Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Izrael/Jordania 2015. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Izrael/Jordania 2015. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 czerwca 2015

15:52. zdjęć z Izraela część druga

...a części będzie pewnie ze cztery albo pięć.

Israel/Jordan 2015 (2)

Czas umyka, tyle fajnych/ciekawych/potrzebnych rzeczy do zrobienia... w niedzielę przeczytałam ponad jedną książkę i jakieś mnie z tej przyczyny opadły wyrzuty sumienia, bo przecież należałoby się zająć czymś pożytecznym. Ha, wszystko przez Kindelka i nieustające pokusy darmowych książek z Amazonu :)

Ale teraz zrobiłam sobie poważną listę i podejmuję starania, by tak się nie obijać.

czwartek, 4 czerwca 2015

15:50. gmalim czyli wielbłądy

Podróżnie dziś znowu, bo przecie nie będę zużywać internetu na narzek-posty o niezorganizowaniu ludzi i nieosotaniu... takie mi właśnie myśli chadzają po głowie, nawet w nocy i spać wtedy nie można.

Po co jednak i tu sobie o kłodach takich przypominać... lepiej pomyśleć o przyjemnościach; na przykład o tym, że się skończyło pierwszy Picasowy odcinek sprawozdania z Jordanii i Izraela:

Israel/Jordan 2015 (1)

Niedawno na FB pojawiło się kapitalne zdjęcie wielbłądów; jeśli przyjrzeć się z bliższa, to ciemne figurki są jedynie cieniami, natomiast rzeczywiste zwierzęta widoczne są jedynie jako jasne kreseczki:


A skoro o wielbłądach mowa... przywodzą na myśl arcyprzyjemne wspomnienia z wyprawy. Po pierwsze - serendypia w Jordanii, kiedy zjeżdżając z Góry Nebo nad Morze Martwe natknęliśmy się na stado kilkudziesięciu zwirzów. Oczywiście koniecznie trzeba było wysiąść, pooglądać, sfocić, zobaczyć, że taki wielbłąd wcina ostropate osty i chyba tak lubi, nic mu się najwyraźniej nie dzieje.

A na koniec jeszcze zapłaciło się wielbłądzim pasterzom butelkami z wodą :)


Drugim bardzo wielbłądzim miejscem była Petra, gdzie spełniło się moje marzenie JECHANIA na takim zwierzaku. Jazda spoko, ale początek i koniec to inna sprawa - okręt pustyni przechyla się jak podczas ogromnego sztormu :)


No i jeszcze Wadi Rum na koniec - taki sobie wielbłąd luzem, bez niczyjego nadzoru, i w przepięknej scenerii rodem z "Lawrence of Arabia". Egzotyka.


A w następnej kolejności - wycieczka o wiele mniej egzotyczna, ale też ciekawa: Jezioro Górne i Michigan (Upper Peninsula) na długi weekend czwartego lipca. Bo w Ameryce też bywają długie weekendy :) Planowanie wyprawy odbywa się w linkach po prawej.

piątek, 15 maja 2015

15:43. o świcie na górze Nebo

T zabrał się dość znienacka za wymianę podłogi w sypialni, co wiąże się z megastresem wynikającym z konieczności przebrnięcia przez sterty książek (wszak podłogi nie wymienisz bez przestawienia półek z tymiż) i WYRZUCENIA coponiektórych. Połowa mojej osoby znakomicie rozumie, że to krok we właściwym kierunku, bo przestrzeń mamy ograniczoną - T kusi na dodatek perspektywą pustego metrażu na półkach (no, może raczej centymetrażu), który będzie można zagracić NOWYMI książkami. A juści.

Druga połowa szkieuki morduje się jednak emocjonalnie z tym procesem, wobec czego wracam myślami na jordańskie pustkowia, na górę Nebo, i dodaję komentarz do obecnego zdjęcia tytułowego, stamtąd właśnie. Piękne to było miejsce, na którym zjawiliśmy się przed świtem, by oglądać wschód słońca... i patrzeć jak Mojżesz na dolinę Jordanu i gdzie tylko oko sięgnie. Sięgnęło i do Morza Martwego, widocznego bladym paskiem na poniższym zdjęciu, i patrzyło też pod nogi, na kolorową roślinność praktycznie pustynną. Z daleka niby nic, a jednak zielsko jest.

