czwartek, 13 stycznia 2011

894. wpis miał się zacząć całkiem inaczej...

...ale nastąpił moment serendipity – przez przypadek zrobiłam sobie zdjęcia w sporej rozdzielczości i kiedy je zaczęłam fotoszopować celem przygotowania na niniejszy blogasek, zobaczyłam takie coś (warto powiększyć!)


Wygląda toto jak oścista wełna z jakiegoś barana, albo innego zwirza, pofarbowana na szalone kolory... a to moja gaza, którą męczę od jakiegoś czasu, poddając moczeniu w substancjach mniej i bardziej przeznaczonych do szmatek. Powyższe odcienie powstały z barwników spożywczych, takich prosto z buteleczki kapanych na mokrą gazę. A oto karteczki, z których pochodzą te powiększenia, coby widać było skalę zjawiska :)


środa, 12 stycznia 2011

893. Jak z cudzej kraftowni

Kawiarniane kolażanki zarządziły wykorzystanie koloru, którego się nie lubi albo nie używa. Zaczęłam medytować... i wyszło mi, że chyba ze wszystkimi barwami się przyjaźnię, choć oczywiście mam swoje ulubione i statystycznie na pewno naprodukowałam więcej rzeczy w palecie chłodnej, niż ciepłej. W ciuchach, jak niedawno pisałam, mam całą tęczę... choć tam pewnie trudno byłoby znaleźć rzeczy standardowo czerwone. Pomarańczowe, ceglaste owszem są, ale straży pożarnej nie uświadczy. I popielatego. Do popielatego mam w ciuchach odrazę i bojkotuję go jako nie-kolor.

Skoro jednak na kraftowym stole rezydują właściwie wszystkie odcienie, to postanowiłam poratować się nietypowym zestawem, a mianowicie wiosenno-wielkanocnymi pastelami. A do tego w Sklepie Drugiej Szansy wykopałam ostatnio spod sterty przydasi wielki stempel, którego w pierwszej chwili miałam nie kupować, bo przecież zajęcy w kieckach i kapeluszach nie używam... ale wróciłam do tego koszyka, bo pacnęłam się w czółko, że właśnie do tego wyzwania się nada!

Przedstawiam zatem zestaw pastelowy, z ilustracją zupeeeeełnie nie z mojej bajki.

Natychmiast po ukończeniu powyższej kartki wróciłam jednak do moich ulubionych oczobipnych kolorków, o których więcej jutro :)

wtorek, 11 stycznia 2011

892. nadal na gazie

Craftypantki bawią się w tym miesiącu apteczką – ja na razie kontynuuję eksperymenta z gazą. Pomalowałam ją już akwarelami, barwnikami do żywności, akrylówkami i kurkumą, a teraz wkręcam te kolorki w różne prace. Wczoraj zrobiłam karteluchę wiosenną, z gazą w roli trawnika – chociaż nie mam pewności, czy nie wyszła mi czasem ta siatka, co to wojsko chowa pod nią różne obiekty :D
Kwiatyś jest z papieru toaletowego potarganego na drobno i upchniętego na mokro w kwiatysiowej formie. Po wyschnięciu dostał glazurę z lakieru do paznokci oraz środeczek z niebieskiego... no właśnie czego? Po angielsku to by był rhinestone, ale coś w słowniku nie widzę odpowiednika. Wikipedia podaje stras, ale pierwszy raz w życiu to słowo widzę i wygląda na to, że odnosi się ono do „prawdziwej” imitacji brylantów, a nie plastikowego świecidełka o zupełnie nie jubilerskiej proweniencji. Przypomina mi się wyraz „dżet”, chyba używaliśmy go, jak byłam mała, ale pewności nie mam. Jak to się dziś nazywa w kraftowym świecie? (Nie jest to ćwiek do wbijania, tylko taka plastikowa półkulka z płaskim lustrzanym dnem, ze ściankami niby-zeszlifowanymi jak klejnot.)

