piątek, 18 września 2015

15:79. odkopywanie się

Wróciliśmy już niby dawno - w niedzielę, wczesnym popołudniem. Trudno się jednak odkopać i z prania, i w pracy, i z różnych załatwień. Oczywiście jesteśmy pełni wrażeń, bo udało się niemal wszystko; jednego miejsca całkiem zwyczajnie nie udało się znaleźć (obawiam się, że pozyskane na jakimś blogasku wskazówki były zwyczajnie niepełne, nie należy ślepo ufać blogaskom). Z drugiej zaś strony dorzuciliśmy kilka punktów nieplanowanych albo dopisanych do listy na zasadzie fakultetów, czyli "jeśli będzie czas, to wsadzimy nos."

Wszystkie noce przespaliśmy na kampingach - czasem dość ekstremalnych, bo w połowie drogi tak wertepiastej, że GPS obawiał się nawet o tym wcześniej powiadomić (albo może była to jego zemsta za to, że nie podłączyliśmy go do gniazdka w odpowiednim czasie i prądziunio mu się skończył.) Na najdroższym noclegu przydzielono nam kawałek marnawego trawnika tuż przy wykopkach, z których wystawały jakieś rury. Za to łazienka (choć czynna tylko do 8 wieczorem) była urządzona z rozmachem w stylu wiktoriańskim.

Raz spaliśmy też na ponat trzech tysiącach metrów, w Great Basin National Park w Nevadzie. Potem skrobaliśmy się jeszcze wyżej, na szlak prowadzący do sosenek mających kilka tysięcy lat. Jeśli chodzi o ekstremalne wysokości, to w Rocky Mountains NP dobraliśmy się na ponad 3700 metrów - działo się to tak szybko, że troszkę nas przyatakowała choroba wysokościowa.

Dalej przesypują mi się jeszcze w rozumie obrazy niesamowitych formacji skalnych, czerwonych kamulców w Utah, jeżdżenia po soli nad Wielkim Słonym Jeziorem, dziesiątek, a czasem setek kilometrów dróg aż po horyzont, na których nic się nie dzieje i spotkanie z innym pojazdem to powód do rozmowy, bo stanowi wielką rzadkość.

I petroglify jeszcze w niejednym miejscu, i tama nad Jeziorem Powella, i pływanie statkiem...

...a zaczęło się od równin i krów, jeszcze w Kolorado. I studiowania mechanizmu wiatraka wyciągającego wodę dla bydełka.


Opowieści byłoby mnóstwo. Najpierw jednak trzeba skończyć zeszłoroczną serię o Montanie i dopiero potem zabrać się za blisko pięćdziesiąt (!) odcinków o Utah :)

środa, 2 września 2015

15:78. przygotowania w toku...

...do następnej wyprawy, która zaczyna się już pojutrze wieczorem.

Rzecz mamy obcykaną i właściwie nawet nie trzeba się za bardzo umawiać.

T buduje szkielet wycieczki i robi rezerwacje. Przysyła plik do mnie - ja dodaję mięśnie w postaci opisów miejsc, dodatkowych atrakcji gdzieś po drodze, mapek i ilustracji (patrz link po prawej). Następnie powstaje z tego Księga Podróżna.

Przez jakiś czas wrzucamy drobne do skarbonki - tu dwudziestka, tam czterdziestka. Z tego zbiera się gotówka na wycieczkowe wydatki. Kilka dni przed wyjazdem rozmienia się stówkę na drobniejsze nominały - dziesiątki, piątki i jednodolarówki. Główny powód jest taki, że na niektórych kampingach, jak również w innych miejscach, płaci się samodzielnie, wkładając wyznaczoną kwotę do kopertki wpuszczanej do jakieś skrzynki, a przeważnie nie są to równe liczby.

Ze dwa dni przed wyjazdem T zaczyna ładować wszystkie możliwe baterie. Zabieramy, co prawda, elektrownię podłączaną do zapalniczki, ale poręczniej jest wziąć z domu tyle prądu, ile się da. T jest też odpowiedzialny za wszystkie druciki. Oboje czyścimy też karty w swoich aparatach.

Mniej więcej wtedy zamraża się też duże butle wody jako chłodziwo do skrzyni-lodówki.

