Dziś druga część świetlistego wędrowania po Chicago - udajemy się do otwartej 115 lat temu pierwszej stacjonarnej biblioteki w Wietrznym Mieście; dziś książek tam już nie ma, bo przeniesiono je do nowego kompleksu, Harold Washington Library Center, który odwiedzimy kiedy indziej, bośmy sami tam jeszcze nie byli :)
Bohater dzisiejszego posta nazywa się Chicago Cultural Center i w zapadającym zmierzchu wygląda z wierzchu tak:
Ledwo się wejdzie, zwala z nóg klatka schodowa, jedna z kilku:
"Tło" stanowi biały marmur z Carrary, na środku panelu siedzi sobie marmur zielony z Irlandii (hm, cóż za kolorystyczny zbieg okoliczności), a na wzorki składają się inne kamienie, macica perłowa i Favrile glass - rodzaj opalizującego szkła, opatentowany przez Louisa Tiffany'ego, które to szkło wyróżnia się kolorem mieszkającym w środku, a nie tylko na zewnątrz. (Nazwa zaś - tu ciekawostka językowa - pochodzi od staroangielskiego fabrile - ręcznie robiony; a brzmi jak jakieś francuskie albo hiszpańskie miasto, oczywiście z wielowiekową tradycją produkcji fikuśnych szkiełek.)
Zdumiewam się ilością kamyczków, jaką zainstalowano w tym budynku - na zbliżeniu jednego tylko wzoru widać ich przecie setki!
A mozaiki są nie tylko na ścianach - również na podłodze...
...i nawet w windzie:
Zbliżamy się wreszcie do głównej atrakcji - ogromnej witrażowej kopuły, autorstwa wspomnianego Tiffany'ego:
Pod kopułą wisi całkiem atrakcyjna lampa (szukamy światła, więc obowiązkowo fotografujemy ze wszystkich stron).
Można też wydrapać się na ostatnie piętro i zobaczyć kopułę od góry:
W sali pod kopułą pełno jest napisów, niektóre w całkiem egzotycznych językach...
...łącznie z hebrajskim - tu zacytowano werset z Proroctwa Izajasza o dawaniu księgi prostemu człowiekowi; ciut wyrwany z kontekstu, w którym chyba chodzi o co innego, ale ten akurat fragment do biblioteki pasuje.
Na poniższym zdjęciu pozwoliliśmy sobie uwiecznić Cwane Bródki - dwóch młodzieńców, którzy najpierw przeczytali napis hebrajski, potem chiński, a następnie przeszli do łaciny, niemieckiego i francuskiego, by na koniec powrócić do greki. ?!?!?!? Jak w takim młodym wieku można znać tyle bardzo różnych języków???
Dla ochłody jeszcze kilka cudnych mozaik:
W Centrum Kultury jest jeszcze druga kopuła... ach, cóż za uczta dla szkieuki!
Za kopułą znów drzwi - tym razem sala z obłędnymi kasetonami:
I jeszcze nie koniec, bo wchodzimy w kolejne drzwi i lądujemy w całkiem innym otoczeniu, na wystawie głównie kolażu.
Ostatkiem sił, bo schodów przeszliśmy już z milion, zwiedzamy jeszcze jedną wystawę - nowoczesne sztuki, instalacje, które nie do końca pojmuję... natomiast T od razu rozpoznaje znaczenie poniższego eksponatu - czyżby instruktaż?
No to jeszcze zostały nam dwa budynki... czyli będzie kolejny odcinek :)
środa, 26 grudnia 2012
wtorek, 25 grudnia 2012
1250. świetlista wyprawa do Miasta (1)
W przedświąteczną niedzielę, miast zakopać się w sprzątaniu, gotowaniu i innych przyziemnych czynnościach, ruszyliśmy do Chicago. Przyświecał nam mimo to świąteczny cel - mieszkamy tu już tyle lat, a jakoś okoliczności nie poskładały się tak, byśmy obejrzeli Festiwal Światła na Michigan Avenue.
Zmontowałam zatem dziesięciopunktowy plan ze festiwalem jako wielkim finałem, zawierający również lanczyk w Panerze pełnej chlebowego zapachu i w niedzielne południe wyruszyliśmy. Od razu przyznam się, że światełka na Michigan Ave. obejrzymy przy innej okazji... dojechaliśmy bowiem tylko do siódmego punktu harmonogramu :) Wcześniejsze atrakcje zjadły więcej czasu, niż oczekiwaliśmy, a przecież nigdzie nam się nie spieszy.