A potem zachciało mi się szyć i wyszła taka oto kartka na dżinsie, zainspirowana trochę wyzwaniem na SP, ale nie wiem, czy się będzie do końca nadawała, bo oprócz starych portek jest tam też trochę innych elementów. No i różowy kolor, co się to dzieje, znowu różowy!

No i jeszcze wspomnieć muszę o porannym rozweseleniu. T miał położyć na schodku karteczkę wychodząc do pracy, żebym sobie nie zapomniała napisać notkę dla listonosza. No i nie zapomniałam, bo na schodku przywitała mnie taka kompozycja:

czwartek, 6 stycznia 2011

891. zabandażowana wymiana

Craftypantki zajmują się w tym miesiącu materiałami aptecznymi – zapraszamy do oglądnięcia prac czterech pantkowych osóbek! Jak najbardziej można się do nas dołączyć, a nawet jest przewidziana nagroda do rozlosowania wśród tych, którzy się odważą wciągnąć medykamenty do swoich prac.

Mnie najbardziej zaintrygowała gaza, więc zakupiłam gazowy bandaż i zabrałam się za farbowanie, najsampierw akwarelkami. Wyszły mi kolory dość pastelowe, które wmontowałam w trzy ateciaki, w tym dwa filcaki. Gdyby ktoś miał ochotę się wymienić, to jestem chętna :)

A poza tym staram się nadrabiać po trochu strony artjournalowe na SP (chociaż czasem mi się nie udaje i zbaczam znienacka na zupełnie inne tematy). Po pierwsze zabrałam się za drzewo, bo mnie zainspirowało zdjęcie baobabu. Fajnie byłoby zobaczyć taki okaz na własne oczy, ale chyba się bez paszportu tego nie dokona... oraz dalekobieżnego biletu na samolot.

Druga strona to dom – wyskładał mi się dom marzeń, co do którego mam dwoiste odczucia, bo tak całkiem naprawdę, to satysfakcjonuje mnie mieszkanie i nie sądzę, że będę jakoś walczyła o spełnienie tego marzenia. Powyobrażać sobie zawsze jednak można, więc gdyby tak... to chciałabym zamieszkać w małym domku z gankiem i spadzistym dachem, gdzieś w pięknym miejscu, ale nie całkiem w otoczeniu drzew, żeby były też świetliste okna. Dookoła byłoby mnóstwo kwiatów, a gdzieś niedaleko najlepiej góry i rzeki.

Ponieważ zafascynowały mnie transfery, to będę je chyba teraz produkować taśmowo, hahaha. Domek jest właśnie na taśmie, nalepionej na karton pomazany nieco gesso, bo obawiałam się, że na tych wzorzystych kamieniach nie będzie widać rysunku. Trzyma się!

poniedziałek, 3 stycznia 2011

890. dwa miasta

Strona journalowa - dwa miasta: Kraków i Chicago.

Tło akwarelowe; dół z dziurkacza wiezowcowego sprezentowanego swego czasu przez T; w charakterze napisu pierwszy raz zastosowałam tekst między krzywymi liniami - fajne, ale chyba muszę jeszcze trochę poćwiczyć :)
Góra zaś jest z taśmowego transferu, pierwszy raz w życiu - zachęcił mnie przepis u kolażanek w Collage Caffe. Niesamowita sprawa, to naprawdę działa! Po przepisowych piętnastu minutach moczenia papier ślicznie się zrolował, pozostawiając obrazek na taśmie. Niepokoiłam się nieco, że kreski na obrazku są zbyt cienkie i delikatne, że się do cna zmaże; a tu wyszło całkiem fajnie!

Zdumiałam się też, że NAPRAWDĘ na taśmie została wystarczająca ilość kleju - tylko trzeba było poczekać chwilę, żeby transfer wysechł. I przylepia się zgrabnie nawet na nie całkiem gładkim podłożu, na przykład na kartonie z fakturą. Och, jakież się przed nami otwierają możliwości!

