czwartek, 10 kwietnia 2014

1430. kartka kwietniowo-majowa

Dwa w jednym, a co!

April, koleżanka z pracy, ma urodziny. Zrobiłam na tę okazję kartkę z dość oklepanym powiedzeniem "April showers bring May flowers" - trudno, nie mogłam się powstrzymać :) Inspiracja przyszła z pinterestu,  ale to, niestety, jeden z przypadków z opisem "pinned by pinner" i odnośnika do oryginalnego pomysłodawcy nie ma.

U mnie na froncie są kropelki naklejone na prosty karton do akwareli i pomalowane zwykłymi akwarelami i H2O Twinkles (Twinkli starczy mi chyba do końca życia, słoiczki są maciupeńkie, ale zużywają się bardzo powoli). Po fakcie przyszło mi jeszcze do głowy, że kropelki można też potraktować Glossy Accents. Oczywiście.

A w środku - kwiatysie podwójne z dziurkacza, potuszowane na brzegach. I tyle :)



I w ogóle całkiem zapomniałam o sfotografowaniu, więc jest, jak jest, fotki szprotki robione przy oknie w pracy. Sory, taki mamy zapominalski móżdżek.

wtorek, 8 kwietnia 2014

1429. eksperymenty z gelato

Pstryknęłam dziś rano szybkie zdjęcia tego, co wyszło z weekendowych eksperymentów z nowym gelatowym nabytkiem. Taka na przykład mini karteluszka z tłem odbitym niejako resztkowo, po tym, jak już powstał pierwszy wzorek w bardziej intensywnych odcieniach.


Oczywiście robienie zdjęć powoduje natychmiastową materializację Kota - jest papier, można na nim leżeć!


A tutaj ta pierwsza odbitka. 


W pakiecie znajdował się też sympatyczny stempelek akrylowy, ale wygląda na to, że pieczątki gumowe - jak powyższy kwiatek - lepiej przyjmują gelatowy barwnik.


A najbardziej podobają mi się tła, bo ładnie się kolorki mieszają i akurat te moje nabytki są metaliczne, więc dają ładne błyszczenie.


I na koniec - eksperyment zainspirowany linkiem podrzuconym przez nieocenioną Mrouh. Robi się najsampierw wzorek białym albo przezroczystym embossingiem, następnie koloruje - w filmiku tuszami, u mnie gelatami - i po wysuszeniu prasuje przez papier celem usunięcia embossingu. Zostaje fajny efekt, jakby wyskrobany w kolorze.



poniedziałek, 7 kwietnia 2014

1428. life is good

Weekend, jako to weekendy mają we zwyczaju, przeleciał pędem - ale udało mi się załatwić trochę różności z listy rzeczy do zrobienia. Z przyjemnością dokończyłam zakładeczkę, której komponenty widoczne były wśród bałaganu prezentowanego w poprzednim wpisie.




Zrobiłam też dwie malutkie kartki na bazach zakupionych podczas wyprawy do krafto-sklepu - bo i na wyprawę znalazł się czas, a to na skutek odwołania zaplanowanego wyjścia. Ponieważ napatoczyły się kupony na zniżki, a i uznałam, że nadszedł czas kupienia sobie małego prezentu - nabyłam Gelatos! Takie - o, zestaw czterech metalików. Chodziły one już za mną od dawna, więc czem prędzej zabrałam się za testowanie. Nie jest to przedmiot, bez którego nie da się żyć (a bez takiego trymera byłoby w kraftowni o wiele trudniej) - ale można uzyskać ciekawe efekty. Może się pofoci i przedstawi w osobnym poście.

Odbyłam trochę wiosennych porządków - nareszcie przyszedł w miarę ciepły dzień, to i balkon umyłam, bo odpaliliśmy po zimowej przerwie grill na mięsko i warzywa - mniam! Przy okazji - dość dobrze idzie nam akcja odchudzająca. Jedziemy głównie na szeroko rozumianym zielsku, z niewielkim dodatkiem mięsnym i chlebowym. Słodyczy nie kupujemy wcale, z pozołdów to raczej od czasu do czasu jakiś czips, ale bez przesady.

