Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciekawe linki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciekawe linki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 kwietnia 2014

1429. eksperymenty z gelato

Pstryknęłam dziś rano szybkie zdjęcia tego, co wyszło z weekendowych eksperymentów z nowym gelatowym nabytkiem. Taka na przykład mini karteluszka z tłem odbitym niejako resztkowo, po tym, jak już powstał pierwszy wzorek w bardziej intensywnych odcieniach.


Oczywiście robienie zdjęć powoduje natychmiastową materializację Kota - jest papier, można na nim leżeć!


A tutaj ta pierwsza odbitka. 


W pakiecie znajdował się też sympatyczny stempelek akrylowy, ale wygląda na to, że pieczątki gumowe - jak powyższy kwiatek - lepiej przyjmują gelatowy barwnik.


A najbardziej podobają mi się tła, bo ładnie się kolorki mieszają i akurat te moje nabytki są metaliczne, więc dają ładne błyszczenie.


I na koniec - eksperyment zainspirowany linkiem podrzuconym przez nieocenioną Mrouh. Robi się najsampierw wzorek białym albo przezroczystym embossingiem, następnie koloruje - w filmiku tuszami, u mnie gelatami - i po wysuszeniu prasuje przez papier celem usunięcia embossingu. Zostaje fajny efekt, jakby wyskrobany w kolorze.



czwartek, 31 stycznia 2013

1273. chowder, czyli wycieczka od Arizony po Wyoming

W związku z tym, że kukurydziana zupa jednak spotkała się z przychylnym przyjęciem, a nawet dołączono ją do spisu zup, prosząc jednocześnie o usunięcie z listy rosołu (ojoj :( - wybieramy się dziś na małą wycieczkę kulinarno-krajoznawczą.


Kukurydziany chowder gotowany był wedle przepisu głoszącego, że jest to potrawa Southwest style - czyli z tego regionu:

Mapka z wikipedii

Centralne miejsce  znajduje się zaś w punkcie, gdzie stykają się na krzyż granice czterech stanów - Kolorado, Nowego Meksyku, Arizony i Utah.

Mapka z wikipedii

Tam, gdzie widać czerwoną kropę, można sobie wstawić każdą kończynę do innego stanu, choć nie wygląda się natenczas zbyt elegancko.


O kuchni tego regionu można sobie oczywiście poczytać w różnych miejscach, na przykład TU. Standardowe produkty to kukurydza (a jak!), kmin rzymski (cumin - nie mylić z kminkiem czyli caraway, bo różnica jest spora, co do końca życia zapamiętam na podstawie eksperymentów kuchennych z zeszłego wieku :), cilantro, papryczki, czosnek - to ze składników obecnych w zupie, a oprócz tego jeszcze rozmaite fasole, orzechy, dynia, limonka. I tequila :)

Wróćmy jednak do punktu wyjścia, czyli naszej zupy. Nie byłabym sobą, gdyby nie zaintrygowało mnie słowo chowder - sprawiające wrażenie, że być może istnieje czasownik chowd, na przykład po staroangielsku, oznaczający długie gotowanie albo zabielanie mlekiem czy śmietaną (charakterystyczne dla tej zupy), albo jeszcze coś.

Aliści byłam w błędzie! Rozwiązanie zagadki zabierze nas w północne regiony Stanów Zjednoczonych, do wspomnianego w tytule posta Wyoming, a szczególnie do parku narodowego Yellowstone. Z czego znane jest Yellowstone? Ano, z gejzerów, rezydujących w KALDERZE, czyli zagłębieniu na szczycie wulkanu. Troszkę może miesza fakt, że owa kaldera mierzy sobie niebagatelne 55x80 km - ale nadal jest to wulkan, a nawet superwulkan.

Chowder zaś - jeśli ufać słownikowi Webstera - wziął się z francuskiego chaudière czyli kocioł, a to z  kolei przywędrowało z łacińskiego caldaria, calidus, calere, skąd mamy w drugim kierunku łańcuszek do cauldron (kocioł właśnie) i caldera - geologiczna kaldera. W innych spokrewnionych językach pojawia się z tej serii na przykład hiszpańska agua caliente - gorąca woda, włoskie caldo - i jeszcze angielski wyraz scald, związany z oparzeniami.