Tutaj transfer jest trochę niedoskonały - warto wykazać się cierpliwością i bardzo dokładnie zrolować biały papier, szczególnie jeśli zamierza się nakleić taśmę na niebiałe tło.

I tak sobie myślę, klejąc i malując tę stronę, że przenosząc się tak daleko, POJĘCIA NIE MIAŁAM, jaka to jest w rzeczywistości zmiana i w głowie mi nie postało, co mnie czeka. Nieprzyjemnego i przyjemnego, i jak się niemiłe czasy przerodzą - choć z przeszkodami - w teraźniejszość, którą można bez wahania nazwać szczęśliwą, mimo okazjonalnych "komarów".

889. kolorowo w nowy rok

Stwierdziłyśmy ostatnio z koleżanką Meksykanką, że coś się nam kolorystyka poprzestawiała. Meksykanie – sądząc po kolorystyce budynków i przykładowo cmentarzy czy nawet kościołów w Meksyku – lubią barwy oczobipne, żywe, dyplomatycznie się wyrażając. Ona ma prawie same czarne ciuchy, z drobnymi dodatkami w zdecydowanych kolorach. Ja z kolei – mimo że w Polsce będąc, ulice widziałam raczej czarno-granatowe w zakresie odzieży, a na budynkach bywa trochę ciekawiej, ale jednak wydawało mi się, że dominują dość szare tynki – lubię ciuchy we wszystkich kolorach tęczy. Dobrze, że wymyślono trwałe barwniki tekstylne oraz płyny do prania, które nie wadzą rozmaitości, bo jak się otwiera pralkę z moimi ciuchami, to wyskakuje cała paleta!
Takoż i krafciki noworoczne wyszły mi oczobipne, na dobry kolorowy początek :) Na razie same zajawki.

Do postanowień noworocznych się nie przywiązuję, bo nie rusza mnie podejmowanie ich „na hurra”; potem i tak gruba większość zdycha. Gdybym jednak miała coś wymienić... to chyba mniej czasu przed komputerem, bardziej pozytywne spojrzenie na świat, mniej prześlizgiwania się po życiu z dnia na dzień, a więcej refleksji nieco głębszej. W końcu mam taaaakie warunki do robienia różnych rzeczy, tyle czasu, to należałoby go dobrze wykorzystać. No i może mniej gromadzenia wszystkiego :D

A poza tym nadrobiłam ostatnią wycieczkę - jeszcze wrześniową. Gdyby ktoś się chciał wybrać, to zapraszam :)

środa, 29 grudnia 2010

887. światłem po papierze

W Niujorku zima straszliwa, ponoć Mikołaj ma kłopoty z dostarczaniem prezentów na czas i w inne strony świata, bo w takiej śnieżycy to nawet renifery nie kursują. T natknął się wczoraj na niego w księgarni, skąd pochodzi mój kolejny prezencik: dwa wydania słynnego magazynu Somerset Studio. Właściwie nie wiem, czy to można nazwać wydaniami magazynu, bo mają kilka czy kilkanaście tytułów, plus numery specjalne, takie jak ta galeria po prawej - no, ale niechaj będzie.

Magazyny są pełne cudnych mixed-mediowych dzieł, które będę oglądać wielokrotnie, bo za każdym razem natrafia się na coś nowego :)

Księgi, książki i książeczki zawsze pociągały mnie swoim urokiem, a takie grubasy to już w ogóle:

Jest też artykuł o zastosowaniu serwetek w połączeniu z papierem czy kartonem, niedekupażowo, a ja właśnie przyciągnęłam z Polski mały zapas, więc będę mogła skorzystać z podpowiedzi:


