Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ksiazki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ksiazki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 września 2014

14:91. groch z kapuścińskim

Siedziałem przy okienku, przejęty, wpatrzony, bo pierwszy raz widziałem świat z wysoka, z lotu ptaka, nigdy dotąd nie byłem nawet w górach, a co dopiero w tak niebotycznej sytuacji. Pod nami przesuwały się wolno różnokolorowe szachownice, pstrokate patchworki, szarozielone dywany, wszystko rozpostarte, rozłożone na ziemi, jakby do wysuszenia na słońcu.

Zabrałam się wczoraj - po raz drugi, na kwadrans tylko - za Podróże z Herodotem Ryszarda Kapuścińskiego. Trochę jako przedsmak czasu, kiedy będę mogła przeczytać to, co mi się podoba, a nie słowa narzucone przez termin wykonania Zadania; również dlatego, że natknęłam się ostatnio na jego wypowiedź:

„Ja strasznie dużo pracuję nad tekstem, żeby napisać jedno własne zdanie, trzeba przeczytać tysiące cudzych”.

W pewnym ułamku czuję to obecnie na własnej skórze. Nie wymyślam treści, ale szatę - poniekąd owszem. I to prawda, że szlifować można w nieskończoność - nawet przełożenie cudzych myśli. Trzeci raz czytam te moje rozdziały i dalej jeszcze znajduję bałagan w przecinkach czy też zdania do wygładzenia. A gdyby przyszło jeszcze stworzyć zawartość, czyli mieć coś do powiedzenia od siebie - OLABOGA.

A w wieku nastoletnim zdawało mi się, że napisanie powieści to takie hop-siup; bierze się kajet i długopis, i jedzie z koksem. Teraz, im więcej słów mi przychodzi napisać, w tym mniejszą kulkę się zwijam w szacunku dla tych, którzy potrafią pięknie i mądrze układać wyrazy w treść wnoszącą coś nowego. I na przykład przedstawić banalny widok z okna samolotu tak, jak Ryszard Kapuściński.

poniedziałek, 24 września 2012

1209. po kiermaszu

Troszkę mi się przypiłowały skrzydełka na sobotnim kiermaszu - w zeszłym roku poszło znacznie lepiej, było o wieeele więcej zwiedzających... A tu zestresowałam się już podczas dojazdu, bo dałam się prowadzić GPSowi, na skutek czego wylądowałam przed bramką, jako że osiedle domków jednorodzinnych, gdzie impreza się odbywa, to gated community i obcych tam NIE CHCOM.

Na szczęście poratowały mnie miłe emeryckie dusze, opuszczające właśnie zabramkowane osiedle, kierując do innego wjazdu, takoż zagrodzonego, ale zaopatrzonego zarazem w żywego strażnika, któren pobrawszy ode mnie nazwisko, roztworzył bramę na oścież.

Potem, po wejściu na salę ze stoiskami, okazało się, że naprzeciwko, po drugiej stronie przejścia, jest... druga pani z kartkami. Nieco innymi od moich, zawierającymi herbatki, kawki, przyprawy - ale ścięło mnie na moment, bo widzę, że pani korzysta nawet z tych samych papierów, które ja mam na składzie! Uratowały mnie jednak torebusie - pani konkurentka też miała torebki, ale w znacznym stopniu fabryczne, tzn. z jakichś gotowców, przyciętych papierów z zestawu (zdaje się, że Marty S.) i tylko przyczepiła do nich kwiatysie.

Koniec końców źle nie było, szczególnie w momencie, kiedy przekroczyłam zadaną sobie kwotę oznaczającą, że zwróciła się opłata za miejsce oraz - z grubsza - materiały. Zapłata za godzinę przygotowań wyszła jednak w granicach 10% minimalnej płacy... no, ale na szczęście jest to raczej zabawa i jeśli jakikolwiek zysk się pojawia, to jestem na plusie. Całe szczęście, że nie musimy z tego żyć, bo już byśmy dawno z głodu pomarli.

Z drugiej strony - obyło się bez klientów rzucających hasła typu "niech się przyjrzę, może moja siostrzenica/wnuczka/sąsiadka też by mogła takie robić" - litości, nawet, jak się myśli takie coś, to nie należy tego mówić! No i nikt nie jęczał, że drogo. Pojawiło się za to kilka osób, które w zeszłym roku nabyły torebusie i wyraziły zadowolenie.

Najfajniejsze było to, że przyniosłam sobie conieco materiałów i podczas pilnowania stołu wyciupałam eksplodujące pudełko - drugie w życiu. Zaczęłam i trzecie, ale dokończyć muszę w domu, bo rzecz okazuje się o wiele bardziej prachochłonna, niż sądziłam.



Powyższy egzemplarz jest o tematyce ogrodowej, natomiast obecnie powstający będzie o książkach i czytaniu, w palecie - łatwo zgadnąć - brązowo-kremowo-złotej.

Miłe było też sąsiedztwo po lewej stronie mojego stołu: do końca życia słowo hatchet będzie mi się kojarzyło z panią sprzedającą hatchet scarves - toporkowe szaliki, a właściwie ozdoby na szyję. Ozdoba wygląda jak toporek, tzn. jest kwadrat - jakby ostrze i pasek, czyli trzonek. Na końcu trzonka jest pętelka, przez którą przewleka się "ostrze" i układa na dekolcie, przypinając od wierzchu broszką z tego samego materiału.