Podgoniłam też trochę nauki na kursie o Bliskim Wschodzie i nawet zaliczyłam test, choć jestem nieco rozczarowana, bo na teście wielokrotnego wyboru, na którym można korzystać z notatek i wszystkiego, wypadałoby może zebrać więcej punktów, niż 11/15. Ale to nic, testy w ogólnym rozrachunku wnoszą niewiele punktów.

Im dalej w las, tym więcej drzew na tym Bliskim Wschodzie - chwilami nie ogarniam, ale na szczęście Pana Profesora można przewinąć i przesłuchać jeszcze raz. Dowiaduję się jednak fantastycznych rzeczy i choć nie spamiętam szczegółów, to ogólny ogląd pozostanie. Od czasu do czasu kręcę tylko głową, wspominając lekcje historii (szczególnie w liceum), gdzie wymagane było zaprucie na pamięć zyliona szczegółów, a mało co się z czymkolwiek wiązało. Pani była dość zmierzła, ale też i ciężko ją winić za całokształt - sory, taki mamy program nauczania. I nie za bardzo wiem, jak by to naprawić - przejść na naukę bardzo po łebkach, ale za to wykorzystać czas na rozciąganie niteczek między postaciami i wydarzeniami? Może teraz jest już inaczej i bardziej sensownie. Bo naprawdę szkoda, żeby dzieciaki wychodziły ze zniechęceniem do takiej fajnej dziedziny.


piątek, 4 kwietnia 2014

1427. po wyprawie

Dawno już nie było tak wielkiej dziury w zapiskach - a z wyprawy powróciliśmy już ho-ho temu. Nie ogarniam jednak tego wszystkiego, a im starsza jestem, tym bardziej nie ogarniam (a nie powinno przypadkiem być odwrotnie?) Tyle rzeczy by można wiedzieć, grzebać, czytać... Zapisałam się na darmową edukację z uniwersytetu w Tel-Awiwie o tym, jak wyłaniał się dzisiejszy Bliski Wschód i z jednej strony nie jest to wiele, jakieś półtorej godzinki wykładu do przesłuchania tygodniowo (w zgrabnych odcinkach), ale też robię sobie notatki, doczytuję w wiki itp.,  więc idzie powoli. Frajdę z tego mam jednak nielichą, szczególnie przypominając sobie porównawczo wymuszoną naukę historii w szkole czy nawet na studiach. Poza tym teraz dużo rzeczy się wiąże i generalnie uczenie się nowych rzeczy jest łatwiejsze.

To tak, jak z językiem - w kilka godzin jestem w stanie wciągnąć dość sporo hiszpańskich słówek, bo przyczepiają się do już istniejących - angielskich czy francuskich, albo gdzieś tam nawet do łaciny. Słówek hebrajskich weszłoby pewnie z dziesięć razy mniej, bo nie mają się na czym opierać, to wyciupywanie całkiem świeżego chodnika w mózgowym kamieniołomie.

Szybkie wciąganie hiszpańskich słówek w samolocie się przydało, bo w Kostaryce jest masa bardzo miłych ludzi, którzy ni w ząb nie znają angielskiego. To było jedno z większych zaskoczeń na wyprawie. Spodziewałam się, że ponieważ jeździ tam ponoć "mnóstwo Amerykanów", to i Kostaryka się dostosowała i nauczyła angielskiego. Nie wiem jednak, gdzie by owe mnóstwo Amerykanów było - możliwe, że siedzą po kurortach i tam też łatwiej się dogadać. Górale sprzedający queso ani pani z przydrożnego straganu z fruterią i verdulerią nie zawracają sobie głowy przystosowywaniem się do turystów.

Niemniej jednak udało nam się niejeden raz dopytać po hiszpańsku o drogę, zainstalować na noclegach, zamówić jedzenie w knajpkach, zwiedzić parki narodowe, kupić znaczki na poczcie (to dopiero była przygoda!), wymienić pieniądze w banku, dopytać o płacenie w dolarach w rozmaitych miejscach i o godziny otwarcia, zatankować, pozyskać kwitki na parking, nabyć owoce rozmaite... A za każdym razem, kiedy okazywało się, że osoba mówi choć troche po angielsku, odczuwałam wielką wdzięczność :)

Uważam jednak, że przy podróży do obcego kraju wypada choć troszkę zapoznać się w miarę możliwości i czasu z jego językiem, a nie oczekiwać, że to ów kraj nauczy się z nami dogadywać.