Atrakcja pierwsza to Santa Fe Building - pierwotnie budynek kolejowy, a teraz oczywiście spełnia już inne zadania; ze smutkiem zauważyliśmy też, że neon SANTA FE na dachu został zastąpiony zupełnie nie wzbudzającym emocji napisem MOTOROLA. Błe.
Mieliśmy zwrócić tu uwagę na białą, emaliowaną terakotę na zewnątrz i białe cegiełki w środku holu, gdzie znajduje się cetrum informacji o Chicago.
Od razu nastąpiła pierwsza serendypia - okazało się, że w rzeczonym holu, pustym podczas poprzedniej wizyty, wystawiono ogromną makietę centrum Miasta oraz informacje o ewentualnych przyszłościowych wieżowcach - och, pięknie by było, gdyby naprawdę powstały za naszego życia! Podchodzimy do zagadnienia z lekką nieśmiałością, bo napaliliśmy się już raz na budowę Chicago Spire, ale akurat nastąpił kryzys budowlany i przedsięwzięcie zakończyło się na wykopaniu i oszalowaniu wielkiej, okrągłej dziury w ziemi.
Wędrując na północ, zatrzymaliśmy się na moment na Adams St., pod tabliczką odnotowującą początek kultowej drogi 66, zasuwającej aż do Kalifornii.
By dostać się do Atrakcji Trzeciej trzeba było zejść z Michigan Ave. i zanurzyć się w wieżowcowy kanion (na szczęście pogoda oszczędziła nam występujących w nich niekiedy przeciągów). Palmer House nie był jednak daleko...
Z pewną nieśmiałością wchodziliśmy do hotelu z niebylejaką historią - poczynając od tego, że Pan Palmer zbudował go w prezencie dla swojej narzeczonej (ciężko chyba przebić taki prezent?), ale... miał pecha, bo 13 dni później miał miejsce słynny wielki pożar chicagowski, który nie oszczędził i nowej struktury. Zakochany Palmer jednak się nie poddał, wziął pożyczkę i natychmiast zaczął odbudowę.
Po pewnym czasie okazało się, że siedmiopiętrowy budynek jest zbyt mały i postanowiono dołożyć kilkanaście pięter; zrobiono to jednak tak sprytnie, że hotel ani przez jeden dzień nie był zamknięty. Po drodze jeszcze Palmer House został wykupiony przez nany po świecie Hilton, a dziś lobby to prawdziwy koncert świateł i aż przesadnego niekiedy bogactwa.
Od razu przy wejściu rzucają się w oczy słynne drzwi z pawiem:
Główne lobby jest ogólnodostępne, można sobie chodzić i oglądać świetlistości i rzeźbionki.
Gapimy się, rzecz jasna, w górę - na malowany sufit.
Ponieważ myślą przewodnią wycieczki jest światło, należy dokładnie przyjrzeć się Nosicielom Światła.
Na zewnątrz spotykamy kolejne pawie...
...oraz całkiem inne światełka; niestety, za dnia nie widać pełnego efektu.
Zaliczyliśmy dopiero trzy punkty, a tu kiszki marsza grają... zasiedliśmy więc z Panerze na Michigan Ave., by uraczyć się zupą w chlebie. T twierdzi, że była serowa, ale tak naprawdę pływały w niej również smakowite brokuły :)
Zmontowałam zatem dziesięciopunktowy plan ze festiwalem jako wielkim finałem, zawierający również lanczyk w Panerze pełnej chlebowego zapachu i w niedzielne południe wyruszyliśmy. Od razu przyznam się, że światełka na Michigan Ave. obejrzymy przy innej okazji... dojechaliśmy bowiem tylko do siódmego punktu harmonogramu :) Wcześniejsze atrakcje zjadły więcej czasu, niż oczekiwaliśmy, a przecież nigdzie nam się nie spieszy.
Atrakcja pierwsza to Santa Fe Building - pierwotnie budynek kolejowy, a teraz oczywiście spełnia już inne zadania; ze smutkiem zauważyliśmy też, że neon SANTA FE na dachu został zastąpiony zupełnie nie wzbudzającym emocji napisem MOTOROLA. Błe.
