Pstryknęłam dziś rano szybkie zdjęcia tego, co wyszło z weekendowych eksperymentów z nowym gelatowym nabytkiem. Taka na przykład mini karteluszka z tłem odbitym niejako resztkowo, po tym, jak już powstał pierwszy wzorek w bardziej intensywnych odcieniach.
Oczywiście robienie zdjęć powoduje natychmiastową materializację Kota - jest papier, można na nim leżeć!
A tutaj ta pierwsza odbitka.
W pakiecie znajdował się też sympatyczny stempelek akrylowy, ale wygląda na to, że pieczątki gumowe - jak powyższy kwiatek - lepiej przyjmują gelatowy barwnik.
A najbardziej podobają mi się tła, bo ładnie się kolorki mieszają i akurat te moje nabytki są metaliczne, więc dają ładne błyszczenie.
I na koniec - eksperyment zainspirowany linkiem podrzuconym przez nieocenioną Mrouh. Robi się najsampierw wzorek białym albo przezroczystym embossingiem, następnie koloruje - w filmiku tuszami, u mnie gelatami - i po wysuszeniu prasuje przez papier celem usunięcia embossingu. Zostaje fajny efekt, jakby wyskrobany w kolorze.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciekawe linki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciekawe linki. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 8 kwietnia 2014
czwartek, 31 stycznia 2013
1273. chowder, czyli wycieczka od Arizony po Wyoming
W związku z tym, że kukurydziana zupa jednak spotkała się z przychylnym przyjęciem, a nawet dołączono ją do spisu zup, prosząc jednocześnie o usunięcie z listy rosołu (ojoj :( - wybieramy się dziś na małą wycieczkę kulinarno-krajoznawczą.
Kukurydziany chowder gotowany był wedle przepisu głoszącego, że jest to potrawa Southwest style - czyli z tego regionu:
Centralne miejsce znajduje się zaś w punkcie, gdzie stykają się na krzyż granice czterech stanów - Kolorado, Nowego Meksyku, Arizony i Utah.
Kukurydziany chowder gotowany był wedle przepisu głoszącego, że jest to potrawa Southwest style - czyli z tego regionu:
![]() |
| Mapka z wikipedii |
Centralne miejsce znajduje się zaś w punkcie, gdzie stykają się na krzyż granice czterech stanów - Kolorado, Nowego Meksyku, Arizony i Utah.
![]() |
| Mapka z wikipedii |
Tam, gdzie widać czerwoną kropę, można sobie wstawić każdą kończynę do innego stanu, choć nie wygląda się natenczas zbyt elegancko.
O kuchni tego regionu można sobie oczywiście poczytać w różnych miejscach, na przykład TU. Standardowe produkty to kukurydza (a jak!), kmin rzymski (cumin - nie mylić z kminkiem czyli caraway, bo różnica jest spora, co do końca życia zapamiętam na podstawie eksperymentów kuchennych z zeszłego wieku :), cilantro, papryczki, czosnek - to ze składników obecnych w zupie, a oprócz tego jeszcze rozmaite fasole, orzechy, dynia, limonka. I tequila :)
Wróćmy jednak do punktu wyjścia, czyli naszej zupy. Nie byłabym sobą, gdyby nie zaintrygowało mnie słowo chowder - sprawiające wrażenie, że być może istnieje czasownik chowd, na przykład po staroangielsku, oznaczający długie gotowanie albo zabielanie mlekiem czy śmietaną (charakterystyczne dla tej zupy), albo jeszcze coś.
Aliści byłam w błędzie! Rozwiązanie zagadki zabierze nas w północne regiony Stanów Zjednoczonych, do wspomnianego w tytule posta Wyoming, a szczególnie do parku narodowego Yellowstone. Z czego znane jest Yellowstone? Ano, z gejzerów, rezydujących w KALDERZE, czyli zagłębieniu na szczycie wulkanu. Troszkę może miesza fakt, że owa kaldera mierzy sobie niebagatelne 55x80 km - ale nadal jest to wulkan, a nawet superwulkan.
Chowder zaś - jeśli ufać słownikowi Webstera - wziął się z francuskiego chaudière czyli kocioł, a to z kolei przywędrowało z łacińskiego caldaria, calidus, calere, skąd mamy w drugim kierunku łańcuszek do cauldron (kocioł właśnie) i caldera - geologiczna kaldera. W innych spokrewnionych językach pojawia się z tej serii na przykład hiszpańska agua caliente - gorąca woda, włoskie caldo - i jeszcze angielski wyraz scald, związany z oparzeniami.
Uwielbiam znajdować takie łańcuchy :) A zanim dolecę z tymi skojarzeniami na Księżyc albo i dalej, pozdrawiam widokówką z Yellowstone właśnie, zabierając się jednocześnie za następną ciekawą ingrediencję - bulgur.
środa, 30 stycznia 2013
1272. na froncie kuchennym
Podjęłam przedwczoraj przygodę z rosołem. Aż wstyd się przyznać - nie gotowałam nigdy jeszcze, może dlatego, że sama za rosołem nie przepadam, a to ze względu na CIORY, czyli ugotowane w wywarze jarzyny, których pewna ilość lądowała nieuchronnie na naszych talerzach mimo bardzo starannego cedzenia przy nalewaniu.
