środa, 1 czerwca 2011

949. wolontariat emerytalny, czyli nawinęło się trzech dziadków

Od dawna wiemy, że w przeróżnych atrakcjach roi się od emerytów i emerytek wolontariuszy. Nie mamy, co prawda, pewności, że każdy z nich to akurat wolontariusz, część z nich zapewne sobie w ten sposób jakoś tam dorabia, ale niejednemu wisi na szyi albo na koszuli plakietka głosząca, że to działalność ochotnicza, ot tak, dla dobra ludzkości. Podczas ostatniej wycieczki do St. Louis też oczywiście napotkaliśmy takie osoby, a w szczególności trzech sympatycznych dziadków.

Pierwszy z nich, Express Dziadek Meleksowy, rządził na kampingu w parku stanowym, gdzie zatrzymaliśmy się na nocleg. Jeszcześmy obu nóg nie wystawili z pojazdu, a on już się pytał, jak nam może pomóc. Spisał nasze dane na formularzyku, kazał wypełnić resztę, pobrał należność, poprzekomarzał się z babciami w urzędowej budce. Chcieliśmy też kupić paczkę drewna, bo inaczej nie ma jak palić na kampingowym grillu (a swojego się nie przywozi, bo Ameryka cierpi na epidemię szmaragdowego chrabąszcza, który dziesiątkuje drzewa w niejednym stanie, i należy unikać przemieszczania patyków, żeby jak najbardziej tę zarazę ograniczyć.)

Spodziewaliśmy się, że Dziadek wręczy nam drewno, sprytnie zresztą powiązane tak, żeby ze sznurka powstał również uchwyt, my wrzucimy je do bagażnika i udamy się na naszą działkę – ale pan oświadczył, że nam je zawiezie swoim meleksikiem. No i ledwośmy zajechali na poletko 44, meleks rzeczywiście się pojawił. Mieliśmy wrażenie, że pojawiał się zresztą wszędzie, gdzie się wybraliśmy – na parkingu przy pikniku, przy wejściu na szlak, przy łazienkach... Tylko na szlaku go nie było, bo tam by już meleksik nie wjechał :)

Dziadek Rzeczny zjawił się nad Mississippi, gdzie analizowaliśmy podwyższony stan wody. Przybył srebrzystym pickupem i od razu zauważył, że mówię po tubylczemu z akcentem. „A skądże to jesteście?” Standardowo odpowiedziałam, że pierwotnie z Polski, teraz z Chicago (nazwą naszego miasteczka nie zawracam sobie głowy, bo i tak mało kto by rozpoznał). "Welcome to Missouri!" - zakrzyknął radośnie w odpowiedzi. Wdaliśmy się w dłuższą rozmowę, z której dowiedziałam się między innymi, że jak kłody pędzą środkiem rzeki, to dobry znak, bo powódź się kończy; kiedy płyną przy brzegu, jest wręcz przeciwnie.

Opowiedział mi o największych powodziach, o pobliskiej Kaskaskii (ciekawe miasteczko nad Mississippi, które dawniej było w Illinois, a teraz jest w Missouri, bo rzeka zmieniła koryto i miejscowość znalazła się nagle na brzecgu zachodnim, zamiast na wschodnim), o wałach, mierzeniu wody i pobliskim St. Genevieve. T tuptał już niecierpliwie, więc musiałam kończyć gadkę, choć pewnie Dziadek Rzeczny, mieszkaniec tego terenu od 70 lat z hakiem, podzieliłby się chętnie jeszcze niejedną opowiastką.

Najciekawszy był jednak Dziadek Mineralny, napotkany w zabytkowej kopalni ołowiu. Oczywiście zapytał skąd jesteśmy, a na moją odpowiedź radośnie oświadczył, że jednym z jego życiowych marzeń jest zobaczenie... kopalni soli w Wieliczce. Od słowa do słowa narosła rozmowa, okazało się, że to emerytowany naukowiec, facet z pasją – a nawet z całym rządkiem pasji, mniej i bardziej luźno związanych z kopalnią, którą obecnie zawiaduje. Pogadaliśmy o minerałach (mają tam unikatową kolekcję), o lampkach górniczych, jego podróżach do Brazylii po piękne brazylijskie agaty, o muzeach, europejskich ośrodkach mineralogicznych i coniebądź jeszcze.