Co ciekawe, jakimś cudem pożywienie na tych wzgórzach znajdują owce i kozy - fakt, nie wszystko jest takie kolczaste, jak dzisiejsze zdjęcia (wybrałam co atrakcyjniejsze kształty), ale i tak występuje w minimalnych ilościach. A zwirze jakoś jedzą.








środa, 13 maja 2015

15:42. jordańskie zdjęcie z historyjką


Ponieważ z wora wspomnień ciężko jest cokolwiek wybrać, a o chronologicznym podejściu do sprawy w ogóle nie ma mowy, zacznę od jednego z moich ulubionych zdjęć i połączonej z nim serendypii. Rzecz działa się w Wadi Rum, po południu, i miał to być dodatek do wędrówek po niezapomnianej Petrze. Przejechaliśmy odcinek autostrady na południe, ku Akabie (choć z tą autostradą tak naprawdę nie wiadomo, bo czy kwalifikuje się, jeśli chodzi po niej trzoda, a kierowcy nie do końca przestrzegają kierunku jazdy?), potem jeszcze trochę chudszą drogą ku samej wiosce.

W wiosce urzekły nas widoki, przepiękne, pustynne skały - ale nie mieliśmy zbytnio czasu ich oglądać, bo zgarnęli nas od razu nagabywacze. "Czemu chcecie sami tu gdzieś chodzić? Czemu nie pojedziecie dalej, do centrum? A może wyprawa jeepami po pustyni?"

Jeepy kosztowały coś po czterdzieści dolarów od łebka, czego nie mieliśmy w planach budżetowych - w ogóle w żadnych planach zresztą. Zdecydowaliśmy, że pojedziemy dalej do wioski, bo od pójścia na szlak odstraszyła nas gromada rzeczonych jeepów czatujących na nieszczęsnych turystów, przez którą trzeba by się przedrzeć w drodze ku skałom. Widoki mijaliśmy cudne, zatrzymywaliśmy się w celach fotograficznych, bo gdzie nie spojrzeć - widokówka. A i wielbłądy się napatoczyły, kilka na wypasie, jeden maszerujący przez drogę.

Na końcu parkowej drogi dotarliśmy do wioski, ale tylko zawróciliśmy i zemknęliśmy z powrotem - tam czaiło się jeszcze więcej jeepów i rozmaitych nagabywaczy. Z jednej strony łatwo to zrozumieć: w Jordanii bida, bo turyści boją się wojny z państwem islamskim (która tak naprawdę nie odbywa się w samej Jordanii), każdy potrzebuje coś zarobić, ale z drugiej strony mamy i my swój budżet i wielce nierozumne byłoby rozwalanie go na samym początku wycieczki. Tak, że uciekliśmy, a panowie przy bramie wjazdowej objęli już swoimi mackami nową parę ofiar, więc obyło się bez pytań.

Niemniej jednak wyjeżdżaliśmy ciut rozczarowani. Wadi Rum nie zawiodło pod względem krajobrazu, ale chyba te namowy przekroczyły pewną granicę przyzwoitości, choćby naszą własną. Sunęliśmy z powrotem na nocleg do Wadi Musa, miasteczka, skąd wchodzi się do Petry, aż tu nagle po prawej stronie napatoczył się pociąg i stacja kolejowa. Wsadzimy nos - czemu nie, czas się nam zwyższa, a pociąg na pustyni to ciekawe zjawisko.

W kilka minut rozczarowanie znikło, bo oprócz pociągu odkryliśmy jeszcze tory zasypane piachem, zmierzające gdzieś w bok - trudno powiedzieć, czy to miała być bocznica, czy może cała osobna linia kolejowa. Żeby było jeszcze ciekawiej, wpadliśmy przy okazji w dość wietrzną pogodę, która przemieszczała piach na wydmie zasypującej rzeczone torowisko. Cudo! Zdjęć natrzaskaliśmy bez liku, może więcej pojawi się tu kiedy indziej... a dziś tylko jedno, całe ociekające wspomnieniami. Mniam.