Układałyśmy potem z siostrami wianuszki dookoła talerza, odławiając a to strzępek kapusty, a to selerowy słupek, a to korzeń pietruszy - a reszta nawet była całkiem, całkiem; najfajniejszy w rosole jest jednak makaron.
Mój rosołek gotowałam opierając się luźno na tym przepisie, ze świadomością, że jak mi taka kultowa zupa nie wyjdzie, to będę chyba musiała zawiesić działalność kulinarną i zapodać mrożony bigos (którego zresztą też nigdy nie robiłam).
"Zupa pierwotnie powstawała jako efekt długotrwałego gotowania w wodzie mięsa, które w dawnych czasach było konserwowane przez zasolenie i wysuszenie. Wywar ten zwano rozsół (czy rozsol), skąd wywodzi się dzisiejsza nazwa."
PS. Ciory, rzecz jasna, zostały ewakuowane z mojego rosołku najszybciej, jak tylko było to możliwe; wróciła jedynie posiekana marchewka :) Wielką miałam z tej przyczyny satysfakcję.
Układałyśmy potem z siostrami wianuszki dookoła talerza, odławiając a to strzępek kapusty, a to selerowy słupek, a to korzeń pietruszy - a reszta nawet była całkiem, całkiem; najfajniejszy w rosole jest jednak makaron.
Mój rosołek gotowałam opierając się luźno na tym przepisie, ze świadomością, że jak mi taka kultowa zupa nie wyjdzie, to będę chyba musiała zawiesić działalność kulinarną i zapodać mrożony bigos (którego zresztą też nigdy nie robiłam).
Z wyglądu rosół nawet dość ładny, ale T zgłosił zażalenie, że to raczej bulion a nie rosół. Poleciałam guglać - no tak, chybam się za bardzo rozpędziła ze zdejmowaniem tłuszczu z powierzchni, mając oczywiście chwalebnie zdrowotne intencje... ale właśnie wyszedł chyba wywar taki-o, nietłusty. Oka za bardzo nie pływały.
No i mięsiwo się rozgotowało - może dlatego, że wołowina to właściwie była kość z niezbyt wielką ilością tkanki mięsnej, a gdyby to był kawał mięsa - albo głównie mięsa z dodatkiem kości - to by się tak nie stało? Zdumiałam się przy okazji, że rosół się gotuje aż tak długo - dwie godziny to ponoć minimum.
Tak, że to nie koniec eksperymentów rosołowych (tak przy okazji - wikipedia podaje ciekawą etymologię słowa rosół:
"Zupa pierwotnie powstawała jako efekt długotrwałego gotowania w wodzie mięsa, które w dawnych czasach było konserwowane przez zasolenie i wysuszenie. Wywar ten zwano rozsół (czy rozsol), skąd wywodzi się dzisiejsza nazwa."
A w tej chwili stygnie mi w miseczce południowozachodni chowder kukurydziany z innego przepisu... zupa chyba bardzo nie-polska, może się okazać nazbyt egzotyczna, a co za tym idzie jednorazowa: gotuje się raz, króliki doświadczalne zjadają i nie marudzą w zamian za moją obietnicę, że więcej ta potrawa na naszym stole się nie pojawi.
Na pocieszenie - coś, co mi się na pewno udało, czyli gofry z dżemami i cukrem pudrem :)
PS. Ciory, rzecz jasna, zostały ewakuowane z mojego rosołku najszybciej, jak tylko było to możliwe; wróciła jedynie posiekana marchewka :) Wielką miałam z tej przyczyny satysfakcję.
piątek, 18 stycznia 2013
1266. misje
O jednej misji napisałyśmy właśnie wczoraj z Mrouh na Craftypantkach - po trzech latach zabawy śmieciami i recyklingiem/upcyklingiem pod różnymi szyldami - na własnych blogach, w Imaginarium i Craftypantkach właśnie - postanowiłyśmy zamknąć ten interes, albo przynajmniej przymknąć na jakiś czas i ewentualnie odrodzić go w innym wydaniu. Nie żeby nam się śmieci w domu skończyły... ale pora może się przenieść na inną półkę :)
Nie oznacza to, rzecz jasna, końca naszej międzykontynentalnej znajomości oraz związanych z nią tradycji. Jedna z owych tradycji to wymiana przydasiowa - i w ten sposób sprytnie nawiązuję do poniższej kartki, w której tło to właśnie papier otrzymany od Mrouh, połączony z kraklowym ptakiem. Mniejsze ptactwo jakoś łatwiej jest wmontować w kartkę.
A złoty papier namalowałam sobie sama, akrylówką na białym kartonie - ma taką fajną, trochę matową fakturę i jak się dobrze popatrzy, to widać nawet ślady pędzla.
Misja druga - niekończąca się - czyli przygoda kuchenna. W środę ugotowałam najostrzejszą w życiu potrawę, do tego stopnia, że obawiałam się, czy w ogóle będzie to jadalne :)
Przepis na chili zawiera szaloną ilość przypraw - na czele z ćwiartką filiżanki chili powder. Następnym razem dam go jednak trochę mniej, bo mój proszek zakupiłam w dziale indyjskim i istnieje teoria, że ta wersja jest bardziej paląca od standardowej, amerykańskiej. Au! Na drugim końcu przepisu nie dałam już ostrego sosu, bo i tak konsumpcja tej mikstury wywołuje pot na twarzy.