=======

Trochę wbrew zdrowemu rozsądkowi zabrałam się dziś rano za mały krafcik - jest bowiem wiele pożyteczniejszych i potrzebniejszych zajęć... niemniej jednak mała kraftoterapia się przyda, poza tym rzuciłyśmy sobie wyzwanie z Mrouh, którą również świerzbią palce, poza tym wkrótce nadchodzi cały rządek okazji, na które będę potrzebowała kartki, poza tym trafia się... możliwość udzielania krafto-lekcji, więc trzeba odmrozić umiejętności.

Takoż i na biurku w kraftowni pojawił się mały bałaganik, a z niego wykluwa się drobiazg, tag/zakładka:



poniedziałek, 10 marca 2014

1426. już za chwileczkę, już za momencik...

...jedziemy do Ciepłych Krajów.

No, może nie za literalną chwileczkę, bo jeszcze cały dzień intensywnej pracy przede mna, a potem trzeba skończyć pakowanie - ale za 24 godziny będę już gdzieś na Florydzie, a potem hop - drugim samolotem do San Juan w Kostaryce (choć T uparcie jedzie NA Kostarykę, czym sprawia wrażenie, że to wyspa, a przecież nie wyspa!)


Dziś rano skończyłam Gromadziennik - dopieczątkowałam conieco na stronach, dokleiłam złote myśli, teraz jest cała masa stron do zapełnienia. Przydały się też resztki z wyprawy na Karaiby - naklejki itp. zakiszone z zestawu zakupionego na statku. Spodziewam się, że palmy i fale będą podobne :)





A oto piosenka zapisana na pierwszej stronie Gromadziennika:

piątek, 28 lutego 2014

1425. nie lubię zimy...

...i lutego też nie lubię, bo jest za krótki. W harmonogramach przydałyby się te dwa-trzy dodatkowe dni na wydobycie materiałów, pdfów wszystkich, jpegów i co tam jeszcze kto ma przysłać. A tak - to kroi się praca w weekend, bo mam stresa, że inaczej nie wyrobię się przed wyjazdem na Kostarykę. Trochę tam będzie improwizacji, bo też chyba nie zdążę się przygotować tak, jakbym chciała. Grunt, że mapa jest i lista przystanków oraz noclegów.

Na zakładzie czuję się przysypana niedbałością ludzką. Nie żebym ja nigdy nie popełniała pomyłek - ale przynajmniej się, kurka, staram, jak coś gdzieś wysyłam, żeby sprawdzić. A tu u naszych drogich reklamodawców marketingowcom brakuje ortografii, a grafikom - pojęcia o miarach. Albo po prostu tak ze wszystkim pędzą, że nie mają czasu porządnie sprawdzić. Albo są paskudne niedbaluchy i jak rozpuszczone dzieciaki przyzwyczaili się, że redakcja wszystko wypoprawia, albo przynajmniej sprawdzi i każe poprawić, jak sama nie będzie mogła.

Dziś ogromna, bardzo znana firma o globalnym zasięgu przyprawiła mnie niemal o płacz - cztery dorosłe osoby na stanowiskach kierowniczych zachowują się jak dzieci. Nie dość, że sami nie są w stanie pilnować harmonogramów i trzeba im o wszystkim przypominać, to jeszcze zażyczyli sobie, że w tytule emaila ma być najpierw YELLOW LIGHT, kiedy jeszcze są dwa tygodnie czasu, a potem ma być jeszcze drugie przypomnienie, kilka dni przed terminem, i RED LIGHT w tytule.

Jak ktoś może coś takiego wymyślić? I jak to możliwe, że pozostałe trzy Ważne Osoby nie powiedzą pomysłodawcy, że się wygłupia? I żeby się nawet nie przyznawał, że taką bzdurę wymyślił?

Wysłałam więc YELLOW LIGHT i RED LIGHT, ale nic się nie działo, nikt nie raczył odpowiedzieć, więc wczoraj poszedł email z hasłem RED LIGHT AND BLINKING - że miga. Bo reklama potrzebna dziś, bo ma być wystawiona na stronie na marzec.