Mieliśmy zwrócić tu uwagę na białą, emaliowaną terakotę na zewnątrz i białe cegiełki w środku holu, gdzie znajduje się cetrum informacji o Chicago.
Od razu nastąpiła pierwsza serendypia - okazało się, że w rzeczonym holu, pustym podczas poprzedniej wizyty, wystawiono ogromną makietę centrum Miasta oraz informacje o ewentualnych przyszłościowych wieżowcach - och, pięknie by było, gdyby naprawdę powstały za naszego życia! Podchodzimy do zagadnienia z lekką nieśmiałością, bo napaliliśmy się już raz na budowę Chicago Spire, ale akurat nastąpił kryzys budowlany i przedsięwzięcie zakończyło się na wykopaniu i oszalowaniu wielkiej, okrągłej dziury w ziemi.
Wędrując na północ, zatrzymaliśmy się na moment na Adams St., pod tabliczką odnotowującą początek kultowej drogi 66, zasuwającej aż do Kalifornii.
By dostać się do Atrakcji Trzeciej trzeba było zejść z Michigan Ave. i zanurzyć się w wieżowcowy kanion (na szczęście pogoda oszczędziła nam występujących w nich niekiedy przeciągów). Palmer House nie był jednak daleko...
Z pewną nieśmiałością wchodziliśmy do hotelu z niebylejaką historią - poczynając od tego, że Pan Palmer zbudował go w prezencie dla swojej narzeczonej (ciężko chyba przebić taki prezent?), ale... miał pecha, bo 13 dni później miał miejsce słynny wielki pożar chicagowski, który nie oszczędził i nowej struktury. Zakochany Palmer jednak się nie poddał, wziął pożyczkę i natychmiast zaczął odbudowę.
Po pewnym czasie okazało się, że siedmiopiętrowy budynek jest zbyt mały i postanowiono dołożyć kilkanaście pięter; zrobiono to jednak tak sprytnie, że hotel ani przez jeden dzień nie był zamknięty. Po drodze jeszcze Palmer House został wykupiony przez nany po świecie Hilton, a dziś lobby to prawdziwy koncert świateł i aż przesadnego niekiedy bogactwa.
Od razu przy wejściu rzucają się w oczy słynne drzwi z pawiem:
Główne lobby jest ogólnodostępne, można sobie chodzić i oglądać świetlistości i rzeźbionki.
Gapimy się, rzecz jasna, w górę - na malowany sufit.
Ponieważ myślą przewodnią wycieczki jest światło, należy dokładnie przyjrzeć się Nosicielom Światła.
Na zewnątrz spotykamy kolejne pawie...
...oraz całkiem inne światełka; niestety, za dnia nie widać pełnego efektu.
Zaliczyliśmy dopiero trzy punkty, a tu kiszki marsza grają... zasiedliśmy więc z Panerze na Michigan Ave., by uraczyć się zupą w chlebie. T twierdzi, że była serowa, ale tak naprawdę pływały w niej również smakowite brokuły :)
Na tym zakończymy pierwszy odcinek, bo i tak już zdjęć wyszło całe stado... do Nowego Roku może się zdąży z resztą relacji :)
Wool And The Gang
A crafter can never have too many supplies and too many tools. A knitter will always be on a lookout for more yarn in new colors and textures, and an additional pair of needles is not a bad thing, either. WATG - the Wool And The Gang wool shop - will be a wonderful source in this case: you can purchase there kits of yarn, needles, patterns and accessories, from simple to sophisticated. Their wool in the knit sets is top quality, and it comes all the way from the heart of Peru's Andean Highlands. Other knitting kits include everything needed to make super soft 100% cotton sweaters and accessories.
If you are too impatient to knit your own pieces, do not despair: Wool And The Gang is not only a wool yarn shop, but they also sell ready-made knitwear which would be wonderful handmade wool gifts. The spectrum is just as wide as the variety of yarn colors: there are models for women, men, children and animals, and also pieces for the. This already feels like a trip to a far-away land, which you can wrap around your neck as a winter shawl, or wear all day long with your favorite jeans!
