Wczoraj poszłam w lewo, dzisiaj w prawo, ku malutkiemu mostkowi, przy którym woda się spiętrza i z jednej strony wężowym kształtem niemalże ginie wśród trzcin, a z drugiej rozlewa się w jezioro. Kolorów już niby nie ma, przynajmniej na pierwszy rzut oka, ale tu i ówdzie trafia się jeszcze jakaś niebura plama.
Analizuję więc taki listek i jego lekko zakrzywione żeberka, działki między żyłkami, gdzie bordo ustąpiło beżowi... i co to, jakieś włosy czy kolce na wierzchniej stronie? Może i kolce, wszak oglądam jeżynę.
Na metalowych poręczach mostka wiszą krople - poluję przez chwilę na to, żeby któraś spadłą, ale okazuje się to trudniejsze, niż myślałam. Mam więc tylko kropelkę statyczną, która w mętnym obrazie sygnalizuje otaczające je kolory.
Jeśli chodzi o kolory, na trawie tu i ówdzie czerwienią się aksamitnie sumaki; jutro może wezmę nieco pod mikroskop (nadchodzi długi weekend, to może będzie czas na takie rozrywki).
Gdy patrzę na "szyszki" pozostające na drzewach, przy tym układzie słońca dodają gałęziom dłoni.
Osty też już poszarzały...
...i dopiero na zdjęciu widzę kontrast między prostym, wyciągniętym kształtem igieł a listkami zwiniętymi w loki.
A wszystko to nad malutką rzeczułką, szarą jak cały dzisiejszy poranek.
wtorek, 22 listopada 2016
poniedziałek, 21 listopada 2016
16:64. ocukrzone trawy
Wybrałam się dziś dziś do pracy nieco wcześniej, żeby zażyć choć na kilka minut świeżego powietrza. Zasiedziałam się ostatnio, głównie nad chałturkami - i w zasadzie, jeśli rzecz przeanalizować, częściowo jest to zasiedzenie umysłowe, bo czas na ciut ruchu by się znalazło. Mózg niby hula, przerabia słówka, tłumaczy ich setki, tysiące - od powrotu z Polski w sierpniu przerobiłam ich blisko 70 000, plus kilkanaście tysięcy słów transkrypcji, napisów do filmów itp. Organizm jako całość śniedzieje sobie tymczasem, bo większość czasu spędza w pozycji siedzącej.
Wracając zatem do mikrospaceru: w cieniu oraz tam, gdzie promienie słońca dopiero co docierały, czekały na mnie lodowe cudeńka pierwszego dnia z konkretnym przymrozkiem. Wystaczyło na szybko pstryknąć fotkę ławce, żeby złapać takie ładne przejście kolorów:
Przy tym szybkim pstrykaniu nie zauważyłam, niestety, że ten szron to nie tylko igiełki, ale malusieńkie choinki - jakby części śnieżynek! Mam więc tylko fragmenty zdjęć mocno nieostrych, ale zjawisko upamiętnić trzeba.
Stoliki i ławki pokryte były lodowym futerkiem.
Rośliny natomiast obsypał cukier, i to rafinowany - przypomniały mi się z dzieciństwa jego grube ziarna, które przyklejało się przykładowo do ciastek-wianuszków.
Niektóre zdjęcia wyszły dość abstrakcyjne i przez to bajkowe...
...i nawet takie szaro-burości potrafią być ciekawe.
A kiedy się popatrzyło tam, gdzie dotarło już słońce, bajkowe kryształki już wyznikały... i właściwie gdyby kalendarz nie straszył datami drugiej połowy listopada, można by pomyśleć, że właśnie przyszła wiosna.
Wracając zatem do mikrospaceru: w cieniu oraz tam, gdzie promienie słońca dopiero co docierały, czekały na mnie lodowe cudeńka pierwszego dnia z konkretnym przymrozkiem. Wystaczyło na szybko pstryknąć fotkę ławce, żeby złapać takie ładne przejście kolorów:
Przy tym szybkim pstrykaniu nie zauważyłam, niestety, że ten szron to nie tylko igiełki, ale malusieńkie choinki - jakby części śnieżynek! Mam więc tylko fragmenty zdjęć mocno nieostrych, ale zjawisko upamiętnić trzeba.
