...na blog, bo zużywają się w innych miejscach, na tłumaczenia i pisania. Takie zjawisko jest dla mnie zaskoczeniem, bo nie sądziłam, że posiadam określony przydział na dany okres czasu i jak się wypisze te wyrazy w jednym miejscu, to w innym ich nie starczy. Hm.
Bo nie można powiedzieć, żeby nic się nie działo - przygotowania świąteczne w toku, kartki, prezenty, mróz, śnieg, atmosfera się rozkręca, bez dwóch zdań. Plany rozmaite mam chyba do końca roku, potem może wreszcie się poluzuje. Ale za to będzie trzeba rozkminiać Kostarykę, bo bilety już od dawna kupione, a wczoraj przyszła zamówiona przez T mapa, bardzo przyjemna, plastikowata w dotyku.
Jeśli zaś chodzi o dzieła - proszę bardzo, jest ostateczna wersja wyszywanki :) Została już wręczona i szefowa od razu poznała, że to z jej nitek, więc prezent uważam za udany. Co nie zmienia faktu, że za następną wyszywankę złapię się prawdopodobnie nie wcześniej, niż za kilka lat :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą haftowanki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą haftowanki. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 17 grudnia 2013
środa, 11 grudnia 2013
1398. jeszcze z Polski
Pora na drugą część przywiezionych skarbów (żeby następnie można było zabrać się za inne rzeczy). Jedyny większy frezent, jaki sobie kupiłam, to literki do ciasteczek - w sklepie Tchibo. Kto by pomyślał! Byłam zupełnie nieświadoma faktu, że w sklepie Tchibo kawa to właściwie mniejszość towarów, bo nabyć tam można rozmaite kuchenne utensylia, biżuterię, ciuch jakiś nawet... i nie zapominajmy o sprawach kraftowych, mają kartony na kartki świąteczne i nieco narzędzi typu dziurkacze, pieczątki itp.
A ja właśnie literki sobie wybrałam, nawet zostały już wypróbowane - po starannym poodcinaniu ich od widocznych niżej krateczek. Trochę to trwało i w ogóle skłądanie wyrazów na ciastka jest ciut bardziej pracochłonne niż sobie wyobrażałam, ale jaka frajda! Oraz pękam sobie z dumy, kiedy zanoszę do pracy ciastka z napisem "Happy Friday" albo "Hello, I'm shortbread" i lud się dziwuje :)
Do prezentów wracając - dostałam od koleżanki piękny papier czerpany, z serii tych co to "nie wiem, jak ja je potnę, bo takie fajne".
Bardzo ładny (i pasujący znakomicie do jednej z torebek) piórniczek:
Prezent przyszłościowy - nuty! Do przećwiczenia przed zgrupowaniem i koncertem w lecie 2014... Zaczynam zbierać kaskę na letni wyjazd do PL :)
Drobiazg, który kupiłam sobie trochę niechcący - miały to być przedmiociki dla babek z pracy, ale jakoś za dużo ich przywiozłam, więc zostawiłam sobie cudny witraż z kościoła franciszkanów w Krakowie (Wyspiański - ten witraż i cała seria innych, oraz przepiękne freski na ścianach!) oraz Damę z Gronostajem - na pamiątkę oglądania jej na Wawelu ze szwagrem i jego wnukiem, zainteresowanym głównie popiersiami cesarzy i innych postaci.
Nadal jesteśmy w Krakowie - z centrum dla zwiedzających mam broszurkę o małopolskiej trasie UNESCO. Nie wiedziałam, że takowa istnieje!
A tu się owa trasa znajduje:
Co do kraftów - przygotowałam sobie specjalny gromadziennik, ale nawet dziś nie jest jeszcze uzupełniony... za to okładka fajniejsza, niż zwykle, klejona na lotnisku.
Kraft praktycznie skończony: hafcik świąteczny dla szefowej, z nitek, na podstawie których dobierała sobie kolory w domu. Teraz trzeba będzie skołować jakąś ramkę.
Hafcik po raz kolejny przekonał mnie, że - chociaż jestem zadowolona z rezultatów - wystarczy mi, że wyszyję coś raz na kilka lat :)
Hafcik powstawał w samolocie do Polski, natomiast w drodze powrotnej zrobiłam pół szalika z pięknej i mięciutkiej włóczki w kolorach malinowo-brązowych. Oznacza to, że obecnie mam dwa niedokończone szaliki - Alaskański Lodowiec oraz ten, Sorber z Owoców Leśnych.
A ja właśnie literki sobie wybrałam, nawet zostały już wypróbowane - po starannym poodcinaniu ich od widocznych niżej krateczek. Trochę to trwało i w ogóle skłądanie wyrazów na ciastka jest ciut bardziej pracochłonne niż sobie wyobrażałam, ale jaka frajda! Oraz pękam sobie z dumy, kiedy zanoszę do pracy ciastka z napisem "Happy Friday" albo "Hello, I'm shortbread" i lud się dziwuje :)
Do prezentów wracając - dostałam od koleżanki piękny papier czerpany, z serii tych co to "nie wiem, jak ja je potnę, bo takie fajne".
