Od słodyczy zaczniemy - naprodukowałam szesnaście babeczek w trzech rodzajach. Teraz będą się umieszczały na karteluchach, seryjnie.
A w dziale lekkości mamy dmuchawce (bez wiatru i latawców). Jechałam sobie w środę pod wieczór z lekcji i natknęłam się na taką oto łączkę przy rowie:
Nie dało się nie zatrzymać, a że miałam w torebce aparat i resztki prądu oraz miejsca w pamięci wewnętrznej (bo się baterii nie naładowało, a karta została w domciu) - pstryknęłam parę zdjęć. Na poniższym bardzo mi się podobają kolorowe refleksy na kłaczkach i w ogóle całość, jak to w tym zniżającym się słoneczku wyszło, ale jest też i niestety wypalona plama.
A tu mamy analizę w normalniejszej kolorystyce - aż dziwne, że moja pstrykawka w prawie tej samej chwili zrobiła tak odmienne zdjęcia!
...ale nastąpił moment serendipity – przez przypadek zrobiłam sobie zdjęcia w sporej rozdzielczości i kiedy je zaczęłam fotoszopować celem przygotowania na niniejszy blogasek, zobaczyłam takie coś (warto powiększyć!)
Wygląda toto jak oścista wełna z jakiegoś barana, albo innego zwirza, pofarbowana na szalone kolory... a to moja gaza, którą męczę od jakiegoś czasu, poddając moczeniu w substancjach mniej i bardziej przeznaczonych do szmatek. Powyższe odcienie powstały z barwników spożywczych, takich prosto z buteleczki kapanych na mokrą gazę. A oto karteczki, z których pochodzą te powiększenia, coby widać było skalę zjawiska :)
Pojechaliśmy sobie dziś do Downtown - głównie celem obejrzenia Wielkiej Choinki, która to choinka w tym roku jest skromniejsza, niż w latach poprzednich, ale trudno.
Koło choinki jest szopka sponsorowana przez organizację "Keep Christ in Christmas", czyli ludzi przypominających wydarzenia, jakie świętujemy.
Tuż obok jest Chicago Temple - drapaczochmur-kościół, należący do metodystów.
Na jego ścianie jest seria witraży przedstawiających historię zboru metodystów w Chicago, łącznie na przykład z transportem przez rzekę kościoła z drugiego brzegu.
Na parterze jest główna sala kościoła z pięęęęknymi witrażami, które niestety nienajlepiej wyszły nam na zdjęciach. Za to zagadał do nas naczelny pastor (który zresztą mieszka na górnych piętrach tego wieżowca). Zapytałam, czy dałoby się dostać do Sky Chapel, do maleńkiej kapliczki na szczycie budynku, na co pan odrzekł, że bardzo chętnie, tylko musimy parę minut poczekać.
Zapakowaliśmy się razem z pastorem i jeszcze trójką innych zwiedzających (małżeństwo Amerykanów z Teksasu, którzy, o dziwo, byli kiedyś w Krakowie i bardzo im się podobało) do niewielkiej windy przypominającej konfesjonał :)
Nie był to jednak koniec jazdy, bo potem pastor przeprowadził nas przez chudy korytarz i wąskie schodki, należące już do jego prywatnych apartamentów, po czym zapakowaliśmy się do NAPRAWDĘ tyciej windy.
Ta winda wywiozła nas niemal do kapliczki - te okienka na samej górze, z małym ząbkiem, to właśnie to pomieszczenie. Jeszcze jeden korytarzyk, jeszcze jedne zakręcone schodki...
...i stanęliśmy w Sky Chapel, około 130 metrów nad poziomem ulicy. Miejsca tam jest na jakieś trzydzieści osób, jedyne dekoracje to Chrystus patrzący na Chicago (!) oraz seria witraży ukazujących najważniejsze wydarzenia z Biblii i historii kościoła metodystów.
Tu przykładowo mamy historie z czasów Mojżesza - płonący krzew, wodę, która wytrysnęła ze skały i złotego cielca ulany przez Izraelitów.
Dwa malutkie okienka się otwierają i widać z nich kramiki i choinkę z pierwszego zdjęcia :) (Za tym pinaklem mniej więcej na środku dolnej części.)