Z tej radości skończyłam luminarię - przepis na jej wykonanie znajduje się w Craftypantkach. Zabrało mi to nieco więcej czasu, niż się spodziewałam, ale warto było :), tym bardziej, ze T zrobił potem fajne, niepotelepane zdjęcia nocne:

wtorek, 28 grudnia 2010

886. wizualnie i dotykowo

Święta minęły, więc nie nastawiałam się już na żadne prezenty – a tu wczoraj okazało się, że przyszła gruba koperta od Niekiedy, z pięknymi cudeńkami! Kartka świąteczna tam była, a jakże, z wykorzystaniem niestandardowego papieru, na co zawsze mi się gęba śmieje. Do tego zestaw pięknych, egzotycznych papierów, których nie sposób docenić na poniższym zdjęciu, bo trzeba je wydotykać i popatrzeć pod określonym kątem, żeby dojrzeć wszystkie wzory. Ale to nie koniec – było jeszcze ceramiczne serducho w gorącej czerwieni, w tej chwili zawieszka, ale myślę, że nadawałoby się też spokojnie na wisior :) No i na okrasę do tego wszystkiego – skoordynowana kolorystycznie herbatka. Dziękuję ślicznie za tę niesamowitą niespodziankę!

Wczorajszy wieczór spędziłam, oprócz czytania grubachnej księgi o polskich władcach i władczyniach (jestem właśnie przy Janie Kazimierzu), na uzupełnianiu gromadziennika o wpis z sobotniej wyprawy do Chicago. Tradycyjnie, zamiast skorzystać z „ładnych papierów”, pociachałam przywiezione z Miasta ulotki :D Co ja poradzę na to, że wszędzie plączą się takie fajne ephemera?I jeszcze – tytułem zajawki – komponenty, których zastosowanie będzie wkrótce opisane u Craftypantek :)

poniedziałek, 27 grudnia 2010

885. uff, po świętach

Lubię święta, ale człowiek się zawsze napracuje, i to pracami nie znoszącymi opóźnień, bo przecież z jedzeniami trzeba zdążyć, i z wizytami, i z prezentami... I jeszcze ostatniominutowe tłumaczenie też jak najprędzej wykonać, bo nóż na gardle, całkiem nie z mojej winy. Mówię więc sobie „uff”, zasiadam przy biurku w pracy i wracam do normy. Oraz chwalę się superprezentem, jaki dostałam od Pisklaka i Pauliny: słoikiem pełnym guzików, koralików, popsutej biżuterii, monet, wszelakich kawalątków, zbieranych ponoć po całym domu i od wielu osób. Ciekawe, czy nie trzeba będzie niektórych guzików oddawać, jak się okaże, że poobcinali mamie z jakichś kreacji :D


Czekam więc z niecierpliwością na trochę wolnego czasu (kto wie, może wieczorkiem?), żeby coś z tego słoika zastosować w praktyce. Przy okazji pozdrawiam Collage Caffe, gdzie odbywa się kontynuacja piątkowego SŁOIKA z Imaginarium, gdyby ktoś jeszcze nie zauważył – warto zajrzeć!

Odbyliśmy też wycieczkę do Chicago – miało być niby na chwilę, żeby tradycyjnie obejrzeć wielką miejską choinkę, ale jak zaczęliśmy zwiedzać, to zrobiło się z tego pół dnia. Zdjęcia oczywiście są, ale też wymagają wspomnianej chwili wolnego czasu.

No i planujemy sobie dalsze wycieczki – o Teksasie już wspominałam, po lewej stronie gdzieś tam na dole jest schowany link do odnośnego dokumentu, na razie w bardzo wczesnym stadium. Wymyśliliśmy też dwa wypady jednodniowe, które można odbyć zimą czy wczesną wiosną, kiedy nic się nie dzieje. Pierwszy obejmowałby Chicago Pedway, czyli system tuneli, mostów i „tajnych” przejść, łączących rozmaite budynki w centrum Miasta. Tu można sobie zobaczyć mapkę – czerwone kreski oznaczają te właśnie przejścia.