Bardzo ładny (i pasujący znakomicie do jednej z torebek) piórniczek:
Prezent przyszłościowy - nuty! Do przećwiczenia przed zgrupowaniem i koncertem w lecie 2014... Zaczynam zbierać kaskę na letni wyjazd do PL :)
Drobiazg, który kupiłam sobie trochę niechcący - miały to być przedmiociki dla babek z pracy, ale jakoś za dużo ich przywiozłam, więc zostawiłam sobie cudny witraż z kościoła franciszkanów w Krakowie (Wyspiański - ten witraż i cała seria innych, oraz przepiękne freski na ścianach!) oraz Damę z Gronostajem - na pamiątkę oglądania jej na Wawelu ze szwagrem i jego wnukiem, zainteresowanym głównie popiersiami cesarzy i innych postaci.
Nadal jesteśmy w Krakowie - z centrum dla zwiedzających mam broszurkę o małopolskiej trasie UNESCO. Nie wiedziałam, że takowa istnieje!
A tu się owa trasa znajduje:
Co do kraftów - przygotowałam sobie specjalny gromadziennik, ale nawet dziś nie jest jeszcze uzupełniony... za to okładka fajniejsza, niż zwykle, klejona na lotnisku.
Kraft praktycznie skończony: hafcik świąteczny dla szefowej, z nitek, na podstawie których dobierała sobie kolory w domu. Teraz trzeba będzie skołować jakąś ramkę.
Hafcik po raz kolejny przekonał mnie, że - chociaż jestem zadowolona z rezultatów - wystarczy mi, że wyszyję coś raz na kilka lat :)
Hafcik powstawał w samolocie do Polski, natomiast w drodze powrotnej zrobiłam pół szalika z pięknej i mięciutkiej włóczki w kolorach malinowo-brązowych. Oznacza to, że obecnie mam dwa niedokończone szaliki - Alaskański Lodowiec oraz ten, Sorber z Owoców Leśnych.
Bo ja teraz będę nadawać szalikom nazwy.
Labels:
albumy,
BEZ REKLAM,
eksponaty,
gromadziennik,
haftowanki,
kuchnia,
turystycznie,
xydelko,
z życia wzięte
środa, 15 czerwca 2011
955. kawalątka
W tle leczenie gromadzienników, ale też i pojawiają się nowe odrobinki - wymyśliłam, że okładkę dziennika wyprawy do Teksasu i NM ozdobię takimi oto koralikowymi zestawami na filcu - zamierzam zrobić ich pięć i przytwierdzić do frontu między literami. Na razie, dziś rano, uszyłam jeden. Każdy będzie inny, zupełnie inne koraliki, kolor filcu i kształt.
Zainteresowałam się ostatnio liternictwem - nawlokłam do domu książek z biblioteki, oglądam, inspiruję się, nieudolnie coś ta skrobię moimi szarpiami z nadzieją, że przyda się to właśnie w notatkach podróżnych. Wczoraj usidlono mnie na 4 godziny na zebraniu, więc sobie tajnie w kątku smarowałam:
I jeszcze dwa kawalątka z innych stron świata, jakie ostatnio dostałam od koleżanek z pracy - skórzana zakładka z Brazylii...
... i z Florydy, dzisiejszy prezencik.
Niby to fajansiki, ale sprawiają mi radość, przybywają z miejsc, gdzie mnie jeszcze nie było, no i fajnie, że ktoś pomyślał :)
Zainteresowałam się ostatnio liternictwem - nawlokłam do domu książek z biblioteki, oglądam, inspiruję się, nieudolnie coś ta skrobię moimi szarpiami z nadzieją, że przyda się to właśnie w notatkach podróżnych. Wczoraj usidlono mnie na 4 godziny na zebraniu, więc sobie tajnie w kątku smarowałam:
I jeszcze dwa kawalątka z innych stron świata, jakie ostatnio dostałam od koleżanek z pracy - skórzana zakładka z Brazylii...
... i z Florydy, dzisiejszy prezencik.
Niby to fajansiki, ale sprawiają mi radość, przybywają z miejsc, gdzie mnie jeszcze nie było, no i fajnie, że ktoś pomyślał :)
Labels:
eksponaty,
haftowanki,
kaligrafia,
redakcja
wtorek, 11 stycznia 2011
892. nadal na gazie
Craftypantki bawią się w tym miesiącu apteczką – ja na razie kontynuuję eksperymenta z gazą. Pomalowałam ją już akwarelami, barwnikami do żywności, akrylówkami i kurkumą, a teraz wkręcam te kolorki w różne prace. Wczoraj zrobiłam karteluchę wiosenną, z gazą w roli trawnika – chociaż nie mam pewności, czy nie wyszła mi czasem ta siatka, co to wojsko chowa pod nią różne obiekty :D
Kwiatyś jest z papieru toaletowego potarganego na drobno i upchniętego na mokro w kwiatysiowej formie. Po wyschnięciu dostał glazurę z lakieru do paznokci oraz środeczek z niebieskiego... no właśnie czego? Po angielsku to by był rhinestone, ale coś w słowniku nie widzę odpowiednika. Wikipedia podaje stras, ale pierwszy raz w życiu to słowo widzę i wygląda na to, że odnosi się ono do „prawdziwej” imitacji brylantów, a nie plastikowego świecidełka o zupełnie nie jubilerskiej proweniencji. Przypomina mi się wyraz „dżet”, chyba używaliśmy go, jak byłam mała, ale pewności nie mam. Jak to się dziś nazywa w kraftowym świecie? (Nie jest to ćwiek do wbijania, tylko taka plastikowa półkulka z płaskim lustrzanym dnem, ze ściankami niby-zeszlifowanymi jak klejnot.)