Ale za to ma działanie leczniczo-przetykające - T i P połknęli wczoraj po solidnej porcji i ponoć im pomogło w zwalczaniu przeziębień. No i okazuje się, że schłodzenie przez noc w lodówce też powoduje obniżenie poziomu ostrości, jak również dodanie tartego sera i grzanek. Przepis dołączam niniejszym do naszego domowego jadłospisu. A w następnej kolejności będzie chyba zupa serowa, mocno kaloryczna, ale też dobra na przeziębione dni.
Nie oznacza to, rzecz jasna, końca naszej międzykontynentalnej znajomości oraz związanych z nią tradycji. Jedna z owych tradycji to wymiana przydasiowa - i w ten sposób sprytnie nawiązuję do poniższej kartki, w której tło to właśnie papier otrzymany od Mrouh, połączony z kraklowym ptakiem. Mniejsze ptactwo jakoś łatwiej jest wmontować w kartkę.
A złoty papier namalowałam sobie sama, akrylówką na białym kartonie - ma taką fajną, trochę matową fakturę i jak się dobrze popatrzy, to widać nawet ślady pędzla.
Misja druga - niekończąca się - czyli przygoda kuchenna. W środę ugotowałam najostrzejszą w życiu potrawę, do tego stopnia, że obawiałam się, czy w ogóle będzie to jadalne :)
Przepis na chili zawiera szaloną ilość przypraw - na czele z ćwiartką filiżanki chili powder. Następnym razem dam go jednak trochę mniej, bo mój proszek zakupiłam w dziale indyjskim i istnieje teoria, że ta wersja jest bardziej paląca od standardowej, amerykańskiej. Au! Na drugim końcu przepisu nie dałam już ostrego sosu, bo i tak konsumpcja tej mikstury wywołuje pot na twarzy.
Ale za to ma działanie leczniczo-przetykające - T i P połknęli wczoraj po solidnej porcji i ponoć im pomogło w zwalczaniu przeziębień. No i okazuje się, że schłodzenie przez noc w lodówce też powoduje obniżenie poziomu ostrości, jak również dodanie tartego sera i grzanek. Przepis dołączam niniejszym do naszego domowego jadłospisu. A w następnej kolejności będzie chyba zupa serowa, mocno kaloryczna, ale też dobra na przeziębione dni.
Labels:
ciekawe linki,
craftypantki,
kartki,
kuchnia,
papierrr,
przepisy
poniedziałek, 19 listopada 2012
1237. miętowo, koralowo
Weekend był wyjątkowo pełny przeżyć - i przygotowania do jutrzejszego wyjazdu do PL, i poważne rozmowy, i sprzątania, kościółki, schronisko zwierzęce, brak lodówki (czyli kombinujemy z żywnością tak, żeby wystarczyło ją trzymać na balkonie), biblioteka, porządki z suchcielcami na balkonie, tłumaczenie, wymyślanie świetlistej wycieczki do Chicago, czytanie...
Dotarł próbny numer Biblical Archeology Review - chyba sobie wezmę na drogę, do samolotu :)
Z mniej przyjemnych czynności - zakup zimowego obuwia robi się coraz trudniejszy, fabryki przestają produkować buty, w które weszłyby moje szanowne odnóża. A wytyczne nie były takie znów skomplikowane - trzewiki o niezbyt wygórowanej cenie (bo niewykluczone, że po powrocie będą dość zniszczone), na obcasie, , ale nie za wysokim i niewąskim, coby mnie pseudośredniowieczne bruki nie załatwiły, jak podczas jednego z poprzednich pobytów. I - proszę zwrócić uwagę - nie chodziło mi nawet o żaden określony kolor!
Dopiero w czwartym sklepie napatoczyło się obuwie w moim rozmiarze, które nie było zbliżone urodą do gumofilców z ubiegłego stulecia. Człowiek czuje się okropnie, jak jakieś przedpotopowe, wielkostope monstrum, skoro stópka niefiligranowa do niczego nie wchodzi. Oczami wyobraźni widzi się już łapcie z kory, obwiązane powrozem ukręconym z tataraku.
Wśród tego wszystkiego ukleiłam parę kartek, głównie dla wykorzystania przygotowanych wcześniej elementów. Mamy więc tytułową kolorystykę miętowo-koralową, wymuszoną niejako przez sprezentowane mi gwiazki i naklejki...
...mamy dalsze eksperymenty z pieczątką z Ewangelią. Zdaje mi się, że trzeba zmienić szyk czynności w procesie: najpierw znaleźć papier, a potem - wedle jego kolorów - malować pieczątkę. Jak się napaćka takich różnych jaskrawych barw, to potem ciężko jest znaleźć odpowiadające tło.
No i jeszcze takie tam, z choinką - tu wyzwaniem było wmontowanie tego wysokiego, a chudego obrazka.
I na koniec projekt radosny - pudełko w kształcie domku. Na razie zbudowałam prototyp, uporałam się z dachem w zasadzie za pierwszym razem, a to dzięki pomocy T, dla którego dachy o wiele większej ilości hypów i walii nie stanowią żadnego problemu :)
A tak przy okazji - na Pincie trafiłam fantastyczną tablicę z mnóstwem domków, mniam.