Byliśmy już pełni wrażeń, ale jeszcze zatrzymaliśmy się na Montrose Beach, gdzie Michigan wylewa się z brzegów (i zamiast bałwanów śniegowych w tę deszczystą pogodę napotkaliśmy bałwany faliste.)
I na koniec jeszcze był rzut oka na Czwarty Kościół Prezbiteriański z kolejnymi witrażami (choć już nie tak ciekawymi, jak poprzednie.)
Jednym słowem - serendipity, nieoczekiwane, a radosne odkrycie :)
Część druga niedzielnej wycieczki - serendipity w postaci niespodziewanego brązowego znaku prowadzącego do fortu, a właściwie forciku, bo z całą pewnością był on najmniejszy ze wszystkich oglądanych do tej pory umocnień. Leży sobie owa struktura na wzgórzu, wśród kukurydz, dzikich wiśni i żółcistych traw; nie jest to oryginał, lecz replika powstała kilkanaście lat temu. Towarzystwo historyczne z miasteczka Elizabeth chciało odbudować ten zabytek, który po wojnach indiańskich został rozebrany, a drzewo wykorzystano na stodołę (widać w czasach względnego pokoju takie było zapotrzebowanie.) Zaproszony archeolog dogrzebał się do fundamentów fortu, a dla pewności znalazł też śmietnik :). Towarzystwo historyczne uruchomiło odbudowę, a teraz przez cały sezon mniej więcej co dwa tygodnie mają tam miejsce ciekawe rzeczy, jak choćby demonstracja dawnych czynności, na co i nam udało się trafić. Wciągnięto mnie do robienia świec w kociołku nad ogniem :) T nic nie wytworzył, ale za to latał z aparatem, pstrykał zdjęcia i kręcił film małego zespołu muzycznego koncertującego zapamiętale w fortowej wieży. The second part of Sunday's trip - serendipity, or the Apple River Fort State Historic Site. It's a replica of the fort from Black Hawk War times, where on many weekends the volunteers present a variety of activities from ye olde tyme. I got to make candles by dipping a string in a kettle over a fire :) T didn't produce any artefacts, but he walked around taking photos and recording videos of the ansamble playing merrily in the fort tower.
Druga historyjka wiąże się z zakupami w Joann Fabric. Otóż wizyta w tym kraftowym supermarkecie w czasie lanczu w ostatni dzień kuponu 50% zniżki na dowolny produkt, NIE jest dobrym pomysłem. Wpada na niego powiem jakieś milion-piencet krafciarek z całej okolicy i tworzy tasiemcowe koleje do przycinania szmatek i koronek, a potem do kasy.
Miałam sobie nabyć bawełnianą koronkę, ale pomimo pobrania numerka w przycinaniu poddałam się po kilku minutach czekania, kiedy to kolejka ani drgnęła, a za to przyjrzałam się dokładnie licznym belom materiału i szpulkom pasmanterii, jakie dzierżyły przedstojące. Oraz porozmawiałam z piegowatym rudzielcem w średnim wieku, który trzymał pod pachą wielką rolkę czarnej dermy i brzęczał, że gdyby wiedział, iż przyjdzie mu stać w ogonku z dwudziestoma kobietami, to przyszedłby do sklepu o zupełnie innej porze.
W drodze do kasy przeleciałam przez dział guzików i zatrzymałam się z piskiem przy dwóch pudełkach pełnych kolorowej rozmaitości. Mniam! Ceny nie było, ale myślę sobie - z kuponem 50% może nie będzie więcej, niż piątka... zobaczę. I wiecie, co się okazało? Że te pudełka też są na przecenie i że za dwa pięćdziesiąt dostaje się caaaaałą górę radochy! Pysk mnie się był rozśmiał, rozpakowałam pudełko jeszcze w aucie, na czerwonym świetle. A w domu posortowałam sobie guziczki na maleńkie, większe, kształtowe i niezwyczajne. No i odłożyłam osobno guziołki zbliżone kolorystycznie do abudowy komputera.
I went to Joann Fabrics to get some cotton lace and take advantage of the 50% off coupon... but the giant lines to the cutting table made me give up. Instead, I came across a discounted box of mixed buttons... Such joy! I opened the container still while driving back from the store :D And at home sorted the tresures into groups.