A potem zachciało mi się szyć i wyszła taka oto kartka na dżinsie, zainspirowana trochę wyzwaniem na SP, ale nie wiem, czy się będzie do końca nadawała, bo oprócz starych portek jest tam też trochę innych elementów. No i różowy kolor, co się to dzieje, znowu różowy!
No i jeszcze wspomnieć muszę o porannym rozweseleniu. T miał położyć na schodku karteczkę wychodząc do pracy, żebym sobie nie zapomniała napisać notkę dla listonosza. No i nie zapomniałam, bo na schodku przywitała mnie taka kompozycja:
Kwiatyś jest z papieru toaletowego potarganego na drobno i upchniętego na mokro w kwiatysiowej formie. Po wyschnięciu dostał glazurę z lakieru do paznokci oraz środeczek z niebieskiego... no właśnie czego? Po angielsku to by był rhinestone, ale coś w słowniku nie widzę odpowiednika. Wikipedia podaje stras, ale pierwszy raz w życiu to słowo widzę i wygląda na to, że odnosi się ono do „prawdziwej” imitacji brylantów, a nie plastikowego świecidełka o zupełnie nie jubilerskiej proweniencji. Przypomina mi się wyraz „dżet”, chyba używaliśmy go, jak byłam mała, ale pewności nie mam. Jak to się dziś nazywa w kraftowym świecie? (Nie jest to ćwiek do wbijania, tylko taka plastikowa półkulka z płaskim lustrzanym dnem, ze ściankami niby-zeszlifowanymi jak klejnot.)A potem zachciało mi się szyć i wyszła taka oto kartka na dżinsie, zainspirowana trochę wyzwaniem na SP, ale nie wiem, czy się będzie do końca nadawała, bo oprócz starych portek jest tam też trochę innych elementów. No i różowy kolor, co się to dzieje, znowu różowy!
No i jeszcze wspomnieć muszę o porannym rozweseleniu. T miał położyć na schodku karteczkę wychodząc do pracy, żebym sobie nie zapomniała napisać notkę dla listonosza. No i nie zapomniałam, bo na schodku przywitała mnie taka kompozycja:
Labels:
craftypantki,
haftowanki,
kartki,
papierrr,
wyzwania,
z życia wzięte
piątek, 19 lutego 2010
698. trzy i pół krafta
Po długiej i niespodziewanej przerwie (depresja zimowa?) zasiadłam wczoraj przy kraftostole i nareszcie mam coś makaronowego! I nie tylko.
(Nawet jakoś pisanie mi się nie składa, więc będą krótkie opisy, żadne tam historyjki.)
Po pierwsze – na wyzwanie u skrapujących Polek uszyłam ateciaka z czymś na kształt mozaiki. Zwykle wchodzą mi w ręce same chłodne kolory, a tu prawie że ognisko płonie, nic, tylko smażyć kiełbaski. Kwalifikuje się, prawda?
Potem dobrałam się do kwiecistego makaronu. Okazało się, że sprawa nie jest taka prosta, jak by się wydawało na pierwszy rzut oka. Makarony są zwyczajnie krzywe i żeby znaleźć symetryczną sztukę, trzeba się przekopać przez szklankę materiału. Jak się już znajdzie ładny kwiatuszek, to się środek nie chce odbijać, tylko sam zewnętrzny kontur, bo środek jest jakoś wyżej. Zaradziłam problemowi, kładąc kartonik na kawałku polaru, żeby było miętko, i wtedy się udało. No i trzymanie takiej malizny w palcach też nie jest najwygodniejsze na świecie.
Koniec końców, kartka prosta – bo trochę poważna, na poważniejsze okazje.
Ponieważ na kartce makaron ledwo widać, poniżej jest sztuka biżuteryjna – przypieczony makaron gwiaździsty z dziurką. Kolorki plażowe, mój ulubiony zestawik. Właśnie testuję produkt – wiadomo, że to nie dyjamenty, ale na nieformalny piątek albo na wycieczkę się nada. Tylko trzeba na wilgoć uważać, bo bransoletka absolutnie nie jest wodoodporna.
No i jeszcze tytułowy półkraft, albo nawet mniej: zaczęłam drugiego mozaikowego ateciaka, tym razem makaron w roli głównej. Czyli piekę dwie pieczenie na jednym ogniu.
Na koniec przedstawiam nowy Przedmiot, który przybył wczoraj w charakterze prezentu urodzinowo-Christmasowego dla Tomasza: A P A R A T. Piszę wielkimi literami, bo ustrojstwo jest spore i ciężkie, ale za to taaaaaakie zdjęcia pstryka! Trzeba mu jeszcze dokupić domek, zapasową baterię, a docelowo to nawet i statyw może się pojawić.