Wreszcie jedna kobita się odezwała - że przygotowują pliki. I nawet przyszły te pliki, o 16:30. Tylko że w nazwie produktu, wypisanej wołami we wszystkich reklamach, była literówka. Bo żaden z kierowników nie sprawdził.  Odesłałam, poprawili.

Ale - co już całkiem mnie zesłabiło - ten sam błąd był w materiałach, które przysłali do czegoś innego w zeszłym tygodniu i też odesłałam, żeby poprawili.

I tak sobie dziś myślę, tonąc we frustracji - a może bym takiej Wielkiej Globalnej Firmie przestała sprawdzać pisownię i literówki, a co mnie to, niech mają byle co. I jak ktoś spartaczy wymiary, to nie my będziemy poprawiać, tylko niech oni się męczą. Ale czasem byłoby to podcinanie gałęzi, na której sami w redakcji siedzimy, bo nad nami wiszą z kolei harmonogramy z drukarni i prościej po prostu jest zrobić, co się da, na miejscu, zamiast czekać aż reklamodawca poprawi i fafnaście razy przypominać, że mają przysłać plik.

Uef, będzie lepiej. Jakoś zacisnę zęby i się przebiję przez te przeszkody. I może nawet uda mi się nie znielubić reklamodawców :)

piątek, 21 lutego 2014

1424. przegląd pogody

Ja wiem, że pisanie w kółko o pogodzie naprawdę robi się nieciekawe, ale obecne warunki są dziwaczne nawet jak na Chicago. W ciągu ostatnich 24 godzin doświadczyliśmy mianowicie:

- nagłych roztopów
- ulewy (oraz wynikłych z niej podtopień)
- burzy z piorunami (w lutym??)
- deszczu ze śniegiem
- samego śniegu
- lodu na drodze
- gęstej mgły
- wiatru w porywach do 90 km/h
- słoneczka z niebieskim niebkiem.

???

środa, 19 lutego 2014

1423. szybka kartka

Karteluszka zrobiona na szybko, potrzebna na urodziny. Trochę mi szła pod górkę (taczki ciężkie były) - i w kwestii doboru kolorów, i potem z wykonaniem, które się krzywiło, to, co powinno było wyjść, okazywało się niefajne... ale kartka wysłana, z treścią "od serca", która - miejmy nadzieję - nadrobi za ewentualne niedoskonałości.


Z całkiem innej beczki - ucieszył mnie zakup sardynek z LATARNIĄ MORSKĄ. Spodziewałam się uczty smakowej, ale i tu nastąpiło lekkie rozczarowanie, może po prostu olej sojowy nienajlepiej przyjaźni się z rybkami. 


poniedziałek, 17 lutego 2014

1422. pax, quintus, rex i seneca

Śnieżek pada. Gwincik, ma dziś dołożyć kolejne dwadzieścia centymetrów! Nie sądziłam, że Ziemia jest w stanie wytworzyć taką ilość śniegu, przecież muszą być jakieś granice?

Poniższy obrazek przedstawia nazwy winter-stormów, bo w tym roku co przylatuje jakaś zawichura, to dostaje swoją nazwę. O ile mnie pamięć nie myli, zaczęliśmy od Herkulesa, a obecnie jesteśmy przy Rexie. Ciekawe, czy dojedziemy do końca alfabetu, a jeśli tak, to co dalej? KONIEC ŚWIATA?? Bo to już naprawdę będzie snowpocalypse?

Źródło

piątek, 14 lutego 2014

1421. serducho i słodycze

Na niedzielę planuje się malowanie śniegu - wymyśliłam (a potem okazało się, że przede mną wymyśliła to  już cała gromada innych osób...), że ponalewamy do butelek wody z barwnikiem spożywczym, porobimy dziurki w zakrętkach i pójdziemy kolorować śnieg. Dziś rano zrobiłam test - działa! Temat jakoś nawinął się sam :)


A skoro już jesteśmy przy tym święcie, to przedstawiam cukiernianą kolekcję kartek, które pojechały do Krakowa na Akcję Specjalną. Pierwszą z nich już kiedyś pokazywałam, a dziś wystąpi w towarzystwie pozostałych wypieków:






czwartek, 13 lutego 2014

1420. babeczki i bling

Auto rano czyste, nie trzeba ani skrobać, ani wykopywać. Temperatury przyjemne, minus osiem C, idę bez czapki, oczy nie zamarzają po kilku metrach od drzwi. Spokojnie można wytrzymać bez rajstop pod spodniami. Wesoły niebiesi szalik dynda luźno, zamiast spowijać szyję aż po czubek nosa (na skutek czego zaparowałyby okulary).