środa, 15 kwietnia 2015

15:39. niespodzianka kolorystyczna

Z jednej strony, to trudno byłoby sobie wyobrazić lepsze warunki na zakładzie do przebycia przedurlopowego tygodnia. Jesteśmy akurat między wydaniami, więc nie wpada mi na głowę zylion emaili. Szparag w Hiszpanii na targach, takoż i trzy piąte reklamowej drużyny. Pozostałe dwie piąte dzielą się między wizytę w Australii i Singapurze a pracę z domu z przyczyny zapalenia płuc. Cisza więc błoga, nikt nie zawraca głowy i nikt nie KASZLE, co w zeszłym tygodniu było sporym problemem. Mogę sobie ciupać zadane sprawy ciach ciach jedną po drugiej.

Z drugiej strony jednak ciężko o wszystkim pamiętać. Piętnaście zadań poszło dobrze, o szesnastym się zapomniało. Ale to nic, można nadrobić.

A czasem wpadają niespodzianki. Zakupiłam sobie ładny szal do wiązania w tej całej Jordanii na głowie. Kolorki znakomicie komponujące się z pustynnym ubarwieniem większości odzieży, jaką zabieram - bordo i łagodna żółć wpadająca w beż. Postanowiłam szmatkę wyprać,bo to ze Sklepu Drugiej Szansy. Całe szczęście, że nie wpadło mi do głowy wrzucenie jej do pralki z czymkolwiek innym!

Po zanurzeniu szala woda natychmiast przybiera kolor barszczu, nic, tylko uszka dorzucić. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam do czynienia z czymś tak wściekle farbującym - możliwe, że były to tanie chińskie podkoszulki z targowiska jeszcze przed wyjazdem z Polski, ze dwie dekady temu :) Pustynny brązik znikł, zastąpiony... różowinką. Tak, różowinką. Bordo oczywiście trzyma się znakomicie. Jeśli spadnie deszcz, to gotowe mi przeleźć na włosy.

Co więcej, w krótkiej chwili między praniem a płukaniem owo bordo zdołało zafarbować conieco owej różowości w sposób plamisty. Na szczęście trochę się wypłukało, a po pół godzinie na balkonie widzę, że plamy nie są jakieś bardzo widoczne. Szal i tak będzie w większości zwinięty i skręcony, więc nie sądzę, że będzie to miało znaczenie.

Kto jednak wyprodukował takiego siarczystego bubla? Amerykanie generalnie nie są przyzwyczajeni  do tego, że coś może farbować, więc naprawdę może ich spotkać przykra niespodzianka...


poniedziałek, 30 marca 2015

15:35. testów ciąg dalszy

Co do spraw ocznych, wiem już że:
  • kontakty dwuogniskowe - mowy nie ma; widzę dobrze tylko w ograniczonej odległości, nawet rejestracja samochodu przed maską jest już trochę zamazana. Na dodatek bardzo niedobrze jest mi w nich na zewnątrz nawet przy lekkim słońcu i w ogóle oczy bolą nawet wewnątrz. Co ciekawe, ŚWIETNIE widzę w nich rozmówcę - wszystkie pory na pyszczydle :) Ale na tym to akurat nie bardzo mi zależy.
  • kontakty zwykłe 3.00 - na odległość jako tako, czytanie - szczególnie małych literek i w kiepskim świetle - bardzo niefajnie. Przypomina mi się wieczorna jazda w Kostaryce, gdzie próbowałam czytać mapę przy samochodowym kinkiecie i wszystko było tak zamazane, że zdawało mi się, iż kontakty w ogóle wypadły mi z ocząt.
  • kontakty zwykłe 2.75 - nadal w fazie testów - prawdopodobnie będzie to najlepsze rozwiązanie podróżne.
  • paczauki najzwyklejsze szklane 3.00 i 2.75 - najlepsze rozwiązanie na codzienne działania: na odległość i w biurze dobrze, zdejmujemy do czytania (szczególnie Kindla).

Przetestowałam też w tygodniu bluzkę na spotkanie z Żydami mesjańskimi, gdzie trzeba się ubrać skromnie i niejako po żydowsku. W niedzielę zbadałam całość stroju - może być. Z ciekawości poeksperymentowałam też wczoraj wieczorem z zawojem na głowę czyli tichel - nie jest to zbyt skomplikowane i nawet posiadam szal, z którego można zmontować całkiem niezłe nakrycie głowy.

No i nauka/sprawdzanie hebrajskiego - kursywka. Mam listę słówek napisanych alfabetem kwadratowym oraz kursywą - przepisuję zatem kwadraty kursywą i sprawdzam potem, czy dobrze.