Byliśmy wczoraj na fantastycznej wycieczce w Wisconsin - na Fall Art Tour w okolicach miejscowości Spring Green. Impreza polega na tym, że w jeden z październikowych weekendów okoliczni artyści otwierają swoje studia dla publiczności, co łączy się (dla nich) ze sprzedażą dzieł, a dla nas - z superciekawymi demonstracjami. Dodać trzeba, że pogoda była cudna, jesienna i kolorowa, i że był też całkiem nieoczekiwany plusik-bonusik: otóż studia owe mieszczą się w bardzo ciekawych budynkach: a to stary kościół, a to browar, a to była stacja benzynowa, skład serów :), albo domy - ale stare i pełne niezwykłej, magicznej atmosfery. Przedstawiam zatem zdobycze, a zarazem moje prezenty urodzinowe: kubek na kawę wyprodukowany w starym browarze, opisanym poniżej, oraz drewnianą śnieżynkę zakupioną na pierwszym artystycznym przystanku, u Pani Jury zajmującej się w starym składzie serów wyrobem papieru z bawełny i lnu.
Przed udaniem się na Art Tour pojechaliśmy w naturę i historię, do Tower Hill State Park (mapka w formacie pdf). Jest to klif nad rzeką Wisconsin, gdzie wybudowano niegdyś śrutownię. Miejsce nadawało się znakomicie, gdyż produkcja śrutu polega na laniu roztopionego ołowiu do głębokiej dziury; podczas spadania ołów się schładza i formuje kuleczki.
Poniższa rycina pokazuje, jak to wyglądało: na górze budka z płynnym ołowiem (dostarczano go z okolicznych kopalń), następnie szyb - częściowo na zewnątrz skały, częściowo w niej wydłubany. Na dole tunel do dna owego szybu, domek, gdzie sortowano śrut, oraz mała przystań, gdzie produkt ładowano na łodzie i transportowano w świat.
Oto widok ze szczytu wzgórza:
Na dole mamy wejście do tunelu:
Rzeka u podnóża klifu.
Jesienna wędrówka Tomasza po lesie.
Jeśli zaś chodzi o studia artystów, to zwiedziliśmy ich kilka i można będzie o tym opowiadać cały tydzień. Dziś zacznę od Brewery Pottery, gdzie nawet nie zamierzaliśmy jechać, tylko nam się trochę źle skręciło (punktów do zwiedzania jest prawie 30, więc objechanie ich w jeden dzień raczej nie jest możliwe.) A tu - serendipity! Poczynając od tego, że sam budynek jest kapitalny:
Wewnątrz - mnóstwo ciekawych przedmiotów: ceramika, szkło, metal, papier, mydło... A w centrum tego wszystkiego bardzo miła artystka demonstrująca koło garncarskie. Toż ja tyle czasu marzyłam, żeby coś takiego na żywo zobaczyć, a tu znienacka mi się marzenie spełniło!
Człowiek wędruje sobie z jednego pomieszczenia do drugiego, ogląda, dotyka, wącha... Na koniec znajduje salkę pełną ceramicznego bałaganu, a na samym środku piec do wypalania. I mozna podejść, dotknąć wszystkiego, wsadzić nos... piękna sprawa!
Na koniec mamy jeszcze mały filmik "jak to z gliną było".
PS. PANIC MODE!
Kupiłam bilet do Polski... na za trzy i pół tygodnia. Ajajaj! Zagapiłam się totalnie z tym wyjazdem. Przed tym dniem trzeba: zrobić zakupy prezentowe, zakupy ciuchowe (nie mogę wyglądać w tej Polsce jak łachmyta), zaklepać wizytę u dentystki w Polsce, polecieć tu do fryzjera (patrz nawias o łachmyckim wyglądzie), skończyć album dla Marcelego, przygotować zdjęcia i bazę do albumu rodzinnego (poskleja się w Polsce albo w samolocie, o ile będzie się kleiło taśmą dwustronnie lepną), zrobić stertę kartek świątecznych na kiermasz w redakcji, jak również pomyśleć o kartkach prywatnych... rrrrety! A listy zadań do wykonania w pracy nawet mi się nie chce pisać...