Pokazywanie postów oznaczonych etykietą atc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą atc. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 stycznia 2011

891. zabandażowana wymiana

Craftypantki zajmują się w tym miesiącu materiałami aptecznymi – zapraszamy do oglądnięcia prac czterech pantkowych osóbek! Jak najbardziej można się do nas dołączyć, a nawet jest przewidziana nagroda do rozlosowania wśród tych, którzy się odważą wciągnąć medykamenty do swoich prac.

Mnie najbardziej zaintrygowała gaza, więc zakupiłam gazowy bandaż i zabrałam się za farbowanie, najsampierw akwarelkami. Wyszły mi kolory dość pastelowe, które wmontowałam w trzy ateciaki, w tym dwa filcaki. Gdyby ktoś miał ochotę się wymienić, to jestem chętna :)

A poza tym staram się nadrabiać po trochu strony artjournalowe na SP (chociaż czasem mi się nie udaje i zbaczam znienacka na zupełnie inne tematy). Po pierwsze zabrałam się za drzewo, bo mnie zainspirowało zdjęcie baobabu. Fajnie byłoby zobaczyć taki okaz na własne oczy, ale chyba się bez paszportu tego nie dokona... oraz dalekobieżnego biletu na samolot.

Druga strona to dom – wyskładał mi się dom marzeń, co do którego mam dwoiste odczucia, bo tak całkiem naprawdę, to satysfakcjonuje mnie mieszkanie i nie sądzę, że będę jakoś walczyła o spełnienie tego marzenia. Powyobrażać sobie zawsze jednak można, więc gdyby tak... to chciałabym zamieszkać w małym domku z gankiem i spadzistym dachem, gdzieś w pięknym miejscu, ale nie całkiem w otoczeniu drzew, żeby były też świetliste okna. Dookoła byłoby mnóstwo kwiatów, a gdzieś niedaleko najlepiej góry i rzeki.

Ponieważ zafascynowały mnie transfery, to będę je chyba teraz produkować taśmowo, hahaha. Domek jest właśnie na taśmie, nalepionej na karton pomazany nieco gesso, bo obawiałam się, że na tych wzorzystych kamieniach nie będzie widać rysunku. Trzyma się!

środa, 24 lutego 2010

703. niby-karta, niby-książę

Sporządziłam wczoraj ateciaka na wyzwanie u skrapujących Polek - zadanie polegało na stworzeniu karty karcianej. Oto dzieło - a poniżej historyjka.

Gość przedstawiony na podwójnym portrecie (jak byłam mała, to bardzo mnie intrygowały te odwracane figury) to niejaki Takeshi Kaga, japoński aktor. Znam go głównie z tego, że prowadzi program Iron Chef; najsampierw seria ta pokazywana była w Japonii, a potem zrobiła furorę na rynku amerykańskim.

Formuła z grubsza polega na tym, że jest trzech lub czterech mistrzów - Iron Chefs właśnie; pojawia się challenger, konkurencyjny szef (? przecież kucharzem go nie nazwę), rzucający wyzwanie mistrzowi. Wybiera jednego mistrza, po czym prowadzący - pan Kaga właśnie - odsłania składnik, który trzeba będzie wykorzystać we wszystkich daniach. Czasem są to produkty całkiem zwykłe, jak kukurydza czy ziemniaki, a czasem jakieś kosmicznie wymyślne japońskie ryby itp.

Szefowie przez godzinę pitraszą potrawy w wielkim pędzie, podczas gdy komitet obserwujący komentuje - zwykle zapraszani są jacyś celebryci. Po kuchennym stadionie (tak to sobie nazywają) plącze się jeszcze komentator "sportowy", wtrącający uwagi takim tonem, jakby chodziło o ostatnie sekundy meczu o złoty medal w hokeju na lodzie. A na koniec inny komitet testuje papu, komentuje i przyznaje punkty. Wygranie zawodów to olbrzymi ponoć zaszczyt.

Rzecz odbywa się niby-że na zamku u "księcia" Kagi, pasjonata sztuki kulinarnej, który wymyślił ten turniej. Kaga przemawia tonem wielce namaszczonym, a i odzież nosi dość unikatową. Całą oprawa jest tak odmienna od wszystkiego, z czym mamy do czynienia, że odkrywszy Iron Chefa oglądałam każdziusieńki odcinek i wszystkie maratony. Rozczarowałam się tymczasowo, gdy odkryłam, że książę to nie książę i że w ogóle to wszystko jest wcześniej ułożone, ale i tak zabawa jest przednia. Oto filmik ze wstępem jednego z odcinków.