Uwielbiam znajdować takie łańcuchy :) A zanim dolecę z tymi skojarzeniami na Księżyc albo i dalej, pozdrawiam widokówką z Yellowstone właśnie, zabierając się jednocześnie za następną ciekawą ingrediencję - bulgur.


środa, 30 stycznia 2013

1272. na froncie kuchennym

Podjęłam przedwczoraj przygodę z rosołem. Aż wstyd się przyznać - nie gotowałam nigdy jeszcze, może dlatego, że sama za rosołem nie przepadam, a to ze względu na CIORY, czyli ugotowane w wywarze jarzyny, których pewna ilość lądowała nieuchronnie na naszych talerzach mimo bardzo starannego cedzenia przy nalewaniu.

Układałyśmy potem z siostrami wianuszki dookoła talerza, odławiając a to strzępek kapusty, a to selerowy słupek, a to korzeń pietruszy - a reszta nawet była całkiem, całkiem; najfajniejszy w rosole jest jednak makaron.

Mój rosołek gotowałam opierając się luźno na tym przepisie, ze świadomością, że jak mi taka kultowa zupa nie wyjdzie, to będę chyba musiała zawiesić działalność kulinarną i zapodać mrożony bigos (którego zresztą też nigdy nie robiłam).


Z wyglądu rosół nawet dość ładny, ale T zgłosił zażalenie, że to raczej bulion a nie rosół. Poleciałam guglać - no tak, chybam się za bardzo rozpędziła ze zdejmowaniem tłuszczu z powierzchni, mając oczywiście chwalebnie zdrowotne intencje... ale właśnie wyszedł chyba wywar taki-o, nietłusty. Oka za bardzo nie pływały.

No i mięsiwo się rozgotowało - może dlatego, że wołowina to właściwie była kość z niezbyt wielką ilością tkanki mięsnej, a gdyby to był kawał mięsa - albo głównie mięsa z dodatkiem kości - to by się tak nie stało? Zdumiałam się przy okazji, że rosół się gotuje aż tak długo - dwie godziny to ponoć minimum.

Tak, że to nie koniec eksperymentów rosołowych (tak przy okazji - wikipedia podaje ciekawą etymologię słowa rosół:

"Zupa pierwotnie powstawała jako efekt długotrwałego gotowania w wodzie mięsa, które w dawnych czasach było konserwowane przez zasolenie i wysuszenie. Wywar ten zwano rozsół (czy rozsol), skąd wywodzi się dzisiejsza nazwa."

A w tej chwili stygnie mi w miseczce południowozachodni chowder kukurydziany z innego przepisu... zupa chyba bardzo nie-polska, może się okazać nazbyt egzotyczna, a co za tym idzie jednorazowa: gotuje się raz, króliki doświadczalne zjadają i nie marudzą w zamian za moją obietnicę, że więcej ta potrawa na naszym stole się nie pojawi.

Na pocieszenie - coś, co mi się na pewno udało, czyli gofry z dżemami i cukrem pudrem :)


PS. Ciory, rzecz jasna, zostały ewakuowane z mojego rosołku najszybciej, jak tylko było to możliwe; wróciła jedynie posiekana marchewka :) Wielką miałam z tej przyczyny satysfakcję.

piątek, 18 stycznia 2013

1266. misje

O jednej misji napisałyśmy właśnie wczoraj z Mrouh na Craftypantkach - po trzech latach zabawy śmieciami i recyklingiem/upcyklingiem pod różnymi szyldami - na własnych blogach, w Imaginarium i Craftypantkach właśnie - postanowiłyśmy zamknąć ten interes, albo przynajmniej przymknąć na jakiś czas i ewentualnie odrodzić go w innym wydaniu. Nie żeby nam się śmieci w domu skończyły... ale pora może się przenieść na inną półkę :)

Nie oznacza to, rzecz jasna, końca naszej międzykontynentalnej znajomości oraz związanych z nią tradycji. Jedna z owych tradycji to wymiana przydasiowa - i w ten sposób sprytnie nawiązuję do poniższej kartki, w której tło to właśnie papier otrzymany od Mrouh, połączony z kraklowym ptakiem. Mniejsze ptactwo jakoś łatwiej jest wmontować w kartkę.