W ostatnim tygodniu robi się stopniowo zakupy prowiantowe i składa je na stertę. Kupuje się też zapas żywności dla kota i ewentualnie lekarstwa. A skoro już mowa o kocie, to przez jakieś półtora tygodnia gotuje się wielkie ilości jedzenia i zamraża - ale dla człowieka czyli Pisklaka, który będzie się kotem zajmował pod naszą nieobecność. Taki mamy barter, że skoro on poświęca czas na wizyty, to przynajmniej nie musi się martwić o obiady.

Co do gotowania, to w ostatni/przedostatni dzień gotuje się jajka, piecze muffiny i przygotowuje prefabrykaty do ciepłych kolacji na pierwsze dwa wieczory - na jeden marynowane warzywka do quesadilli, na drugi - ziemniaczki w ziołach.

Ciuchy i łazienkę każdy pakuje sobie sam. Wydaję w odpowiednim momencie prześcieradło i ręczniki.

T pakuje wszystkie większe graty - namiot, materac, śpiwory, pompkę do materaca, kuchenkę i gaz, maczetę, ewentualnie kilka drobnych narzędzi.

Kuchnia i prowiant należą do mnie (z wyjątkiem zakupu chleba, sera i kabanosów nabywanych przez T w polskim sklepie), jak również szeroko pojęty mapnik.

Apteczka standardowo jeździ w samochodzie.

W ostatniej chwili pakuje się laptop i Kindle'a - to nowości w procedurze. Laptop pojechał pierwszy raz rok temu i bardzo mi się spodobało pisanie Gromadziennika elektronicznie. Na papierowe trochę zaczyna brakować miejsca... Kindelek z kolei jest książką do czytania (szczególnie w namiotowych ciemnościach), ale także narzędziem do pstrykania zdjęć na FB oraz do robienia szybkich notatek w trakcie zwiedzania.

Na samiuśkim końcu dochodzą jeszcze poduszki. Znosimy wszystko na dół, pakujemy do auta, SPRAWDZAMY GAZ ZE TRZY RAZY, bo takie mam fiksum dyrdum, głaskamy kota... i następuje ten absolutnie fantastyczny moment, kiedy wrzuca się mały plecak na siedzenie i JEDZIE. I już nie można niczego więcej spakować ani poprawić :)

niedziela, 23 sierpnia 2015

15:82. (24) Róże wśród więziennych murów, czyli Old Idaho Penitentiary, Boise, Idaho (czwartek)

Po północnowschodniej stronie Boise, stolicy Idaho, u stóp otaczających miasto gór, mieści się dawne więzienie stanowe – cały kompleks kilkunastu budynków, ktory przez ponad sto lat służył jako miejsce odosobnienia koniokradów, rzezimieszków, morderców i innych przestępców.

Z jednej strony – przyjemniej byłoby zaplanować wycieczkę tak, żeby zwiedzać same ładne miejsca. Z drugiej jednak mądrzej chyba jest zawrzeć w programie także miejsca smutne, bo to w końcu kawałek historii. Zresztą, nawet ładne miejsca miewają czasem drugą stronę, tę ciemniejszą – zachwycam się potężnymi tamami, jeziorami, jakie te tamy tworzą, ale wiadomo, że nei odbyło się to bez wpływu na środowisko. Z trzeciej strony – kompanie zarządzające elektrowniami finansują rozmaite inicjatywy sprzyjające środowisku czy też zmniejszające skutki wkroczenia cywilizacji, na przykład wylęgarnie ryb czy parki.

Przejeżdżamy też przez rezerwaty Indian – dawniej cieszyło mnie to, ale fajnie, indiańskie tereny, ale teraz dowiedzieliśmy się, że rezerwaty to właściwie getta; przy ich tworzeniu nie chodziło o to, żeby cokolwiek chronić czy ułatwiać życie danemu plemieniu (jak w przypadku rezerwatów przyrodniczych), tylko o usunięcie ich z ziem, których zapragnęli biali. I można powiedzieć, że taki jest bieg historii, jeden lud najeżdża inny, ale niestety przyznać też trzeba, że rząd amerykański wielokrotnie łamał swoje własne obietnice, zrywał podpisane z Indianami traktaty i to chyba właśnie boli.