Nie trzeba czekać, aż pojazd dojdzie do siebie, żeby biednych tłoków w silniku nie szokować od razu dwoma tysiącami obrotów. Obyło się bez niemiłego piskozgrzytu przy odpalaniu. Ulice suche, nie ma śniegu, nie jest ślisko.

Życie jest piękne.

Ostatnio bardziej grzebię w słowach niż w kleju, ale że zaistniało zapotrzebowanie, to stworzyło się kartki. Jedna - świeżynka z dzisiejszego poranka - na urodziny szesnastolatki. Miało być słodko.


Bardzo mi się podoba ta trójskładanka, niby prosty pomysł, a daje fajne możliwości. Od razu pojawiają się kolejne wersje, ale na razie zapisują się w kajeciku i muszą czekać na później.

Na urodziny koleżanki z pracy powstała karteluszka z koroną. Tani stempelek z dolarowego koszyka, a dzięki malutkim błyszczydłom zrobił się dość atrakcyjny. Blingi przyklejałam tym razem za pomocą Glossy Accents - kusi mnie, żeby wysłać podobną kartkę testowo do Polski celem sprawdzenia, czy drobinki nie poodpadają po drodze. 



wtorek, 11 lutego 2014

1419. dziesięć milionów pociągów ze śmieciami...

...czyli o tym, jak nie zostaliśmy właścicielami ziemskimi.

T znalazł był wczoraj w skrzynce grubachną kopertę opatrzoną numerami sprawy, z sądem jako nadawcą - adrenalina mu na chwilę podskoczyła, bo takie pisma zwykle nie zwiastują niczego dobrego. Po otwarciu okazało się, że to powiadomienie z sądu o odrzuceniu skargi o to, że urząd miasta zaplanował nową uliczkę, która jakoby odcina znaczne części działek, które potencjalnie nadawałyby się pod zabudowę.

T poczytał i nijak się do sprawy nie odniósł, bo nie był świadom, że jest właścicielem jakiegoś kawalątka działki (kto wie, czy nie w postaci wysypiska śmieci) - tym bardziej, że nigdy nie dotarło do nas powiadomienie o ZŁOŻENIU owej odrzuconej skargi. Dziwne było również to, że ktoś raczej nieznajomy go tu namierzył, po pół tuzinie przeprowadzek w Nowym Kraju i kilkunastu latach niebycia w Starym.

Zadziwiająca jest też sądowa umiejętność przewidywania, która zakłada, że amerykańska poczta (u nas występująca pod postacią miłego skośnookiego pana) posługuje się polskim bądź francuskim - bo tylko w takich językach wydrukowany jest piękny pomarańczowy formularz przylepiony do koperty naklejkami z motywem wag, a zatytułowany POTWIERDZENIE ODBIORU.

Ciekawe, co zrobi sąd, kiedy nie dostanie ani potwierdzenia odbioru, ani zwrotu przesyłki? Będzie składał reklamacje? Będzie wysyłał nową paczkę? Tak czy siak - kroi się zamieszanie na skalę międzynarodową :)

Przy okazji przypomniało mi się, jak to niedawno i ja niespodziewanie okazałam się właścicielką działki - tyle, że nie było pewności, czy na tym moim dziedzictwie zmieściłby się  choćby leżaczek, bo to był jakiś skrawek ogródka. Czym prędzej zrzekłam się tego ścinka na rzecz mieszkającej tam rodziny, bo po co mi on.