Bez niego nie dowiedzielibyśmy się też dlaczego piękny kryształ soli z Wieliczki właśnie, mieszkający w jednej z muzealnych gablot, ma zaokrąglone krawędzie. Obstawiałabym, że to wilgoć w powietrzu tak go załatwiła, a tu okazało się, że kiedy przenoszono eksponaty do dzisiejszego muzeum, pewna pani myła kryształy w wodzie i nie wiedziała, że soli się nie myje :) Tak też i bywa z ochotnikami, że czasem coś spaćkają :)

Dziadek Mineralny wyczuł w nas chyba ciekawskie dusze, bo stwierdził, że pokaże nam salę, która dopiero kiedyś tam w przyszłości będzie częścią muzeum. I cóż za frajda – pozwolił nam nawet pojeździć starymi suwnicami! (Oprócz tego, że zobaczyliśmy i inne obiekty na razie utajnione.)

I tak sobie myślimy po cichu, że na tzw. „stare lata”, o ile zdrowie pozwoli, też będziemy wolontariuszami. T powiada, że mógłby być Dziadkiem Kampingowym, a ja przychylałabym się do schroniska dla zwirzów. Się zobaczy. Najważniejsze, żeby nie stracić pasji, zainteresowania światem, ciekawości. Czuję się podniesiona na duchu, widząc Dziadków (i Babcie) w różnych takich ciekawych miejscach, bo starość nie musi oznaczać unieruchomienia i nudy.

wtorek, 31 maja 2011

948. planking etc., czyli ja, ja, ja i ja

Gadaliśmy sobie ostatnio z T o spopularyzowanym niedawno plankingu, więc gdy w ostatni weekend nadarzyła się okazja - pomimo mojego wieku odbiegającego daleko od nastoletniości, skorzystałam ze sprzyjającego podłoża:

Byliśmy mianowicie w St. Louis, jakieś 5h jazdy na południowy zachód, gdzie całkiem za darmo można zwiedzać Laumeier - park rzeźb. Jeszcze zanim się dobrze wejdzie na teren parku, kusi takie oto kocisko.

Od oka się właściwie wszystko zaczęło - wielka kula kusi, żeby ją... kulać.

Próbowałam supeł jakoś rozwiązać, ale tylko się poparzyłam, bo metalowe liny się nieźle nagrzały w ostrym słońcu.

Czarne kulki były trochę złowróżbne, ale tym bardziej ciągnęło, żeby je zmacać.

Pewien pan polskiego pochodzenia naturlał statkowych boi i skonstruował z nich ścianę.

Uschnięte drzewo opakowano aluminium i pozostawiono na środku łąki.

Rzeźba niby taka twarzowa, a ma mnie w nosie.

Zimny i kanciasty metal prosił się o nieco kształtów miększych, okrągłych.

Świątynia Majów to zamyślenie nad sensem życia... gdzie tam, raczej kombinowanie, w jaki sposób...

...przytulić się do następnej rzeźby. Kiziu miziu, moja rzeźbka kochana... tylko cosik w kiszki dziabie.

Proszę bardzo, informacja o parku!

No chodźcież, korzonki, skoro wyglądacie, jakbyście chciały wbiec na wzgórze...

A na koniec wykręcam jeszcze numer czarno-żelazną korbą.

Byliśmy jeszcze w paru innych ciekawych miejscach, na przykład w starej kopalni, nad Mississippi, w trochę kosmicznym sanktuarium, spotkaliśmy kilka ciekawych postaci... ale o tym w następnym odcinku.

piątek, 27 maja 2011

947. poranny prototyp, czyli kraft nowotestamentalny

Podziurawiłam się dziś z rana zszywaczem - i kto by pomyślał, że z takich tycich dziurek popłynie aż tyle krwi?? Tak to się czasem dzieje, jak człowiek w ekscytacji nazbyt szybko macha palcami i wtyka je, gdzie nie trzeba.

Robiłam mianowicie wymyślony w nocy, na skutek niespania, prototyp torbki na szkółkę niedzielną o historii, kiedy tłumy słuchały Jezusa i nie miały potem co jeść, bo sobie nie przyniosły. Jeden chłopiec miał w torbie dwie ryby i pięć chlebów, których w cudowny sposób starczyło dla wszystkich.

Dzieciaki są w wieku przednożyczkowym, więc nie ma co wymyślać nazbyt skomplikowanych kraftów. Dostaną wycięte z kartonu kształty ryb i chlebów, które będą sobie kolorowały, ozdabiały naklejkami i coniebądź, a do tego torbki podobne do poniższych, tylko bez żadnych dekoracji.


Koszt krafta wynosi zero, bo karton wziął się z folderów wyrzucanych w pracy, które skrzętnie zachomikowałam (zresztą nawet zakupienie pudła tych kremowych folderów wychodzi chyba taniej, niż zwykłego kartonu, więc jeśli kolor nie gra roli, to spoko się nadają na wszelakie bazy itp.). Szmatek w domu mam też nagromadzone - utarga się paski, bo te mechate brzegi pasują mi do looku. Pasek jest na dole zszyty, żeby tworzył okrąg (ucho i bok torby zarazem), a potem wszystko jest połączone zszywaczami - tylko muszę uważać, żeby zrobić to równiej, niż w tym pośpiesznym prototypie i żeby ogonki były po stronie wewnętrznej i niejako ginęły w szmatce.