Dotarł próbny numer Biblical Archeology Review - chyba sobie wezmę na drogę, do samolotu :)
Z mniej przyjemnych czynności - zakup zimowego obuwia robi się coraz trudniejszy, fabryki przestają produkować buty, w które weszłyby moje szanowne odnóża. A wytyczne nie były takie znów skomplikowane - trzewiki o niezbyt wygórowanej cenie (bo niewykluczone, że po powrocie będą dość zniszczone), na obcasie, , ale nie za wysokim i niewąskim, coby mnie pseudośredniowieczne bruki nie załatwiły, jak podczas jednego z poprzednich pobytów. I - proszę zwrócić uwagę - nie chodziło mi nawet o żaden określony kolor!
Dopiero w czwartym sklepie napatoczyło się obuwie w moim rozmiarze, które nie było zbliżone urodą do gumofilców z ubiegłego stulecia. Człowiek czuje się okropnie, jak jakieś przedpotopowe, wielkostope monstrum, skoro stópka niefiligranowa do niczego nie wchodzi. Oczami wyobraźni widzi się już łapcie z kory, obwiązane powrozem ukręconym z tataraku.
Wśród tego wszystkiego ukleiłam parę kartek, głównie dla wykorzystania przygotowanych wcześniej elementów. Mamy więc tytułową kolorystykę miętowo-koralową, wymuszoną niejako przez sprezentowane mi gwiazki i naklejki...
...mamy dalsze eksperymenty z pieczątką z Ewangelią. Zdaje mi się, że trzeba zmienić szyk czynności w procesie: najpierw znaleźć papier, a potem - wedle jego kolorów - malować pieczątkę. Jak się napaćka takich różnych jaskrawych barw, to potem ciężko jest znaleźć odpowiadające tło.
No i jeszcze takie tam, z choinką - tu wyzwaniem było wmontowanie tego wysokiego, a chudego obrazka.
I na koniec projekt radosny - pudełko w kształcie domku. Na razie zbudowałam prototyp, uporałam się z dachem w zasadzie za pierwszym razem, a to dzięki pomocy T, dla którego dachy o wiele większej ilości hypów i walii nie stanowią żadnego problemu :)
A tak przy okazji - na Pincie trafiłam fantastyczną tablicę z mnóstwem domków, mniam.
Labels:
ciekawe linki,
domki,
kartki,
papierrr,
z życia wzięte
czwartek, 8 listopada 2012
1233. CP-1, czyli reakcja łańcuchowa
W ramach bonusa przy wyjeździe do Instytutu Orientalnego wsadziliśmy też nos do miejsca, gdzie przeprowadzono pierwszą reakcję łańcuchową - zbliża się właśnie okrągła rocznica, bo rzecz działa się w 1942 roku, kiedy jeszcze używano słowa "stos", a nie "reaktor" - stąd tytułowe CP-1, czyli Chicago Pile-1.
O Enrico Fermim, Projekcie Manhattan, broni jądrowej itd. poczytać można sobie w odnośnych źródłach, więc nie będę się tu zbytnio rozwodzić. Dziś na miejscu prowizorycznego budynku pod ławkami nieużywanego stadionu (projekt realizowano w tajemnicy, więc nie tworzono specjalnych struktur) stoi pomnik - ni to grzyb atomowy, ni to czaszka. Nazwaliśmy go sobie roboczo Pomnikiem Nie-Bomby, bo gdyby przewidywania i obliczenia Fermiego zawiodły, to zamiast kontrolowanej reakcji byłaby właśnie bomba, a co za tym idzie - nie zwiedzalibyśmy dziś Instytutu Orientalnego, bo w ogóle by nas w tym miejscu nie było.
Rzeźba, na mój rozum, wygląda jakoś tak negatywnie, ale z drugiej strony - około 20% energii, jaką zużywamy w bieżącym kraju, bierze się właśnie z atomu, więc może nie jest tak źle :) Jak to zwykle bywa z wieloma rzeczami - można je wykorzystać w celu dobrym bądź złym.
Przedsięwzięcie było wielkie - tysiące kostek grafitu, w nich tysiące otworów na uran. We wspomnieniach jednego z budowniczych stosu wyczytałam, że czuli się jak górnicy: po zakończonym dniu pracy myli się z grafitowego pyłu, a jakieś pół godziny później znów szarzeli, bo wyłaził na powierzchnię skóry pył zmagazynowany w porach. No i wszystko wokół pokryte było tymże pyłem, który sprawia, że powierzchnie robią się śliskie, więc łatwo można się było przewrócić.
W zasobach archiwów uniwersyteckich wygrzebałam poniższy rysunek (znaleziony ponoć przypadkowo przy sprzątaniu laboratorium w Oak Ridge) - stos był w sumie niewielki; przypominam sobie ogromniaste zabudowania elektrowni atomowej w Byron, pod którą kiedyś podjechaliśmy - nie ma porównania!
Pomnik stoi koło biblioteki, której budynek jest dość paskudny (architektura brutalistyczna, czyli bunkier forteca), ale za to mają mnóstwo książek - zbliżają się do ośmiu milionów. No i te wszystkie rowery!