(Nawet jakoś pisanie mi się nie składa, więc będą krótkie opisy, żadne tam historyjki.)
Po pierwsze – na wyzwanie u skrapujących Polek uszyłam ateciaka z czymś na kształt mozaiki. Zwykle wchodzą mi w ręce same chłodne kolory, a tu prawie że ognisko płonie, nic, tylko smażyć kiełbaski. Kwalifikuje się, prawda?
Potem dobrałam się do kwiecistego makaronu. Okazało się, że sprawa nie jest taka prosta, jak by się wydawało na pierwszy rzut oka. Makarony są zwyczajnie krzywe i żeby znaleźć symetryczną sztukę, trzeba się przekopać przez szklankę materiału. Jak się już znajdzie ładny kwiatuszek, to się środek nie chce odbijać, tylko sam zewnętrzny kontur, bo środek jest jakoś wyżej. Zaradziłam problemowi, kładąc kartonik na kawałku polaru, żeby było miętko, i wtedy się udało. No i trzymanie takiej malizny w palcach też nie jest najwygodniejsze na świecie.Koniec końców, kartka prosta – bo trochę poważna, na poważniejsze okazje.
Ponieważ na kartce makaron ledwo widać, poniżej jest sztuka biżuteryjna – przypieczony makaron gwiaździsty z dziurką. Kolorki plażowe, mój ulubiony zestawik. Właśnie testuję produkt – wiadomo, że to nie dyjamenty, ale na nieformalny piątek albo na wycieczkę się nada. Tylko trzeba na wilgoć uważać, bo bransoletka absolutnie nie jest wodoodporna.
No i jeszcze tytułowy półkraft, albo nawet mniej: zaczęłam drugiego mozaikowego ateciaka, tym razem makaron w roli głównej. Czyli piekę dwie pieczenie na jednym ogniu.
Na koniec przedstawiam nowy Przedmiot, który przybył wczoraj w charakterze prezentu urodzinowo-Christmasowego dla Tomasza: A P A R A T. Piszę wielkimi literami, bo ustrojstwo jest spore i ciężkie, ale za to taaaaaakie zdjęcia pstryka! Trzeba mu jeszcze dokupić domek, zapasową baterię, a docelowo to nawet i statyw może się pojawić.
Labels:
atc,
haftowanki,
kartki,
papierrr,
szmatki,
wyzwania,
z życia wzięte
środa, 10 lutego 2010
692. skończyłaaaaaaam!
Skończyłam mianowicie maczka krzyżykowego i po raz kolejny chylę czoła przed cierpliwością tych, którzy poczynili w życiu większe krzyżykowe dzieła. Moje ma format standardowej pocztówki i składa się tylko z wzoru, bez wypełnienia tła – a tyyyyle się go nadziobałam!
Teraz jeszcze podklei się kartonikiem, żeby wypisać życzenia, i jazda do szanownej adresatki.
Z ciekawszych zdarzeń nadmienię, że w Chicagolandzie nudno nie jest – jeszcze się dobrze burza śnieżna nie skończyła (sypało bez przerwy przez ponad dobę), a tu nad ranem ŁUP trzęsionko ziemi nam zafundowano. Ja tam przespałam, nie pamiętam żadnego telepania, ale T się zbudził, bo dziwny odgłos usłyszał. Poleciał do okna patrzeć, czy nam dach odpada, czy co (bo mamy na budynku taką dość pionową drewnianą „strzechę” – a tu spadł tylko kawał śniegu.
A tak wyglądały wczoraj pojazdy przed zakładem – ludzie nabyli zwyczaju podnoszenia wycieraczek, jeśli ma padać śnieg, i stoją potem takie zasmarkane soplami robale z antenkami, gotowe do ataku :)
Jutro natomiast wstaję i o ile nie pojawią się w ostatniej chwili jakieś przeciwwskazania, przystępuję do ważnej czynności w postaci zakupu biletów na 18 marca, na start wahadłowca Discovery. Juuu-huuuu! Poprzedni plan wycieczki miałam ułożony pod odlot w niedzielę, a ten ma nastąpić w czwartek, więc trzeba harmonogram conieco obrócić i zdaje się, że wypadnie nam dość długa trasa do przejechania z tak zwanego buta – 2250 km z domciu do Miami. Potem zjazd na Key West, a potem prawie tydzień na powrót do domu.
Teraz jeszcze podklei się kartonikiem, żeby wypisać życzenia, i jazda do szanownej adresatki.
Z ciekawszych zdarzeń nadmienię, że w Chicagolandzie nudno nie jest – jeszcze się dobrze burza śnieżna nie skończyła (sypało bez przerwy przez ponad dobę), a tu nad ranem ŁUP trzęsionko ziemi nam zafundowano. Ja tam przespałam, nie pamiętam żadnego telepania, ale T się zbudził, bo dziwny odgłos usłyszał. Poleciał do okna patrzeć, czy nam dach odpada, czy co (bo mamy na budynku taką dość pionową drewnianą „strzechę” – a tu spadł tylko kawał śniegu.A tak wyglądały wczoraj pojazdy przed zakładem – ludzie nabyli zwyczaju podnoszenia wycieraczek, jeśli ma padać śnieg, i stoją potem takie zasmarkane soplami robale z antenkami, gotowe do ataku :)
Jutro natomiast wstaję i o ile nie pojawią się w ostatniej chwili jakieś przeciwwskazania, przystępuję do ważnej czynności w postaci zakupu biletów na 18 marca, na start wahadłowca Discovery. Juuu-huuuu! Poprzedni plan wycieczki miałam ułożony pod odlot w niedzielę, a ten ma nastąpić w czwartek, więc trzeba harmonogram conieco obrócić i zdaje się, że wypadnie nam dość długa trasa do przejechania z tak zwanego buta – 2250 km z domciu do Miami. Potem zjazd na Key West, a potem prawie tydzień na powrót do domu.środa, 3 lutego 2010
687. do przodu, do przodu
Zewnętrze sukieneczek zostało zakończone. Na takim właśnie etapie powinnam być tydzień temu, przed narodzinami... Teraz jeszcze się druknie zdjęcia i dane osobowe, ale to już z górki.
A kiedy już nic mi się nie chce, to dziobię krzyżykowego maczka – na kartkę urodzinową dla Mamy, która to kartka z pewnością się spóźni. To krzyżykowanie jest strasznie pracochłonne, a wydaje mi się, że niespecjalnie twórcze. Chyba, że się coś pokręci we wzorze i potem trzeba kombinować, jak z tego wybrnąć bez prucia. Bo prucia nie lubimy.
A kiedy już nic mi się nie chce, to dziobię krzyżykowego maczka – na kartkę urodzinową dla Mamy, która to kartka z pewnością się spóźni. To krzyżykowanie jest strasznie pracochłonne, a wydaje mi się, że niespecjalnie twórcze. Chyba, że się coś pokręci we wzorze i potem trzeba kombinować, jak z tego wybrnąć bez prucia. Bo prucia nie lubimy.poniedziałek, 18 maja 2009
507. kocia niedziela
Plan był taki, żeby wczoraj wstać gdzieś o piątej (!) i pędzić do Chicago na Dni Architektury, by załapać się na kilka darmowych wycieczek z przewodnikiem po rozmaitych ciekawych miejscach. Niestety - zaspało nam się, obudziliśmy się o szóstej. W zasadzie nie było już sensu zasuwać do Downtown, to zrobiliśmy sobie arcyleniwą niedzielę i wzorem kota zmienialiśmy tylko miejsca leżenia oraz pozycje. W porze lunchu wybraliśmy się tylko na zupę w chlebie do Panery, żeby nikt nie mógł powiedzieć, że taaaaki piękny dzień przewegetowaliśmy na kanapie i fotelu.
Trudno, czasem takie lenistwo jest potrzebne; T od dłuższego czasu tyra ciężko po sześć dni w tygodniu, żeby nadrobić marną zimę, ja też biegam na okrągło... tak po prawdzie, to chyba nam się od początku nie chciało jechać do Chicago, tylko jesteśmy chytrusy wycieczkowe i z łakomstwa zrobiliśmy plany.
A tak - przeczytałam sobie babską książkę "Klub Dobrej Wiadomości", od deski do deski, czyli od tekturki do tekturki - 255 stron z buta, proszę państwa szanownego. Ucieszyłam się happy-endem.
Oprócz tego siedziałam i szyłam - znowu spiętrzyły się rzeczy do zrobienia: poniżej mamy ateciaki i chunky pages na wymianę, jeszcze mi trzeba 1 ateciak i 2 stronki. Uff. I w tym tygodniu jeszcze 3 kartki urodzinowe do pracy, 2 mam już w głowie. Potem długie tłumaczenie, które miałam już kiedyś prawie zrobione, ale komputer zeżarł, potem kilka pociągnięć pędzlem i igłą w domu... i już przyleci Szwagier Kazik. Zacznie się letnie, wycieczkowe zamieszanie, które tak lubię.

Trudno, czasem takie lenistwo jest potrzebne; T od dłuższego czasu tyra ciężko po sześć dni w tygodniu, żeby nadrobić marną zimę, ja też biegam na okrągło... tak po prawdzie, to chyba nam się od początku nie chciało jechać do Chicago, tylko jesteśmy chytrusy wycieczkowe i z łakomstwa zrobiliśmy plany.
A tak - przeczytałam sobie babską książkę "Klub Dobrej Wiadomości", od deski do deski, czyli od tekturki do tekturki - 255 stron z buta, proszę państwa szanownego. Ucieszyłam się happy-endem.
Oprócz tego siedziałam i szyłam - znowu spiętrzyły się rzeczy do zrobienia: poniżej mamy ateciaki i chunky pages na wymianę, jeszcze mi trzeba 1 ateciak i 2 stronki. Uff. I w tym tygodniu jeszcze 3 kartki urodzinowe do pracy, 2 mam już w głowie. Potem długie tłumaczenie, które miałam już kiedyś prawie zrobione, ale komputer zeżarł, potem kilka pociągnięć pędzlem i igłą w domu... i już przyleci Szwagier Kazik. Zacznie się letnie, wycieczkowe zamieszanie, które tak lubię.