Oprócz tego mam jeszcze do zrobienia kraft o tęczy (takie wieszadełko ze słońcem, tęczą i deszczem) oraz o błogosławieństwach Królestwa - pustynia zakwitnie jak róża, chromy będzie skakał jak jeleń, oczy ślepych się otworzą, a niemy zaśpiewa.

Nie mogę się doczekać :)

wtorek, 24 maja 2011

946. są małe i wielkie światy

"Ja znam się na tym
Są małe i wielkie światy
A nasz świat
jest akurat..."
Zdjęcia w trybie makro są oczywiście fascynujące, tyle razy zadziwiałam się tym, co na nich widać - a to jakaś włochatość na łodydze, albo haczyki w kwiecie mleczu, albo coś, co widać tylko z bliska i pod światło - prawie jak przez mikroskop. (Nawet chodziło mi po głowie nabycie takiego prostego mikroskopu albo szkła superpowiększającego, żeby na naszych wyprawach wsadzać nos w tę warstwę leżącą tuż pod progiem dostrzegania tzw. gołym okiem; odkryłoby się to i owo....)

Póki co, zajęłam się dziś rano bardzo próbnie szklanymi bąblami, pustymi w środku, jakie powkładałam sobie do balkonowych doniczek w ramach dekoracji (patrz poprzedni post). Polecam otwarcie fotek, czyli maksymalne powiększenie - bo wtedy widać i krople wilgoci, i nierówności samego szkła, i odbicia światła, szczególnie to na dnie pierwszej fotki - jak migotanie na wodzie :)


Będą pewnie dalsze eksperymenty... a te wzięły się po części z pięknego snu ostatniej nocy, gdzie wędrowałam korytarzem z wnękami zajętymi bajecznie kolorowymi strukturami ze szkła - czasem jak zwykłe witraże, a czasem awangardowymi, jak szklane szaszłyki na pionowych prętach. Wszystko było cudnie podświetlone i nawet mój czerwonowinny aparat jarzył się w swojej purpurze niezwykłym blaskiem :)

Tytuł posta wziął się z kolei z piosenki Michała Bajora, właśnie o małych światach, jak ten w moim szklanym bąblu:


poniedziałek, 23 maja 2011

945. kolorowo na balkonie

Kwiatulce się zakupiło i posadziło podczas weekendu - balkon się pokolorował i nabrał życia. Teraz ze dwa dni będzie trzymanie kciuków, żeby się wszystko przyjęło i nie oklapło. Jak wychodziłam rano, to zielska stały na baczność :)

Brakło mi gleby do pomidora, więc muszę się udać do sklepu i dokupić conieco; poza tym z jedzeniowych rzeczy jest papryka wściekle ostra i bazylia; z kwiatków dość standardowo, z wyjątkiem tych fioletowych szpiqulców - przetacznik się to nazywa i jest kuzynem takich malusich niebieskich kwiatków, co to w Polsce dziko rosną, czasem robiąc całe niebiesie dywany! Zaskoczyło mnie to pokrewieństwo, bo te polskie przetaczniki ożankowe wyglądają całkiem inaczej, nawet kolor mają tylko zbliżony. Po raz kolejny zastanawiam się, jak naukowcy doszli do wniosku, że akurat takie a nie inne rośliny stanowią rodzinę, ale wgłębiać się nie zamierzam, bo to nazbyt pachnie przewodnikiem do oznaczania roślin, który w szkole był dla mnie wielką zmorą.

Powyżej mamy zatem Ogródek pod Teleskopem, a poniżej - zgrupowanie bratków w miejscu trochę cienistym, bo zdaje się, że bratki nie lubią zbyt wielkiej lampy.

W koszyku tradycyjnie zawisły petunie oraz dla urozmaicenia barwinek, który, mam nadzieję, będzie się za jakiś czas kaskadowo zwieszał.

Oto przykład zdjęcia niedoskonałego: kolor roślinki płomykowej (nazwa moja własna) śliczny, ale zakłóca go jakiś farfocel, drobny suchcielek pod kwiatostanem oraz pozostałość gleby na listku.

A tu jest lepiej - śliczny kolorowy brateczek, braciszek. Ależ te kolory są cudnie poskładane :)

To tyle na dziś ogródkowo - oby wszystkim Wam plantacje zdrowo rosły!