Stoliki i ławki pokryte były lodowym futerkiem.
Rośliny natomiast obsypał cukier, i to rafinowany - przypomniały mi się z dzieciństwa jego grube ziarna, które przyklejało się przykładowo do ciastek-wianuszków.
Niektóre zdjęcia wyszły dość abstrakcyjne i przez to bajkowe...
...i nawet takie szaro-burości potrafią być ciekawe.
A kiedy się popatrzyło tam, gdzie dotarło już słońce, bajkowe kryształki już wyznikały... i właściwie gdyby kalendarz nie straszył datami drugiej połowy listopada, można by pomyśleć, że właśnie przyszła wiosna.
Labels:
fotoreportaż,
roślinność,
u nas na wsi,
zima
środa, 16 listopada 2016
16:63. mgliste zaoknie
Dobrze, że nad kuchennym zlewem jest okno - podobno często bywa, bo nie ma sensu tam wstawiać szafek, a z przestrzeni należy korzystać rozsądnie i oszczędnie, szczególnie w niezbyt wielkich mieszkaniach. W naszym przypadku owo okno jest telewizorem, gdzie nadają najczęściej program "wysokie drzewa", niekiedy z zaproszonymi gośćmi w postaci rozbieganych wiewiórek czy ptactwa.
A czasem jest MGŁA, którą też lubię, bo owija Gibsonowe drzewa rozmywającą barwy bielą.
A dopiero co było tak...
A czasem jest MGŁA, którą też lubię, bo owija Gibsonowe drzewa rozmywającą barwy bielą.
A dopiero co było tak...
poniedziałek, 14 listopada 2016
16:62. Utah 28. Starożytne drzewa, czyli szlak Bristlecone Pine, Nevada (środa)
Wstaliśmy sobie rano, gdy zaczynało dnieć. Na luzie spakowaliśmy graty, pamiętając o zabraniu karteluszka z numerem miejsca; w końcu może to być jedyny w życiu nocleg na ponad trzech tysiącach metrów. Wypiliśmy kawę, zjedliśmy śniadanie – w sam raz wzeszło nad żółknącymi brzozami ogniste słońce i ślicznie podświetliło łączkę.
Podjechaliśmy następnie na parking na początku szlaku. Zamierzaliśmy najpierw podejść do starych sosen, potem zaś – jeśli starczyłby nam sił – do lodowca.
![]() |
| Źródło |
Wędrowaliśmy najpierw przez las, cały czas troszkę wzwyż; potem ścieżka prowadziła półką na zboczu góry.
W godzinę znaleźliśmy się przy sosenkach – nazywają się bristlecone pine, sosny długowieczne. Tkwią w tym miejscu od tysięcy lat – na małym dodatkowym szlaczku można sobie poczytać tablice o ich wieku i o innych ciekawostkach.
Ciekawostki dotyczą na przykład dokonywania odwiertów i pobierania w ten sposób próbek, żeby policzyć słoje i ocenić wiek drzewka.
Dowiadujemy się też z jednej z tablic, że najstarsze drzewka wyrosły w najtrudniejszych warunkach – bo one właśnie wytwarzają najtwardsze, najbardziej „zbite” drewno, które z natury trudniej ulega zniszczeniu.
W lasku jest też pozostałość bardzo starego drzewka zwanego Prometeuszem – niestety, zostało ścięte w 1964 r. w celach badawczych. Nie wiadomo dokładnie, jak przebiegło uzyskanie pozwolenia i cała ta decyzja... w każdym razie szkoda roślinki.
![]() |
| By Jrbouldin at English Wikipedia Transferred from en.wikipedia to Commons., Public Domain |
poniedziałek, 24 października 2016
16:61. Utah 27. Na trzech tysiącach, czyli biwak w parku narodowym Great Basin, Nevada (wtorek/środa)
poprzedni odcinek | następny odcinek
Jak już pisałam, miejsce namiotowego noclegu jest czasem do kitu, a czasem wręcz spektakularne. Może się okazać, że wjeżdża się na nie kilkunastokilometrową drogą ostro wiodącą w górę, gdzie już na samym wstępie wita gromadka dzikich indyków i jeleń.