Wracając jednak do wczorajszej sprawy - T przeczytał początek i koniec, a ja z ciekawości zaczęłam zgłębiać całość grubego pliku papierów, siarczyście opieczątkowanego na różowo i na czarno. Zaczęło się nawet dość rozumnie, ale potem dziarskiego autora poniosła wyobraźnia, a za to opuściły wszelkie zasady interpunkcji wraz ze znajomością ortografii, umiejętnością dzielenia tekstu na paragrafy i w ogóle pisania na maszynie. Stąd liczne kwiatki w rodzaju "artykółu" czy tekst wyjeżdżający na margines, a następnie ginący w odmętach przestrzeni poza kartką i zaczynający się w kolejnej linijce od całkiem  innego wyrazu. Co się zaś tyczy przecinków - można odnieść wrażenie, że piszący sypnął nimi na kartkę z garści jakoby makiem i zostały sobie tam, gdzie akurat spadły.

Za półmetkiem tych kilkunastu stron nie mogłam się już powstrzymać od chichrania, albowiem natrafiłam na taki fragment:


Cały wieczór wyobrażaliśmy sobie niepomierność tej bzdury - dziesięć milionów pociągów ze śmieciami sięgnęłoby na Księżyc i to niejeden raz, a wręcz owijałoby się między Ziemią a naszym satelitą po wielekroć, niczym łańcuchy na choince. Zachodzi też obawa, że gdyby zaczęto owe pociągi zapełniać najpierw omawianą górą śmieci, a następnie wszystkim, co znajduje się dookoła, to na miejscu Tatr mogłaby powstać depresja na miarę Morza Martwego. A Księżyc obciążony taką masą materiału gotów by był wypaść z orbity.

I z jednej strony popłakaliśmy się ze śmiechu, ale z drugiej zasmuciliśmy - z kilku powodów. Po pierwsze, że wśród tuzina zamieszanych w sprawę "poszkodowanych" nie znalazł się ktoś, kto by potrafił wytworzyć sensowne pismo. Nie jesteśmy w stanie ocenić, czy rzeczywiście są poszkodowani, czy też jest to objaw pieniactwa - tak czy siak, nieporadność w zakresie ojczystego języka jest przerażająca. 

Po drugie zaś - że kancelarie i sądy rozmaitych instancji muszą się przedzierać przez takie bzdury i pewnie czytać więcej niż raz, bo po jednym razie nie da się tego zrozumieć. A następnie traktować je poważnie i odpowiadać. (Z odpowiedzi wynika, że jedynym zasadnym argumentem w skardze jest punkt o pomylonych imionach kilkorga uczestników sprawy, ale to akurat ma się nijak do przeprowadzenia ulicy przez działki.)

T w każdym razie przyjął pismo do wiadomości oraz do szuflady i nie zamierza nic z nim robić, bo nie za bardzo nawet wie, gdzie ta jego domniemana własność się znajduje. I dlatego nigdy nie zostaniemy magnatami nieruchomościowymi, bo raz po razie odmawiamy przyjęcia oferowanych nam gruntów.

poniedziałek, 10 lutego 2014

1418. brrrr?

Zima wychodzi bokiem. Od dwóch miesięcy, czyli od powrotu z Polski, praktycznie dzień w dzień trzeba sobie wykopywać auto ze śniegu, względnie wyskrobywać je z lodu. Albo usuwać niezwykle wredną warstwę zlodowacenia po wewnętrznej stronie przedniej szyby, do której krzywizny nie pasuje żadne oficjalne narzędzie i najlepiej korzystać ze starej karty kredytowej.

Przy czym, jeśli się pojazd odkopie/odskrobie rano, to oczywiście nie ma gwarancji, że na parkingu w pracy operacji nie trzeba będzie powtórzyć. Wszak śniegu napadało już niemal tyle, ile mam wzrostu (jesteśmy na dobrej drodze do pobicia rekordu - jeszcze trzeba z pół metra, ale wir się kręci, końca kataklizmu nie widać.) Temperatury poranne nadal około -20 stojącej i -30 odczuwalnej.

Zastanawiam się, skąd się bierze tyle zimna. Tak naukowo, ale prostym językiem gdyby mi to ktoś wyjaśnił... I ciekawa też jestem, jak się do tej wściekłej zimy na dość znacznym obszarze ma globalne ocieplenie. Czytam teorie, że "jest zimniej, bo jest cieplej" i znakomicie rozumiem, że trzeba rzecz traktować globalnie, biorąc pod uwagę smażących się właśnie Australijczyków i suszę w Kaliforni. No ale??