Bibliotekę wpisaliśmy sobie na listę rzeczy do zwiedzania w przyszłości - razem z uniwersytecką kaplicą, gdzie odbywają się koncerty na karylionie, czyli dzwonach wieżowych (nawet mieliśmy małą próbkę w drodze do Instytutu). W niedzielne południe można się wyspinać na wieżę, poznać Dzwonnika i pooglądać urządzenia.
Na koniec - kilka widoczków z Uniwersytetu:
A tu jest panorama uniwersytetu (dość spory plik, ale warto).
O Enrico Fermim, Projekcie Manhattan, broni jądrowej itd. poczytać można sobie w odnośnych źródłach, więc nie będę się tu zbytnio rozwodzić. Dziś na miejscu prowizorycznego budynku pod ławkami nieużywanego stadionu (projekt realizowano w tajemnicy, więc nie tworzono specjalnych struktur) stoi pomnik - ni to grzyb atomowy, ni to czaszka. Nazwaliśmy go sobie roboczo Pomnikiem Nie-Bomby, bo gdyby przewidywania i obliczenia Fermiego zawiodły, to zamiast kontrolowanej reakcji byłaby właśnie bomba, a co za tym idzie - nie zwiedzalibyśmy dziś Instytutu Orientalnego, bo w ogóle by nas w tym miejscu nie było.
Rzeźba, na mój rozum, wygląda jakoś tak negatywnie, ale z drugiej strony - około 20% energii, jaką zużywamy w bieżącym kraju, bierze się właśnie z atomu, więc może nie jest tak źle :) Jak to zwykle bywa z wieloma rzeczami - można je wykorzystać w celu dobrym bądź złym.
Przedsięwzięcie było wielkie - tysiące kostek grafitu, w nich tysiące otworów na uran. We wspomnieniach jednego z budowniczych stosu wyczytałam, że czuli się jak górnicy: po zakończonym dniu pracy myli się z grafitowego pyłu, a jakieś pół godziny później znów szarzeli, bo wyłaził na powierzchnię skóry pył zmagazynowany w porach. No i wszystko wokół pokryte było tymże pyłem, który sprawia, że powierzchnie robią się śliskie, więc łatwo można się było przewrócić.
W zasobach archiwów uniwersyteckich wygrzebałam poniższy rysunek (znaleziony ponoć przypadkowo przy sprzątaniu laboratorium w Oak Ridge) - stos był w sumie niewielki; przypominam sobie ogromniaste zabudowania elektrowni atomowej w Byron, pod którą kiedyś podjechaliśmy - nie ma porównania!
![]() |
| Źródło University of Chicago Photographic Archive, [apf2-00503], Special Collections Research Center, University of Chicago Library. |
Bibliotekę wpisaliśmy sobie na listę rzeczy do zwiedzania w przyszłości - razem z uniwersytecką kaplicą, gdzie odbywają się koncerty na karylionie, czyli dzwonach wieżowych (nawet mieliśmy małą próbkę w drodze do Instytutu). W niedzielne południe można się wyspinać na wieżę, poznać Dzwonnika i pooglądać urządzenia.
Na koniec - kilka widoczków z Uniwersytetu:
A tu jest panorama uniwersytetu (dość spory plik, ale warto).
Labels:
chicago,
ciekawe linki,
fotoreportaż,
turystycznie
środa, 7 listopada 2012
1232. pięcionogi lamassu, strażnik sali tronowej
Wybieramy się dziś w czasy nieco wcześniejsze od Bardzo Ważnego Słupka, opisywanego przedwczoraj - odwiedzimy mianowicie ojca Sennacheryba, asyryjskiego króla Sargona II. Oto portret rodzinny, ojcowsko-synowski:
Ja, co najwyżej, podszywam się pod poddanych:
Idziemy sobie razem w stronę ogromnego, czterdziestotonowego lamassu - zoomorficznej postaci, której części symbolizowały różne cechy owego strażnika; tułów siłę byka, głowa mądrość człowieka itd.
Postać przy spotkaniu twarzą w twarz jest całkiem sympatyczna - jak starożytny smiley face.
Podczas przygotowań do wycieczki dowiedziałam się o pewnej ciekawostce, o której nie miałam pojęcia, choć takie figury widywało się już na rozmaitych ilustracjach. Otóż lamassu miały pięć nóg! Przy oglądaniu z przodu miały sprawiać wrażenie statyczne i potężne, a z boku - jakby się poruszały. Widać piątą nogę?
Między nogami zwirza, gdzie widać spory płaski fragment, powierzchnia zasypana została pismem klinowym. Można tam wyczytać, że Sargon to absolutnie najpotężniejszy władca pod słońcem i ogólnie debeściak, a jeśli by komuś przyszło do głowy popsuć lamassu albo w ogóle cokolwiek, co Sargon wybudował, to niechaj do śmierci pozostanie bezdzietny i służy jako niewolnik u swoich wrogów. Klątwa straszna!
Na poniższym zdjęciu z wiki lamassu przyczepione są do bramy - taka właśnie byłą ich funkcja: strzegły miasta, albo pałacu, albo na przykład sali tronowej, co najprawdopodobniej miało miejsce w przypadku powyższego.