A złoty papier namalowałam sobie sama, akrylówką na białym kartonie - ma taką fajną, trochę matową fakturę i jak się dobrze popatrzy, to widać nawet ślady pędzla.

Misja druga - niekończąca się - czyli przygoda kuchenna. W środę ugotowałam najostrzejszą w życiu potrawę, do tego stopnia, że obawiałam się, czy w ogóle będzie to jadalne :)


Przepis na chili zawiera szaloną ilość przypraw - na czele z ćwiartką filiżanki chili powder. Następnym razem dam go jednak trochę mniej, bo mój proszek zakupiłam w dziale indyjskim i istnieje teoria, że ta wersja jest bardziej paląca od standardowej, amerykańskiej. Au! Na drugim końcu przepisu nie dałam już ostrego sosu, bo i tak konsumpcja tej mikstury wywołuje pot na twarzy.

Ale za to ma działanie leczniczo-przetykające - T i P połknęli wczoraj po solidnej porcji i ponoć im pomogło w zwalczaniu przeziębień. No i okazuje się, że schłodzenie przez noc w lodówce też powoduje obniżenie poziomu ostrości, jak również dodanie tartego sera i grzanek. Przepis dołączam niniejszym do naszego domowego jadłospisu. A w następnej kolejności będzie chyba zupa serowa, mocno kaloryczna, ale też dobra na przeziębione dni.

poniedziałek, 19 listopada 2012

1237. miętowo, koralowo

Weekend był wyjątkowo pełny przeżyć - i przygotowania do jutrzejszego wyjazdu do PL, i poważne rozmowy, i sprzątania, kościółki, schronisko zwierzęce, brak lodówki (czyli kombinujemy z żywnością tak, żeby wystarczyło ją trzymać na balkonie), biblioteka, porządki z suchcielcami na balkonie, tłumaczenie, wymyślanie świetlistej wycieczki do Chicago, czytanie...

 Dotarł próbny numer Biblical Archeology Review - chyba sobie wezmę na drogę, do samolotu :)


Z mniej przyjemnych czynności - zakup zimowego obuwia robi się coraz trudniejszy, fabryki przestają produkować buty, w które weszłyby moje szanowne odnóża. A wytyczne nie były takie znów skomplikowane - trzewiki o niezbyt wygórowanej cenie (bo niewykluczone, że po powrocie będą dość zniszczone), na obcasie, , ale nie za wysokim i niewąskim, coby mnie pseudośredniowieczne bruki nie załatwiły, jak podczas jednego z poprzednich pobytów. I - proszę zwrócić uwagę - nie chodziło mi nawet o żaden określony kolor!

Dopiero w czwartym sklepie napatoczyło się obuwie w moim rozmiarze, które nie było zbliżone urodą do gumofilców z ubiegłego stulecia. Człowiek czuje się okropnie, jak jakieś przedpotopowe, wielkostope monstrum, skoro stópka niefiligranowa do niczego nie wchodzi. Oczami wyobraźni widzi się już łapcie z kory, obwiązane powrozem ukręconym z tataraku.

Wśród tego wszystkiego ukleiłam parę kartek, głównie dla wykorzystania przygotowanych wcześniej elementów. Mamy więc tytułową kolorystykę miętowo-koralową, wymuszoną niejako przez sprezentowane mi gwiazki i naklejki...


...mamy dalsze eksperymenty z pieczątką z Ewangelią. Zdaje mi się, że trzeba zmienić szyk czynności w procesie: najpierw znaleźć papier, a potem - wedle jego kolorów - malować pieczątkę. Jak się napaćka takich różnych jaskrawych barw, to potem ciężko jest znaleźć odpowiadające tło.