Podziwiałam tę panią, że nawet pod koniec szóstej godziny wyjaśniała zasadę działania toporkowego szalika tak, jakby dany spóźniony klient był pierwszy i absolutnie wyjątkowy; widać też było, że babeczki wykazywały spore zainteresowanie i prawie każda odchodziła z pakiecikiem.

Za to pani kartkowa z przeciwka była niezadowolona (ale - choć to może niezbyt ładnie sypać takimi określeniami, jeśli się kogoś nie zna - miała taką minę, jakby w ogóle była niezadowolona z życia, a jeśli się do tego dołoży zbójeczny głos oraz papierosowy oddech, to niestety całość nie zachęca do pzostawania dłużej przy tym kramie.)

Wzruszyło mnie za to stoisko po przekątnej, gdzie dziouszka dziergała czapki i szaliki, a pomagał jej ojciec, ledwo chodzący, ale się przydający - wędrował sobie ów staruszek drobniutkimi kroczkami, o lasce, niósł do kosza talerz po kanapce, potem znów dreptał z butelką po wodzie, potem z jakimiś papierami... A kiedy przyszło do pakowania, dziewczyna - choć mogła sama wszystko zwinąć i niewątpliwie byłoby to prostsze i szybsze - specjalnie zadawała mu do wykonania drobne prace i widać było, że staruszek bardzo się stara i dumny jest, że uczestniczy.

Uff. Tyle o kiermaszu... w niedzielę zaś najpierw się rozpędziłam z pracami kurodomowymi, a potem wsysła mnie książka zakupiona niby na podróż do Polski, ale chyba nie dotrwa, bo zostanie wcześniej przeczytana. Sprawczynią mojego zniknięcia jest powieść The Tea Rose - jak na książkę w tubylcznym języku, czytanie idzie mi pędem! I nie mogę się doczekać, co będzie dalej, właśnie przybyliśmy do Nowego Jorku - iiiii???

wtorek, 17 stycznia 2012

1070. plany były taaaakie na długi weekend...

...a wyszła z nich jedna karteczka na gotowo, i to prosta, oraz kilka niedokończonych jeszcze stron w Gromadzienniku, ale za to przeczytałam kawał książki The Red Queen. Kupiłam ją sobie w dolarowcu w piątek, czekając, aż przybędzie T z kluczem od mojego pojazdu i umożliwi mi dostęp do moich, zamkniętych wewnątrz :)

Karteczka zaś wygląda następująco:


I to by było na tyle, bom jest wyczerpana długim weekendem oraz sportami.

czwartek, 22 grudnia 2011

1056. przedświąteczne opowieści

Mam wrażenie, że w ubiegłym tygodniu przedświąteczne przygotowania trochę mnie wypaliły - okoliczności niejako wymusiły zrobienie sterty rzeczy na dzień i na godzinę, po czym jjakoś mi skrzydła opadły... razem z tymi klapkami, które trzymają okulary na nosie, bo dzień po dniu urwały mi się obie, ale już naprawiłam za pomocą zestawu zakupionego w Walmarcie :)

Zatem, zamiast sprzątać, pitrasić, kupować sterty prezentów, a nawet kleić - czytałam sobie grubachną księgę, 420 stron (możliwe, że to najgrubsze tomisko w tubylczym języku, jakie kiedykolwiek przeczytałam). I nawet nie będę używać w stosunku do niej słowa "przebrnęłam", bo choć to biografia, frunęło się przez nią z przyjemnością.



Muzeum Kartek też trochę się zapóźniło, więc nadrabiamy, żeby się wyrobić przed Wigilią. Na zeszłą niedzielę przypadła karteluszka z obrazkiem, który na pierwszy rzut oka można by uznać za kicz, ale jakoś te zimowe scenki lubię. Ta poniżej pochodzi z litografii opublikowanej przez firmę Currier & Ives, założoną przez dwóch (nieco oddalonych) szwagrów na przełomie XIX i XX wieku, a na tyle słynną, że odniesienie do nich znajduje się nawet w popularnej świątecznej piosence (1:35).


Currier & Ives naprodukowali masę ilustracji upamiętniających scenki z amerykańskiego życia - krajobrazy, wyścigi koni, portrety, statki, wydarzenia historyczne - ale największą popularność zdobyły obrazki zimowe, do dzisiaj przedrukowywane na kartkach i innych świątecznych artykułach.

Moja kartka obramowana jest kropeczkowatą złocistością, a dodatkowo obszar samej ilustracji ma fakturę udającą płótno. Mimo być może "nadsłodyczy" lubię się przyglądać obrazkowi i jego fantastycznym szczegółom- płatków śniegu nie widać, ale każdą omrożoną trawkę owszem :)


Kartka poniedziałkowa jest w porównaniu z powyższą szokująco prosta - ot, okrąg ze złocistych kropeczek, lekko embossowanych, plus trzy ciepłe słowa: Joy, Peace, Cheer.



Wreszcie wtorek - kartka świadcząca o tym, że w święta niemożliwe jest użycie zbyt wielkiej ilości brokatu :) Tutaj pokryto nim całą powierzchnię i dzięki temu kartka sprawia wrażenie, że sama świeci!


poniedziałek, 11 kwietnia 2011

931. kajakśmy sobie sprowadzili

Na nadchodzącą wyprawę nabyliśmy kajak z oprzyrządowaniem. Nie od początku mieliśmy taki zamiar, ale kiedy oficjalni przewoźnicy zaśpiewali $300 za przeciągnięcie nas po podeschniętej, a zatem raczej bezpiecznej Rio Grande, T zaczął grzebać w internecie i okazało się, że sprzęt wyjdzie o jakieś 30% taniej no i oczywiście będziemy go mieć, w odróżnieniu od korzystania z usługi, podczas której kasa idzie w powietrze i w widoki.