A potem idzie się do lasu - i jest magicznie.







piątek, 7 lutego 2014

1417. było wodniście, teraz na słodko

Na słodko, bo w środę było się w bibliotece miejskiej na małej prezentacji o czekoladzie. Prowadzący, właściciel mini-fabryczki czekolady, pośrednio zachwalał swoje produkty, ale nie było to zbyt nachalne - podobnie jak krytyka wielkich producentów. Czekolada jest jak tłumaczenie, tak mi przyszło do głowy - ani jednego, ani drugiego nie da się zrobić szybko i dobrze. Pan mówił właśnie, że był kiedyś na wycieczce w Wielkiej Fabryce, która chwaliła się, że skróciła proces z dwóch dni do pół godziny - i w takich warunkach uzyskanie dobrego produktu końcowego po prostu nie jest możliwe. W tłumaczeniu też trzeba słowa dobierać powoli, sprawdzać, obracać jak w bębnie w jakimś zakładzie - i dopiero potem wychodzi ładny tekst.

Dobra czekolada wymaga też dobrego surowca - beans czy też nibs nie mogą być bylejakie, a ponoć najlepsze idą - uwaga - do Europy i na skutek tego tania europejska czekolada jest lepsza od drogiej amerykańskiej. Tak twierdził Pan Czekoladzista.

Z tłumaczeniem bywa może nieco inaczej, bo kiepskawy "surowiec" można w przekładzie trochę nareperować. Ale zdarzają się i kulfony nieprzetłumaczalne, bo zbitka słów nie ma sensu w języku wyjściowym, albo gramatyka jest tak zamotana, że nie da się zrozumieć. Pamiętam takiego mówcę, który tworzył zdania bardzowielokrotnie złożone i otwierał jedno zdanie podrzędne po drugim - ale ich nie zamykał. Tłumacząc na żywo trzeba było po prostu trochę zmyślać, bo inaczej się nie dało. Albo przyzwyczaić się do faktu, że zdania zaczynające się przykładowo od "sądząc, że..." nigdy nie doczekają się logicznego dokończenia i każdy segment trzeba proaktywnie tłumaczyć jako osobne stwierdzenie.


Tyle o czekoladzie i słowach - w połączeniu z powyższym dwie niedawne karteluszki, takoż ze słodką tematyką:



poniedziałek, 3 lutego 2014

1416. nadal wodniście

...chociaż może nie do końca, bo takie skamieliny to i na lądzie się znajdą, a może przede wszystkim. W kartce oprócz standardowych papierów bierze udział karbowana tekturka ze Starbucksowej obwoluty, pomalowana na złoto i pobrokatowana. Mam jeszcze jedną taką muszelkę, która znajdzie się w caaaałkiem innym otoczeniu...


I jeszcze jeden z kilku żaglowców, jakie ostatnio powstały - część popłynęła do Polski, a ten zostaje po naszej stronie Atlantyku:


Co się zaś tyczy warunków zewnętrznych - to już chyba nie wir, tylko korkociąg jakiś, z którego nie widać wyjścia. Dziś wielkie mrozy, jutro jakoby cieplej, ale znów góry śniegu. I tak w kółko.

Na nowo doceniam też manie stałej pracy. W związku z możliwością fuchy tworzę i tłumaczę (sobie) listy z rekomendacjami, czeka mnie jeszcze stworzenie CV, jako że właściwie od uzyskania bieżącego zatrudnienia z półtorej dekady temu nic się w dziedzinie dokumentów nie działo... Zmagam się z dwoma problemami: jeden to po prostu irytująca natura tego zajęcia, a druga polega na tym, że nie jestem przyzwyczajona do trąbienia na prawo i lewo o dokonaniach i jaka to jestem fajna i bystra. A tu trzeba się czasem zebrać i wysmażyć peany na własny temat.

Jeśli się jednak nie włoży wysiłku, to nie ma co liczyć na rezultaty... tak mówią mądre przysłowia.