Przykładem takiej smutnej historii są Indianie Nez Perce. Kiedy Lewis i Clark wędrowali na zachód i byli już mocno wycieńczeni, Nez Perce ich z dobrej woli wspomogli; zaopiekowali się ludźmi i końmi, udzielili schronienia i pomocy. Kilkadziesiąt lat później rząd kazał im się przenieść do rezerwatu i dał im na to trzydzieści dni. Nez Perce prosili o przedłużenie terminu, bo akurat wezbrała rzeka i ciężko by się było przeprawić ze wszystkim. Zgody jednak nie otrzymali, więc postanowili się bronić, uciekając jednocześnie do Kanady. Przebyli ogromną odległość, cały czas prowadząc potyczki z białymi i zostali wreszcie osaczeni kilkadziesiąt kilometrów od Kanady, która dałaby im wolność.

Nie spełniono obietnicy o rezerwacie w Idaho – zamiast tego przepędzono Nez Perce na południe, do Oklahomy, gdzie na bagiennych terenach zaatakowała ich malaria. Dopiero kilkadziesiąt lat później pozwolono im wrócić na północ.

I tak – wracając do stanowego więzienia – historia każdego miejsca i każdego narodu jest bardzo skomplikowana i niestety pełna smutnych zdarzeń i złych ludzi. I trzeba to poznawać, żeby jako tako mieć pełny obraz. 

Mury z piaskowca, zbudowane przez więźniów

Bramy dla pojazdów z więźniami

Pomieszczenie komendanta



Nie byliśmy jeszcze nigdy w takim więzieniu, szczególnie w obiekcie, który działał jeszcze za mojego życia. Widywało sie pojedyncze cele w skansenach, ale to zupełnie co innego. Tutaj widzieliśmy kilka rodzajów cel...






Więzienna pralnia

...i nawet karcer – tzw. Syberię.



W karcerze lądowało się za przestępstwa na terenie więzienia – czasem nie wiadomo było nawet, na jak długo, bywało, że i na rok. Jedynym zajęciem było czytanie Biblii. Na tablicy informacyjnej były slowa któregoś ze strażników, że naprawdę wolałby karcer zlikwidować, ale niestety musi on istnieć, bo to jedyny sposób na trzymanie w ryzach ludzi, którzy nie boją się niczego.

Widzieliśmy też budynek z celami śmierci i z szubienicą – przy odrobinie wyobraźni cierpnie skóra. 


Pomieszczenie dla "widzów", szubienica,
portret ostatniego więźnia, na którym
dokonano egzekucji

Pod szubienicą
I przedziwnie wyglądały w tym otoczeniu róże – cały ogródek, a także klomby pomiędzy budynkami.


W więzieniu jest też muzeum wojskowe, przedstawiające przede wszystkim różne rodzaje broni. Zwykle nie bardzo lubię takie miejsca, ale ponieważ akurat tłumaczę książkę o Izraelu, mocno naszpikowaną militarnym słownictwem, pooglądałam sobie, jak co wygląda, taki przykładowo moździerz.


Skoro już o językach mowa, to muzea są zawsze okazją do pracy nad słownictwem i uświadomienia sobie, jak wielu wyrazów człowiek nie zna – oraz tego, że słynna teoria o Eskimosach i ich niezliczonych słowach na określenie śniegu to raczej bujda: każda dziedzina, jeśli się z nią ma głębiej do czynienia, ma swój rozległy słownik. Dla mnie dzida to dzida – a okazuje się, że każdy rodzaj ma swoją nazwę.


Podobnie rzecz się ma z szablami i pokrewnymi szpikulcami: 


Przykłady znanych odznaczeń:



Z więziennych ciekawostek jeszcze dwa zdjęcia – różne rodzaje broni sporządzonej przez więźniów oraz tabliczka upamiętniająca kopanie tunelu oraz odkrycie go przez strażnika.


Bonusy z drogi – na autostradzie mija się ładunki długie i szerokie :)


I trzeba uważać, jak się człowiek zachowuje w hotelu, bo można potem wylądować na wielkiej tablicy jako grouch – zdrzęda :)


piątek, 21 sierpnia 2015

15:81. (23) 270 schodów porannej rozgrzewki, czyli Hells Canyon Dam (czwartek)

W ciągu godziny po ekspresowym opuszczeniu lodowatego kampingu zdejmowaliśmy kolejne warstwy odzieży – jak to dobrze, że samochód grzeje! Zatrzymaliśmy się też na moment w sklepie u tej pani, która wczoraj machała ręką; tam dopiero się przebrałam, bo jednak w namiocie nie odważyłam się pozbyć ani jednego ciucha, a wręcz przeciwnie. Pani zapewniała, że te temperatury nie są normalne, że o tej porze roku hula jeszcze klimatyzacja... wcześniej też już nam tak mówiono, więc może rzeczywiście mamy po prostu pecha temperaturowego. Z drugiej strony – w Chicago też było w tym roku wyjątkowo chłodne lato.