Drugi wypad wyniknął z faktu, że T jeszcze nie jeździł jedną z tutejszych kolejek, Metrą. W odróżnieniu od „eLki”, kolejki miejskiej i blisko-podmiejskiej, ta obejmuje również dalsze przedmieścia. My mieszkamy przy linii różowej. Kupilibyśmy zatem „weekend pass”, czyli bilet weekendowy na nieograniczoną ilość przejazdów, pojechalibyśmy pociągiem różowym do Chicago (godzinka), a potem ciemnozielonym na północ, do Kenosha (około półtorej godziny). Tam zwiedzilibyśmy Public Museum (do końca lutego jest tam przykładowo wystawa dzieł Rembrandta) i ziuuu, pociągiem odwrotnym do domu.

niedziela, 19 grudnia 2010

884. upolowane na parkingu

Upolowałam na parkingu taką nalepkę na aucie, która mnie rozbawiła :) W wolnym tłumaczeniu pewnie oznacza coś w rodzaju "no przecież pędzę tak szybko, jak potrafię" :D

Po drugie - w Craftypantkach zaczęłyśmy nowy cykl: "W trzy pytania dookoła świata", czyli miniwywiadziki z krafterkami z różnych stron świata. Na pierwszy ogień poszła Jana ze Słowenii - warto wsadzić nos!

A po trzecie - i w sumie po raz trzeci - zabieramy się za planowanie wyprawy do Teksasu, już dwukrotnie przekładanej ze względu na niesprzyjające okoliczności. Z bardzo grubsza trasa wyglądałaby tak, jak pokazuje poniższa mapka; główną atrakcją byłoby zabipie w postaci parku narodowego Big Bend, na samym dole Teksasu, gdzie nie jeździ prawie nikt. W tej chwili zakładamy, że jeśli nie wystąpią niespodziewane okoliczności, wyprawa odbyłaby się w kwietniu :)

czwartek, 16 grudnia 2010

883. w egzotycznych (ciepłych) krajach

Wykluły się dwie strony do art journala – jedna będzie na wyzwanie w Skrapujących Polkach. Trochę z przesłaniem, bo strona miała nawiązywać do Dickensa i tego, co chcielibyśmy przekazać duchom świąt przeszłych, teraźniejszych i przyszłych. A ja czasem mam ochotę biegać wśród mikołajów, reniferów, choinek i ołowianych żołnierzy z chorągiewką z poniższym hasłem – Jesus is the reason for this season, w wolnym tłumaczeniu „przyczyną tych świąt jest Jezus”.

Ilustracja pochodzi z fajnego papieru do pakowania prezentów, ale ponieważ jest drukowana na złoto, to aż tak fajnie na zdjęciu nie wygląda. Do tego szmatka i malowana akrylówkami falowana tekturka – resztki z osłonki ze Starbucksa, która kilka dni temu została wykorzystana jako kubek na stronie o smakach.

Drugą kartkę sprowokowała reklama w przeglądanym wczoraj czasopiśmie – chciałoby się do ciepełka, mam nadzieję, że pewnego pięknego dnia uda nam się wybrać w piramidy :) Ponoć Giza jest na samym czubku delty Nilu, a także na środku ciężkości wszystkich lądów, co pokazują doklejone mapki.

Oprócz tego na stole mamy stertę elementów do takich, o, gwiazdek, podobnych do tego, co Mrouh pokazywała w Craftypantkach, ale moje mają po sześć ramion, bo udają śnieżynki :)

I tyle. Nastawiam się na wielkie klejenie w święta, bo będziemy mieć więcej wolnego, niż się spodziewałam. No i pierniczki jeszcze trzeba upiec. Lukrowane.

wtorek, 14 grudnia 2010

882. ciekawostki z różnych stron świata

... i jakoś tak na niebiesko wszystko :)

Przedstawiam prezenciki przywiezione jeszcze z Polski - na tle niebiesiego szalika od Najstarszej Siostry świece-jabłuszka, śnieżynkę i szklany wisior od Średniej Siostry. Dodatkowo mamy jeszcze prezent od Najmłodszej Siostry, czyli od samej siebie - naszyjniki-skorupki kupione na świątecznym jarmarku w Kraku. Jedna ma motyw roślinny, a druga udaje, że jest kawalątkiem jakiegoś garnka. W sam raz na pamiątkę zwiedzania Muzeum Pod Rynkiem.