Zadzwoniłam nawet to parku narodowego Big Bend, coby się rozdowiedzieć szczegółowo, jakie są reguły i ewentualne dodatkowe koszty – okazało się, że całkiem to wszystko przystępnie wygląda, a pozwolenie na korzystanie z rzeki w ogóle jest darmowe, ale pewnie w ten sposób rachują pod wieczór, czy wszyscy wrócili. W końcu to dzicz nad dzicze.

Na razie kajak pływa wśród foteli i roślin doniczkowych, a kot w ogóle uciekł i gdzieś się skrył.

A z całkiem innej beczki – byliśmy dziś w bibliotece wypożyczyć książki na teraz i na wycieczkę (mamy też zapasik książkowych empetrójek na długie godziny, jakie przyjdzie nam przesiedzieć w pojeździe). Pokarało mnie chyba za przerost ambicji, bo pożyczyłam sobie książkę po hiszpańsku, z czerrrrrwonymi usty na okładce, sądząc, że to romansidło jakieś będzie, a romansidła bywają łatwe. Trzeba było jednak rzucić okiem do środka, bo pierwsze zdanie zaczyna się od „Cuando el vampiro entró en el bar...”, a ja prędzej zabrałabym się za dwunastotomową historię Kanady, niż za książkę o wampierzach. Trudno. I tak całej nie przeczytam, przebrnę pewnie przez parę stroniczek i pójdzie z powrotem do biblioteki.

wtorek, 22 lutego 2011

912. o wolnym dniu

Redakcja dała nam wczoraj wolny dzień, więc z radością zaplanowałam, ile-to-ja-dokonam w tym wolnym dniu. Ha! Oczywiście nie udało mi się uporać z całą listą, ale trochę odhaczyłam. Wieczorem wzięło mnie na czytanie - razem z T zagłębiliśmy się w lekturę, każde swoją. On ma "współczesnego pisarza niemieckiego" z samolotami na okładce, a ja skończyłam "Pestkę" - wlokącą się trochę w trakcie, ale niesamowicie intensywną pod koniec. (Jeśli ktoś źle znosi smutne kawałki o zwierzętach, to stanowczo odradzam tę powieść - schlipałam się po pas.)

Ponieważ zaś tę intensywność trzeba było czymś przykryć - nie szło zasnąć po takich wrażeniach - złapałam jeszcze jedno powieścidło z półki, trochę na chybił trafił o tej niemal-północnej porze. Na razie nie było tam nic, co poszarpałoby duszę. Dochodzę za to do wniosku, że lata temu ("Pestka" mieszka już u mnie ze dwie dekady) korektorzy byli o wiele uważniejsi. Kilka ostatnich książek - nówek, jakie przyniosłam z biblioteki, usypane było literówkami, a w tych starszych - czyściusieńko. A myślałby kto, że w dzisiejszych czasach, gdy świat pełen jest komputerów zaopatrzonych w automatyczne sprawdzacze tekstu...

I tak mnie to wszystko zestresowało, razem z jutrzejszą perspektywą Tomkowego egzaminu, że przyśniła mi się pani U z liceum, która nawet po dwudziestu latach jest w stanie człowieka przerazić. Pani U uczyła historii i była jedną z największych pomyłek pedagogicznych w tej szkole, która skutecznie zatłukła we mnie jakąkolwiek sympatię do historii. Lekcje były przeraźliwie nudne ("czytajcie sobie rozdział x z podręcznika"), pani siedziała zwaliście za biurkiem i gapiła się w okno, swoją osobą dając dowód, jaka ta historia jest beznadziejna; natomiast do odpowiedzi trzeba było zaryć na pamięć tekst z książki. Nic się z niczym nie wiązało, totalna pamięciówa, od strony do strony, obrazki pominąć - jak z kolei mawiała pani od biologii, wielki wróg takiego sposobu "nauczania".

Zazdrościłam pewnej Basieńce, która, niczym jakiś mechanizm, potrafiła nagrać na płyty mózgowe całe strony z podręcznika; ja natomiast brzydziłam się zawsze ryciem na pamięć, z wyjątkiem zagranicznych słówek, ewentualnie wzorów czy niezbędnych definicji. Brrr. Na szczęście były też przedmioty, na których można było się wykopać z głębin depresji, spowodowanej niemożnością uzyskania na historii przyzwoitej oceny.

(Była też i pani Ł od geografii, gdzie z kolei zakuwało się na pamięć do niczego niepotrzebne cyferki z rocznika statystycznego, a piękno świata, jaki geografia powinna człowiekowi przedstawiać, zupełnie wśród jej nudziarstwa ginęło. Ale to zupełnie inna opowieść i cieszę się bardzo, że terapia wycieczkowa kilku ostatnich lat pozwoliła mi pozbyć się licealnej traumy historyczno-geograficznej.)

Poza tym posprzątałam też sobie w kraftowni, na skutek czego powstały strony w art journalu, zawierające rozmaite drobiazgi, które szkoda wyrzucić, a przydać, to się już chyba nie przydadzą. Na pamiątkę eksperymentów z różnymi technikami mam więc poniższą różowinkę:

Kończy się też kocyk "fale Mississippi" dla dzieciaczka, który ma przyjść na świat za kilka miesięcy właśnie w stanie Mississippi. Nazwę dzieła wymyśliłam sobie sama, to nie żadne oficjalne określenie - ale co tam, podczas dłubania tysięcy oczek przychodzą człowiekowi do głowy różne myśli i pomysły, to czemu nie.

poniedziałek, 13 września 2010

825. weekend story

Sporą część weekendu zjadło czytanie grubachnej książki, „Gry Anioła” – jestem mniej więcej w połowie i mnie wciągło! Łażę za autorem po mrocznej czasami Barcelonie, słucham, o czym sobie tam gadają i daję się pożerać niepokojowi, że oto główna postać pakuje się w układ przynoszący korzyści na krótką metę, ale w dalszej przyszłości będzie sobie łamać głowę, jak się z niego wyplątać. Podziwiam zakręcone zdania pełne pomysłów typu „płaszcz kryształowych sztyletów”, które to określenie zastąpiło opad deszczu podczas burzy.

Udało się jednak umyć okno w kraftpokoju, ugotować gar zupy-przecieranki (chyba moja ulubiona zupa wszech czasów, mogę tydzień jeść dzień w dzień bez reklamacji ani znudzenia), upiec ciasto dwubiegunowe, jagodowo-nektarynkowe (lubię takie ciasta, gdzie w połowie zmienia się nadzienie, bo dają wybór zależnie od nastroju). W sobotę rano ukleiłam też kartkę z muszelką na wyzwanie w Wednesday Stamper (w nawiązaniu do wierszyka czy też piosenki „she sells seashells by the seashore”, słynnego wykręcacza języka,) oraz dwóch kumpli do jesiennego taga z żołędziem. Mogę zatem zapisać się na wymianę.

Nie zdołałam natomiast dodać ani jednej cyferki do wielkiego raportu zabranego jako zadanie domowe z pracy, bo okazało się, że klawiatura z cyferkami na boku ma kabelek z wejściem okrągłym, a nie USB, w związku z czym nie da się jej podłączyć do obecnego laptopa, a klepanie setek numerków za pomocą tych zwykłych klawiszy, tych na górze, to męka i w ogóle się nie opłaca. No nic, będę je pisać dziś.

I spent a significant portion of the weekend reading a book by Mr. Zafon, and also devoted some time to the domestic duties – window cleaning, soup cooking, baking etc. On Saturday morning, for a couple of hours I enjoyed the pleasures of my craft room and created a seashell card for the Wednesday Stamper challenge, and also two more Autumn Gold tags for Weekend Taggers. Yay, I’m ready for the swap!





sobota, 26 czerwca 2010

774. jak to z czytaniem bywa

W którymś portalu wyczytałam wczoraj, że czytanie internetu człowieka ogłupia w takim sensie, że ma potem trudności z przebrnięciem przez dłuższe teksty. Zdaje się, że niestety odczuwam to na własnej skórze - ciężko mi czytać książkę przekraczającą 200-300 stron, mam tendencję do czytania tylko pierwszej połowy paragrafu, a potem pędzę do następnego. Za nic nie mogę dojechać spokojnie do końca powieści - oszukuję i sprawdzam, jak się skończy, albo, co gorsza, przelatuję streszczenie w internecie :)

Tak się rzecz miała z "Czarownicami z Salem Falls", właśnie niby-że skończonymi, bo jakąś ćwiartkę sobie odpuściłam, wiedząc już, co nastąpi na końcu. Powieść nadgryzł następnie T, ale już trzeba było ją oddać do biblioteki, więc na drugi dzień popędziłam i wypożyczyłam ją z powrotem, coby miał na długie siedem godzin lotu wiadomo-gdzie. (Nawiasem mówiąc, oboje przeczytaliśmy też "Świadectwo prawdy" tej samej autorki i stanowczo polecamy.)

Skoro już byłam przy polskiej półce (a właściwie trzech - ku mojej radości polski księgozbiór w lokalnej librarii systematycznie rośnie, ostatnio na skutek tego, że zakupiono komplet Zmierzchów, zajmujących z pół metra półkoprzestrzeni), to przywlokłam i babską książeczkę - "Zazdrośnicę". Przeleciałam w kilka godzin, czasem czytając co drugą stronę, bo język jest raczej wulgarny, a treść pustawa. No, jeśli "elita" typu wybitne pracownice laboratorium DNA miały by prezentować tego rodzaju chamstwo, jak wynika z niniejszego dzieła, to ja dziękuję...

Przyciągnęłam też pozycje mądrzejsze, na przykład o travel writing, jak opisywać wyprawy, a to w związku z maleńką fuszką, jaką ostatnio zaczęłam, a mianowicie tworzeniem małych artykułów podróżniczych. Czekam też na książki z Amazonu, zakupione za jednego centa (poważnie, plus $3.99 za przesyłkę :D). Celem zapoznania się z istniejącym piśmiennictwem wypożyczyłam też "Worlds to Explore" - zbiór opowieści podróżnych z National Geographic i okazało się, że autorem wstępu jest niejaki Simon Winchester, który to Simon wyskakuje zewsząd z nadzwyczajną częstotliwością, jeśli się zacznie gmerać w literaturze podróżniczej. Sam napisał rządek książek, a do tego jest autorem rozmaitych wstępów, redaktorem antologii i tak dalej.

Moja przygoda z Simonem zaczęła się od tego, że w telewizji był z nim wywiad o książce "The Meaning of Everything" - historii tworzenia słownika oksfordzkiego. Zakupiłam, przeczytałam, aczkolwiek z problemami, bo gość pisze gęstą jak na mnie angielszczyzną, z mnóstwem słówek, których w życiu nie widziałam. Ambitnie zamówiłam też "Krakatoa", ale wypada chyba mi przyznać, że połamałam sobie na tym zęby i nie dojechałam nawet do połowy.

Tak, że z czytaniem jesteśmy na jakiś czas ustawieni; tym bardziej, że dotarł właśnie najnowszy numer National Geographic i co napocznę jakiś tekst, to po raz tysięczny zachwycam się światem. A tu czeka sprzątanie, goście mają przyjść, tyyyyyyle jeszcze do zrobienia... literki odkładam na później. I te czytane, i pisane.

poniedziałek, 8 marca 2010

709. książka - niespodzianka

Książka - niespodzianka ma tytuł "Effi Briest" i znalazła się w moich rękach pewnego listopadowego wieczora w Krakowie. Wędrowałam, zdaje się, ulicą Floriańską (albo gdzieś tam na Starym Mieście), w bramie dojrzałam kramik z książkami i wpadłam na chwilkę, mając nadzieję na jakąś staroć fantastycznonaukową dla Tomka.
Pan bukinista (?) miał również pudełko z książkami najnajtańszymi, za złotówkę chyba czy dwie - trochę to przygnębiające, jak się zacznie myśleć, że to pozycje, co do których utracono nadzieję, że ktoś kupiłby je za złotych przykładowo pięć czy dziesięć.
Wybrałam "Effi" spodziewając się romansidła, bo na okładce była paniena w kapeluszu, zaś samo nazwisko autora (Theodor Fontane) ani tytułowa bohaterka nie mówiły mi kompletnie nic. Zaczęłam czytać jeszcze w Polsce, skończyłam wczoraj.
W dzisiejszych czasach nie czyta się niczego bez sprawdzenia w internecie kim jest autor, jeśli się go nie zna, osochozzzi ewentualnie w książce pod względem otoczki czasowej, kulturowej, politycznej itp. I cóż się okazało! Theodor Fontane to autor ważny, tym samym słupku, co przykładowo Goethe i Mann (literalnie - w Berlinie, zdaje się, jest coś w rodzaju pomnika ważnych pisarzy, zbiorowo, w formie stosu książek, i pan Fontane właśnie tam występuje.)
Zaś "Effi Briest" wedle jednego z komentarzy to część trylogii zawierającej poza nią "Annę Kareninę" i "Madame Bovary". Taka międzynarodowa, międzyautorska trylogia, a co.
I w ten sposób całkiem przypadkowo tania książka poszerzyła moje horyzonta. Widzę też, że jest film, może uda się go namierzyć, chętnie bym obejrzała.

środa, 3 marca 2010

706. małe czytelnictwo

Że bluzka zakupiona za pare $$ w Wielkim Supermarkecie wyprodukowana została w Nikaragui, to mnie nie dziwi. Często na zakupach ciuchowo-obuwniczych przelatuje się pędem przez cały globus.
Że być może rozleci się po kilku praniach – to też mnie nie zaskoczy, bo takiej wybździnce raczej długiej egzystencji nie wróżę (zakupiłam ją ze względu na pięęęęękny fioletowy kolor).
Ale że zrobiona jest częściowo z bambusa?!?

Nie ma się jednak co ekscytować, że człowiek przyodział się ekologicznie i zielono, bo wystarczy wrzucić „bamboo rayon” w wyszukiwarkę, a posypią się artykuły o tym, że to jednak trochę kit.

A zmieniając temat – książkę fajną mam z biblioteki, o kartonie pudłowym i co można fajnego z niego zrobić – taką małą zajawkę przedstawię, aż mnie kusi, żeby poeksperymentować, bo na zakładzie zawsze jest za dużo pudeł.


No i jeszcze fajny kwiatyś, wygląda na dość prosty...
A, i zapomniałabym – trwa właśnie narodowy miesiąc kraftowania...

...więc należy się brać do rrrrroboty! Do rrrroboty!

wtorek, 9 lutego 2010

makaron wstążki raz!

Niektórzy już stworzyli niesamowite prace makaronowe, więc żeby nie było, że się obijam... Gotowałam wczoraj potrawę z półproduktu w postaci ryżowego makaronu i tajlandzkiego sosu z pudełka. Dodaje się do tego jarzynki, mięso, smażone jajko – co tam się posiada akurat w dziale Resztki.

Makaron ryżowy jest fajny, biały, wstążkowaty. Przepis powiada, że zamiast standardowego gotowania należy go zatopić we wrzątku na 10 minut i potem przysmażyć na patelni w towarzystwie wspomnianych powyżej składników. Zostawiłam sobie kilka pasm i pozwijałam je na korkowej tablicy, przypięłam na noc szpilkami... i takie coś mi wyszło:

Zamiar był taki, żeby wyszło coś na kształt quillingu, który można krawędzią przylepić do papieru. Niektóre niestety się pokrzywiły, więc nadawałyby się raczej do jakichś instalacji trójwymiarowych. Można je połączyć z tym kwiecistym makaronem fiori i utworzyć dyzajn botaniczny, można z orzo – małymi listeczkami, makaronem udającym ryż... to be continued, jak mówią tubylcy :)

A tu jeszcze cytat z Wielkiej Księgi Kraftów, czyli co w kwestii quillingu proponuje Marta eS.

czwartek, 4 lutego 2010

688. Wielka Księga Kraftów

Każda wizyta w bibliotece miejskiej (a chodzić trzeba, skoro sponsorujemy ją z naszych podatków) przynosi owoce w postaci książek o rozmaitych robótkach. Przeważnie przelatuję przez te pozycje dość szybko, mając nadzieję, że obrazki gdzieś tam się w rozumie zapisują i kiedyś wypłyną na powierzchnię przetworzone już i odpowiadające bieżącemu pomysłowi.

Wczoraj przywlokłam dość pokaźne tomiszcze pod patronatem ni mniej, ni więcej, tylko samej Marty Stewart, autorytetu w dziedzinie gotowania, szycia, malowania, pieczenia, zapraw, upraw, przypraw, dziurawienia dyni, montowania wieńców, kolekcjonowania wintażowej zastawy, hodowli psów i winorośli. I w dziedzinie zasmażki zapewne też. Ciekawa byłam, co też w tej księdze znajdę...

...i spotkało mnie miłe zaskoczenie! Do tego stopnia, że przeleciałam na szybko przez cały wolumen (aż musiałam sprawdzić, czy tak się to słowo pisze), po czym wróciłam do niektórych rozdziałów i słowo daję, chyba będę notatki robić. No bo – pieczątkujemy wszystkie od niewiadomokąd, a kto pokusił się o przyłożenie stempla do kamienia? Albo pióra? Patyka?


W lecie chciałabym popróbować „odbitek” z zasuszonych roślin – fajnie byłoby wykorzystać je choćby w skrapach podróżnych. Jeśli ktoś zna lepsze słowo, to niechaj się podzieli – chodzi o podkładanie roślin pod papier, a następnie robienie odbitki za pomocą delikatnego mazania/rysowania np. kredką.

I jeszcze na koniec – uśmiechnięta (a jakże by inaczej) Marta S. na okładce księgi.


DOPISEK.

Skoro już dzięki Ewelinie dowiedziałam się, jak się zwie ta odbijana technika, to poleciałam na Flickr poszukać obrazków pod hasłem "frottage", a potem również "grave rubbing" (nie mylić z "robbing" :), bo słyszałam, że się takie odwzorowania nagrobków robi. No i są rozmaite przykłady, na przykład tu.

Myślę sobie, że na wycieczce mogłabym mieć pod ręką papier, taśmę klejącą i kredki, by móc sobie "zabrać" w ten sposób jakąś fajną tabliczkę albo ornamencik...

piątek, 23 października 2009

623. wodnisty wpis

Szarugi ciąg dalszy. Mimo przygnębiającej pogody udało mi się popchnąć do przodu przeprowadzkę – tylko, że to straaaasznie powoli idzie, jeśli się chce przy okazji zrobić przegląd rupieci, powyrzucać conieco, posortować.

Wysypałam przykładowo wstążki i inne pasmanterie z pojemników i uporządkowałam je w osobnych pudełkach. Pasmanterie mieszkają na rolkach ze zwiniętego papieru, przylepiam koniuszek taśmą, nawijam, przypinam szpilką, ewentualnie przyklejam taśmą. Wstążeczki zaś przychodzą ze sklepu na oryginalnych szpulkach.

Po raz kolejny okazuje się, że powinnam się trzymać z daleka od sklepów...

Taki widok mam z okna...

...a taki na stole. Niewyraźny trochę, jak widać :D

Na dobranoc obejrzałam sobie pierwszy odcinek serialu o Rozlewisku. Ha! Niemałą radość sprawiło mi znalezienie w sieci miejsca z serialami polskimi i po polsku, o czym pewnie wiedziało już jakieś 90% populacji, a ja przyspałam. Serial nawet dość mi się fajnie ogląda, chciało mi się ostatnio babskiej książki bądź filmu. Czytam w necie zarzuty, że powoli, że nic się nie dzieje, ale właśnie to jest fajne. Spodziewam się, że w dalszych odcinkach będą jeszcze rozwlekłe widoki na wsiową naturę :). Przywyczailiśmy się chyba do tego, że cała historia musi być zawarta w niecałej godzinie serialowego czasu i kiedy trzeba poczekać dłużej na rozwój akcji, to właśnie „nic się nie dzieje”.

Irytuje mnie tylko troszkę to, że nie mogę się zorientować, czy to ma być wszystko na poważnie z humorystycznymi momentami, czy to generalnie wesoły film.

I jeszcze chciałam serdecznie podziękować za wyróżnienie Rybiookiej, o której zawsze się coś dzieje :)

niedziela, 14 czerwca 2009

528. niedzielne literki

Zaczytałam się na amen w Rodzinie Połanieckich. Nigdy mi jakoś ta książka nie wpadła w ręce, chociaż tytuł był jak najbardziej znany, nigdy też nie oglądałam filmu. Teraz przyniosłam sobie tomik z biblioteki miejskiej (tak, tak, po polsku) z zamiarem poczytania tylko trochę, dla kontaktu z językiem bardziej literackim, niż internetowy.

A tu co? Wpadłam jak przysłowiowa śliwka w kompot. Dojechałam do 145 strony tyciego druczku, a co gorsza, uchlipałam się dziś i usmarkałam nad śmiercią i pogrzebem Litki. Znalazłam też film na Tubce, ktoś zadał sobie trud pocięcia każdego odcinka na dziesięciominutowe kawałki i wepchnięcia go na stronę. Dzięki temu obejrzałam sobie Stacha Lokusia Połanieckiego oraz śliczną i zwiewną pannę Pławicką.

W pralni szumi sobie pogodnie pralka pełna roboczych ciuchów; na balkonie zaś suszą się akwarelowe tła do pieczątek... mogłabym się tam nawet wynieść z tłumaczeniem, jakie wypadałoby zrobić przed przyjazdem Szwagra, ale nie ma stołu. Może się kiedyś szarpniemy na jakiś składany stolik, ale póki co, siedzę sobie przy otwartym oknie w niebieskiej kuchni, co też jest całkiem przyjemne.

czwartek, 11 czerwca 2009

525. farfocle, czyli xydełkowanie po astrachańsku

Przyholowałam wczoraj z biblioteki stertę książek - głównie przewodniki i albumy o Oregonie i Waszyngtonie (stanie, znaczy się, nie mieście Washington DC), oraz jedną pozycję o szydełkowaniu. Popróbowałam sobie rozmaite ściegi, mniej i bardziej ażurowe - przeciekawa sprawa, ile tego istnieje!

Na koniec zaintrygował mnie ścieg astrachański, który dziwny jest, a to z dwóch powodów. Na wierzchu wygląda jak plątanina...

...ale jeśli się te farfocle rozgarnie, to widać trochę lepiej. Robi się ów ścieg też przedziwnie: jedziemy od prawej do lewej rządek słupków, a potem NIE ODWRACAMY, tylko po tej samej stronie jedziemy do tyłu, od lewej do prawej: łańcuszek na siedem oczek, później tworzy się z niego pętelkę przez przyczepienie łańcuszka do PRZEDNIEJ strony oczka za pomocą ściegu slip stitch - nie wiem, jak to po polsku się nazywa, takie coś mniejsze nawet od półsłupka, przeciąga się po prostu włóczkę w najprostszy sposób, bez "budowania" niczego.

Po zrobieniu całego rządka pętelek, oczko po oczku, jedziemy znowu słupkami od prawej do lewej - tym razem bazując je na TYLNEJ części oczek (bo przednią wykorzystaliśmy do zamocowania pętelek).

Tył pracy wygląda gładko - może to chodzi o robienie niby-futra, żeby cieplejsze było? :)

Tu jest fragment z książki, ze zdjęciem większego kawałka:

I jeszcze okładka trzystu ściegów - T nie może wyjść z podziwu, że za pomocą sznurka i kijka z haczykiem można stworzyć aż tyle różnorodnych wzorów :)

Ah, jeszcze muszę napomknąć, skoro mowa o T, że mamy znienacka płytki przy wejściu do mieszkania - T miał wczoraj wolny dzień, a że ostatnio właśnie płytkowali zarobkowo i mieli wszelakie maszynki do tego celu, to się zmobilizowali i cyk, płyteczki leżą. Czekają na razie na graudowanie, czyli fugowanie, ale będzie pięknie!

wtorek, 24 marca 2009

463. filcowanko itp.

Zwędziłam pomysł, ale od razu mówię komu, więc nie jestem chyba zepsuta do szpiku kości :) Zauroczył mnie herbatnik w Manualniku Mrouh i postanowiłam sama spróbować... W innych kolorach, no, ale pomysł ten sam. Na razie wycięłam części i pospinałam igłami, gdyż szpilki się były zapodziały.

Przedstawiam Szanownym Czytelnikom ziaboka, czyli skutek całodziennej pracy nad bazą danych w niedzielę. Chyba mi się poprzestawiało coś w rozumie, bo zwykle mnie monstro-podobne kształty nie ruszają, a tu siadłam z nożyczkami (tym razem nie trzeba było nawet ich szukać) i ciach-ciach, wyskoczyło spod nich takie coś. A że kolory ma odpowiednie, to się w sam raz przyda na wymianę lawendowo-niebieską.

I jeszcze kolejna fotka z książki o szmatkowych książkach - szkieuka, zdaje mi się, takie otoczaki z rzeki albo morza! W sumie można by wykorzystać i płaskie kamyki...

piątek, 20 marca 2009

461. kawowe przywieszki

Siedzę na zakładzie wśród kawoszy i herbatników. Praca kupuje nam kawę zwykliznę, kofeinową i bez, ale smakoszom to nie wystarcza i nanieśli kaw rozmaitych, smakowych, palonych w różnym stopniu. Zaparzywszy, oznaczali dzbanek gustowną żółtą przylepką typu Post-It-Note. Wczoraj się coś na ten temat zgadało i ponieważ czasem korzystam z tych turbo-diesel-kaw, to zrobiłam kawowe przywieszki. Nareszcie się zużyło (choć w tyciej części) te skrawki, których mam całe pudło, bo NA PEWNO się do czegoś przydadzą!

Na fali fascynacji szmatkami i igłami pożyczyłam sobie z biblioteki książkę o szmatkowych książkach. Nie obejrzałam jej jeszcze nawet szczegółowo, zostawiam sobie jako deser na weekend, bo kroi się kopciuszkowe zadanie domowe z redakcji, które niestety będę musiała wykonać w domu, i to bezpłatnie. Cóż, takie czasy. Ale w przerwach będę sobie oglądać Fajną Książkę.