Labels:
atc,
chunky books,
haftowanki,
szmatki,
z życia wzięte
czwartek, 14 maja 2009
505. żeby się odstresować...
Stresy ostatnio są rozmaite. A to jeden z osiedlowych dziadków okrzyczy człowieka za zatrzymanie auta na minutkę przed wejściem do bloku celem wtaszczenia ciężkiego wora z glebą; a to ktoś na parkingu wyjedzie znienacka i prawie stuknie człowieka; a to po powrocie do domu okazuje się, że nie ma wody i trzeba szybko zmieniać plany obiadowe, bo przecież nie będę gotować ziemniaków w wodzie z rezerwuaru w łazience, a to było jedyne H2O, jakie nam zostało.
Jadę sobie potem do biblioteki celem oddania książek oraz z myślą, że to taaaakie spokojne miejsce, że sobie mentalnie odpocznę. Wchodzę, oglądam wystawkę malarzy-amatorów, a tu kszszsz kszszsz, włącza się radiowęzeł i ostrzega, że oto nadchodzi tornado, żeby przy wychodzeniu z budynku uważać.
Największy stres jest na zakładzie: okazało się, że mamy w bazie danych tysiąc czy ileś firm, których nikt nie tknął jeszcze w celach zaproponowania im współpracy. Podzielono tę ogromną listę na odcinki i każdy dostał wydruk z około 60-ma organizacjami, do których ma zadzwonić, sprawdzić adres, ewentualnie uzyskać dane osoby w dziale marketingu, a potem w bazie danych przypisać odpowiedniego "opiekuna" i kody oznaczające branżę. Brrr.
Nie jest to może BARDZO straszne, ale człowiek boi się nieznanego; poza tym po drugiej stronie drutu bywają dość niemili ludzie. Z trzeciej strony - jest nagroda, $100, więc może mi się uda? Wczoraj przeleciałam przez 12 firm i przeżyłam, choć z ledwością. Najlepiej jest się zamknąć w biurze kogoś nieobecnego i stamtąd dzwonić, bo we własnej dziupli, gdzie wszyscy dookoła słyszą, jest bardziej obciachowo.
Uszyłam ostatnio chunky page czyli kwadracik 10x10 cm - ma być szyty, z koralikami, metalową przywieszką i włóczką. Na razie powstał jeden czajnik, a jeszcze potrzebuję trzy.

I jeszcze widoczki balkonowe - nasz mały ogródek oraz kot, wielce zainteresowany zielskiem, nawet już niektóre poogryzał.
Jadę sobie potem do biblioteki celem oddania książek oraz z myślą, że to taaaakie spokojne miejsce, że sobie mentalnie odpocznę. Wchodzę, oglądam wystawkę malarzy-amatorów, a tu kszszsz kszszsz, włącza się radiowęzeł i ostrzega, że oto nadchodzi tornado, żeby przy wychodzeniu z budynku uważać.
Największy stres jest na zakładzie: okazało się, że mamy w bazie danych tysiąc czy ileś firm, których nikt nie tknął jeszcze w celach zaproponowania im współpracy. Podzielono tę ogromną listę na odcinki i każdy dostał wydruk z około 60-ma organizacjami, do których ma zadzwonić, sprawdzić adres, ewentualnie uzyskać dane osoby w dziale marketingu, a potem w bazie danych przypisać odpowiedniego "opiekuna" i kody oznaczające branżę. Brrr.
Nie jest to może BARDZO straszne, ale człowiek boi się nieznanego; poza tym po drugiej stronie drutu bywają dość niemili ludzie. Z trzeciej strony - jest nagroda, $100, więc może mi się uda? Wczoraj przeleciałam przez 12 firm i przeżyłam, choć z ledwością. Najlepiej jest się zamknąć w biurze kogoś nieobecnego i stamtąd dzwonić, bo we własnej dziupli, gdzie wszyscy dookoła słyszą, jest bardziej obciachowo.
Uszyłam ostatnio chunky page czyli kwadracik 10x10 cm - ma być szyty, z koralikami, metalową przywieszką i włóczką. Na razie powstał jeden czajnik, a jeszcze potrzebuję trzy.

I jeszcze widoczki balkonowe - nasz mały ogródek oraz kot, wielce zainteresowany zielskiem, nawet już niektóre poogryzał.
Labels:
haftowanki,
ogrodnictwo,
redakcja,
szmatki,
zwierzecosc
środa, 6 maja 2009
500. pięć zero zero
Z okazji pięćsetnego posta (postu??) powinno może być coś do wzięcia, ale na razie jestem zakopana w projektach już czekających w kolejce, które mam wykonać na czas. Może więc kiedy się conieco poluzuje, to się wymyśli jakieś coś.
Na razie - złapałam wczoraj niejako tematycznie ciekawą godzinę na telefonie w pracy. Trzeba by się we wrześniu przyczaić na 09:09 09/09/09 :D
I jeszcze ateciaczka wczoraj popełniłam podczas oglądania House'a i Kwadratowego (CSI New York) - to NIE jest żarówka, tylko balon! Pojechał dzisiaj na zaległą wymianę.