Na dobranoc czytałam sobie wczoraj stosowny wyrywek z książki o Lewisie i Clarku: w 1805 roku przepychali się na zachód tydzień czy dwa później, jakoś w drugiej połowie września, z tym, że ich trasa prowadziła przez stan Washington, czyli jeszcze trochę na północ. Nic dziwnego, że Clark zapisał, że w życiu nie był taki mokry i zmarznięty. Nabieram wobec ich wyprawy coraz większego respektu po tym, jak zobaczyliśmy na własne oczy tereny, przez które się przedzierali i „liznęliśmy” warunków, na jakie byli wystawieni.

Wracając jednak do naszego kanionu – przeprawiliśmy się z Oregonu z powrotem do Idaho (granica idzie właśnie kanionem czyli jeziorem) i sunęliśmy powoli ku najwyższej z trzech tam. Widoki zapierają dech – Hells Canyon to najgłębszy kanion na kontynencie amerykańskim, chociaż na pierwszy rzut oka nie sprawia takiego wrażenia. Wydaje się raczej, że Grand Canyon jest bardziej przepaścisty, ale mamy tu do czynienia z różnymi skałami (Grand – osadowe, Hells – wulkaniczne), więc i zbocza kanionów formują się inaczej.




Opis rzeki i ikonka kanionu.

Po 23 milach dotarliśmy wreszcie do tamy. 



Przejeżdża się nią na drugą stronę i sunie jeszcze kawalątek do małego Visitor Center. Pozyskaliśmy tam materiały o tamach i kanionie i porozglądaliśmy się po okolicy.



Tomek znalazł nawet Bardzo Groźną Tablicę informującą o tym, że Rząd prowadzi tu badania między innymi przepływu wody i NIE WŁAZIĆ, bo o włażących zostanie poinformowane samo FBI.


Wisienką na torcie okazały się tytułowe schody. Ponieważ ze względu na wątłość słabo je widać na zdjęciu, pozwoliłam sobie dołożyć strzałki.


Prowadzą one ze szczytu tamy aż do poziomu wody, która z niej wypływa, tuż przy tunelach spustowych [?], czyli wymagają pokonania około stu metrów wysokości. Stopnie wykonane są z metalowej kratki i aż strach patrzeć czasem na dół.





Na dole była też małą ciekawostka w postaci kapitalnych kamieni (po raz kolejny pożałowałam, że nie znam się na geologii i nie umiem napisać dokładniej, co to było). W zwykłej szarzyźnie zatopione były jaśniejsze kluski, czasem nawet można było dostrzec ich krystaliczność, albo też układały się w ciekawe wzorki;


A jak wróciliśmy po dwustu siedemdziesięciu stopniach na górę, to już W OGÓLE nie było nam zimno J


Ma dnie naszą uwagę zwróciło też malowidło ryby - najwyraźniej powiązane z tablicą upamiętniającą myśliwego/wędkarza.


I jeszcze kilka zdjęć z powrotu...





W drodze napotkaliśmy też nieco dzikiego życia.


W Visitor Center namierzyłam też książeczkę, którą chyba zamówię sobie na urodziny: przewodnik po dziko roznących kwiatkach z wydawnictwa Audubon. Nawet laik sobie z tym poradzi, bo najpierw szuka się kwiatysia na zdjęciach ułożonych według kolorów, a potem przeskakuje do części czarno-białej z opisami, łaciną, historyjkami itp.

W książeczce znalazłam naprędce camas – kamasję, roślinę, której korzeniami poczęstowali Indianie zgłodniałych L&C oraz ich drużynę, co skończyło się powszechnymi kłopotami kiszkowymi, bo członkowie wyprawy nie byli do tego zielska przyzwyczajeni, a dla Indian było to powszechne pożywienie.


W visitor center dowiedzieliśmy się też, że stanowa roślina Idaho, jaśminowiec, została po łacinie nazwana Philadelphia lewisii - właśnie na cześć "naszego" Lewisa.


A tak w ogóle, to jesteśmy tu: