Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szmatki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szmatki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 czerwca 2015

15:54. zmagania z Samsonem

Dano mi lalki i poproszono o dostosowanie ich do historii Samsona.

Z Dalilą poszło względnie łatwo, choć musiałam nabyć bazę do sukienki w dolarowcu, bo zwyczajnie jestem za cienka, żeby uszyć kieckę od zera. Ale doszyłam z tyłu rzepy i wielką czerwoną spódnicę, więc się liczy. Zrobiłam też małe koraliczki na druciku. Ponoć jeszcze zmierza do mnie okrężną drogą jakiś bling czyli świecidełka do ewentualnego przyozdobienia dzieła.


Z Samsonem rzecz jednak ma się zupełnie inaczej. Kiedy Kenowi zamieniłam turkusowe gatki na szatkę przypominającą standardowe biblijne ilustracje, wyszłą mi po prostu kobietka z krótką fryzurą. T oświadczył, że to nijak Samson nie będzie.


Ale ja się uparłam i zmontowałam perukę. Bo Samson miał długie włosy, więc może w ten sposób uda się jakoś wybrnąć z sytuacji.

Nie uda się. Powstała raczej egipska księżniczka, nadająca się ewentualnie do historii Mojżesza.


Na szczęście dano mi też i drugiego gostka - o wiele bardziej męskiego.


Ponieważ twarz jest aż tak realistyczna, podejrzewam, że to jakiś znany zapaśnik, ale że się kompletnie na rzeczy nie znam, to nie wiem jaki.


W komplecie są jeszcze Filistyni - jako tabliczka, którą można nosić, postawić albo nawet wykorzystać w teatrzyku.


Jak słowo honoru, nie spodziewałam się, że Keny są takie zniewieściałe. Mam wrażenie, że producent bierze tę samą twarz i tylko zmienia resztę czaszki - na gładko dla Barbiów, do posadzenia włosów, albo na wystająco, do namalowania czupryny Kenowi. O tempora, o mores. Gdzie ten świat zmierza.

piątek, 11 kwietnia 2014

1431. przechytrzyć kalafiora

Gotowałam dziś bladym świtem kalafior (bo tak się chyba mówi, nie kalafiora, choć w kontekście, o jakim piszę, kalafior nabywa przez swoją złośliwość cech człowieczych) - to chyba najchytrzejszy produkt, z jakim miewam do czynienia. Nie wiem, czy kiedykolwiek w życiu udało mi się ugotować go bez wykipienia i zafajdania garnka oraz pieca. Oczywiście wykipione bezzwłocznie przywiera do podłoża z mocą, o jakiej w kraftach mogę tylko marzyć.

Dziś stałam bardzo pilnie i gapiłam się w garnek, aż T pytał, co tam tak podziwiam. I co? Ledwo się odwróciłam - fssssss blp blp blp, już garnek okidany. Pomijając to, że kalafior-oszust pływa i przez wystawanie z wody sprawia wrażenie, że nie istnieje garnek, w którym by się mieścił.

A kalafiory mamy obecnie do przeróbki dwa, bośmy się z T jakoś nie dogadali i oboje kupiliśmy. Ale to nic - znalazłam przepis na zapiekankę kalafiorową i nie zniechęca mnie nawet to, że i w tym przypadku kalafior będzie wymagał podgotowania.

Uporawszy się ze złośliwcem (jeszcze zapomniałam napisać o odławianiu go z wody, bo mam po Mamie ambicję gotowania go w całości, w sumie to nie wiem po co - a które to odławianie może się zakończyć niekontrolowanym rozplaśnięciem warzywa gdzieś w drodze na talerz), zabrałam się za kończenie kartki. Wykorzystałam w niej prezentowane kilka dni temu tło z gelatami i embossingiem na gorąco.