Nasz lamassu pochodzi z Dur-Szarrukin, Twierdzy Sargona; dziś miejsce to znajduje się w północnym Iraku. Odkopano tam solidne, starannie zaplanowane miasto (zbudowane podobno od podstaw w ciągu jednej dekady), które niestety wielkiej kariery nie zrobiło, bo Sennacheryb przeniósł stolicę do oddalonej o jakieś 20 km Niniwy i Dur-Szarrukin podupadło. A Niniwę znamy już z całkiem innych historii :)
Nawiasem mówiąc, skoro już się nawiązało do Niniwy i zapisów biblijnych, to i w Starym Testamencie znajdą się opisy postaci zawierających elementy różnych stworzeń.Prorok Ezechiel opisuje w 1-szym rozdziale taką wizję:
1:4 I spojrzałem, a oto gwałtowny wiatr powiał z północy i pojawił się wielki obłok, płomienny ogień i blask dokoła niego, a z jego środka spośród ognia lśniło coś jakby błysk polerowanego kruszcu.
1:5 A pośród niego było coś w kształcie czterech żywych istot. A z wyglądu były podobne do człowieka,
1:6 Lecz każda z nich miała cztery twarze i każda cztery skrzydła.
1:7 Ich nogi były proste, a stopa ich nóg była jak kopyto cielęcia i lśniły jak polerowany brąz.
1:8 Pod ich skrzydłami z czterech stron były ludzkie ręce; a te cztery żywe istoty miały twarze i skrzydła.
1:10 Ich oblicza wyglądały u wszystkich czterech z przodu jak twarz ludzka, z prawej strony jak twarz lwa, z lewej strony jak twarz wołu, a z tyłu jak twarz orła.
No i mamy też rzeźbione cheruby występujące jako część Arki Przymierza, oraz na zasłonach w Przybytku, oraz w świątyni Salomona - Salomon zarządził wykonanie kilkumetrowych posągów cherubów, a także umieszczenie ich w płaskorzeźbach na ścianach. Ale to zupełnie inna historia :)
![]() |
| Zdjęcie z wikipedii |
Idziemy sobie razem w stronę ogromnego, czterdziestotonowego lamassu - zoomorficznej postaci, której części symbolizowały różne cechy owego strażnika; tułów siłę byka, głowa mądrość człowieka itd.
Postać przy spotkaniu twarzą w twarz jest całkiem sympatyczna - jak starożytny smiley face.
Podczas przygotowań do wycieczki dowiedziałam się o pewnej ciekawostce, o której nie miałam pojęcia, choć takie figury widywało się już na rozmaitych ilustracjach. Otóż lamassu miały pięć nóg! Przy oglądaniu z przodu miały sprawiać wrażenie statyczne i potężne, a z boku - jakby się poruszały. Widać piątą nogę?
Między nogami zwirza, gdzie widać spory płaski fragment, powierzchnia zasypana została pismem klinowym. Można tam wyczytać, że Sargon to absolutnie najpotężniejszy władca pod słońcem i ogólnie debeściak, a jeśli by komuś przyszło do głowy popsuć lamassu albo w ogóle cokolwiek, co Sargon wybudował, to niechaj do śmierci pozostanie bezdzietny i służy jako niewolnik u swoich wrogów. Klątwa straszna!
Na poniższym zdjęciu z wiki lamassu przyczepione są do bramy - taka właśnie byłą ich funkcja: strzegły miasta, albo pałacu, albo na przykład sali tronowej, co najprawdopodobniej miało miejsce w przypadku powyższego.
![]() |
| zdjęcie z wikipedii |
Nasz lamassu pochodzi z Dur-Szarrukin, Twierdzy Sargona; dziś miejsce to znajduje się w północnym Iraku. Odkopano tam solidne, starannie zaplanowane miasto (zbudowane podobno od podstaw w ciągu jednej dekady), które niestety wielkiej kariery nie zrobiło, bo Sennacheryb przeniósł stolicę do oddalonej o jakieś 20 km Niniwy i Dur-Szarrukin podupadło. A Niniwę znamy już z całkiem innych historii :)
Nawiasem mówiąc, skoro już się nawiązało do Niniwy i zapisów biblijnych, to i w Starym Testamencie znajdą się opisy postaci zawierających elementy różnych stworzeń.Prorok Ezechiel opisuje w 1-szym rozdziale taką wizję:
1:4 I spojrzałem, a oto gwałtowny wiatr powiał z północy i pojawił się wielki obłok, płomienny ogień i blask dokoła niego, a z jego środka spośród ognia lśniło coś jakby błysk polerowanego kruszcu.
1:5 A pośród niego było coś w kształcie czterech żywych istot. A z wyglądu były podobne do człowieka,
1:6 Lecz każda z nich miała cztery twarze i każda cztery skrzydła.
1:7 Ich nogi były proste, a stopa ich nóg była jak kopyto cielęcia i lśniły jak polerowany brąz.
1:8 Pod ich skrzydłami z czterech stron były ludzkie ręce; a te cztery żywe istoty miały twarze i skrzydła.
1:10 Ich oblicza wyglądały u wszystkich czterech z przodu jak twarz ludzka, z prawej strony jak twarz lwa, z lewej strony jak twarz wołu, a z tyłu jak twarz orła.
No i mamy też rzeźbione cheruby występujące jako część Arki Przymierza, oraz na zasłonach w Przybytku, oraz w świątyni Salomona - Salomon zarządził wykonanie kilkumetrowych posągów cherubów, a także umieszczenie ich w płaskorzeźbach na ścianach. Ale to zupełnie inna historia :)
Labels:
chicago,
ciekawe linki,
eksponaty,
fotoreportaż,
turystycznie
wtorek, 6 listopada 2012
1231. dwanaście spojrzeń na pismo, czyli czego nie wiedziałam
W Instytucie Orientalnym znajduje się zdumiewająca ilość zabytków związanych z pismem; nie mam pewności, czy statystycznie tyle ich przypada na starożytne wykopaliska, czy akurat tak się złożyło (a może muzeum specjalizuje się akurat w tej dziedzinie) - w każdym razie, ponieważ bardzo lubię motyw pisma, uradowałam się radością wielką.
Zadziwiłam się też niejeden raz - na przykład mnóstwem cylindrycznych pieczęci i tym, jak dawno zaistniały.
Nie wiedziałam, że istniały takie okrągłe tabliczki.
Nie wiedziałam, że pismo klinowe było takie drobniutkie - T do dziś zastanawia się, jak oni to czytali, nie mając okularów? Nadziubdziane strasznie, a na dodatek, w odróżnieniu od naszego "czarno na białym", oni mieli beżowe na beżowym. Chyba bardziej niekolorowo się nie da.
Nie spotkałam się chyba wcześniej z tabliczkami szkolnymi - studenci pisarstwa ćwiczyli na nich klinowanie:
Wrażenie robiła kopia kodeksu Hammurabiego...
No i znów chwila podziwu, bo dziobanie klinów na wilgotnej glinie to jedno, a wyciupanie ich w kamieniu to zupełnie inna sprawa!
Dział zupełnie inny - kawalątek zwoju znad Morza Martwego (z tekstem niebiblijnym, o czym dowiedziałam się też stosunkowo niedawno, będąc wcześniej przekonana, że słynne dzbanki mieściły jedynie Stary Testament) - QumrrrRAN! Zdjęcie pożyczone z instytutowej strony, bo w ferworze zwiedzania zupełnie wyleciało mi z głowy sfotografowanie tak ważnego eksponatu.
I znów skok w inne miejsce i inne czasy - nie wiedziałam, że istniały hieroglifowe inkrustacje; do tej pory widywałam jakoś tylko malowane.
Egipski zestaw do pisania - co nasunęło mi pytanie: skoro Mojżesz, wedle Dziejów Apostolskich, był uczony "we wszelkiej mądrości egipskiej", to może umiał też pisać hieroglify?
Mały skok w bok, skoro już jesteśmy w Egipcie - pudełko z farbkami. Dzięki wam, o Egipcjanie, że wkładaliście do grobowców sprzęt do kraftów! Możemy sobie teraz porównać z naszymi :)
Replika słynnego kamienia z Rosetty, dzięki któremu nastąpił przełom w odczytywaniu hieroglifów (oryginał mieszka w British Museum).
I na koniec jeszcze wykopalisko perskie - pismo klinowe takie, jak sobie zawsze wyobrażałam - porządne, duże, drukowane litery :)
Mam jeszcze w głowie dwa odcinki sprawozdania z wycieczki - powrót do Asyrii oraz bonus z zupełnie innych czasów i tematyki. Ciekawe, czy mi starczy zapału :)
Zadziwiłam się też niejeden raz - na przykład mnóstwem cylindrycznych pieczęci i tym, jak dawno zaistniały.
Nie wiedziałam, że istniały takie okrągłe tabliczki.
Nie wiedziałam, że pismo klinowe było takie drobniutkie - T do dziś zastanawia się, jak oni to czytali, nie mając okularów? Nadziubdziane strasznie, a na dodatek, w odróżnieniu od naszego "czarno na białym", oni mieli beżowe na beżowym. Chyba bardziej niekolorowo się nie da.
Nie spotkałam się chyba wcześniej z tabliczkami szkolnymi - studenci pisarstwa ćwiczyli na nich klinowanie:
Wrażenie robiła kopia kodeksu Hammurabiego...
No i znów chwila podziwu, bo dziobanie klinów na wilgotnej glinie to jedno, a wyciupanie ich w kamieniu to zupełnie inna sprawa!
Dział zupełnie inny - kawalątek zwoju znad Morza Martwego (z tekstem niebiblijnym, o czym dowiedziałam się też stosunkowo niedawno, będąc wcześniej przekonana, że słynne dzbanki mieściły jedynie Stary Testament) - QumrrrRAN! Zdjęcie pożyczone z instytutowej strony, bo w ferworze zwiedzania zupełnie wyleciało mi z głowy sfotografowanie tak ważnego eksponatu.
I znów skok w inne miejsce i inne czasy - nie wiedziałam, że istniały hieroglifowe inkrustacje; do tej pory widywałam jakoś tylko malowane.
Egipski zestaw do pisania - co nasunęło mi pytanie: skoro Mojżesz, wedle Dziejów Apostolskich, był uczony "we wszelkiej mądrości egipskiej", to może umiał też pisać hieroglify?
Mały skok w bok, skoro już jesteśmy w Egipcie - pudełko z farbkami. Dzięki wam, o Egipcjanie, że wkładaliście do grobowców sprzęt do kraftów! Możemy sobie teraz porównać z naszymi :)
Replika słynnego kamienia z Rosetty, dzięki któremu nastąpił przełom w odczytywaniu hieroglifów (oryginał mieszka w British Museum).