No i jeszcze takie tam, z choinką - tu wyzwaniem było wmontowanie tego wysokiego, a chudego obrazka.


I na koniec projekt radosny -  pudełko w kształcie domku. Na razie zbudowałam prototyp, uporałam się z dachem w zasadzie za pierwszym razem, a to dzięki pomocy T, dla którego dachy o wiele większej ilości hypów i walii nie stanowią żadnego problemu :)

A tak przy okazji - na Pincie trafiłam fantastyczną tablicę z mnóstwem domków, mniam.


czwartek, 8 listopada 2012

1233. CP-1, czyli reakcja łańcuchowa

W ramach bonusa przy wyjeździe do Instytutu Orientalnego wsadziliśmy też nos do miejsca, gdzie przeprowadzono pierwszą reakcję łańcuchową - zbliża się właśnie okrągła rocznica, bo rzecz działa się w 1942 roku, kiedy jeszcze używano słowa "stos", a nie "reaktor" - stąd tytułowe CP-1, czyli Chicago Pile-1.

O Enrico Fermim, Projekcie Manhattan, broni jądrowej itd. poczytać można sobie w odnośnych źródłach, więc nie będę się tu zbytnio rozwodzić. Dziś na miejscu prowizorycznego budynku pod ławkami nieużywanego stadionu (projekt realizowano w tajemnicy, więc nie tworzono specjalnych struktur) stoi pomnik - ni to grzyb atomowy, ni to czaszka. Nazwaliśmy go sobie roboczo Pomnikiem Nie-Bomby, bo gdyby przewidywania i obliczenia Fermiego zawiodły, to zamiast kontrolowanej reakcji byłaby właśnie bomba, a co za tym idzie - nie zwiedzalibyśmy dziś Instytutu Orientalnego, bo w ogóle by nas w tym miejscu nie było.

Rzeźba, na mój rozum, wygląda jakoś tak negatywnie, ale z drugiej strony - około 20% energii, jaką zużywamy w bieżącym kraju, bierze się właśnie z atomu, więc może nie jest tak źle :) Jak to zwykle bywa z wieloma rzeczami - można je wykorzystać w celu dobrym bądź złym.


Przedsięwzięcie było wielkie - tysiące kostek grafitu, w nich tysiące otworów na uran. We wspomnieniach jednego z budowniczych stosu wyczytałam, że czuli się jak górnicy: po zakończonym dniu pracy myli się z grafitowego pyłu, a jakieś pół godziny później znów szarzeli, bo wyłaził na powierzchnię skóry pył zmagazynowany w porach. No i wszystko wokół pokryte było tymże pyłem, który sprawia, że powierzchnie robią się śliskie, więc łatwo można się było przewrócić.


W zasobach archiwów uniwersyteckich wygrzebałam poniższy rysunek (znaleziony ponoć przypadkowo przy sprzątaniu laboratorium w Oak Ridge) - stos był w sumie niewielki; przypominam sobie ogromniaste zabudowania elektrowni atomowej w Byron, pod którą kiedyś podjechaliśmy - nie ma porównania!

Źródło
University of Chicago Photographic Archive, [apf2-00503],
Special Collections Research Center,
University of Chicago Library.
Pomnik stoi koło biblioteki, której budynek jest dość paskudny (architektura brutalistyczna, czyli bunkier forteca), ale za to mają mnóstwo książek - zbliżają się do ośmiu milionów. No i te wszystkie rowery!


Bibliotekę wpisaliśmy sobie na listę rzeczy do zwiedzania w przyszłości - razem z uniwersytecką kaplicą, gdzie odbywają się koncerty na karylionie, czyli dzwonach wieżowych (nawet mieliśmy małą próbkę w drodze do Instytutu). W niedzielne południe można się wyspinać na wieżę, poznać Dzwonnika i pooglądać urządzenia.

Na koniec - kilka widoczków z Uniwersytetu:




A tu jest panorama uniwersytetu (dość spory plik, ale warto).