Karteluszka mi się podoba, więc przygotowałam już tła i główki na kilka kopii. A wczoraj uszyłam poduszkę na igły, a to w ramach przygotowania do nowej przygody - od jutra udzielam bowiem kraftolekcji :) Dziewczę chętne jest do wszystkiego, ale chyba bardziej w stronę szmatek, niż papieru. Myślę, że taka poduszeczka będzie dobrym sposobem sprawdzenia, czy dziewczę już coś umie, poczynając od nawlekania nitki w igłę :)


piątek, 3 lutego 2012

1099. na szybko z biurka

Wstało się rano, posprzątało na kraftostole, bo zmieniamy linię produkcyjną z chryzantem w ciepłych kolorach na serię niebiesko-fioletową. Zeszyło się dwa kwiatki, bo akurat znalazło się w bałaganie płatki, leżące tam po pewnym, tajnym na razie projekcie - będą jak znalazł do tej nowej serii kartek.

Przyniosłam je sobie do pracy, bo tak lubię, jak przedskzolak jakiś, który nową zabawkę ciągnie ze sobą wszędzie, gdzie idzie... przychodzę, patrzę - a tu prrrezent! Okazało się, że nasz dyrektor artystyczny wyrzucał właśnie próbki książek, jakie przez lata dostaliśmy z drukarni, i pomyślał, że "Kwiatki z wełny" zapewne mi się przydadzą. No jasne!

Oto moje dwa kwiatysie na tle okładki...


...a tu kilka pomysłów z wnętrza książki:






Poza tym dziś na Craftypantkach podsumowanie wyzwania styczniowego, a w weekend ogłaszamy następne na luty!!!

środa, 19 października 2011

1008. jak to z podkoszulkiem było

Craftypantki wezwały w tym miesiącu do twórczego wykorzystania starych ciuchów. Na naszym blogu można obejrzeć, co wymodziły dziewczyny, a moim dziełem był podkoszulek z brzozami. Wyobraziłam sobie, że wyjdą mi śliczne białe pnie na czarnym tle.


Podkoszulek zakupiony w Sklepie Drugiej Szansy okleiłam zatem taśmą malarską, o tak:


Do środka włożyłam blachę do ciastek, zapakowaną w reklamówkę, coby wybielacz nie przesiąknął na plecy (a reklamówka po to, żeby z kolei nie zasmrodził blachy).

Następnie paciałam wybielaczem za pomocą wacika kosmetycznego:


Po zakończeniu procesu wyciągnęłam następujące wnioski:

1 - na czarnym podkoszulku wyjdą co najwyżej brzozy o zachodzie słońca :) (może na granacie wyszłyby białe pnie?)
2 - taśmę lepiej wycinać przed nalepieniem
3 - maski na wzorki tycie trzeba wyciąć z zapasem, bo potem ich nie widać
4 - taśmę trzeba bardzo starannie przyklepać do materiału, bo inaczej wyjdą zacieki
5 - może by spróbować rozwodnić wybielacz, żeby barwił subtelniej?
6 - ramkę trzeba sobie wykleić szerszą, niż na jedną taśmę, bo zawsze się coś ciapnie-chlapnie.

Eksperyment uważam jednak za udany - i zapraszam również Was do udzielania drugiego życia znoszonym ubiorom; w ten sposób nie trzeba będzie (jeszcze) ich wyrzucać :)

wtorek, 9 sierpnia 2011

981. nici, igły, sprzęty tnące

Prześcieradło się nam było potardżyło - pięć lat je mieliśmy, albo nawet ciut więcej, bo to prezent ślubny był (aczkolwiek pośrednio, bo dostaliśmy kołdrę, a jedną już mieliśmy, więc poleciałam ją oddać, a w zamian za to zakupiłam pościel, właśnie tą.)

Prześcieradło wyjechało na śmietnik, ale żeby tak całkiem pamięć o nim nie przepadła, zrobiłam z niepotarganego kawałka serduszko z zapachem w środku. Jakiś taki oceaniczny ma być ten zapach, zobaczymy, jak długo wytrzyma.

Drugie dzieło w trakcie to album, a właściwie seria albumów z naszą historią. Sklejanie planuje się na godziny nudy w samolocie. Czasy ekscytacji lataniem już dawno minęły... teraz bardziej mnie to straszy, w sensie "jak ja tyle wytrzymam".