WATG's collections are selections of basic pieces, and there are also seasonal extras, with specially selected designs, colors and finishes. The classic craft of hand-knitting is thus combined with high-end raw materials, which offers a wonderful product and great experience to the wearer. The website is also an adventure - apart from the obvious and described above, you can take advantage of their tutorials, and also find out about the whole idea of "The Gang", about the founders, who, by the way, came from two very different parts of the world. There is also a frequently updated blog and also a Tumblr page - have a peek at their travel, inspiration, some extra tutorials and really cool photos! You can also follow them on FaceBook, Twitter, Pinterest, Instagram and YouTube.
If you are too impatient to knit your own pieces, do not despair: Wool And The Gang is not only a wool yarn shop, but they also sell ready-made knitwear which would be wonderful handmade wool gifts. The spectrum is just as wide as the variety of yarn colors: there are models for women, men, children and animals, and also pieces for the. This already feels like a trip to a far-away land, which you can wrap around your neck as a winter shawl, or wear all day long with your favorite jeans!
WATG's collections are selections of basic pieces, and there are also seasonal extras, with specially selected designs, colors and finishes. The classic craft of hand-knitting is thus combined with high-end raw materials, which offers a wonderful product and great experience to the wearer. The website is also an adventure - apart from the obvious and described above, you can take advantage of their tutorials, and also find out about the whole idea of "The Gang", about the founders, who, by the way, came from two very different parts of the world. There is also a frequently updated blog and also a Tumblr page - have a peek at their travel, inspiration, some extra tutorials and really cool photos! You can also follow them on FaceBook, Twitter, Pinterest, Instagram and YouTube.
piątek, 21 grudnia 2012
1248. jak cukier puder na faworkach
Właśnie tyle śniegu u nas nasypało - choć określenie ukradłam koleżance, szkoda, że to nie ja wymyśliłam :) Co prawda ona napisała o chruścikach, ale u nas mówiło się na TO faworki, więc przy faworkach pozostanę.
A w tym poście o ciekawym numerze - 1-2-4-8 - napisać chciałam o pięęęęknej, śnieżystej kartce od Mrouh. Przyszła jeszcze w listopadzie, w Polsce, kiedy dokonywałyśmy tradycyjnej wymiany przydasiów drogą pocztową ( i w pudle wielorazowego użytku :) Poprzednio, o ile mnie pamięć nie myli, wywróciłam jej pudło na lewą stronę, a w tym roku wystarczyło opakować nowym szarym papierem. I jazda w drogę powrotną! Takieśmy są recyklantki.)
A tak wygląda dziś ogród przed naszymi oknami:
Co do planów świątecznych, to jutro będzie się piekło serrrrrrnik limonkowy, z zawijasami, ten sam, co w zeszłym roku. Wieczorem mamy spotkanie polskokościółkowe, w niedzielę mam nadzieję na świetlistą wycieczkę do Chicago. W poniedziałek powstanie barszczyk, a jeszcze trzeba pamiętać o pewnym ciekawym tłumaczeniu i o zrobieniu do soboty pomocy szkółkowych na temat Daniela. Których jeszcze tak na poważnie nie wymyśliłam... ale mam kupony do Joann's Fabrics (and Crafts), gdyby trzeba było coś zakupić :)
A w tym poście o ciekawym numerze - 1-2-4-8 - napisać chciałam o pięęęęknej, śnieżystej kartce od Mrouh. Przyszła jeszcze w listopadzie, w Polsce, kiedy dokonywałyśmy tradycyjnej wymiany przydasiów drogą pocztową ( i w pudle wielorazowego użytku :) Poprzednio, o ile mnie pamięć nie myli, wywróciłam jej pudło na lewą stronę, a w tym roku wystarczyło opakować nowym szarym papierem. I jazda w drogę powrotną! Takieśmy są recyklantki.)
A tak wygląda dziś ogród przed naszymi oknami:
Co do planów świątecznych, to jutro będzie się piekło serrrrrrnik limonkowy, z zawijasami, ten sam, co w zeszłym roku. Wieczorem mamy spotkanie polskokościółkowe, w niedzielę mam nadzieję na świetlistą wycieczkę do Chicago. W poniedziałek powstanie barszczyk, a jeszcze trzeba pamiętać o pewnym ciekawym tłumaczeniu i o zrobieniu do soboty pomocy szkółkowych na temat Daniela. Których jeszcze tak na poważnie nie wymyśliłam... ale mam kupony do Joann's Fabrics (and Crafts), gdyby trzeba było coś zakupić :)
Labels:
papierrr,
u nas na wsi,
Xmas,
z życia wzięte
środa, 19 grudnia 2012
1247. fabryka światła
Dzielna byłam, szesnaście latarenek zrobiłam :)
Świecą sobie migoczącymi lampkami (o dziwo, w dolarowcu można kupić po trzy za dolar, aż podejrzane - 180 godzin świecenia za takie marne grosze?)