Źródło

Widzę pewne problemy z rzadko używanymi literkami oraz z kilkoma, które piszą mi się w lustrzanym odbiciu. Odczuwam też pewne zamieszanie wynikające z wariantów - bo mam w tej chwili co najmniej trzy wersje zawijasków z różnych źródeł i każda jest trochę inna; co niby jest normalne, bo podobnie byłoby z europejskim alfabetem, ale jednak mąci.

Przekładanie kwadratowego na kursywę mam już więc względnie opanowane (chyba wskrzesiło się to, co umiałam dwa lata temu, bo niemożliwe, żebym w dwa dni spamiętała ponad trzydzieści znaczków). Kolejnym etapem będzie ćwiczenie czytania tychże zawijasków, do czego muszę sobie najpierw napisać kilka tekstów, bo nie mogę trafić na takowe w internetach.

W następnej kolejności koniecznie muszę się zagłębić w czasowniki. Mam pewien plan - zrobię sobie najsampierw układankę z jakimś podstawowym czasownikiem: rozmieszczanie karteczek z poszczególnymi formami w kratkach osobowo-rodzajowo-czasowych. To mi da generalną orientację w końcówkach. Potem będzie się pod to podłączało podstawowe czasowniczki.

czwartek, 26 marca 2015

15:34. żelazeczko, czyli w stronę glampingu i inne testy

Testowałam wczoraj żelazeczko zakupione w celach podróżnych. Chcielibyśmy w Izraelu wyglądać dość przyzwoicie, a nie ma gwarancji, że hotele zapewnią prasowanie, więc T zamówił malutkie bejbi żelazko.



Wyprasowałam wczoraj kilka sztuk i żelazeczko spisuje się znakomicie. Nawet biała bawełniana koszula z zakładeczkami i falbaneczkami wyszła całkiem przyzwoicie.

Niniejszym przemieszczamy się w stronę glampingu, czyli glamour camping - gdzie niby śpi się w namiocie, ale ma się wszelakie wygody, na przykład jacuzzi albo łazienkę. To w sumie żart, bo nie sądzę, żebyśmy ciągnęli żelazko w dzicz, gdzie rzadko bywa taki intensywny prąd. Nasza mała elektrownia samochodowa, podłączana do zapalniczki, daje radę przy laptopie, ładowarce do baterii-paluszków, przy namiotowej lampie, przy różnych rzeczach łączonych przez USB - ale żelazko jednak wymaga gęstego prądu i auto tyle aż nie da.

Testowanie trwa też na froncie laszon ha-kodesz, czyli hebrajskim. Przebijam się przez gromady słówek w sposób tematyczny. Odkrywam, że trochę już znam albo prawie znam - śledź to hering, łosoś - salmon, sardynka - sardin, rozmaryn - rozmarin, imbir - dżindżer itd.

Jadę z koksem w postaci karteluszek ze słówkami czyli flashcards - w pudełku po serku już się skończyło miejsce, przejdę chyba do mydelniczki. Na jednej stronie piszę sobie polskie słowo na górze i hebrajską wymowę na dole; na drugiej stronie wyraz hebrajski. W ten sposób mogę się testować na wszystkie strony - zaczynając od polskiego, od hebrajskiego brzmienia albo hebrajskiej pisowni. Jak na razie słówka spamiętuję, ale niedokładnie - szczególnie samogłoski, które w liczbie mnogiej czy statusie constructusie lubią się wymieniać na inne i stwarzać w ten sposób kłopot dla pamięci.

Powtarzam też alfabet "pisany" czy też kursywę - nie wiem nawet, jak się to najbardziej prawidłowo nazywa. Liczę na to, że gdzieś w rozumie siedzą już te połączenia, bo w końcu kiedyś to prawie-że umiałam, tylko przestałam używać i nauka poszła w las. A nie ma się co oszukiwać - bez tego drugiego alfabetu w Izraelu będzie bida, bo pojawia się on nader często w napisach w sklepach i innych potocznych miejscach.

To dość ciekawe zjawisko, bo niektóre litery wyglądają podobnie do polskich, albo nawet całkiem tak samo - tylko trzeba sobie wbić do głowy, że czytają się inaczej. Na przykład kółko, które dl tej pory zawsze przedstawiało o, teraz będzie s. Małe n to teraz będzie ch, ale nie ma się co rozpędzać, bo duże N to będzie m - ale tylko na początku albo w środku wyrazu, bo na końcu trzeba napisać kółko z patyczkiem, ale nie jak nasze a, tylko w lustrzanym odbiciu.