środa, 7 listopada 2012

1232. pięcionogi lamassu, strażnik sali tronowej

Wybieramy się dziś w czasy nieco wcześniejsze od Bardzo Ważnego Słupka, opisywanego przedwczoraj - odwiedzimy mianowicie ojca Sennacheryba, asyryjskiego króla Sargona II. Oto portret rodzinny, ojcowsko-synowski:

Zdjęcie z wikipedii
Ja, co najwyżej, podszywam się pod poddanych:


Idziemy sobie razem w stronę ogromnego, czterdziestotonowego lamassu - zoomorficznej postaci, której części symbolizowały różne cechy owego strażnika; tułów siłę byka, głowa mądrość człowieka itd.


Postać przy spotkaniu twarzą w twarz jest całkiem sympatyczna - jak starożytny smiley face.


Podczas przygotowań do wycieczki dowiedziałam się o pewnej ciekawostce, o której nie miałam pojęcia, choć takie figury widywało się już na rozmaitych ilustracjach. Otóż lamassu miały pięć nóg! Przy oglądaniu z przodu miały sprawiać wrażenie statyczne i potężne, a z boku - jakby się poruszały. Widać piątą nogę?


Między nogami zwirza, gdzie widać spory płaski fragment, powierzchnia zasypana została pismem klinowym. Można tam wyczytać, że Sargon to absolutnie najpotężniejszy władca pod słońcem i ogólnie  debeściak, a jeśli by komuś przyszło do głowy popsuć lamassu albo w ogóle cokolwiek, co Sargon wybudował, to niechaj do śmierci pozostanie bezdzietny i służy jako niewolnik u swoich wrogów. Klątwa straszna!

Na poniższym zdjęciu z wiki lamassu przyczepione są do bramy - taka właśnie byłą ich funkcja: strzegły miasta, albo pałacu, albo na przykład sali tronowej, co najprawdopodobniej miało miejsce w przypadku powyższego.

zdjęcie z wikipedii

Nasz lamassu pochodzi z Dur-Szarrukin, Twierdzy Sargona; dziś miejsce to znajduje się w północnym Iraku. Odkopano tam solidne, starannie zaplanowane miasto (zbudowane podobno od podstaw w ciągu jednej dekady), które niestety wielkiej kariery nie zrobiło, bo Sennacheryb przeniósł stolicę do oddalonej o jakieś 20 km Niniwy i Dur-Szarrukin podupadło. A Niniwę znamy już z całkiem innych historii :)

Nawiasem mówiąc, skoro już się nawiązało do Niniwy i zapisów biblijnych, to i w Starym Testamencie znajdą się opisy postaci zawierających elementy różnych stworzeń.Prorok Ezechiel opisuje w 1-szym rozdziale taką wizję:

1:4 I spojrzałem, a oto gwałtowny wiatr powiał z północy i pojawił się wielki obłok, płomienny ogień i blask dokoła niego, a z jego środka spośród ognia lśniło coś jakby błysk polerowanego kruszcu.
1:5 A pośród niego było coś w kształcie czterech żywych istot. A z wyglądu były podobne do człowieka,
1:6 Lecz każda z nich miała cztery twarze i każda cztery skrzydła.
1:7 Ich nogi były proste, a stopa ich nóg była jak kopyto cielęcia i lśniły jak polerowany brąz.
1:8 Pod ich skrzydłami z czterech stron były ludzkie ręce; a te cztery żywe istoty miały twarze i skrzydła.
1:10 Ich oblicza wyglądały u wszystkich czterech z przodu jak twarz ludzka, z prawej strony jak twarz lwa, z lewej strony jak twarz wołu, a z tyłu jak twarz orła.