Musiałam sobie zakupić malutkie kleiki, bo oczywiście nie wolno wziąć większego płynu do bagażu podręcznego. Standardowy Tacky Glue ma 4 uncje, do samolotu można mieć buteleczki 3-uncjowe, ale małe kleje są poniżej 1 uncji, niewiele większe, niż szminka.

Mamy więc naciupane kartoników, papierów na tła, zdjęć i papierów do oklejenia okładek. Potrzebne mi są jeszcze bazy na okładki i jakiś karton na pudełko, bo te wszystkie albumiki trzeba jakoś połączyć w całość. 

Kolejka czynności do wykonania powoli się zmniejsza, ale jeszcze tyyyyyle zostało... nie lubię zbytnio tych ostatnich dni przed wyjazdem.

Ale żeby wpis się nie kończył przygnębiająco, zapodam, że w piątek zostanie ogłoszone rozdawnictwo z okazji świętowania tysięcznego wpisu :)

czwartek, 4 sierpnia 2011

979. abraham i sara

Należałoby się wreszcie słowo o ukończonym projekcie kostiumowym. Ostatnie ściegi zostały wykonanie w sobotnie popołudnie... ze świadomością, że te moje dzieła dalekie są od doskonałości, ale jednocześnie są na tyle dobre, że się przydadzą. Trudno - jak się nie ma praktyki szwalniczej, to się szyje troszkę kulfoniasto.

Tak wyglądały ubiory przed wyjściem z domu:
A tak Sara (która rzeczywiście ma na imię Sara) opowiadała dzieciaczkom swoją historię:
Potem zjawił się również Abraham i wszyscy wsiedli do niezbyt starotestamentalnego namiotu:
Na koniec była jeszcze chwilka pozowania do zdjęć:
Rzecz udała się nawet lepiej, niż sobie wyobrażałam, bo był powyższy namiot (cóż, że nowoczesny - małym dzieciakom zapewne nie robiło to różnicy, a frajda z wejścia do budki jest podobna) oraz egzotyczne pożywienie typu figi, daktyle, pistacje itp. Sara z Abrahamem nic nie ćwiczyli, nie umawiali się - nie wiem nawet, kiedy ostatnio się widzieli, ale zbudowali kapitalny dialog oparty na wspomnieniach z całego wspólnego życia, z wędrowania po świecie, narodzin Izaaka... a kiedy Abraham opowiadał o tym, jak prowadził syna na górę, żeby złożyć go na ofiarę, zapadła absolutna cisza, a my, opiekunki, miałyśmy łzy w oczach. I to była chwila całkiem magiczna, choć może w biblijnym kontekście nie jest to najlepsze słowo :)

Ciuchy ponoć będa jeszcze wykorzystywane przy innych okazjach - są na tyle wszechstronne, że przy dołożeniu określonych atrybutów mogą odziać wszystkich od Kaina i Abla po Jana Objawiciela. Cieszę się bardzo, że przedsięwzięcie się udało i że poproszono mnie o udział, bardzo to podbudowuje :)

Teraz mam jeszcze do zrobienia przed wyjazdem tłumaczenie - bardzo przyjemne i poetyckie, bo o Pieśni nad Pieśniami. Można zahulać z opisami, tym bardziej, że autor poprosił o napisanie po angielsku, a nie przetłumaczenie słowo w słowo, co daje pewną wolność.

No i jeszcze album z naszą historią, straszny grubas się zapowiada, a wręcz pięciocalowa kostka :) I jeszcze kilka kartek mam zrobić, i jeszcze kleszcze, i drobne zakupy (całe szczęście, że wszystkie prezenty już pojechały w paczkach). Ponieważ zaś na niniejszym blogasku zbliżamy się do tysięcznego wpisu, to i jakieś świętowanie trzeba będzie urządzić. CDN!

PS. Ekspedycja Batura Muztagh 2011 wędruje obecnie pieszo na północ od wioski Bar w Pakistanie i przy pomocy tragarzy taszczy sprzęt to bazy wysuniętej, cokolwiek to oznacza.

wtorek, 26 lipca 2011

976. long live crushed velvet

Zabrałam się wczoraj za tę fioletową kiecę, bo czas trochę nagli, lista rzeczy do zrobienia jeszcze dość długa... zawsze tak jest przed wyjazdem do PL.