Dla niecierpliwych: mój ulubiony fragment czołówki jest na 4:40; Kaga pojawia się i gada po japońsku na 5:35, a słynne „if memory serves me right” wypowiada przy 1:45. A, i składniki odsłaniane są na 8:00.

Ponoć fani tej serii zbierali się na specjalne imprezy, gdy pokazywano nowe odcinki, ponoć ustanowili sobie rozmaite tradycje; na przykład, kiedy Takeshi mówi "if memory serves me right" (o ile mnie pamięć nie zawodzi), to należy wznieść toast. Jestem w stanie w to uwierzyć :)

piątek, 19 lutego 2010

698. trzy i pół krafta

Po długiej i niespodziewanej przerwie (depresja zimowa?) zasiadłam wczoraj przy kraftostole i nareszcie mam coś makaronowego! I nie tylko.
(Nawet jakoś pisanie mi się nie składa, więc będą krótkie opisy, żadne tam historyjki.)

Po pierwsze – na wyzwanie u skrapujących Polek uszyłam ateciaka z czymś na kształt mozaiki. Zwykle wchodzą mi w ręce same chłodne kolory, a tu prawie że ognisko płonie, nic, tylko smażyć kiełbaski. Kwalifikuje się, prawda?

Potem dobrałam się do kwiecistego makaronu. Okazało się, że sprawa nie jest taka prosta, jak by się wydawało na pierwszy rzut oka. Makarony są zwyczajnie krzywe i żeby znaleźć symetryczną sztukę, trzeba się przekopać przez szklankę materiału. Jak się już znajdzie ładny kwiatuszek, to się środek nie chce odbijać, tylko sam zewnętrzny kontur, bo środek jest jakoś wyżej. Zaradziłam problemowi, kładąc kartonik na kawałku polaru, żeby było miętko, i wtedy się udało. No i trzymanie takiej malizny w palcach też nie jest najwygodniejsze na świecie.

Koniec końców, kartka prosta – bo trochę poważna, na poważniejsze okazje.

Ponieważ na kartce makaron ledwo widać, poniżej jest sztuka biżuteryjna – przypieczony makaron gwiaździsty z dziurką. Kolorki plażowe, mój ulubiony zestawik. Właśnie testuję produkt – wiadomo, że to nie dyjamenty, ale na nieformalny piątek albo na wycieczkę się nada. Tylko trzeba na wilgoć uważać, bo bransoletka absolutnie nie jest wodoodporna.

No i jeszcze tytułowy półkraft, albo nawet mniej: zaczęłam drugiego mozaikowego ateciaka, tym razem makaron w roli głównej. Czyli piekę dwie pieczenie na jednym ogniu.

Na koniec przedstawiam nowy Przedmiot, który przybył wczoraj w charakterze prezentu urodzinowo-Christmasowego dla Tomasza: A P A R A T. Piszę wielkimi literami, bo ustrojstwo jest spore i ciężkie, ale za to taaaaaakie zdjęcia pstryka! Trzeba mu jeszcze dokupić domek, zapasową baterię, a docelowo to nawet i statyw może się pojawić.

piątek, 5 lutego 2010

zwierzeco i podroznie

Ateciakow juz, co prawda, nie rabiam, ale kiedy na Skrapujacych Polkach natknelam sie na wyzwanie o KOTACH - to przeciez nie moglam sie nie zalapac. Oto dzielko, do ktorego potrzebna jest historyjka wyjasniajaca: otoz rozchodzi sie o to, ze nasza kicia, kotek szprotek, kicinka futrzasta wlacza sie o piatej trzydziesci rano i zaczyna sie okrutnie martwic, ze zaspimy. Wlasciciele kotow zapewne znakomicie wiedza, jak takie zmartwienie sie objawia... MIAU.