Tak to wyglądało w trakcie produkcji...
...a tak już po, w różnym świetle...
...i w całkowitych ciemnościach.
Coś w tym roku świąteczny nastrój nie bardzo chce się włączyć. I z lodówką kłopoty, i trojan w pracowym komputerze się przyplątał, i z innymi sprawami jakoś pod górkę, i z ludźmi obrażalskimi o bujnej wyobraźni, i śniegu nie ma... ale jest choinka, są święta w pracy, teraz trochę luzu. Dzisiaj wieczorem nic już nie kleję, nie śpieszę się, tylko czytam ksionszke.
Świecą sobie migoczącymi lampkami (o dziwo, w dolarowcu można kupić po trzy za dolar, aż podejrzane - 180 godzin świecenia za takie marne grosze?)
Tak to wyglądało w trakcie produkcji...
...a tak już po, w różnym świetle...
...i w całkowitych ciemnościach.
Coś w tym roku świąteczny nastrój nie bardzo chce się włączyć. I z lodówką kłopoty, i trojan w pracowym komputerze się przyplątał, i z innymi sprawami jakoś pod górkę, i z ludźmi obrażalskimi o bujnej wyobraźni, i śniegu nie ma... ale jest choinka, są święta w pracy, teraz trochę luzu. Dzisiaj wieczorem nic już nie kleję, nie śpieszę się, tylko czytam ksionszke.
wtorek, 18 grudnia 2012
do you need seo?
With millions of people using search engines
daily, the internet has become the main source of quickly-accessible
information, be it movie show times, recipes, travel destinations or
encyclopedic articles - or myriads of other subjects. And it is also a
well-known fact that a business without a website misses out on valuable
leads and sales. So, you build a beautiful site, test it on your family
and friends, it all works fine... but close to nobody comes to visit
once it's live! How do you position yourself to be visible in the World
Wide Web and not to perish in the e-oblivion?
One of the answers is Search Engine Optimization - the process which affects the position of a website in the organic (unpaid) result listings created by search engines; in general, the earlier (or higher ranked on the search results page), and more frequently a site appears in the search results list, the more visitors it will receive from the search engine's users.
That said - how can you make sure that your page is in the right spot? One solution is to hire seo consulting services, like seoconsultant.net. They have had great success providing help to businesses of all sizes for over a decade now. They stay up to day with how search engines rank websites and implement only the most effective strategies. Business owners contact them when they are not sure why their site is not ranking, or when the ranking suddenly drops and they need to figure out what happened.
Seo consulting services are available for different types of consultation, either hourly or monthly, or more task-oriented, like link-building, content creation, website audit, ranking reporting, website design etc.
When you hire seo consulting services, they will first perform a detailed analysis of the current ranking compared to your competition. The consultant uses only the most ethical and moral methods to increase your website rankings; while many services offer a guaranteed #1 listing on Google, they use the co-called "black hat methods", which are unethical and may cause your website to not be listed at all! Seoconsultant.net will never use this kind of promotion which may hurt your site, and they will only implement white hat methods so you receive the best, long-lasting results.
So, if you are in the market for better brand building and higher ROI - think about the possible benefits of seo!
One of the answers is Search Engine Optimization - the process which affects the position of a website in the organic (unpaid) result listings created by search engines; in general, the earlier (or higher ranked on the search results page), and more frequently a site appears in the search results list, the more visitors it will receive from the search engine's users.
That said - how can you make sure that your page is in the right spot? One solution is to hire seo consulting services, like seoconsultant.net. They have had great success providing help to businesses of all sizes for over a decade now. They stay up to day with how search engines rank websites and implement only the most effective strategies. Business owners contact them when they are not sure why their site is not ranking, or when the ranking suddenly drops and they need to figure out what happened.