Samochód wznosi się następnie zakosami, a gdy otwiera się widok na leżącą poniżej dolinę, strach wyjść z samochodu, bo mamy pod sobą dobre kilkaset metrów. Trzeba jednak pokonać obawy i sfotografować lawendowo-brzoskwinione barwy, jakie zachodzące słońce rzuca na dolinę.
Na mapce widać, jak z Baker wspinaliśmy się na górę, do samego końca czerwonego sznureczka:
Wydostaje się wreszcie człowiek na trzy tysiące metrów nad poziomem morza (że też aż tyle ludzi tu dojechało – spodziewaliśmy się pustek na kampingu). Rozkłada się namiot, mając baczenie, by nie był pod drzewami. W nocy bowiem ogląda się to:
I w obliczu tak niesamowitego oblicza nocnego nieba wybacza się nawet sąsiadowi, który ma ambicje zostać najdzielniejszym drwalem na polu namiotowym i jeszcze długo po zapadnięciu ciemności piłuje pniaki, a następnie ciupie je na szczapy.
Jeśli chodzi o mapnik, znajdujemy się obecnie w Great Basin - Wielkiej Kotlinie. Wikipedia powiada, że to "duży, pustynny i półpustynny, częściowo górzysty obszar w zachodnich USA, jeden z kręgów kulturowych Ameryki Północnej. Najczęściej definiuje się go jako obszar bezodpływowy między Górami Skalistymi a górami Sierra Nevada – płaskowyż o wielkości 520 tys. km² obejmujący większość Nevady i Utah, część Kalifornii, Idaho, Oregonu i Wyoming."
Jak już pisałam, miejsce namiotowego noclegu jest czasem do kitu, a czasem wręcz spektakularne. Może się okazać, że wjeżdża się na nie kilkunastokilometrową drogą ostro wiodącą w górę, gdzie już na samym wstępie wita gromadka dzikich indyków i jeleń.
Samochód wznosi się następnie zakosami, a gdy otwiera się widok na leżącą poniżej dolinę, strach wyjść z samochodu, bo mamy pod sobą dobre kilkaset metrów. Trzeba jednak pokonać obawy i sfotografować lawendowo-brzoskwinione barwy, jakie zachodzące słońce rzuca na dolinę.
Na mapce widać, jak z Baker wspinaliśmy się na górę, do samego końca czerwonego sznureczka:
![]() |
| Źródło |
Wydostaje się wreszcie człowiek na trzy tysiące metrów nad poziomem morza (że też aż tyle ludzi tu dojechało – spodziewaliśmy się pustek na kampingu). Rozkłada się namiot, mając baczenie, by nie był pod drzewami. W nocy bowiem ogląda się to:
![]() |
| Widać nawet meteoryty! |
I w obliczu tak niesamowitego oblicza nocnego nieba wybacza się nawet sąsiadowi, który ma ambicje zostać najdzielniejszym drwalem na polu namiotowym i jeszcze długo po zapadnięciu ciemności piłuje pniaki, a następnie ciupie je na szczapy.
Jeśli chodzi o mapnik, znajdujemy się obecnie w Great Basin - Wielkiej Kotlinie. Wikipedia powiada, że to "duży, pustynny i półpustynny, częściowo górzysty obszar w zachodnich USA, jeden z kręgów kulturowych Ameryki Północnej. Najczęściej definiuje się go jako obszar bezodpływowy między Górami Skalistymi a górami Sierra Nevada – płaskowyż o wielkości 520 tys. km² obejmujący większość Nevady i Utah, część Kalifornii, Idaho, Oregonu i Wyoming."
![]() |
| By Dixi z polskiej Wikipedii Na Commons przeniósł z pl.wikipedia użytkownik Masur z pomocą narzędzia CommonsHelper., Domena publiczna |
Subskrybuj:
Posty (Atom)


