Wczoraj napisały do mnie Zwierzęta, czyli okoliczne schronisko, w sprawie festynu na początku maja, w którym będą uczestniczyć w formie sklepiku z rękodziełem. Będę się starała podrzucić jakieś produkty, szczególnie masosolne, bo wysłałam kilka fotek i się spodobały :). Z tej okazji, oraz otrzymawszy lekkiego kopa (kopika) od Annqi, natworzyłam wczoraj trochę masosolnych ozdóbek, biorąc również pod uwagę to, że schronisko jak najbardziej jest za tym, żebym przyczepiała do przedmiotów karteczki z autoreklamą, a jeszcze lepiej, żeby było napisane, że to działalność dobroczynna dla Zwierząt. Tyyyle rzeczy jest do zrobienia!

piątek, 13 marca 2009

456. alembiki i monoterpeny

Nie wyszłam jeszcze dobrze z szoku prezentowego, a tu już następny spadł mi na łepetynę. Dostaliśmy mianowicie w pracy książkę o perfumach PO POLSKU, przysłaną przez zaprzyjaźnionego autora z Polleny. To samo w sobie jest zdarzeniem niezwykłym, ale dodatkowo zadano mi pytanie, czy byłabym skłonna tę książkę przetłumaczyć w ramach fuchy, jeśli zdecydujemy się ją wydać w tubylczym języku.
Doznałam w tym momencie małego ataczku serca zapewne; teraz nie ekscytuję się już nadmiernie, bo czuję, że prawdopodobieństwo zrealizowania powyższego jest gdzieś na poziomie 25%, jako że zwykle chyba publikujemy pozycje mniej popularnonaukowe, a bardziej w stronę głębszo-naukową. Ta książka zaś opowiada o zmyśle węchu, o historii perfumerii, o surowcach naturalnych i syntetycznych, o organizacjach i normach, więc siłą rzeczy wszystko to jest raczej „liźnięte”, niż zanalizowane.
Przez weekend mam na zadanie książkę bardziej dogłębnie przejrzeć i ewentualnie zbadać, ile czasu zajmuje przekład stroniczki. Zapewne trzeba będzie wypróbować kilka stron, bo zupełnie inaczej tłumaczy się gawędę o alchemikach, inaczej proces „rozumienia” zapachu, naszpikowany białkami, transferami i korą mózgową, a jeszcze inaczej opisy olejków eterycznych.
Słownictwa zbytnio się nie obawiam, bo od 11 lat mam do czynienia na codzień z perełkami typu cyklododekanon, alembik, olejek lemongrasowy, rezinoid, linalol czy monoterpeny. Po angielsku... gdyby trzeba było tłumaczyć w drugą stronę, to bym się bardziej bała. Poza tym mamy na zakładzie sporą biblioteczkę perfumiarską, więc jest gdzie szukać pomocy... no i ęternecik też może być bardzo pomocny.
Mnóstwo roboty (trzeba przepuścić przez rozum 300 stron słów), ale byłoby to superciekawe wyzwanie... No i płynąca z tego kasiorka też byłaby miła. Na razie jednak nie ma co fruwać, bo jak się okaże, że nici z tego, to będę okropnie rozczarowana. Niemniej jednak sam fakt, że wzięto mnie pod uwagę, cieszy niezmiernie.

poniedziałek, 9 marca 2009

450. pracowity weekend

...jak nie wiem co. Jeszcze mam tu i ówdzie zieloną akrylówkę, której i tak muszę dokupić. Pomalowałam wczoraj 31 z 40 serduszek na zamówienie na „prysznic panny młodej”, czyli imprezkę przedślubną. Każdy uczestnik dostaje jakiś drobiazg – czasem są to słodycze, czasem świeca. Nie wiem dokładnie, co jeszcze będzie w niniejszym zestawie; serduszka mają być elementem dekoracyjnym.
Przeczytałam też małą książkę („Siostra”), ale pędem i pomijając kawałki, bo thriller psychologiczny o karaluchach i kobiecie w śpiączce nie należy do moich ulubionych rodzajów literatury. Tym bardziej, że karaluchy zawiązują wielką konspirację i najwyraźniej wykańczają wszystkich, którzy ośmielają się im stanąć na drodze. A na koniec wszystko sprowadza się do molestowania w dzieciństwie. Ble. Dobrze, że to książka z biblioteki, bo gdybym ją była zakupiła, to teraz strasznie żałowałabym pieniędzy, które mogłabym wydać na zupełnie inny papier albo bawełnianą koronkę.
Z przyjemniejszych rzeczy – skończyłam i wysłałam kocie chunky pages. Skoro wędrowałam na pocztę, zabrałam też karty na Bardzo Kolorową Wymianę, którym potrzebne było tylko nalepienie tyłów z podpisaniem. Karty składają się ze ścinków nalepionych na karton, potem przeszytych, podmalowanych tu i ówdzie, pociągnietych Mod-Podge (taka jakby glazura), a potem jeszcze ponaszywałam cekiny i koraliki. Na każdej karcie jest też kawałek próbki koloru ze sklepu remontowego z nazwą owej barwy – typi Midnight Orchid, Snowy Day itp.


I jeszcze na dzisiaj robiłam zamówioną kartkę wręczaną z okazji wprowadzania się do nowego domu. Prosta akwarelka, bo przecież tak na poważnie nie umiem malować, ale taki „komiksowy” (żeby nie powiedzieć „dziecięcy”) widoczek można wymodzić. Już po zrobieniu zdjęcia dopisałam jeszcze numer domu – widać tabliczkę? Oczywiście jest to PRAWDZIWY numer domu, do którego nasza koleżanka się wprowadza.
Mam tu trochę dylematy, bo domków na stronach różnych krafciarek jest zatrzęsienie; staram się nie odwzorowywać, nie odrysowuję od nikogo, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że podobne już widziałam... Chyba po prostu istnieje ograniczona ilość domkowych stylów i choćby się człowiek starał, to będzie podobny do czegoś istniejącego. Taka ot, notka, na wypadek, gdyby ktoś miał podobne wrażenie, że „to już było” :)