Na razie - złapałam wczoraj niejako tematycznie ciekawą godzinę na telefonie w pracy. Trzeba by się we wrześniu przyczaić na 09:09 09/09/09 :D
I jeszcze ateciaczka wczoraj popełniłam podczas oglądania House'a i Kwadratowego (CSI New York) - to NIE jest żarówka, tylko balon! Pojechał dzisiaj na zaległą wymianę.poniedziałek, 20 kwietnia 2009
485. chrzan i musztarda, czyli deszczowa niedziela
Pippi Langstrumpf podlewała kiedyś kwiatki w ulewę, bo tak sobie zaplanowała i nie pozwoliła deszczowi tych planów popsuć. Podobnie i my zaplanowaliśmy sobie na wczoraj grillowanie, więc deszczowa pogoda nas nie odstraszyła. Udało nam się wstrzelić sprytnie w suchszą część dnia.
Wyjazd na grilla niczym skomplikowanym nie jest: trzeba nabyć kiełbaskę czy co kto sobie życzy, wyngle i rozpałkę. I jazda. A, mamy jeszcze wielkie szczypce, żeby się nie parzyć, i trzeba będzie zakupić szufelkę do zarządzania węgielkami. Tyle. Całość mieści się w jednej torbie, bo grille, ławki i stoliki są na wyposażeniu parków.
Więcej zdjęć w stałym miejscu.
Uszyłam kolejnego ateciaczka - żółw to miał być i chyba widać, że jest. Muszę mu jednak dorobić pysk, a w ewentualnych przyszłych egzemplarzach zmienić trochę kształt pyska na bardziej trójkątny.
No i jeszcze witrażyki na wymianę, skończyłam wszystkie cztery, maszeruje hakelbery. Zdjęcie, niestety, marne, bo pogoda deszczowa, jak już wspominałam. Lepiej widać szczegóły gibsonowego obejścia, niż kart, ale trudno, zostały już wysłane, klapka zapadła.
Wyjazd na grilla niczym skomplikowanym nie jest: trzeba nabyć kiełbaskę czy co kto sobie życzy, wyngle i rozpałkę. I jazda. A, mamy jeszcze wielkie szczypce, żeby się nie parzyć, i trzeba będzie zakupić szufelkę do zarządzania węgielkami. Tyle. Całość mieści się w jednej torbie, bo grille, ławki i stoliki są na wyposażeniu parków.
Więcej zdjęć w stałym miejscu.Uszyłam kolejnego ateciaczka - żółw to miał być i chyba widać, że jest. Muszę mu jednak dorobić pysk, a w ewentualnych przyszłych egzemplarzach zmienić trochę kształt pyska na bardziej trójkątny.
No i jeszcze witrażyki na wymianę, skończyłam wszystkie cztery, maszeruje hakelbery. Zdjęcie, niestety, marne, bo pogoda deszczowa, jak już wspominałam. Lepiej widać szczegóły gibsonowego obejścia, niż kart, ale trudno, zostały już wysłane, klapka zapadła.
środa, 15 kwietnia 2009
483. pracowity wieczór
Skończyłam wreszcie czwartego ateciaka na wymianę lawendowo-niebieską, więc mogę wysłać.
Uszyłam wczoraj firanki do sypialni (tzn. przecięłam długachną firanę z ikei na pół i wykończyłam.) Dzięki temu mogłam wynieść z kraftowego stołu maszynę do szycia, co z kolei umożliwiło przekopanie się przez sterty wszystkiego, wyrzucenie części, rozdysponowanie reszty tam, gdzie się należy.
Z kolei dzięki temu będę mogła ogarnąć obozowisko przy mniejszym stole, tym telewizyjnym, gdzie w tej chwili parkują liczne pudła i "tace", jak to sobie nazywam, czyli niskie, a sztywne pudełka (zebrane na zakładzie z próbek kosmetyków, jakie do nas przychodzą), gdzie trzymam sobie tusze, farbki i co tam jeszcze.
Stół kraftowy przyda mi się również do napisania papierowego listu oraz do studiowania nie-internetowych przewodników turystycznych przy akompaniamencie dobrej herbaty albo kakao.
Uszyłam wczoraj firanki do sypialni (tzn. przecięłam długachną firanę z ikei na pół i wykończyłam.) Dzięki temu mogłam wynieść z kraftowego stołu maszynę do szycia, co z kolei umożliwiło przekopanie się przez sterty wszystkiego, wyrzucenie części, rozdysponowanie reszty tam, gdzie się należy.
Z kolei dzięki temu będę mogła ogarnąć obozowisko przy mniejszym stole, tym telewizyjnym, gdzie w tej chwili parkują liczne pudła i "tace", jak to sobie nazywam, czyli niskie, a sztywne pudełka (zebrane na zakładzie z próbek kosmetyków, jakie do nas przychodzą), gdzie trzymam sobie tusze, farbki i co tam jeszcze.
Stół kraftowy przyda mi się również do napisania papierowego listu oraz do studiowania nie-internetowych przewodników turystycznych przy akompaniamencie dobrej herbaty albo kakao.
środa, 8 kwietnia 2009
476. krafciki
Ostatnia jajeczna karteczka na te święta oraz bliższe spojrzenie na jedną z moich ulubionych technik - pomarszczona bibułka przylepiona na karton, a potem popaćkana innym kolorem, w tym przypadku z takiej metalicznej pasty, ale można też "suchym pędzlem" z akrylówką. Nie wspominając o pomalowaniu jeszcze lakierem, szczególnie z brokatem :)


poniedziałek, 30 marca 2009
kolorów ciąg dalszy
Weekend przeleciał, jakby go nie było. Lekcja, zakupy, pitraszenie, pranie, kościółek polski, kościółek angielski, pogrzebanie w internecie, piramidka dla Lady E prawie-że skończona, mały postęp w ateciaku wyszywanym krzyżykami.
Zadziwiło mnie, że ten ateciak idzie mi tak strasznie powoli. Fakt, że jestem początkująca, ale mam prościutki wzorek i zapełnianie pól mogło by być trochę szybsze. Ponieważ zaś zapełnianie pól jednolitymi kolorem nie wymaga wielkiego skupienia rozumu, zaczęłam liczyć, ile to ściegów trzeba na jeden ateciak.
Ateciak ma wymiar 3.5 x 2.5 cala, co daje 8.75 cala kwadratowego. Aida (kanwa, znaczy się?) czternastka ma czternaście nitek na cal. To daje nam 196 pól w jednym calu kwadratowym, RAZY DWA, bo krzyżyk to dwa ściegi. Mamy więc 392, co należy teraz przemnożyć przez 8.75 i otrzymać... 3430 ściegi na jednego ateciaka!!!!!! Je to strasne.
Wygląda na to, że jednak ateciaków się krzyżykami nie zapełnia, tylko maluje sam wzorek. Nic dziwnego, hehe.
Dla odczynienia tego szoku zabrałam się za porządkowanie nici do wyszywania. Poplątały mi się conieco, bo nie wszystkie motki działają, jak powinny. Nacięłam sobie xpulek z kartoników, ponawijałam... kot chciał pomagać, ale skończyło się na tym, że się bardzo złościł i syczał.
Fotki xpulek nie mam, ale za to zeskanowałam kilka próbek farb ze sklepu remontowo-budowlanego. Nazwy niezmiennie mnie rozwalają :)
Zadziwiło mnie, że ten ateciak idzie mi tak strasznie powoli. Fakt, że jestem początkująca, ale mam prościutki wzorek i zapełnianie pól mogło by być trochę szybsze. Ponieważ zaś zapełnianie pól jednolitymi kolorem nie wymaga wielkiego skupienia rozumu, zaczęłam liczyć, ile to ściegów trzeba na jeden ateciak.
Ateciak ma wymiar 3.5 x 2.5 cala, co daje 8.75 cala kwadratowego. Aida (kanwa, znaczy się?) czternastka ma czternaście nitek na cal. To daje nam 196 pól w jednym calu kwadratowym, RAZY DWA, bo krzyżyk to dwa ściegi. Mamy więc 392, co należy teraz przemnożyć przez 8.75 i otrzymać... 3430 ściegi na jednego ateciaka!!!!!! Je to strasne.
Wygląda na to, że jednak ateciaków się krzyżykami nie zapełnia, tylko maluje sam wzorek. Nic dziwnego, hehe.
Dla odczynienia tego szoku zabrałam się za porządkowanie nici do wyszywania. Poplątały mi się conieco, bo nie wszystkie motki działają, jak powinny. Nacięłam sobie xpulek z kartoników, ponawijałam... kot chciał pomagać, ale skończyło się na tym, że się bardzo złościł i syczał.
Fotki xpulek nie mam, ale za to zeskanowałam kilka próbek farb ze sklepu remontowo-budowlanego. Nazwy niezmiennie mnie rozwalają :)
piątek, 27 marca 2009
wtorek, 24 marca 2009
463. filcowanko itp.
Zwędziłam pomysł, ale od razu mówię komu, więc nie jestem chyba zepsuta do szpiku kości :) Zauroczył mnie herbatnik w Manualniku Mrouh i postanowiłam sama spróbować... W innych kolorach, no, ale pomysł ten sam. Na razie wycięłam części i pospinałam igłami, gdyż szpilki się były zapodziały.
Przedstawiam Szanownym Czytelnikom ziaboka, czyli skutek całodziennej pracy nad bazą danych w niedzielę. Chyba mi się poprzestawiało coś w rozumie, bo zwykle mnie monstro-podobne kształty nie ruszają, a tu siadłam z nożyczkami (tym razem nie trzeba było nawet ich szukać) i ciach-ciach, wyskoczyło spod nich takie coś. A że kolory ma odpowiednie, to się w sam raz przyda na wymianę lawendowo-niebieską.
Przedstawiam Szanownym Czytelnikom ziaboka, czyli skutek całodziennej pracy nad bazą danych w niedzielę. Chyba mi się poprzestawiało coś w rozumie, bo zwykle mnie monstro-podobne kształty nie ruszają, a tu siadłam z nożyczkami (tym razem nie trzeba było nawet ich szukać) i ciach-ciach, wyskoczyło spod nich takie coś. A że kolory ma odpowiednie, to się w sam raz przyda na wymianę lawendowo-niebieską.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