No i mamy też rzeźbione cheruby występujące jako część Arki Przymierza, oraz na zasłonach w Przybytku, oraz w świątyni Salomona - Salomon zarządził wykonanie kilkumetrowych posągów cherubów, a także umieszczenie ich w płaskorzeźbach na ścianach. Ale to zupełnie inna historia :)

wtorek, 6 listopada 2012

1231. dwanaście spojrzeń na pismo, czyli czego nie wiedziałam

W Instytucie Orientalnym znajduje się zdumiewająca ilość zabytków związanych z pismem; nie mam pewności, czy statystycznie tyle ich przypada na starożytne wykopaliska, czy akurat tak się złożyło (a może muzeum specjalizuje się akurat w tej dziedzinie) - w każdym razie, ponieważ bardzo lubię motyw pisma, uradowałam się radością wielką.

Zadziwiłam się też niejeden raz - na przykład mnóstwem cylindrycznych pieczęci i tym, jak dawno zaistniały.


Nie wiedziałam, że istniały takie okrągłe tabliczki.


Nie wiedziałam, że pismo klinowe było takie drobniutkie - T do dziś zastanawia się, jak oni to czytali, nie mając okularów? Nadziubdziane strasznie, a na dodatek, w odróżnieniu od naszego "czarno na białym", oni mieli beżowe na beżowym. Chyba bardziej niekolorowo się nie da.


Nie spotkałam się chyba wcześniej z tabliczkami szkolnymi - studenci pisarstwa ćwiczyli na nich klinowanie:


Wrażenie robiła kopia kodeksu Hammurabiego...


No i znów chwila podziwu, bo dziobanie klinów na wilgotnej glinie to jedno, a wyciupanie ich w kamieniu to zupełnie inna sprawa!


Dział zupełnie inny - kawalątek zwoju znad Morza Martwego (z tekstem niebiblijnym, o czym dowiedziałam się też stosunkowo niedawno, będąc wcześniej przekonana, że słynne dzbanki mieściły jedynie Stary Testament) - QumrrrRAN! Zdjęcie pożyczone z instytutowej strony, bo w ferworze zwiedzania zupełnie wyleciało mi z głowy sfotografowanie tak ważnego eksponatu.


I znów skok w inne miejsce i inne czasy - nie wiedziałam, że istniały hieroglifowe inkrustacje; do tej pory widywałam jakoś tylko malowane.


Egipski zestaw do pisania - co nasunęło mi pytanie: skoro Mojżesz, wedle Dziejów Apostolskich, był uczony "we wszelkiej mądrości egipskiej", to może umiał też pisać hieroglify?


Mały skok w bok, skoro już jesteśmy w Egipcie - pudełko z farbkami. Dzięki wam, o Egipcjanie, że wkładaliście do grobowców sprzęt do kraftów! Możemy sobie teraz porównać z naszymi :)


Replika słynnego kamienia z Rosetty, dzięki któremu nastąpił przełom w odczytywaniu hieroglifów (oryginał mieszka w British Museum).


I na koniec jeszcze wykopalisko perskie - pismo klinowe takie, jak sobie zawsze wyobrażałam - porządne, duże, drukowane litery :)


Mam jeszcze w głowie dwa odcinki sprawozdania z wycieczki - powrót do Asyrii oraz bonus z zupełnie innych czasów i tematyki. Ciekawe, czy mi starczy zapału :)

poniedziałek, 5 listopada 2012

1230. słupek Sennacheryba, czyli co mają Asyryjczycy do Tomka Sawyera

Byliśmy w weekend na małej wycieczce do Świątyni Nauki w postaci University of Chicago, a konkretnie w Instytucie Orientalnym. Eksponatów tam zatrzęsienie - powierzchniowo muzeum jest niewielkie w porównaniu z molochami typu Art Institute czy Muzeum Techniki, ale dużo mają drobnicy, więc patrzeć można w nieskończoność. Albo i nie, bo się człek po godzinie przytyka i całe szczęście, że może narobić zdjęć bez liku i oglądać sobie w domu. 