Okazało się, ku mojej wielkiej radości, że moja staruszka maszyna bardzo lubi ten rodzaj materiału - obawiałam się, że będzie ściągać, mącić, plątać nitki, odmawiać przesuwania, a tu zasuwa jak mały traktorek i jakby do tego właśnie typu szmatki była stworzona. Na dodatek crushed velvet jest bardzo przyjazną tkaniną w sensie tego, że się nie strzępi i szlachetnie ukrywa wszelakie niedoróbki i krzywulce. Ściachałam więc główną szatę i nawet mi się jeszcze udało obszyć szyję i jeden rękaw pasmanterią.

Wisi sobie kieca na drzwiach do klozetu czyli garderoby czyli składu wszystkiego, w towarzystwie ubioru Abrahama zawieszonego na lampie (klosz posłużył jako stojak do nakrycia głowy). Takie mi torbiaste rękawy wyszły, ale królewny tak mają, prawda? A to ma być szata trochę jakby królewska.

A tu jest próbka materiału z bliska - widać, że trochę się świeci, że jest mechaty i taki nierównomierny.


poniedziałek, 25 lipca 2011

975. różowinek ciąg dalszy

Różowy naprawdę nie jest moim ulubionym kolorem, ale jakoś ostatnio co chwilę wpada w me ręce. Dziś rano wytworzyłam kartkę-rozkładałkę opartą na tym kursie. Ze względu na tematykę i kolory będzie się nadawała na wyzwanie w Szufladzie.

Mamy zatem dzieło w stanie złożonym...

... następnie pociągnęliśmy za rogi i dzieło się otwarło, ukazując złotą myśl wystemplowaną w środku (tycie dolarowe stempelki stanowczo wyjechały do pierwszej piątki ulubionych pieczątek, bardzo mi się podoba ten mieszany alfabet mało- i wielkoliterowy.)

Po drodze wyskoczyła nam kartka, gdzie w środku napisane są życzenia.

A na wierzchu jest słitaśna babeczka z brokatem i złotkami.

Kontynuując temat różowy - zakończyłam w zasadzie Abrahama (w sobotę poprułam całą spodnią szatę, pozwężałam i zrobiłam jeszcze raz, bo inaczej jednak byłby kulfon). Zostały mi jeszcze działania nie wymagające myślenia, tzn. przyszycie kawałka lamówki i pozawiązywanie nitek na supełki. Niezbyt lubię, ale jest to konieczne.

Wczoraj zakupiłam szmatki na Sarę - nakombinowałam się w sklepie mnóstwo, ale chyba będzie fajnie :) Suknia z szafirowego "crushed velvet" - coś jak cienki aksamit, ale taki zmięty; nie wiem, jak by się to po polsku nazywało? Na to płaszcz z tego różowego (!), a na głowę szal-zawój z wzorzystego. No i z pińcet metrów pasmanterii do przyszycia.

No i jeszcze gromadziennik nadrobiłam - strony o ZOO i o zeszłoniedzielnym kanionie w Matthiessen. I znów sporo różowych akcentów!


Tu było moje pierwsze od kilkudziesięciu chyba lat zderzenie z kalkomaniami typu rub-on (literki M, S i P) - no i troszkę napsułam, bo... nie zdjęłam ze spodu takiej folii ochronnej :D Że też człowiek taką wtopę potrafi popełnić... koniec końców chyba jednak opanowałam sytuację i będę wiedziała na przyszłość.


To chyba moja ulubiona strona - poznawania świata w towarzystwie Dziadka Tomka. Woda, siano, oglądanie rzeki z łodziami - wszystko ciekawe i fajne; człowiek czuje się jak wielki autorytet, bo już z tym sianem jest obeznany, a drugą część frajdy można czerpać z tych wielkich brązowych oczu, z których bije zainteresowanie wszystkim dookoła, nawet takimi mało ważnymi rzeczami. Zatrzymaj się na chwilę, odetchnij pięknem świata...