A Jill od nas z pracy jedzie sobie na wakacje do Meksyku, na Jukatan. Podsycham troszke z zazdrosci, ale tez i ciesze sie w jej imieniu. Zebralo mi sie na wspomnienia i zrobilam jej karteczke zyczaca wspanialych wakacji, ktora rowniez mozna wykorzystac jako karte wstepna w albumie ze zdjeciami. Jill trzyma standardowe fotki 4x6 cali w albumie z celofanowymi kieszonkami, wiec moze sie rzecz przyda.

Na zdjeciach jest slynne Chitchen Itza (ta piramidka w prawym gornym rogu), plaza w Akumal, gdzie Jill ma wykupione noclegi, ruiny w Tulum o rzut beretem od Akumal oraz zdjatko przybrzeznej rafy koralowej w tamtych okolicach, ktora mozna sobie ogladac metoda snorklujaca.
Tak mi sie na wspomnienia zebralo, sprzed dwoch lat..
I zupelnie przy tym nie wiem, czemu ten klaptop nie chce uzywac polskich literek, mimo ze je przeciez wlaczylam.

poniedziałek, 1 czerwca 2009

517. prezenty i kot w butach

Zrobiłam wreszcie zdjęcia prezentów... nie są one zbyt zachwycające (zdjęcia, rzecz jasna, bo prezenty są :D), bo w sobotę i w niedzielę cierpiałam nadal na ten nieszczęsny ból pleców, a uparłam się, że trochę popchnę świat do przodu... Oto zatem kocia kolekcja od Kazika...

...i kolekcja haftowo-herbaciano-śnieżynkowa os Strzelinianki. Raz jeszcze dziękuję :)

Przyszły też ateciaki z wymian na atcsforall:

Krafciarnia niemal się zamknęła na wakacje; dziś rano wykąpałam jeszcze w herbacie kartki do albumu kawowo-herbacianego dla Tenese i to chyba ostatni projekt na jakiś czas. Lato jest porą wycieczek, rozmaitych wypadów, więc na robótki nie za bardzo jest czas. Teraz przede mną kilka zadań o charakterze kurodomowym.
A na balkonie, gdzie powstały powyższe fotki, mamy nieco kwiecia...

...zaś na okrasę mamy kota w butach. Kot ma tysiąc normalniejszych miejsc do spania, ale upodobał sobie mały dywanik pod buty. Rozgarnia jakoś obuwie (hm, przyznajmy się, że my ludzie też nie zawsze ustawiamy je pod sznurek) i wpycha się na dywanik. Może to kwestia zapachów, jakie przynosimy na podeszwach?
Zdjęcie też nienajlepsze, bo nie chciałam zapalać większego światła, coby kićki nie spłoszyć.

To tyle na dziś :)

poniedziałek, 18 maja 2009

507. kocia niedziela

Plan był taki, żeby wczoraj wstać gdzieś o piątej (!) i pędzić do Chicago na Dni Architektury, by załapać się na kilka darmowych wycieczek z przewodnikiem po rozmaitych ciekawych miejscach. Niestety - zaspało nam się, obudziliśmy się o szóstej. W zasadzie nie było już sensu zasuwać do Downtown, to zrobiliśmy sobie arcyleniwą niedzielę i wzorem kota zmienialiśmy tylko miejsca leżenia oraz pozycje. W porze lunchu wybraliśmy się tylko na zupę w chlebie do Panery, żeby nikt nie mógł powiedzieć, że taaaaki piękny dzień przewegetowaliśmy na kanapie i fotelu.

Trudno, czasem takie lenistwo jest potrzebne; T od dłuższego czasu tyra ciężko po sześć dni w tygodniu, żeby nadrobić marną zimę, ja też biegam na okrągło... tak po prawdzie, to chyba nam się od początku nie chciało jechać do Chicago, tylko jesteśmy chytrusy wycieczkowe i z łakomstwa zrobiliśmy plany.

A tak - przeczytałam sobie babską książkę "Klub Dobrej Wiadomości", od deski do deski, czyli od tekturki do tekturki - 255 stron z buta, proszę państwa szanownego. Ucieszyłam się happy-endem.
Oprócz tego siedziałam i szyłam - znowu spiętrzyły się rzeczy do zrobienia: poniżej mamy ateciaki i chunky pages na wymianę, jeszcze mi trzeba 1 ateciak i 2 stronki. Uff. I w tym tygodniu jeszcze 3 kartki urodzinowe do pracy, 2 mam już w głowie. Potem długie tłumaczenie, które miałam już kiedyś prawie zrobione, ale komputer zeżarł, potem kilka pociągnięć pędzlem i igłą w domu... i już przyleci Szwagier Kazik. Zacznie się letnie, wycieczkowe zamieszanie, które tak lubię.


środa, 6 maja 2009

500. pięć zero zero

Z okazji pięćsetnego posta (postu??) powinno może być coś do wzięcia, ale na razie jestem zakopana w projektach już czekających w kolejce, które mam wykonać na czas. Może więc kiedy się conieco poluzuje, to się wymyśli jakieś coś.
Na razie - złapałam wczoraj niejako tematycznie ciekawą godzinę na telefonie w pracy. Trzeba by się we wrześniu przyczaić na 09:09 09/09/09 :D

I jeszcze ateciaczka wczoraj popełniłam podczas oglądania House'a i Kwadratowego (CSI New York) - to NIE jest żarówka, tylko balon! Pojechał dzisiaj na zaległą wymianę.

wtorek, 5 maja 2009

499. na szybko

Krótka notka ilustrowana o tym, co się zrobiło ostatnio... najsampierw ateciak. Dziwna sprawa, bo w ateciakowni w mojej galerii miałam taką kartę w dziale dostępnych. Jedna pani się po nią zgłosiła, a tu - szkieuka za nic w świecie nie może tej karty znaleźć! Musiałam odtworzyć.

Koleżanka z pracy zamówiła sobie gwiazdę - samą gwiazdę, trochę dziwnie, bo zwykle starałam się je wkomponować w kartki. Ale niech sobie będzie. tło jest w rzeczywistości ciemnozłote (karton zdobyty z materiałów reklamowych przeznaczonych do recyklingu.)

No i jeszcze kilka pomysłów świeczkowych, z którymi chciałabym jeszcze poeksperymentować, ale na razie czekają w kolejce. Tu chodziło o niedrogi pomysł na dekoracje weselne w połączeniu z grubymi, wysokimi świecami już zakupionymi oraz kloszami typu hurricane lamp. Nie wiem, czy pomysł zostanie wykorzystany - w każdym razie zaniosłam go, razem z kilkoma innymi.



poniedziałek, 20 kwietnia 2009

485. chrzan i musztarda, czyli deszczowa niedziela

Pippi Langstrumpf podlewała kiedyś kwiatki w ulewę, bo tak sobie zaplanowała i nie pozwoliła deszczowi tych planów popsuć. Podobnie i my zaplanowaliśmy sobie na wczoraj grillowanie, więc deszczowa pogoda nas nie odstraszyła. Udało nam się wstrzelić sprytnie w suchszą część dnia.
Wyjazd na grilla niczym skomplikowanym nie jest: trzeba nabyć kiełbaskę czy co kto sobie życzy, wyngle i rozpałkę. I jazda. A, mamy jeszcze wielkie szczypce, żeby się nie parzyć, i trzeba będzie zakupić szufelkę do zarządzania węgielkami. Tyle. Całość mieści się w jednej torbie, bo grille, ławki i stoliki są na wyposażeniu parków.


Więcej zdjęć w stałym miejscu.
Uszyłam kolejnego ateciaczka - żółw to miał być i chyba widać, że jest. Muszę mu jednak dorobić pysk, a w ewentualnych przyszłych egzemplarzach zmienić trochę kształt pyska na bardziej trójkątny.

No i jeszcze witrażyki na wymianę, skończyłam wszystkie cztery, maszeruje hakelbery. Zdjęcie, niestety, marne, bo pogoda deszczowa, jak już wspominałam. Lepiej widać szczegóły gibsonowego obejścia, niż kart, ale trudno, zostały już wysłane, klapka zapadła.

środa, 15 kwietnia 2009

483. pracowity wieczór

Skończyłam wreszcie czwartego ateciaka na wymianę lawendowo-niebieską, więc mogę wysłać.
Uszyłam wczoraj firanki do sypialni (tzn. przecięłam długachną firanę z ikei na pół i wykończyłam.) Dzięki temu mogłam wynieść z kraftowego stołu maszynę do szycia, co z kolei umożliwiło przekopanie się przez sterty wszystkiego, wyrzucenie części, rozdysponowanie reszty tam, gdzie się należy.
Z kolei dzięki temu będę mogła ogarnąć obozowisko przy mniejszym stole, tym telewizyjnym, gdzie w tej chwili parkują liczne pudła i "tace", jak to sobie nazywam, czyli niskie, a sztywne pudełka (zebrane na zakładzie z próbek kosmetyków, jakie do nas przychodzą), gdzie trzymam sobie tusze, farbki i co tam jeszcze.
Stół kraftowy przyda mi się również do napisania papierowego listu oraz do studiowania nie-internetowych przewodników turystycznych przy akompaniamencie dobrej herbaty albo kakao.