Seo consulting services are available for different types of consultation, either hourly or monthly, or more task-oriented, like link-building, content creation, website audit, ranking reporting, website design etc.
When you hire seo consulting services, they will first perform a detailed analysis of the current ranking compared to your competition. The consultant uses only the most ethical and moral methods to increase your website rankings; while many services offer a guaranteed #1 listing on Google, they use the co-called "black hat methods", which are unethical and may cause your website to not be listed at all! Seoconsultant.net will never use this kind of promotion which may hurt your site, and they will only implement white hat methods so you receive the best, long-lasting results.
So, if you are in the market for better brand building and higher ROI - think about the possible benefits of seo!
sobota, 15 grudnia 2012
1245. następna przygoda
Włączyło mi się radosne oczekiwanie (anticipation) następnej przygody - Karrrrraiby!
Połowa marca, tydzień z okładem na wyprawie w ciepłe kraje. W nocy płynie się wielgaśnym statkiem, w dzień zeskakuje się na ląd i zwiedza, ile fabryka dała. Hip hip. Zaczynam analizowanie atrakcji, z czego wynika Dokument Podróżny, na razie arcybałaganiarski, zalinkowany po prawej.
Połowa marca, tydzień z okładem na wyprawie w ciepłe kraje. W nocy płynie się wielgaśnym statkiem, w dzień zeskakuje się na ląd i zwiedza, ile fabryka dała. Hip hip. Zaczynam analizowanie atrakcji, z czego wynika Dokument Podróżny, na razie arcybałaganiarski, zalinkowany po prawej.
piątek, 14 grudnia 2012
1244. it's śnieking
Zrobiłyśmy sobie śnieżynkową dekorację na zakładzie... tak, wiemy, że niektórym płatkom brak poprawności naukowej, bo kwadratowego śniegu nie ma, ale wspólne dzieło ważniejsze jest od przepisowej sześcioramienności :)
Natomiast hasełko "it's śnieking" należy do mojego przyjaciela z Tajlandii i stanowi wspomnienie czasów, gdy próbowałam zaszczepić polskie słowa w nie-polskim otoczeniu. Taj nie miał jeszcze okazji wygłosić tego hasła w bieżącym sezonie, ale mamy nadzieję, że do świąt coś białego jednak się pokaże.
Natomiast hasełko "it's śnieking" należy do mojego przyjaciela z Tajlandii i stanowi wspomnienie czasów, gdy próbowałam zaszczepić polskie słowa w nie-polskim otoczeniu. Taj nie miał jeszcze okazji wygłosić tego hasła w bieżącym sezonie, ale mamy nadzieję, że do świąt coś białego jednak się pokaże.
czwartek, 13 grudnia 2012
1243. jeszcze na chwilę jesiennie
Ponieważ czeka cała kolejka innych rzeczy do zrobienia, bardziej potrzebnych, zahaczających nawet o konieczne, włączyło się klejenie w art journalu. Przyczyniło się do tego wyrzucanie fajnych papierów w pracy, którym przecie nie mogę darować, więc urósł mi na biurku mały stosik... a póki co, pozbywam się obrazków leżących na nim już od dawna.
Chciałam znaleźć jakiś wiersz jesienny tryskający radością, a tu wszędzie przygnębienie, deszcze, wichury, paskudność meteorologiczna wyziera z każdego poematu, kapiąc deprechą i szarością. Na dodatek linijki w nich jakieś długaśne i zagmatwane, co też ma się nijak do lekkości, jaką miałam na myśli. Nareszcie udało mi się znaleźć dzieło niejakiego Paula Dunbara, prawie jak piosenkę, której ostatnie zwrotki nawiązują do oczobipnych kolorków na mojej stronie.
Don't talk to me of solemn days
In autumn's time of splendor,
because the sun shows fewer rays
And these grow slant and slender.
Why, it's the climax of the year -
- The highest time of living!
Till naturally bursting cheer
Just melts into thanksgiving.
A poza tym polowałam wczoraj na dwunastki na telefonie, ale nie do końca mi się udało - na skutek baby dzwoniącej uparcie z Północnej Dakoty, więc mam omskniętą jedną cyferkę.