I z jednej strony zjawisko jest już znane - w końcu c po rosyjsku to s, wszyscy wiedzą - ale przyswajanie nowego rozumienia istniejących symboli to dobrowolne mącenie sobie w rozumie. Dobrze, że nie ma przebicia między wszystkimi trzema alfabetami; może ewentualnie niedokończone małe p, które w rosyjskim byłoby r, a w hebrajskim k. (I można by rozwinąć jeszcze ten wątek w kierunku tego, jak względne są litery i że to wszystko to jedna wielka społeczna umowa - i każde społeczeństwo może sobie kółko interpretować według własnego widzimisię.)

I manie dwóch alfabetów to też nic dziwnego - przecież i w naszym zwyczajnym, europejskim, mamy litery duże i małe, które nie zawsze są bardzo podobne. W cyrylicy też. Na dodatek istnieją różne warianty - na przykład a i a z okrągłym brzuszkiem czy g i g. I to dla nas takie oczywiste, nikt się nawet nie zastanawia nad tym faktem.

No i dzisiaj testuję też soczewki dwuogniskowe.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

15:20. בשלושה חודשים בירושלים

Największym wydarzeniem weekendu był niewątpliwie zakup biletów do Izraela i Jordanii - podjęliśmy decyzję, że dorzucamy te kilka dni, choć od razu pojawiają się czkawki, jak choćby taka: z Ammanu do Jerozolimy będziemy się przeprawiać w przedzień izraelskiego Święta Niepodległości, Jom Ha-Acmaut, w związku z czym trzeba się upewnić, jak działa przejście graniczne - czy przypadkiem nie zamyka się wcześniej, jako że 23 kwietnia zaczyna się tam już pod wieczór 22. Pamiętamy, co działo się w sabat w Jerozolimie, jak już w piątek koło czternastej nie szło niczego kupić (w naszym przypadku znaczków pocztowych... a była to najostatniejsza możliwość wysłania kartek!)

No i okazało się, że najbardziej upatrzonych biletów już nie ma, ale nie zmienia to zbytnio życia, bo w drodze powrotnej zamiast przekimywać noc na lotnisku w Ammanie, będzie się trzeba przytulić gdzieś w Tel Awiwie. I wygląda na to, że wykupiliśmy ostatnie lub jedne z ostatnich, jakie były dostępne... chyba że jakoś magicznie dorzucą miejsc.


Podoba mi się również to, że lecimy KRÓLEWSKIMI liniami lotniczymi :) Oraz to, że jedną z części podróży odbędziemy Embraerem, co się ma nijak do niczego, ale niesamowicie podoba mi się brzmienie słowa EMBRAER.

Z innej beczki: z Lili robiłysmy eksperymenty z mgiełkowaniem i pryskaniem. Zrobiłam stronę wzorcową:


Wykorzystałam miodową maskę od Mrouh, która aż prosi się o naszywanie, bo wyznacza piękne sześciokąty. Próbowałam też zrobić własną maskę jednorazową z dziurkacza.


Akurat napatoczył się w niedawnej korespondencji znaczek w skoordynowanych z tłem kolorach, więc poszedł jako dodatek. Pod nim jest białawy pasek demonstrujący spray lekko złocisty, ot tak, dla dodania poświaty.


Odkąd odkryłam brokat+Mod Podge, nie mogę się powstrzymać od dodawania go do każdej strony :) Ale tutaj widać też, że nawet delikatny Mod Podge rozmywa napsikanie Glimmer Mistami - może dlatego, że pod spodem jest gesso z akwarelami. Jak widać na zdjęciu całości, Gelato pociągnięte wodą (ten fioletowy obszar po lewej) powoduje właściwie całkowite zniknięcie wzoru.


A na koniec - dzisiejszy poranny widoczek z kuchni. Lubię, kiedy pojawia się taki skrawek światła, jakby niebo pękało.


I dobrze, że tyle się dzieje - przysypuje to wrażenia ze spotkań z ludzką głupotą tak oszałamiającą, że człowiek przez cały wieczór nie może wyjść z podziwu, że osoby w ogóle wpadają na takie pomysły, albo wierzą w tak przeraźliwie bzdurne teorie spiskowe. Olaboga.