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

481. po niedzieli

Robią się witrażyki na wymianę w ateciakowni... na razie powstał wiatrak, czeka jeszcze drzewo, gruszka i łódka na falach, czyli krajobrazik marynistyczny. Kolory bibułek są ładniejsze, szczególnie ta szarość, która w rzeczywistości jest błękitem, ale światło dziś marne okrutnie, bo od rana leje.

Do wiatraka spasowały mi kolorystycznie dwa ateciaki, otrzymane już jakiś czas temu, a zawieruszone jakimś cudem na kraftowym stole.

Natomiast w najnowszych zdjęciach po lewej jest sprawozdanie z wczorajszej wycieczki do parku nad rzeką Illinois, plus, jak zwykle, kilka innych obiektów, przy których koniecznie trzeba było się zatrzymać. No bo jak nie obejrzeć kamieniołomu??

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

474. świąteczne zamieszanie

Zamieszanie wynika z tego, że kleję kartki z jajcami i stokrotkami, a tu za oknem robi się zadyma, spada 10 centymetrów śniegu i siedzi. Brr. Choć trzeba przyznać, że ogród Gibsonów wygląda, jak zwykle, magicznie.
A oto mała sterta kartek jajecznych i stokrotkowych - kilka się sprzedało, resztę wypisaliśmy i wysłaliśmy.


Skończyłam wreszcie i wręczyłam piramidkę dla Lady E, której produkcja ciągnęła się tygodniami. Jestem jednak z niej zadowolona, a prezentobiorcom się podoba (w liczbie mnogiej, bo okazało się, że małżonek Lady E też ma niedługo urodziny i w zasadzie świętują sobie razem.)
Jest to para bardzo fajna, polsko-ukraińska, promieniująca zakochaniem i rozsyłająca pozytywne wibracje wszędzie dookoła.
No i jeszcze na koniec ateciaczek - były już podobne, ten jest na zamówienie. Ptakulec w trzcinach zrobionych przez "pieczątkowanie" patyczkiem do szaszłyka, pomalowanym zieloną farbą.

Tyle planów chodzi po głowie... do końca kwietnia robię przedmioty dla Zwierząt, a do tego trzeba też zrobić prostą stronkę przedstawiającą moje twórczości, skoro już ta praca dla schroniska ma posłużyć jako narzędzie marketingowe. Mam też kilka wymian ateciakowych, na które się zapisałam - witraże, ateciaki szyte dowolne, ateciaki szyte w kolorach niebiesko-lawendowych. W miniony weekend był maraton stempelkowy w ateciakowni, ale nie udało mi się nic zrobić, bo zajmowałam się kartkami. Trudno.
W maju planuję prace domowe typu szycie poduszek, pomalowanie korytarzyka, drzwi, zrobienie Sztuki do łazienki. W czerwcu już trzeba będzie się zajmować konkretnie planowaniem wyprawy do Oregonu. Uff. Życie jest piękne, cały czas się na coś czeka :)

środa, 1 kwietnia 2009

470. Tematy jajeczno-drobiarskie

Zacznę od różowego ptactwa. Wymyśliłam sobie wzór na piramidkowego kurczaka, zasiadłam wieczorem na kanapie i szyję ambitnie. Pokazuję rezultat Tomkowi.
- Miała być kura...
- A wyszedł ci namiot.
Rzeczywiście, trochę kiepskawo.

Zmieniłam więc koncepcję i zrobiłam szwy na wierzchu. Jest chyba trochę lepiej. Może by jeszcze skrzydełka dorobić.

