmy o rzeczy, które są warte zachodu, a nie machajmy metaforyczną szabelką wrzeszcząc, że znowu nas ktoś obraził.
Koniec manifestu :)
Poszło o to, że w programie satyrycznym Saturday Night Live, w którym kpi się ze wszystkiego, prezenterka parodii wiadomości zapodała następującą informację:
“Poland's prime minister, Donald Tusk, visited President Bush in Washington this week to discuss modernizing the Polish military. Specifically, replacing all the screen doors on Polish submarines".
No i zrobiło się wielkie larum, że Amerykanie są okropni i wstrętni, bo kpią sobie z naszego Tuska, że chce – według tłumaczenia na wspomnianych portalach – modernizować armię poprzez wymianę moskitier w łodziach podwodnych. Grzebnęłam więc w necie, chcąc zgłębić zagadnienie i naturę moskitierowego żartu.
Zacznę od tego, że od razu widać kołkowatość osoby, która rozpętała burzę – bo odkąd to pisze się „moskitierów”??? O ile mi wiadomo, moskitiera jest rodzaju żeńskiego. Jeśli więc ktoś tak strasznie patriotycznie się oburza, to niechaj się najpierw swojego ojczystego języka nauczy.
Po drugie, nie jestem przekonana, że screen doors to akurat moskitiera. Screen doors to drzwi z siatką, montowane na zewnątrz zwykłych drzwi, zapobiegające wlatywaniu owadów do domu, więc niby jakieś pokrewieństwo z moskitierą jest. Ale chyba dalekie. Ha, a może screen doors tłumaczy się właśnie na MOSKITIER?Wedle Wikipedii moskitiera to mosquito net. A prostego odpowiednika screen doors może nie ma, bo w Polsce się takowych nie używa (a szkoda).
Po następne: wyrażenie „screen door on a submarine” to określenie kogoś czy czegoś absolutnie zbędnego, a jednocześnie dowcip stosowany, jak przypuszczam, podobnie jak nasze „weź wiaderko i przynieś dwa litry prądu”, czy coś w tym rodzaju. Żarcik idzie nawet dalej, przekształacając się w dłuższe stwierdzenie: „Na łodziach podwodnych nie ma screen doors, bo nikt nie wie, jak zamontować je na drzwiach obrotowych”. Których, jak zapewne wszystkim wiadomo, na łodziach podwodnych również się nie stosuje – z oczywistych powodów. [The new Ohio-class SSGNs definitely don't have screens, because they can't figure out how to fit them over the revolving doors.]
Tak, że wykorzystano ten koncept w parodii wiadomości w programie satyrycznym, gdzie nie oszczędza się nikogo – ale przykładowo amerykańscy politycy osobiście się w tym programie pojawiają, wchodzą w interakcje ze swoimi „sobowtórami” parodiującymi ich w cotygodniowych skeczach, sami z siebie się śmieją. Nikomu kapelusz z głowy nie spada, a spotkałam się nawet z opinią, że pojawienie się w treści SNL uważane jest za zaszczyt, bo jest to program z kilkudziesięcioletnią tradycją itp.
Polacy jednak muszą się obrazić, rozdmuchać rzecz do rozmiarów międzykontynentalnego skandalu, trąbić wszem i wobec, że oto nastąpił niemalże zamach stanu. I dlatego nie sądzę, że przestanie się opowiadać Polish jokes, bo nawet jeśli same w sobie nie są śmieszne, to nasza reakcja może dostarczyć niezłej rozrywki.
Tyle. Wyluzujmy trochę. Albo powalczmy o rzeczy, które są warte zachodu, a nie machajmy metaforyczną szabelką wrzeszcząc, że znowu nas ktoś obraził.
Koniec manifestu :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