Najbardziej wyczekiwanym eksponatem był słupek Sennacheryba - asyryjskiego władcy z siódmego wieku przed Chrystusem. Król judzki Hiskiasz (Ezechiasz), z poparciem Egiptu i Babilonu, wszczął rebelię - odmówił składania mu daniny, więc Senancheryb wyprawił się ku niemu i najpierw pobił cały rządek miast w Judzie, a potem obległ Jeruzalem. Hiskiasz udał się do świątyni i i dzięki jego modlitwie oblężenie zakończyło się w ekspresowym tempie: jednej nocy armia została zdziesiątkowana, umarło 185 tysięcy wojowników. Sennacheryb spakował manatki i wrócił do Niniwy.
 
[Z tego właśnie czasu pochodzi ponadpółkilometrowy tunel Hiskiasza w Jerozolimie, którym mieliśmy przywilej wędrować zeszłej wiosny, zmoczeni po cztery litery - Hiskiasz nakazał go wykopać w ramach przygotowań do oblężenia, żeby miasto miało wodę: "Ale inne sprawy Ezechyjaszowe, i wszystka moc jego, i jako uczynił sadzawkę, i rury, którymi przywiódł wodę do miasta to zapisano w kronikach o królach Judzkich." 2 Król. 20:20]

Takie byłoby streszczenie relacji biblijnej z 2 Księgi Królewskiej i 2 Księgi Kronik. Wyprawy wojenne Sennacheryba spisano również na glinianym graniastosłupie, który w skrócie nazywam sobie słupkiem; nie doszukałam się opisu tego eksponatu po polsku, a cały graniastosłup jest jakiś taki za długi (po angielsku mają łatwo - prism i z głowy).
 

Na słupku relacja nie mówi nic o nagłej śmierci wojska; Sennacheryb opowiada, że Hiskiasz w oblężonym Jeruzalem jest zamknięty jak ptak w klatce. Mimo tej różnicy niesamowity jest taki punkt, gdzie historia biblijna spotyka się z zapisem "z zewnątrz". Oglądaliśmy ten słupek ze wszystkich stron i gdyby nie to, że zaklejony był bez reszty pismem klinowym, pewnie byśmy coś nawet wyczytali :)


Tuż obok znajdował się słupek o wiele większy...


... czarny obelisk innego Asyryjczyka, Salmanasara, gdzie cofamy się do dziewiątego wieku przed Chrystusem, by spotkać izraelskiego króla Jehu; jest to najstarsza znana ilustracja przedstawiająca Izraelitę - niestety w pozycji składania hołdu ciemiężycielowi; tak to jednak w historii bywało, czyli nie zawsze tak, jak by się chciało.

zdjęcie z wikipedii
Jeśli zaś chodzi o tytuł, to o pobiciu armii Sennacheryba napisał też Lord Byron w poemacie The Destruction of Sennacherib, jednej z Melodii Hebrajskich. Całość można sobie przeczytać tu - zacytuję poniżej tylko pierwszą i ostatnią zwrotkę:

The Assyrian came down like the wolf on the fold,
And his cohorts were gleaming in purple and gold;
And the sheen of their spears was like stars on the sea,
When the blue wave rolls nightly on deep Galilee.

[...]
And the widows of Ashur are loud in their wail,
And the idols are broke in the temple of Baal;
And the might of the Gentile, unsmote by the sword,
Hath melted like snow in the glance of the Lord!


Wiersz jest napisany anapestem (dwie sylaby krótkie + jedna długa, albo dwie nieakcentowane + jedna akcentowana) czyli, o ile to dobrze rozumiem, w rytmie patataj, patataj - takim galopującym, więc wyobrażamy sobie stado Asyryjczyków pędzących w bitwie :)

The Assyrian came down like a wolf on the fold
And his cohorts were gleaming in purple and gold
And the sheen of their spears was like stars on the sea
When the blue wave rolls nightly on deep Galilee.
Jednym z wielbicieli tego wiersza był Mark Twain, a stąd już tylko krok do Mississippi i Tomka Sawyera - ponoć gdzieś w Przygodach jest nawet jakieś odniesienie, ale do szczegółów się nie dokopałam.

Mamy natomiast nadzieję, że wybierzemy się znów do Instytutu Orientalnego, bo mamy jeszcze wiele do przeanalizowania.