I na koniec jeszcze wykopalisko perskie - pismo klinowe takie, jak sobie zawsze wyobrażałam - porządne, duże, drukowane litery :)
Mam jeszcze w głowie dwa odcinki sprawozdania z wycieczki - powrót do Asyrii oraz bonus z zupełnie innych czasów i tematyki. Ciekawe, czy mi starczy zapału :)
Labels:
chicago,
ciekawe linki,
eksponaty,
fotoreportaż,
turystycznie
poniedziałek, 5 listopada 2012
1230. słupek Sennacheryba, czyli co mają Asyryjczycy do Tomka Sawyera
Byliśmy w weekend na małej wycieczce do Świątyni Nauki w postaci
University of Chicago, a konkretnie w Instytucie Orientalnym. Eksponatów
tam zatrzęsienie - powierzchniowo muzeum jest niewielkie w porównaniu z
molochami typu Art Institute czy Muzeum Techniki, ale dużo mają
drobnicy, więc patrzeć można w nieskończoność. Albo i nie, bo się człek
po godzinie przytyka i całe szczęście, że może narobić zdjęć bez liku i
oglądać sobie w domu.
Najbardziej wyczekiwanym eksponatem był słupek Sennacheryba -
asyryjskiego władcy z siódmego wieku przed Chrystusem. Król judzki
Hiskiasz (Ezechiasz), z poparciem Egiptu i Babilonu, wszczął rebelię -
odmówił składania mu daniny, więc Senancheryb wyprawił się ku niemu i
najpierw pobił cały rządek miast w Judzie, a potem obległ Jeruzalem.
Hiskiasz udał się do świątyni i i dzięki jego modlitwie oblężenie
zakończyło się w ekspresowym tempie: jednej nocy armia została
zdziesiątkowana, umarło 185 tysięcy wojowników. Sennacheryb spakował
manatki i wrócił do Niniwy.
[Z tego właśnie czasu pochodzi ponadpółkilometrowy tunel Hiskiasza w Jerozolimie, którym mieliśmy przywilej wędrować zeszłej wiosny, zmoczeni po cztery litery - Hiskiasz nakazał go wykopać w ramach przygotowań do oblężenia, żeby miasto miało wodę: "Ale inne sprawy Ezechyjaszowe, i wszystka moc jego, i jako uczynił
sadzawkę, i rury, którymi przywiódł wodę do miasta to zapisano w
kronikach o królach Judzkich." 2 Król. 20:20]
Takie byłoby streszczenie relacji biblijnej z 2
Księgi Królewskiej i 2 Księgi Kronik. Wyprawy wojenne Sennacheryba
spisano również na glinianym graniastosłupie, który w skrócie nazywam
sobie słupkiem; nie doszukałam się opisu tego eksponatu po polsku, a
cały graniastosłup jest jakiś taki za długi (po angielsku mają łatwo -
prism i z głowy).
Na słupku relacja nie mówi nic o nagłej śmierci wojska; Sennacheryb opowiada, że Hiskiasz w oblężonym Jeruzalem jest zamknięty jak ptak w klatce. Mimo tej różnicy niesamowity jest taki punkt, gdzie historia biblijna spotyka się z zapisem "z zewnątrz". Oglądaliśmy ten słupek ze wszystkich stron i gdyby nie to, że zaklejony był bez reszty pismem klinowym, pewnie byśmy coś nawet wyczytali :)
Tuż obok znajdował się słupek o wiele większy...
... czarny obelisk innego Asyryjczyka, Salmanasara, gdzie cofamy się do dziewiątego wieku przed Chrystusem, by spotkać izraelskiego króla Jehu; jest to najstarsza znana ilustracja przedstawiająca Izraelitę - niestety w pozycji składania hołdu ciemiężycielowi; tak to jednak w historii bywało, czyli nie zawsze tak, jak by się chciało.
![]() |
| zdjęcie z wikipedii |
The Assyrian came down like the wolf on the fold,
And his cohorts were gleaming in purple and gold;
And the sheen of their spears was like stars on the sea,
When the blue wave rolls nightly on deep Galilee.
[...]
And the widows of Ashur are loud in their wail,
And the idols are broke in the temple of Baal;
And the might of the Gentile, unsmote by the sword,
Hath melted like snow in the glance of the Lord!
Wiersz jest napisany anapestem (dwie sylaby krótkie + jedna długa, albo dwie nieakcentowane + jedna akcentowana) czyli, o ile to dobrze rozumiem, w rytmie patataj, patataj - takim galopującym, więc wyobrażamy sobie stado Asyryjczyków pędzących w bitwie :)
- The Assyrian came down like a wolf on the fold
- And his cohorts were gleaming in purple and gold
- And the sheen of their spears was like stars on the sea
- When the blue wave rolls nightly on deep Galilee.
Mamy natomiast nadzieję, że wybierzemy się znów do Instytutu Orientalnego, bo mamy jeszcze wiele do przeanalizowania.
Labels:
chicago,
ciekawe linki,
fotoreportaż,
turystycznie
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















