No i jeszcze na koniec, choć wpis zrobił się tasiemcowy... mój siostrzeniec Mikołaj wyprawia się właśnie do Pakistanu zdobywać szczyty, na których jeszcze nikt nie był. Uprzejmie proszę trzymać kciuki za powodzenie wyprawy oraz bezpieczny powrót!


piątek, 22 lipca 2011

974. postęp tu i tam

Abraham teoretycznie mógłby już występować w swoich szatach, ale jednak jeszcze ze dwie godziny zostały do zakończenia dzieła. Lamówkę trzeba dokończyć, następnie powyciągać nitki z szaty spodniej, któe zostały po pruciu tu i ówdzie, pozawiązywać nitki po szyciu maszynowym, dokonać poprawek pod pachą, bo jakoś mi się bylejak zeszyło i została dziura. W ogóle sporo w tym ciuchu bylejakości, ale pocieszam się, że to zapewne rzecz jednorazowego użytku, że zapewne nikt i tak nie zwróci uwagi na jakość wykonania, no i oczywiście nauczyłam się (miejmy nadzieję) na błędach i ubiór Sary a) pójdzie szybciej, b) nie będę musiała pruć i przycinać.

Ostatnią noc przespałam na balkonie, mając serdecznie dość klimatyzacji i wiatraków. Koło północy przeleciała burza, więc się trochę schłodziło. Niczym królewna na ziarnku grochu dokładałam kolejne warstwy koców i kołderek, bo jednak na tej posadzce trochę twardawo... a potem wsłuchiwałam się w odgłosy nocy, szczególnie wtedy, kiedy na sąsiednich balkonach ucichły klimatyzatory. W powietrzu pozostało ciche buczenie - przypuszczam, że to skonsolidowany dźwięk okolicznej klimatyzacji, zlewający się w pojedynczy ton, który kojarzył mi się z nadlatującym statkiem z innej planety.

Nad ranem dorobiłam się kilku komarowych bąbli, ale przewidująco postawiłam sobie koło prowizorycznego wyrka komarozol, więc psiknęłam się leciutko i paskudniki dały mi spokój. Podsumowując - chyba od tygodnia nie spało mi się tak przyjemnie :)

A rano nadleciały do nas siarczyste burze; nie przypominam sobie, żeby za dnia były aż takie ciemności - to po jednej stronie biura, przy moim oknie, a po drugiej - ostry kontrast między chmurami i tłem. Uff, mam nadzieję, że będzie po tym chłodniej.



czwartek, 21 lipca 2011

973. szycie w upale

Mam wielkie chęci oraz obowiązek wynikający z obietnicy, żeby już wkrótce skończyć szaty dla Abrahama i Sary dla opowiadaczy biblijnych historii na szkółce niedzielnej. Idzie mi jednak straszliwie pod górę, bo po południu i wieczorem jest tak okropnie gorąco, że ciężko jest się za cokolwiek zabrać. Nawet czytanie książki jest męczące :)

Wstaję jednak bladym świtem, kiedy można mieć nadzieję na ciut chłodniejsze okoliczności (dziś o 5:30) i popycham rzecz do przodu. W obecnej chwili mam tyle:

Jest szata spodnia, z muślinu pachnącego jakoś tak wiejsko i stodółczano. Będzie, niestety, przeróbka, bo ekspert krawiecki ze mnie żaden i jakoś wymyśliłam sobie, że superszerokie rękawy będą fajne. A tu guzik - po nałożeniu wierzchniego płaszcza krępują ruchy, no i nie za bardzo da się przy tej szerokości przewiązać ową szatę szarfą (która miała dodać ładny, słonecznie żółty akcent).

Chlastnę zatem owe rękawy po skosie, żeby otwarcia przy dłoniach dalej były szerokie, ale tam, gdzie łączą się z tułowiem, będą o wiele węższe.

Płaszcz jest ze szmatki grubszej, w pasy - jakoś tak sobie wyobraziłam Abrahama. Otwarcie z przodu oraz szyja i otwarcia na ręce będą obszyte pasmanterią w kolorze podobnym do szaty spodniej. Myślę, że mam już z głowy jakieś 50% pracy.