Chciałam znaleźć jakiś wiersz jesienny tryskający radością, a tu wszędzie przygnębienie, deszcze, wichury, paskudność meteorologiczna wyziera z każdego poematu, kapiąc deprechą i szarością. Na dodatek linijki w nich jakieś długaśne i zagmatwane, co też ma się nijak do lekkości, jaką miałam na myśli. Nareszcie udało mi się znaleźć dzieło niejakiego Paula Dunbara, prawie jak piosenkę, której ostatnie zwrotki nawiązują do oczobipnych kolorków na mojej stronie.
Don't talk to me of solemn days
In autumn's time of splendor,
because the sun shows fewer rays
And these grow slant and slender.
Why, it's the climax of the year -
- The highest time of living!
Till naturally bursting cheer
Just melts into thanksgiving.
A poza tym polowałam wczoraj na dwunastki na telefonie, ale nie do końca mi się udało - na skutek baby dzwoniącej uparcie z Północnej Dakoty, więc mam omskniętą jedną cyferkę.
środa, 12 grudnia 2012
1242. zimowo, śnieżyście
Koleżanki z Collage Cafe zapodały w ostatniopiątkowym słoiku śniegową piosenkę, ciut jakby nazbyt przygnębiającą, jak na moje gusta... pozwoliłam sobie odpowiedzieć utworem Enyi, zdaje mi się, że bardziej pogodnym... oraz bardzo białymi stronami w daaaawno już nieruszanym art journalu, zawierającymi ścinki z tworzonych właśne kartek.
...i potem jeszcze drugi brokat, a co sobie będę żałować. Śniegu u nas, póki co, nie ma, to przynajmniej na papierze sobie pobłyszczę.
Lubię ten art journal, choć powstaje on w tempie arcyślimaczym. Lubię grubaśne, sztywne kartki, zlepiane z wielu warstw. Fajnie byłoby mieć motywację do częstszego ich dodawania, choć to raczej sztuka po nico... ewentualnie w charakterze terapeutycznym.
I gesso, i malowanie perliście, brokatowo...
...i potem jeszcze drugi brokat, a co sobie będę żałować. Śniegu u nas, póki co, nie ma, to przynajmniej na papierze sobie pobłyszczę.
Lubię ten art journal, choć powstaje on w tempie arcyślimaczym. Lubię grubaśne, sztywne kartki, zlepiane z wielu warstw. Fajnie byłoby mieć motywację do częstszego ich dodawania, choć to raczej sztuka po nico... ewentualnie w charakterze terapeutycznym.
wtorek, 11 grudnia 2012
1241. muzycznie
Pięknie było w niedzielę, gdyśmy się udali do Miasta, na koncert przedświąteczny...
...aparacik nowy sprawuje się bardzo dzielne, nawet w niewyraźnych warunkach oświetleniowych.
A potem jakoś nieszczególnie, nastrój popsuty nieco, gdy ktoś - sam niedouczony - człekowi od ignorantów zapoda i gdy się zapadnie na zwalające z nóg przeziębienie. Pewnie niedospanie trwające od kilku tygodni się do tego przyczyniło, może jakieś bakcyle napotkane we Młynie Ludzkim, jakim bywają lotniska... i nawet klejenie przedświąteczne marnie idzie, powoli i nie bardzo mnie rezultaty cieszą.
Będzie lepiej, bo musi.
...aparacik nowy sprawuje się bardzo dzielne, nawet w niewyraźnych warunkach oświetleniowych.
A potem jakoś nieszczególnie, nastrój popsuty nieco, gdy ktoś - sam niedouczony - człekowi od ignorantów zapoda i gdy się zapadnie na zwalające z nóg przeziębienie. Pewnie niedospanie trwające od kilku tygodni się do tego przyczyniło, może jakieś bakcyle napotkane we Młynie Ludzkim, jakim bywają lotniska... i nawet klejenie przedświąteczne marnie idzie, powoli i nie bardzo mnie rezultaty cieszą.
Będzie lepiej, bo musi.
piątek, 7 grudnia 2012
1240. co się tworzy
Niespodzianki się tworzy :) Na razie nie powiem co - tylko zdjęcia zapodam, eksperymentalne, z tymi nowymi foto-efektami. To pierwsze już właściwie zrobione, to znaczy prototyp, jako że ma powstać wiele kopii. Zrobiłam sobie jedno, żeby zobaczyć, gdzie można usprawnić process produkcyjny, co będzie można lecieć masowo, że tak powiem. Nawet dość jestem zadowolona z efektu.
A drugie to właściwie tylko materiał na razie - osłonka ze Starbucksowego kubełka.
A drugie to właściwie tylko materiał na razie - osłonka ze Starbucksowego kubełka.
czwartek, 6 grudnia 2012
1239. eksperymenty z nowym aparatem
Wróciło się z wojaży, o czym więcej w następnych postach; dziś słów kilka oraz obrazków o nowym aparacie. Stary, o pięknym bordowym kolorze, niestety ma już dwie i pół wady: sprężynka do zoomu zerwała się była jeszcze na wiosnę w Izraelu, teraz niedawno odpadł kawałeczek plastiku przy klapce do baterii i karty (w PL aże musiałam sobie aparat taśmą sklejać, o tempora, o mores), no i zewnętrze było już pokiereszowane na skutek wpadnięcia do rzeczki, kiedy to mnie stało się o wiele więcej, niż aparatowi, ale rysy zostały.
Takoż i w czarny podziękczynieniowy piątek T zamówił był mi nowe cudeńko; po latach chyba kilkunastu przechodzę z Nikona na Canon.
Miniaturka - centralna część wyostrzona, brzegi rozmyte; niby że zaglądamy do jakiegoś maleńkiego świata.
Aparat-zabawka - ma nawiązywać pono do starych aparatów, sprzed epoki cyfrowej, gdy w tanioszkach były marne szkła i nie dość, że kolory nie teges, to jeszcze brzegi przyciemnione. Zadziwia mnie to - bo najpierw świat pędził do przodu, żeby jakość fotografowania polepszyć, a teraz jest wielkie halo, bo mogę nowoczesnym aparatem robić takie zdjęcia, jak niegdyś byle jakim.
Monochrom, czyli czarno-białe. Ale i tak będę się ekscytować, kiedy przy ustawieniach kolorowych wyjdzie mi zdjęcie niemal czarno-białe :)
Kolory jaskrawe... ot, ciekawostka.
No i jeszcze efekt plakatu - niby że ma wyglądać jak malowany obraz? Może te choinki nie są najlepszym przykładem do eksperymentu. Odnotowuję możliwość robienia takich zdjęć, potrzebne są dalsze próby.
I jeszcze cała szóstka w komplecie, do porównania:
A śniegi, portrety, fajerwerki itp. to będę testować przy innych okazjach.
Takoż i w czarny podziękczynieniowy piątek T zamówił był mi nowe cudeńko; po latach chyba kilkunastu przechodzę z Nikona na Canon.
Taka ci niby zabaweczka, ale ma kilka "programów", których poprzednie aparaty nie miały, więc dla własnego dobra poczytałam ciut o nich, całkiem niefachowo, a potem poszłam pstrykać nowe drzewka na naszym osiedlu.
Efekt pierwszy - rybie oko - wiadomo jaki.
Miniaturka - centralna część wyostrzona, brzegi rozmyte; niby że zaglądamy do jakiegoś maleńkiego świata.
Aparat-zabawka - ma nawiązywać pono do starych aparatów, sprzed epoki cyfrowej, gdy w tanioszkach były marne szkła i nie dość, że kolory nie teges, to jeszcze brzegi przyciemnione. Zadziwia mnie to - bo najpierw świat pędził do przodu, żeby jakość fotografowania polepszyć, a teraz jest wielkie halo, bo mogę nowoczesnym aparatem robić takie zdjęcia, jak niegdyś byle jakim.
Monochrom, czyli czarno-białe. Ale i tak będę się ekscytować, kiedy przy ustawieniach kolorowych wyjdzie mi zdjęcie niemal czarno-białe :)
Kolory jaskrawe... ot, ciekawostka.
No i jeszcze efekt plakatu - niby że ma wyglądać jak malowany obraz? Może te choinki nie są najlepszym przykładem do eksperymentu. Odnotowuję możliwość robienia takich zdjęć, potrzebne są dalsze próby.
I jeszcze cała szóstka w komplecie, do porównania:
A śniegi, portrety, fajerwerki itp. to będę testować przy innych okazjach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

































