Poniżej jest kartka ręcznie robiona przez Średnią Siostrę - okrągłe stempelki samodzielnie sporządzone przez przylepienie gąbek do korków (albo może kawałków gałązek?), farba pewnie akrylówka i gęby domalowane ręcznie. I stemplowane śnieżynki.

To by było z Polski, a teraz świeżynka z pracy - dostaliśmy właśnie kartkę z jakiegoś kraju skandynawskiego, która rozkłada się w śliczny krajobraz staromiejski:

I to by było na tyle... dalej chyba jeszcze dochodzę do siebie po powrocie. Obiecuję sobie, że zabiorę się za to i tamto... a czas płynie. Hm.

niedziela, 12 grudnia 2010

881. choinka bez choinki i strony artjournalowe

Po pierwsze - maleńka choineczka, jaką dziś rano zmontowałam z guzików i sfotografowałam na przysypanym śniegiem balkonie.

Przypominam, że nadal można zgłaszać nietypowe choinki na konkurs z nagrodą!

A teraz będzie mały przegląd stron z art journala. Na początek kawa-kakao do smaków w skrapujących Polkach. Kiedy tylko mogę, piję kawę zmieszaną z kakao - niby że mokka, ale raczej naciągana :) Czasem z cynamonem, czasem z cząstką pomarańczy, a nawet odrobiną imbiru czy mielonego angielskiego ziela.


Wzorzyste tła to szmatki upolowane kiedyś na wystawie patchworków. Oprócz tego mamy kubek zrobiony ze Starbucksowej osłonki i paski z tekturki z pudełka czekoladek. Na literach miały być spękania, ale wyszło na to, że na razie nie umiem się jeszcze posługiwać tymi dwoma składnikami, bo wyszła mi tylko błyszcząca powłoka, a do obserwacji ewentualnych spękań potrzebny byłby mikroskop.

Strona druga - powstała w Polsce po to, żeby nie wyrzucać fajnego opakowania z herbaty, o ile dobrze pamiętam :) Dodatkowo przechwyciłam inne papiery i magazyny znajdujące się już w drodze na makulaturę.

I trzecia kartka, wczorajsza, od której wieje tropikalnym ciepłem; szmatka z owadami, ścinki rozmaitych papierów i oczywiście inspirujące fotografie.

czwartek, 9 grudnia 2010

880. craftypantki RAZ!

Uff, dobrałam się do polskich literek na pracowym kompie, jako że dostałam nówkę przyszanowaną z Windowsami numer siedem, które jeszcze mnie w niektórych miejscach zaskakują, oraz z ilością miejsca na dysku, która mnie przytłacza – pół terabajta. He he, w życiu tego nie zapcham :D

I jak się to ma do trzystu mega, jakimi dysponował mój pierwszy komp, na owe czasy dość wypasiony??

A tak w ogóle to chciałam przedstawić choineczkę stworzoną recyklingowo do Craftypantek, naszego nowego bloga, który z Mrouh i Habką utworzyłyśmy głównie dla kontynuacji skrapowania codziennością, ale i inne różności tam będą – na przykład kursiki, zresztą już jeden jest.

Zapraszamy do dołączenia się do naszej świątecznej zabawy (z nagrodami!!) w tworzenie „choinek bez choinki”, czyli bez wykorzystania gotowych gałązek. W Craftypantkach jest cała sterta przykładów, a oto mój skromny pomysł – stożek zwinięty z folii bąbelkowej z guzikiem w charakterze gwiazdki i z czerwonymi „banieczkami” wymalowanymi akrylówką.