W następnej kolejności planuje sie nakrycie głowy - wedle tego prościutkiego przepisu (niby dla pasterzy, ale myślę, że Abrahamowi też się nada).

Potem zaś przechodzimy do Sary, co zacznie się od bardzo miłej zapewne wizyty w kraftosklepie. Wyobrażam sobie zestaw kolorów fioletowo-błękitno-złoty. Schemat ubioru będzie zapewne podobny, tylko więcej ozdóbek, a na głowę szal taki prosty, przełożony na bok przez ramię.

Byle do przodu... zauważyłam, że na zdjęcie załapał się też termometr - od niedzieli cały czas oscyluje koło setki, w tym niefajnym, czerwonym obszarze, a na dodatek jest bardzo wilgotno... I chyba w następnych dniach nie można liczyć na wielkie ochłodzenie, ale przynajmniej mają być burze, więc może się nieco powietrze oczyści.


wtorek, 15 marca 2011

919. słowa, kwiaty, kolory, faktury

Kobietki z Collage Cafe jakiś czas temu zaczęły akcję słownikową. Oczywiście bardzo mnie to kusiło, ale jakoś się nie zebrałam do akcji. Teraz jednak wpadł mi do głowy pomysł utylitarny, z tym, że nie wiem, na ile będzie on "artystyczny". Otóż myślę o sporządzeniu słownika dla wnusi Alusi - Ala zaczyna dźwięczeć pierwszymi słowami, więc stoimy już na progu porozumiewania się :) Słowa trzeba będzie ćwiczyć, żeby polszczyzna jak najlepiej zapisała się jej na małych szarych komórkach, żeby potem się nie popsuła, kiedy przyrzuci się ją angielszczyzną.

Takoż i moje słówka będą proste, rzeczownikowe zapewne - na kartonikach 3x3 cale, czyli 7,5 x 7,5 cm. Zostaną przedziurkowane i spięte kółkiem, co utworzy swego rodzaju książeczkę. Będzie też można kartoniki rozłożyć, wykorzystać do gier, układanek... o ile babci szkieuce starczy zapału na stworzenie większej ich ilości.

I rozumiem, że lawenda nie jest najbardziej podstawowym słowem w dziecięcym słowniku, ale gdzieś trzeba było zacząć, a akurat napatoczyły się w pracy obrazki z lawendami :)

I jeszcze dorzucę (delikatnie, coby się nie potłukły) stertę jajecznych prefabrykatów, nad którymi pracuje się od kilku dni. Jajca są szmatkowo-pasmanteriowe, więc z radością grzebię w pudłach pełnych przydasiów (i, jak zwykle, ubywa ich tycio-tycio, redukcja zasobów minimalna...). Dowiedziałam się przy tym, że na przykład przylepianie błękitnej aksamitki na kleju nie działa - zostają plamki :( Spróbuję przytwierdzić jakieś ząbki albo coś na wierzchu, może się zamaskuje. Bo szkoda mi wyrzucić te dwa jajca.

poniedziałek, 18 października 2010

854. wycieczka na kołdrzaną wystawę

W sobotę, w ramach małego prezentu urodzinowego, poszłam sobie na wystawę quilts, czyli kołder czy innych dzieł, mniejszych i większych, powstałych za pomocą łączenia szmatek. Tak chyba można to najszerzej zdefiniować.

Rozmaitość quilts jest olbrzymia: bywają mozaiki, hafty, aplikacje; materiały też są różnorakie i przede wszystkim kolorowe aż do zawrotu głowy. Sama nie wiem, które najbardziej podziwiam - czy geometryczne wzory, do których zmontowania konieczna jest matematyczna dokładność i wyobraźnia, żeby się setki szmatek zeszły w wielką powierzchnię, czy skomplikowane aplikacje, również z mnóstwem elementów.