Różowość zaś wzięła się stąd, że mam lekki nadmiar różowego filcu, jeszcze po walentynkach, a żółtego mam obecnie o wiele mniej.
Następnie chciałam nadmienić, że mam niesamowitego małżonka, dbającego o moje dobro, jak nikt. Między innymi o to, żebym sobie dzisiaj nie musiała sama lanczyku do pracy pakować. Takoż i ugotował mi jaje i nawet zapakował... do butelki. Po kwiatkach Prima, jakby się ktoś pytał.

Wygląda na to, że w dzisiejszych czasach od jajek nie da się uciec. Wczorajszy wieczór spędziłam na przygotowywaniu pisanek na kartki.

Na koniec – już bez jaj – wodnisty ateciak. Miał być deszcz, ale chyba powinien był mieć bardziej bure/brązowe kolory, żeby pasował do wiersza smętnego o Jesiennym Deszczu. No, ale wyszedł, jaki wyszedł.

wtorek, 24 marca 2009

463. filcowanko itp.

Zwędziłam pomysł, ale od razu mówię komu, więc nie jestem chyba zepsuta do szpiku kości :) Zauroczył mnie herbatnik w Manualniku Mrouh i postanowiłam sama spróbować... W innych kolorach, no, ale pomysł ten sam. Na razie wycięłam części i pospinałam igłami, gdyż szpilki się były zapodziały.

Przedstawiam Szanownym Czytelnikom ziaboka, czyli skutek całodziennej pracy nad bazą danych w niedzielę. Chyba mi się poprzestawiało coś w rozumie, bo zwykle mnie monstro-podobne kształty nie ruszają, a tu siadłam z nożyczkami (tym razem nie trzeba było nawet ich szukać) i ciach-ciach, wyskoczyło spod nich takie coś. A że kolory ma odpowiednie, to się w sam raz przyda na wymianę lawendowo-niebieską.

I jeszcze kolejna fotka z książki o szmatkowych książkach - szkieuka, zdaje mi się, takie otoczaki z rzeki albo morza! W sumie można by wykorzystać i płaskie kamyki...

czwartek, 19 marca 2009

460. redukcja stresu za pomocą igły

Kolejny spięty wieczór, kolejna porcja koralików przytwierdzona do filcu. Tym razem zaczęłam działania nad kartą na wymianę lawendowo-niebieską. Od razu jest problem, bo trudno uzyskać filc w kolorze, który najbardziej mi się kojarzy z lawendą, taki fioletowo-niebieski, dość jasny. Po konsultacji z Wielką Księgą o roślinach (dobrych parę kilogramów, można stosować jako przytrzaskiwacz i zaporę) doszłam jednak do wniosku, że jest tyle odcieni fioletu w lawendzie, że chyba nie ma problemu z kolorami, które posiadam.
Karta jeszcze nie jest skończona, na razie przedstawiam WIP, Work in Progress - będzie więcej naścibane krzyżykami, no i jakieś obrębienie się musi pojawić.

środa, 18 marca 2009

459. serce z żyłami?

Wyigliło się wczoraj takie coś. Nie ma się pewności, czy te czerwone wypustki na górze to ozdóbka botaniczna, czy może żyły i tętnice?

wtorek, 17 marca 2009

458. Produkty

Ponieważ jestem ostatnio przeraźliwie niewyspana (nie te czasy, kiedy człowiek jechał na trzech godzinach snu), dzisiejsza notka będzie krótka i złożona z fotek ostatnich dzieł, głównie z gatunku „rety, muszę czem prędzej się brać do roboty, bo obiecałam/zbliża się termin/idą urodziny”.
Uszyło się zatem kilka ateciaków. Ostatnio lubię właśnie coś tam sobie ścibolić, T musi, biedaczysko, znosić oprócz zawalenia papierem obecność igieł, szmatek, filców, koralików oraz.. moje ciągłe poszukiwania nożyczek. Tyyyle jest jeszcze fajnych szyć do wypróbowania!


Skończyłam wczoraj stado 44 serduszek z masy solnej. Jeszcze teraz mam chyba w nozdrzach zapach lakieru do paznokci.

Zrobiłam kartkę urodzinową dla Paige. Chodziło o to, aby był akcent francuski i wyobrażam sobie, że ten żyrandol nim właśnie jest.

Skończyłam i wysłałam album dla Oli. Tu też mam nową ulubioną technikę – przylepianie na podłoże bibułki z celowym pomarszczeniem, a potem delikatne malowanie akrylówką, prawie-że suchym pędzlem.