Próbowałam namalować też złote bańki, ale wyszły jakieś bure. No i odkryłam, że do przycięcia folii trzeba mieć porządne nożyczki, bo na przykład pracowe pitfaki nie dadzą rady :)

środa, 8 grudnia 2010

879. nudno nie jest

Wróciło się poniedziałkowym wieczorem z Polski, lotem o atmosferze zaiste piknikowej: samolot nie był zapchany do ostatniego miejsca, więc ludzie posypiali, pojadali, stali sobie i gadali, a ja szydełkowałam, czytałam, prowadziłam pogawędki z sąsiadem-Syryjczykiem oraz wycinałam z papiery zabawki dla rosyjskiej dziewczynki frunącej po drugiej stronie ścieżki. Tak, tak - WYCINAŁAM, miałam nożyczki, bo takie malutkie i z tępymi końcami wpuszczają do samolotu.

W Polszcze dostęp do ęternetu był tym razem marny, więc nie zawracałam sobie zbytnio głowy postami czy zdjęciami; poza tym sporo wędrowałam po świecie, odwiedzając rodzinę i znajomych, a także biorąc udział w wyprawach turystycznych. Zaliczyliśmy miniatury w Inwałdzie (nie spodziewałam się, że jest ich tam aż tyle!), pałac w Pszczynie razem z parkiem, zagrodą żubrów i skansenem, podziemia na krakowskim rynku oraz - bonusik niezwykle przyjemny - konkurs szopek pod Adasiem, który odbywa się w pierwszy czwartek grudnia.

Zdjęć jest oczywiście sporo, ale trzeba je jeszcze uporządkować.

Jeśli chodzi o sprawy kraftowe, to z Polski przyjechały różne różności. Chronologicznie rzecz biorąc, najsampierw czekało na mnie ślicznie pudełko od Enthii z wymiany zapałczanej - dziękuję bardzo, zarazem przepraszając za ogromne opóźnienie w prezentacji :) Oto pudełeczko i jego zawartość:

Następnie przybyły papiery od Koleżanki Mrouh, mojej agentki do spraw zakupu papierów ILSowych na terenie Starego Kraju. Zmacałam sobie wreszcie te słynne papiery i jestem pod wrażeniem, zastanawiając się oczywiście, jak ja to potnę, bo takie ładne :) W paczce byly tez guziki, na czele z pieknym drzewem:


Podostawałam też od ludków prezenta - papier, karton i mazidla kraklowe, więc kroją się eksperymenty.
Moje zakupy były zaś raczej skromne, bo zdawałam sobie sprawę, że trzeba będzie to wszystko przeciągnąć na drugą stronę wody: pudełeczko masy papierowej, metaliczne farbki, kredki bambino (ach, te wspomienia), malutka paczka kłaków do filcowania, ciut guzików, serwetki, jeden papier ryżowy oraz zestaw pieczątek w sklepie TuLuz:

Po powrocie czekała na mnie w domu sterta niespodzianek przygotowana przez T. Zmuszona jestem ponownie zapodać pean na cześć mojego małżonka, bo nie dość, że można zostawić chałupę (i kota) pod jego opieką na dwa tygodnie, nie produkując żadnych list przypominających, to jeszcze wraca się do ustawionej i udekorowanej choinki, świątecznego wieńca na drzwiach wejściowych, nowej kanapy (!!!) i nowego czajnika, jak również nowego zegara z pogodynką. Bardzo dobrze, że się pojawiły pod moją nieobecność, bo ja zwlekacz jestem wielki w zakresie bardziej znacznych zakupów i pewnie marudziłabym jeszcze do Wielkiej Nocy. A tak - mamy z głowy :)

Do tego lodówka wcale nie była pusta, zaległości praniowych żadnych, w kuchni porządek, auto nie tylko odśnieżone, ale również przejechane dla pewności, że na mrozie odpali, kwiatki balkonowe wyrzucone (z wyjątkiem rozmarynu wniesionego na zimę do domu), kwiatki domowe podlane, kot w formie - to jest fantastyczne, że można wyjechać i tak zupełnie o nic się nie martwić :) Tym bardziej wraca się z ogromną przyjemnością.