Zachwyciłam się więc samymi kołdrami, nawsadzałam nosa do sklepów, jakie umościły się na obrzeżach sali wystawowej (akhem... nie obyło się bez nabycia kilku rzeczy...), ale chyba najbardziej olśniła mnie pasja kobietek, z którymi tam rozmawiałam. Meldowałam na początku, że ja kołderek nie szyję, bo mnie to przerasta, ale że papier, że trochę mixed media, więc były dwie sekundy zdumienia, co w takim razie tu robię, ale pędem wyjaśniałam, że ja po inspirację i że wszelkie rękodzieło mnie fascynuje. Od pań aż świeciło entuzjazmem, grzało twórczą energią.

Zakupiłam sobie dwa pakieciki starociowych guziczków - białe (z muszli) i niebieskie, jak również conieco ścinków szmatkowych.


Ścinki biorą się stąd, że członkinie kołdrzanego cechu zbierają przed wystawą resztki z tego, co robią i pakują w woreczki, po czym sprzedają po dolarze i w ten sposób zbierają fundusze na zarządzanie cechem. A w takim worku może się nawet trafić kawałek kołderki albo hafcik, albo inna niespodzianka.

Po tym przydługawym wstępie zapraszam na mały fotoreportaż z sobotniej frajdy - niektóre zdjęcia nie wyszły mi niestety zachwycająco, jako że światło było marne, ale widać, ossochozi.

PS. Grzebiąc w źródłach, natrafiłam na stronę z pięknymi guzikami, choć wielkie są i jakoś się grafika rozjeżdża, przynajmniej u mnie, ale warto wsadzić oko.

czwartek, 29 lipca 2010

797. dwa wyzwania, czyli kto pociął odzież głównej księgowej

Kilka dni temu (może to był poniedziałek?) na moim fotelu w pracy pojawiła się reklamówka z ciuchami – z początku była to niespodzianka, ale zaraz przypomniałam sobie, że jakiś czas temu Księgowa pytała, czy chciałabym jej ciuchy, które właśnie ma na sobie, bo już ich nie lubi, a mają wmontowane takie malowane obrazki i może by mi się przydały. Chomik oczywiście nie był w stanie odmówić; stąd też i torbka-poniekąd niespodzianka, niejako z wyzwaniem.

Powycinałam dwa malunki, dodałam nieco szczegółów – koraliki, świeżo wyprodukowany motylek (gorący embossing malowany akwarelami i Twinkling H20s, czego oczywiście nie widać) i są karteluchy.

Akurat w Twórczym Pokoju trwa motyle wyzwanie, niejako na fali poprzednich kartek wysklejałam zatem jeszcze takie małe mixed media:

W ramach eksperymentów (i zużywania zapasów, ale baaaaardzo powoli) wykręciłam jeszcze próbkę malutkiej lawendy z gładkiej bibułki. Łodyżka jest z paska około półtoracentymetrowego, zwężonego na górze, a kuleczki z kwadratów mniej więcej centymetrowych.

czwartek, 1 lipca 2010

778. objawienie


Nareszcie mogę opowiedzieć, choćby w skrócie, czym zajmowałam się przez ostatnie kilka wieczorów! Zawalałam mianowicie kuchnię i okolice naczyniami z barwnikami oraz tacami z suszącym się na nich kartonem, muślinem i nitkami. Barwniki brały się z gotowania różnych roślin – marchewki, kapusty, malin (szkoda mi było, ale kilka poświęciłam), jagód, buraków i szpinaku. Do tego dołączył proszek kurkumowy, bez gotowania.

Powstałe płyny mieszałam jeszcze w niektórych przypadkach z octem (kwas) albo sodą oczyszczoną (zasada, wbrew dawnej nazwie „kwaśny węglan sodu”). Kilka próbek posypałam też sodowym proszkiem i pokropiłam sokiem z cytryny. Wyniki mnie zachwyciły! Nic z owych wyników jeszcze nie zrobiłam – spięłam je po prostu wielkim spinaczem w książeczkę i dotykam sobie raz po raz, i oglądam, podziwiając, jakie to cuda dają nam najzwyklejsze, codzienne warzywa i owoce.

Szczegóły i analiza wszystkich eksperymentów znajdują się w Imaginarium, jako że roślinne farbowanie jest naszym codziennościowym wyzwaniem na lipiec. Zapraszamy serdecznie do małej alchemii kolorów!